Nasze tajne związki z Bractwem Muzułmańskim

jakie_zrodlo_tego_sie_5004513
| 3 komentarzy|
image_pdfimage_print

Tekst zamieszczony w „The New York Review of Books” 7 lutego 2011. Autor, Ian Johnson, jest dziennikarzem; w 2001 otrzymał nagrodę Pulitzera za artykuły w „Wall Street Journal” o prześladowaniach grupy Falun Gong w Chinach.

jakie_zrodlo_tego_sie_5004513Gdy powszechne zamieszki na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej obalają rządy wspieranych przez Stany Zjednoczone dyktatorów, Waszyngton zmaga się z kwestią kluczową dla polityki zagranicznej: jak postępować z wpływowym, acz nieprzewidywalnym Bractwem Muzułmańskim. W Egipcie Bractwo coraz zacieklej uczestniczy w protestach i 3 lutego wydało oświadczenie, w którym domagało się natychmiastowej dymisji Mubaraka. I choć nie jest jasne, jaką rolę odegra ono jeśli Mubarak ustąpi, ugrupowanie to najpewniej okaże się głównym graczem w rządzie tymczasowym.

Dziennikarze i eksperci już teraz dają wskazówki na temat mocnych stron i niebezpieczeństw związanych z tym liczącym sobie 83 lata ugrupowaniem muzułmańskim, którego różne odłamy narodowe stanowią najsilniejszy ruch opozycyjny w niemal wszystkich krajach, o których tu mowa. Niektórzy zastanawiają się, jak Bractwo postąpi z Izraelem i czy faktycznie zamierza ono zaniechać przemocy. Większość, włączając rząd Obamy, zdaje się uważać, że jest to ugrupowanie, z którym Zachód może dojść do porozumienia, nawet jeśli Biały Dom wypiera się formalnych kontaktów.

Jeśli rozważania te wywołują poczucie déjà vu, dzieje się tak, ponieważ mieliśmy z tą kwestią do czynienia przez ostatnie 60 lat, z podobnym skutkiem. Od lat pięćdziesiątych XX wieku USA zawierało potajemne sojusze z Bractwem lub jego odgałęzieniami, w kwestiach tak różnych, jak choćby walka z komunizmem czy zażegnywanie napięć wśród muzułmanów europejskich. Jeśli przyjrzymy się historii, dostrzeżemy podobny schemat: za każdym razem, gdy przywódcy amerykańscy uznawali za użyteczne wykorzystywanie Bractwa dla celów Ameryki okazywało się, co nie jest wielkim zaskoczeniem, że jedyną stroną, która odnosiła z tego korzyści, było samo Bractwo.

Jak to możliwe, że Amerykanie są zupełnie nieświadomi tej historii? Najlepiej tłumaczy to kombinacja myślenia życzeniowego i narodowej obsesji na punkcie tajności.

Przykładem niech będzie prezydent Eisenhower. W 1953, na rok przed tym, jak egipski przywódca Gamal Abdel Nasser zdelegalizował Bractwo, za sprawą potajemnego programu propagandowego nadzorowanego przez amerykańską Agencję Informacyjną, kilkudziesięciu islamskich uczonych i przedstawicieli władz lokalnych głównie z krajów muzułmańskich, zebrało się na rzekomej konferencji naukowej Uniwersytetu Princeton. Prawdziwym powodem tego spotkania była próba pokazania nowoprzybyłym, jak imponująca jest duchowa i moralna potęga Ameryki, wierzono bowiem, że mieli oni większy wpływ na opinię publiczną krajów muzułmańskich, niż ich skostniali przywódcy. Ostatecznie chodziło o promowanie polityki antykomunistycznej właśnie, w tych niepodległych od niedawna krajach, a w wielu z nich znaczna część obywateli była muzułmańska.

Jednym z przywódców, zgodnie z tym, co podaje kalendarz spotkań Eisenhowera, był „Czcigodny Saeed Ramahdan, Przedstawiciel Braci Muzułmańskich”. Człowiek ten (w bardziej standardowej transkrypcji łacińskiej Said Ramadan) był zięciem założyciela Bractwa i wówczas powszechnie uchodził za „ministra spraw zagranicznych” tej organizacji, a także ojcem mieszkającego w Szwajcarii kontrowersyjnego naukowca islamskiego, Tariqa Ramadana.

Urzędnicy Eisenhowera wiedzieli, co robią. Doszli do wniosku, że skoro Związek Radziecki jest ateistyczny a USA wyznaje wolność religijną, to można wykorzystać religię jako narzędzie Stanów Zjednoczonych do walki z komunizmem. Świeżo odtajniony raport CIA na temat Saida Ramadana był w charakterze dość bezceremonialny, nazywając go „falangistą” i „rasistą zainteresowanym pozyskiwaniem indywiduów w dążeniu do władzy”. Biały Dom jednak podążał zgodnie z planem i zaprosił go mimo wszystko.

Do końca dekady CIA otwarcie popierało Ramadana. Chociaż zbyt pochopnym byłoby nazywanie go amerykańskim agentem, w latach 50 i 60 USA wspierały go, gdy przejmował meczet w Monachium, pozbywając się lokalnych muzułmanów, żeby utworzyć jeden z najważniejszych ośrodków Bractwa i schronienie dla ugrupowania znękanego dziesiątkami lat na obcej ziemi. Koniec końców trudy USA zdały się na nic, gdyż Ramadan był bardziej zainteresowany propagowaniem islamu niż walką z komunizmem. W kolejnych latach wspierał rewolucję w Iranie i prawdopodobnie pomógł w ucieczce proteherańskiego aktywisty, który zamordował jednego z dyplomatów szacha Rezy Pahlawiego w Waszyngtonie.

Współpraca przeżywała upadki i wzloty. W czasie wojny w Wietnamie uwaga USA była skierowana gdzie indziej, jednak wraz z początkiem wojny z ZSRR w Afganistanie zainteresowanie stosunkami z islamistami na nowo się wzmogło. Powszechnie znany jest okres poparcia dla mudżahedinów, spośród których część przeistoczyła się potem w Al-Kaidę, jednak nawet ostatnimi laty Waszyngton nadal flirtował z islamistami, w szczególności z Bractwem.

Po atakach z 11/9 Stany Zjednoczone z początku ścigały przedstawicieli Bractwa posądzając jego głównych członków o wpieranie terroryzmu. Jednak wraz z drugą kadencją George’a W. Busha, USA przegrywało już dwie wojny w świecie muzułmańskim i borykało się z wrogo nastawionymi mniejszościami muzułmańskimi w Niemczech, Francji i innych krajach Europy, gdzie Bractwo zadomowiło się już na dobre. Stany Zjednoczone dyskretnie zmieniły swoje stanowisko.

Rząd Busha obmyślił strategię służącą nawiązaniu bliższych stosunków z europejskimi ugrupowaniami muzułmańskimi, które były ideologicznie zbliżone do Bractwa. Miały one ułatwić dialog z bardziej radykalnymi grupami, takimi jak lokalni ekstremiści w Paryżu, Londynie czy Hamburgu. I podobnie jak to miało miejsce w latach 50, członkowie rządu chcieli jednoznacznie pokazać światu muzułmańskiemu, iż muzułmanie przebywający na Zachodzie są Waszyngtonowi bliscy. Począwszy więc od 2005 roku Departament Stanu, świadom rosnącej władzy Bractwa w Egipcie i innych krajach, zaczął świadomie zabiegać o jego względy. Na przykład w 2006 roku zorganizowano w Brukseli konferencję z udziałem europejskich Braci Muzułmanów oraz muzułmanów amerykańskich, reprezentowanych choćby przez Islamic Society of North America (ISNA), które uważa się za zbliżone do Bractwa. Wszystko to odbywało się w oparciu o analizy przeprowadzane przez CIA. W jednej z nich, z 2006 roku, jest wzmianka o tym, że Bractwo odznacza się „imponującą wewnętrzną dynamiką, organizacją i zmysłem medialnym”. Pomimo niepokojów zachodnich sojuszników, że wspieranie Bractwa w Europie jest zbyt ryzykowne, CIA naciskała na kontynuację współpracy. Jeśli chodzi o rząd Obamy, to naturalną koleją rzeczy znaleźli się w nim ci ludzie z zespołu Busha, którzy pomogli obmyślić omawianą tu strategię.

Skąd to nieustające zainteresowanie Bractwem? Założone przez egipskiego nauczyciela i imama Hassana al-Bannę, od chwili powstania w 1928 roku Bractwo nieprzerwanie daje wyraz aspiracjom ciemiężonej i często zagubionej muzułmańskiej klasy średniej na całym świecie. Zacofanie tej klasy tłumaczyło ono zwykle za pomocą interesującej mieszanki fundamentalizmu i faszyzmu (lub też polityki reakcyjnej i ksenofobii), twierdząc, że dzisiejsi muzułmanie są niewystarczająco dobrymi muzułmanami i muszą powrócić do prawdziwego ducha Koranu. Obcokrajowcy zaś, a w szczególności Żydzi, są częścią wielkiego spisku mającego na celu prześladowanie muzułmanów.

Przesłanie to było i wciąż jest przekazywane przez współczesną organizację, która przypomina partię polityczną a obejmuje ugrupowania kobiece, kluby młodzieżowe, publikacje i media elektroniczne, a czasami nawet odłamy paramilitarne. Dała ona również początek wielu bardziej agresywnym odłamom radykalnego islamizmu, od Hamasu po al-Kaidę, choć wiele spośród tych ugrupowań uważa dziś Bractwo za zbyt konwencjonalne. Nie dziwi więc fakt, że pomimo wszystkich niepokojów, jakie budzi, Bractwo stanowi obiekt zainteresowania dla zachodnich decydentów, którym tak zależy na zdobyciu wpływów w tej strategicznej części świata.

Bractwo jednak okazało się podstępnym partnerem. W krajach, w których aspiruje do uczestnictwa w głównym nurcie polityki, lokalnie wyrzekło się stosowania przemocy. Stąd w Egipcie, jak przyznaje, nie dąży ono do obalenia reżimu przemocą, choć członkowie Bractwa za rzecz normalną uważają nawoływanie do zniszczenia Izraela.

Platforma polityczna Bractwa w Egipcie oficjalnie głosi, że kobiet i chrześcijan nie powinno się wybierać na prezydenta. Wzywa też do religijnego nadzoru nad świeckimi sądami i prawami ustanawianymi przez instytucje cywilne. Czy będzie to oznaczać przewagę prawa islamskiego, czyli szariatu, trudno stwierdzić – niełatwo bowiem zdefiniować samo pojęcie szariatu, gdyż różne szkoły islamskiego prawoznawstwa dopuszczały i broniły różnych interpretacji Koranu. Jednak nawet jeśli ostatecznie zwyciężą bardziej umiarkowane głosy, nie sposób zaprzeczyć temu, że aktywność Bractwa w Egipcie po Mubaraku wymusi w jakiś sposób na zwyczajnych obywatelach dostosowanie się do bardziej ortodoksyjnego, lub wręcz fundamentalistycznego stylu życia, który może wyglądać zupełnie inaczej niż dzisiejszy.

Porównania są z natury niedoskonałe, jednak przypadek pobliskiej Strefy Gazy może się okazać pouczający. Przejęcie władzy przez Hamas, palestyńskie odgałęzienie Bractwa, nie zaowocował irańską w charakterze teokracją, zmienił jednak standardy zachowania w życiu codziennym. Na Palestyńczykach wymuszono dostosowanie się do bardziej ortodoksyjnej interpretacji ich własnej religii, oznaczającej branie udziału w modlitwach i konieczność zakrywania twarzy przez kobiety. Ponadto wzrosła ilość wątków islamskich w edukacji.

Niektórzy powiedzą, że sytuacja w Gazie jest wyjątkowa, przez wzgląd na jej długą historię okupacji, słabe społeczeństwo obywatelskie i brak alternatyw wobec Hamasu. Weźmy więc Europę, gdzie Bractwo próbowało wpasować się w sprawnie działający system świecki. Tutaj wizja islamu, jaką ma Bractwo, jest propagowana przez Europejską Radę Fatw i Badań Naukowych (ECFR), koordynowaną przez całą gamę przywódców Bractwa z całego świata, włączając w to katarskiego duchownego Yussufa Qaradawiego i Rachida Ghannouchiego, który ostatnio powrócił do Tunezji po dwudziestu latach na uchodźctwie.

Przed kilku laty byłem świadkiem posiedzenia ECFR i słyszałem jak urodzony w Syrii niemiecki prelegent wyjaśniał zauważalny upadek moralny europejskich muzułmanów, odwołując się do „Protokołów Mędrców Syjonu” i będąc głęboko przekonanym, że ten antysemicki traktat jest godnym polecenia źródłem. Nie dość, że nie spotkał się z krytyką, to jeszcze jego przemówienie opublikowano jako reprezentatywne sprawozdanie z działalności rady. Decyzje rady często kłócą się z lokalnym prawem świeckim. Jeden z przypadków, który rozstrzygała rada, dotyczył francuskiego muzułmanina, próbującego rozwieźć się ze swoją żoną poprzez trzykrotne powtórzenie zdania „Rozwodzę się z tobą”, jako tradycyjnej formuły kończącej małżeństwo. Ostatecznie rada orzekła, że rozwód nie miał mocy prawnej, nie dlatego, że tego typu formułki nie funkcjonują we francuskim prawie, ale dlatego, że mąż był pijany a przez to nie w pełni władz umysłowych.

Warto zauważyć, że z biegiem lat wiele poglądów Bractwa przybierało coraz to łagodniejszy charakter. ECFR na przykład orzekła kilka lat temu, że europejscy muzułmanie mogą zaciągać kredyty hipoteczne pod zakup mieszkania – zjawisko zwykle uważane za islamskie tabu ze względu na obecne tu odsetki. Rada ponadto zachęca muzułmanów, żeby brali udział w lokalnych wyborach. Podczas gdy tego typu fatwy są wiążące jedynie w krajach europejskich, pokazują one, że Bractwo nie jest czymś monolitycznym i na zawsze niezmiennym. Przewodniczący radzie Qaradawi jest najlepszym ucieleśnieniem tego dwoistego światopoglądu. Twierdzi on, że kobiety mogą pracować, przyznał ponadto, że ceni sobie muzykę, od której to prawdziwie ortodoksyjni muzułmanie stronią. Jednocześnie popiera on kamienowanie homoseksualistów i mordowanie izraelskich dzieci, gdyż kiedy dorosną mogą stać się żołnierzami.

Qaradawi nie stoi też gdzieś na uboczu. Ostatnimi laty często zgłaszano jego kandydaturę na najwyższego przywódcę egipskiego odłamu Bractwa. Dzięki skomplikowanej sieci stacji telewizyjnych i stron internetowych jest on najprawdopodobniej najbardziej wpływowym duchownym muzułmańskiego świata. 4 lutego tysiące Egipcjan na Placu Tahrir słuchało transmisji jego kazania [18 lutego wsytąpił na placu Tahrir osobiście – red.].

Aktywność Qaradawiego może uchodzić za symbol rosnącego wpływu Bractwa na szerzące się w regionie protesty. Pomimo trudnych początków Bractwo jest teraz głównym graczem w koalicji antyrządowej w Egipcie. 6 lutego członkowie Bractwa stanęli na czele grupy opozycyjnej, która spotkała się wiceprezydentem Omarem Sulejmanem. W Jordanii po raz pierwszy od dziesięciu lat król spotkał się z przedstawicielami Bractwa, które tutaj jest zalegalizowaną organizacją. Do Tunezji z kolei, po latach na uchodźctwie w Londynie, powrócił Ghannouchi jako przywódca tunezyjskiej Partii Odrodzenia, stanowiącej główną islamską opozycję w kraju. Oczywiście nie oznacza to, że powyższe kraje będą rządzone przez Bractwo – w skład koalicji przeciwko Mubarakowi w Egipcie wchodzi też wiele innych ugrupowań. Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, by Bractwo wraz z ogólną islamską ideologią tak długo przezeń wyznawaną, nie stało się tu wpływowym graczem.

Wszystko to pokazuje, jak bardzo sytuacja się zmieniła. Pół wieku temu Zachód zdecydował się wykorzystać Bractwo dla swych krótkotrwałych korzyści taktycznych, popierając następnie wiele autorytarnych rządów, które chciały się go pozbyć. Gdy te same rządy chwieją się dziś w posadach, Zachód jest w sytuacji bez wyjścia. Po dziesięcioleciach ucisku jednym z niewielu graczy wciąż obecnych jest właśnie Bractwo Muzułmańskie, mające do dyspozycji niebezpieczną mieszankę fundamentalizmu i nowoczesnych narzędzi politycznych.(p)

Ian Johnson

Tłum. Bart na podstawie www.nybooks.com

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze