Islamski terroryzm, czy „ekstremistyczna przemoc”

2
| 2 komentarzy|
image_pdfimage_print

Andrew Coyne
Zauważalny jest kontrast między językiem, jakiego używa dla opisania swoich działań antyterrorystycznych rząd Obamy: „pełen przemocy ekstremizm” i językiem rządu Harpera (premier Kanady): „dżihadyzm”.

Oba rządy stale posługują się tymi sformułowaniami, co wskazuje, że są to działania zamierzone.

Co można wyczytać z tej rozbieżności: jednego polityka skrupulatnie unikającego wspominania o islamie w kontekście terroryzmu, i drugiego, równie skrupulatnie przypominającego o nim? Czy rząd Obamy – jak zarzucają mu konserwatywni krytycy – jest ślepy na prawdę, że Al-Kaida, ISIS i inne grupy terrorystyczne są jawnie islamskie w swej inspiracji i swych celach? Czy rząd Harpera – jak zarzucają mu jego liberalni krytycy – gra na antyislamskich resentymentach? Jedno i drugie? Ani jedno ani drugie?

Są trzy pytania, na które trzeba odpowiedzieć: jaki jest faktycznie związek – lub jego brak – pomiędzy islamem a terroryzmem, w jaki związek wierzą władze i w co mówią, że wierzą. Upieranie się prawicy, że nie umieszczanie przez polityków słowa „islamski” przed słowem „terroryzm” wydaje się wynikać z przekonania, iż stanowi to rezygnację polityków z „prawdy” głoszącej, że jest „coś w samym islamie”, co tłumaczy ekspansję grup terrorystycznych deklarujących działanie w imieniu tej religii.

To sprowadza nas na naprawdę mętne wody. Można próbować przedstawiać argumenty na to, że szczególne pochodzenie islamu, jako religii prześladowanej, prowadzonej przez proroka – wojownika, może predysponować tę religię do pewnej wojowniczości, że pewne fragmenty Koranu wydają się popierać używanie siły wobec niewiernych i odszczepieńców.

Jednakże bardzo szybko zobaczymy, że praktyki islamu, zasady wiary, wymagania wobec wiernych i miejsce religii w społeczeństwie różnią się wyraźnie od kraju do kraju, a nawet od meczetu do meczetu. Przekonanie, że stosowanie przemocy w nawracaniu jest usprawiedliwione podzielane jest przez co najwyżej znikomą mniejszość muzułmanów w naszym kraju (Kanadzie – red.).

Biorąc pod uwagę tę różnorodność islamu, nie możemy po prostu zawyrokować: „Islam jest tym i tym” albo „Islam znaczy to i to”, szczególnie w kwestii drażliwego pytania, czy sama ta religia ma coś wspólnego z gotowością niektórych jej wyznawców do popełniania w jej imieniu masowych morderstw.

Większość z tego, co zwykle jest opisywane jako nauczanie islamu (zarówno przez jego wyznawców, jak i krytyków), okazuje się być bardziej zależne od konkretnej kultury danego miejsca i chociaż niewątpliwie jest pewna przyczynowa wymiana pomiędzy religią i kulturą, to niesłychanie trudno jest wyjaśnić, co tu jest jajkiem, a co kurą.

Jednakże wcale nie musimy wyjaśniać. Nie jest nam niezbędna wiedza, czy jest „coś w islamie”, co tłumaczy terroryzm islamski. W praktyce potrzebujemy tylko mieć świadomość, iż sami terroryści uważają, że ich wiara nakazuje im chwycić za broń w swej obronie. Tu nie ma wątpliwości: terroryści powtarzają to przy setkach różnych okazji i mądrze byłoby polegać na tym, co mówią. Życzą sobie stworzenia kalifatu, islamskiej dyktatury, opartej na zasadach prawnych z VII wieku, ograniczonego zwykle do określonego historycznie obszaru, rozciągającego się od Hiszpanii do zachodniej Rosji, lecz w ich bardziej ambitnych oświadczeniach rozciągającego się na cały świat.

Powszechnym błędem jest zakładanie, że grupy te motywowane są jakimiś bardziej racjonalnymi lub łatwiejszymi do osiągnięcia celami, czymś, w co sami moglibyśmy wierzyć albo przynajmniej zrozumieć, typu „USA precz z Bliskiego Wschodu” albo „Palestyna dla Palestyńczyków”. Zjawisko to znane jest w kręgach wywiadowczych jako „mirroring” (przyjęcie przez analityka, że ludzie, których analizuje, myślą podobnie do niego – red.). Gdyby politycy odpowiadający za nasze bezpieczeństwo wierzyli w coś takiego, to zupełnie nie rozumieliby ani celów terrorystów, ani ich strategii i taktyki. Wydaje się nieprawdopodobne, że naprawdę mogliby wierzyć w takie ograniczone cele terrorystów – więc nie powinniśmy mylić tego, co [spece od bezpieczeństwa] mówią w tej kwestii, z tym, w co faktycznie wierzą.

Wydawać by się mogło, że upieranie się Obamy i innych polityków przy tym, że „to nie ma nic wspólnego z islamem” jest równie dziwaczne jak naleganie ich krytyków na to, że to ma wszystko wspólne z islamem. Jak pisze David Frum na stronie internetowej Atlantic: „Wydaje się dziwnym używanie autorytetu amerykańskiego prezydenta dla wyznaczania, które interpretacje islamu są ortodoksyjne, a które są herezją”. Istnieje jednak ważny powód mówienia takich rzeczy, nawet gdy się w nie nie wierzy – i zwłaszcza, gdy się w nie nie wierzy – właśnie w kontekście walki z terroryzmem.

Można założyć, że jedynym czynnikiem, który skłoniłoby większą liczbę muzułmanów do uznania, iż przemoc wobec Zachodu jest usprawiedliwiona, byłoby ich przekonanie, że naprawdę mamy do czynienia ze „starciem cywilizacji”, że islam jest atakowany, że oni, jako wyznawcy tej religii, są podejrzani i że panuje wobec nich wrogie nastawienie. Takie zjawisko jest często obserwowane w różnych grupach społecznych, które – słusznie lub nie – uważają się za prześladowane. Zwierają wtedy szeregi wraz z tymi, do których w innych sytuacjach mogliby nie czuć sympatii.

Byłoby to klęska dotychczasowych działań, na ogół udanych, pozyskiwania współpracy społeczności muzułmańskiej w usuwaniu z jej grona garści radykałów. Co prowadzi nas z powrotem do retoryki rządu Harpera.

Samo mówienie o „islamskim ekstremizmie” albo „dżihadyzmie” nie jest naganne. Ale idące w parze z ostatnimi niepotrzebnymi interwencjami w tak błahych debatach, jak ta, czy hidżab może być noszony na ceremonii nadania obywatelstwa, sugeruje (w najlepszym razie) niepokojącą obojętność ludzi władzy wobec symboli i wobec konieczności robienia wszystkiego co możliwe, żeby upewnić członków grup mniejszościowych, że władza się na nich nie uwzięła.

Być może taka polityka jest korzystna dla zdobywania popularności wśród wyborców.
Ale jest to igranie z ogniem.

Tłumaczył Roselit, na podstawie: http://news.nationalpost.com

2
James Andrew Coyne – kanadyjski komentator polityczny, redaktor dziennika National Post. Pisał również do Globe and Mail,The Wall Street Journal, The New York Times, National Review i kanadyjskiej edycji Time.

Od redakcji: Artykuł nie wyraża poglądów redakcji, lecz uważamy, że punkt widzenia autora zasługuje na dyskusję na naszych łamach I zapraszamy do niej czytelników.

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze