Zdrada lewicy, zdrada prawicy

| 4 komentarzy|
image_pdfimage_print

Nick Cohen

*****

Za każdym razem, kiedy jakiś tropiący herezję przedstawiciel lewicy rzuca mi piorunujące spojrzenie i każe wyjaśnić, dlaczego rozmawiam „z kimś takim” (ten „ktoś” to prawicowiec, czyli obiekt słusznego potępienia) odpowiadam: „Jestem dziennikarzem i będę rozmawiał ze wszystkimi, nawet z tobą”.

Lubię jednak mieć wybór. Takiego wyboru nie miałem, kiedy siedziałem na panelu komentującym film „Silent Conquest” o „muzułmańskim” dławieniu swobody wypowiedzi w Europie i Ameryce Północnej. Zaniepokoiło mnie to, co zobaczyłem, a jeszcze bardziej zdenerwowała mnie zapowiedź organizatorów o niespodziewanym gościu – Tommy Robinsonie, byłym przywódcy English Defence League.

Nie wątpię w szczerość decyzji Robinsona o porzuceniu skrajnej polityki. Uważam też, że umiarkowana islamska organizacja Quilliam Foundation (think tank walczący z ekstremizmem, założony przez byłych dżihadystów, przyp.tłum) wykonała świetną pracę, skłaniając go do porzucenia EDL. Kiedy mu się przyglądałem, znalazłem jeszcze jeden powód, by przestać się martwić. Robinson jakby się skurczył. Zwracamy uwagę na tego typu ludzi, kiedy dowodzą organizacjami stosującymi przemoc albo przynajmniej gotowymi do takich działań. Kiedy tylko zagrożenie przemocą mija, niewiele z nich pozostaje. Gangster na ławie oskarżonych, obalony dyktator czy były przywódca skrajnej organizacji jeżdżący z wykładami wyglądają marnie i śmiesznie. „Jak mogliśmy zmarnować na nich tyle czasu?”, mówimy sobie wtedy.

Tym niemniej pojawienie się Robinsona po projekcji filmu, który przedstawia muzułmanów jako całkowicie homogeniczną grupę i zwycięską armię, stanowiło podsumowanie wszystkich błędów, jakie popełniła prawica w odpowiedzi na zbrojny islam. Dla tych, którzy nie widzieli filmu – „Silent Conquest” („Milczący podbój”) to film dokumentalny dla wszystkich, którzy masowo łapią się na slogan o „islamizacji Zachodu”. Według twórców film ten „pokazuje, w jakim stopniu Europa, Kanada a także ONZ już uległy szariackim prawom zakazującym bluźnierstwa”.

Powszechne ze strony liberałów odrzucanie takich tez jako „rasistowskich” jest według mnie beznadziejne i nieliberalne samo w sobie. Jak już wielokrotnie pisałem, historia surowo osądzi moje pokolenie liberalnych lewicowców za to, że nie obstawali przy własnych pryncypiach i nie zwalczali ruchów, które są seksistowskie, homofobiczne i naprawdę rasistowskie.

Film pokazuje wielu publicystów i polityków w takim samym stopniu ściganych przez prawo, co dżihadyści. To, że liberałowie ich nie lubią, nie oznacza, że odebranie im swobody jest czymś dobrym. Mało kto o tym mówi, ale to oczywiste, że poprawne politycznie państwo i terroryści stanowią dla siebie nawzajem pożywkę.

W konfrontacji z ludźmi, którzy zdolni są zabijać w obronie rzekomego honoru religii, państwa europejskie, Kanada czy Australia, zamiast się im przeciwstawić, próbują ich jakoś ugłaskać. Przywódcy tych państw myślą: „Skoro siła ich emocji jest tak wielka, że zdolni są mordować, musimy interweniować, zwalić winę na tych, którzy ‘prowokują’ przemoc i skutecznie ich uciszyć”. Czyniąc tak, państwo wzmacnia roszczenia islamistów i jeszcze bardziej ich rozzuchwala.

Wielu wybitnych pisarzy i historyków mówiło mi w prywatnej rozmowie, co im wolno, a czego nie wolno publikować w obawie przed atakami dżihadystów czy potępieniem przez obłudnych liberałów. Douglas Murray, numer jeden na mojej liście „jak możesz w ogóle z kimś takim rozmawiać”, cytuje świetny fragment z autobiografii Edwarda Puseya, żeby pokazać, jakie skutki to może przynieść.

Pusey wspomina, jaki szok przeżył spotykając niemieckich naukowców, którzy w latach 20. XIX wieku na dobre zaczęli dobierać się do Biblii. Przy pomocy krytyki tekstowej potrafili wykazać, że pochodzące rzekomo od Boga słowo jest zlepkiem konkurujących ze sobą opowieści i już przymierzali się do polowania na historycznego Jezusa. Podobnie jak darwinizm, naukowo – a nie mistycznie – objawiona teza, że postać Chrystusa nie występuje w źródłach historycznych, zniszczyła ugruntowaną pozycję religii. Liberalni chrześcijanie i Żydzi mówią dziś, że nie ma znaczenia, czy jakaś święta księga jest prawdziwa, czy nie. Jednak ma to wielkie znaczenie dla prawdziwych wyznawców. Skoro naukowcy wykazują, że słowo boże pochodzi od ludzi, to po co go słuchać?

Pusey przeczuwał niebezpieczeństwo: „Pamiętam, że siedząc w moim pokoju w Getyndze uświadomiłem sobie rzeczywistą kondycję myśli religijnej w Niemczech. Myślałem: ‘To wszystko przyjdzie do nas do Anglii, a my jesteśmy na to zupełnie nieprzygotowani’”. Koniec końców ani on, ani nikt inny nie mógł zrobić nic, żeby ochronić chrześcijaństwo. Ale, jak podkreśla Murray, islamiści są na to przygotowani. Mówią nam tak: „Spróbujcie tylko zastosować naukowe i krytyczne podejście, satyrę czy drwiny wobec islamu, a zabijemy was. Co wy na to?”.

Rasizm w tej sytuacji nie polega na tym, co prawica mówi, tylko na tym, co przemilcza. Oglądając „Silent Conquest” zobaczymy dziesiątki białych przedstawicieli Zachodu. Mamy Geerta Wildersa, holenderskiego polityka, który z jednej strony stoi na straży wolności wypowiedzi, a z drugiej przypuszcza atak na wolność religii wspierając zakaz budowy nowych meczetów. Mamy Marka Steyna, kanadyjskiego dziennikarza, który uważa, że każdy Europejczyk, który nie ma dziś 40 lat, zakończy życie jako mieszkaniec islamskiej Europy. I jeszcze wiele takich osób. Mimo kurtuazyjnego udzielenia głosu liberalnemu duńskiemu politykowi Naserowi Khaderowi, twórcy filmu, podobnie jak posępna ideologia, której film ten jest wyrazem, nie przyjmują do wiadomości, że głównym celem radykalnych muzułmanów są liberalni muzułmanie oraz byli muzułmanie – nie tylko w Iranie, ale również na Zachodzie.

Pomyślcie tylko o tytule filmu. Muzułmanie, a więc i byli muzułmanie, nie są częścią Zachodu. Są outsiderami, „milczącymi zdobywcami”, którzy wkradli się tutaj i targnęli się na nasze swobody. Twórcy filmu nie są zdolni przyznać, że wielu muzułmanów, którzy przybyli na Zachód lub wręcz się tu urodzili, ma nadzieję cieszyć się tymi samymi swobodami, co wszyscy. Co gorsza, filmowcy wykazują się niewiedzą na temat totalitarnych ruchów, która zawstydziłaby studenta pierwszego roku historii. Powinni wiedzieć, że podobnie jak pierwszymi ofiarami komunizmu byli rosyjscy robotnicy, a pierwszymi ofiarami nazizmu niemieccy przeciwnicy Hitlera, tak pierwszymi ofiarami radykalnego islamu są muzułmanie, których ten ruch uważa za swoją „własność”. Jednak gdyby uznali oni tę elementarną prawdę, musieliby też porzucić wygodną tezę o białym Zachodzie upadającym pod strasznym atakiem ciemnych barbarzyńców, a tego nigdy nie zrobią.

Prawica, albo przynajmniej jej najgłośniejsza część, równie ochoczo, co najgłośniejsza część lewicy ignoruje liberalnych muzułmanów i byłych muzułmanów. Podobnie jak lewica, zostawia ich samym sobie w nierównej walce toczonej bez wsparcia większości społeczeństwa. I jak już pisałem wcześniej, ich zachowanie to zdrada, jedna z najbardziej rażących i przygnębiających w naszych czasach.

Tłumaczenie: Rol

Źródło: http://blogs.spectator.co.uk

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze