Wojna trzydziestoletnia Bliskiego Wschodu właśnie się zaczęła

1
| 4 komentarzy|
image_pdfimage_print

Douglas Murray

W styczniu Douglas Murray wyjaśniał w magazynie „Spectator”, w jaki sposób relacje na Bliskim Wschodzie stają się coraz bardziej napięte. Zważywszy na chaos na północy Iraku, gdzie wkroczyły grupy bojowników islamskich ISIS, wgląd Douglasa wydaje się proroczy.

* * *

Syria się rozpadła. Główne miasta w Iraku przeszły w ręce Al-Kaidy. Egipt może trochę się ustabilizował po zamachu, ale Liban znów zaczyna się rozpadać. Zza tych faktów – tych wszystkich wybuchów, podżegania i krwi – wyłaniają się pewne tematy.

Pamiętam, że kilka lat temu, przed wybuchem „Arabskiej Wiosny”, spytałem o ten region wysokiego rangą urzędnika ds. bezpieczeństwa. Moje pytanie brzmiało: Czego najbardziej się obawiacie? Odpowiedź była uderzająca i precyzyjna: „Tego, że region nabierze wyraźnych kształtów”. To jest obawa, która prawdopodobnie właśnie teraz staje się rzeczywistością.

Bliski Wschód nie rozpada się. Przybiera inny kształt, wzdłuż bardzo wyraźnych linii – znacznie starszych, niż te brutalnie narzucone przez mocarstwa zachodnie prawie sto lat temu. Na całym kontynencie te granice właśnie pękają i łamią się. Podczas gdy to się wydarza, dwa najbardziej ambitne ośrodki władzy tego regionu – dom Saudów i ajatollahowie w Iranie – walczą ze sobą nie tylko o wpływy, ale nawet, być może, o przeżycie.

Sposób, w jaki wydarzenia na Bliskim Wschodzie stały się wojną religijną, jest od dawna oczywisty. Wystarczy przykład rozmowy przez radiostację naziemną, przechwyconej na początku tego miesiąca, między dwoma zagranicznych bojownikami w Syrii. Pierwszy z nich był z ISIS, Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu, drugi z FSA, Wolnej Armii Syryjskiej. „Niewierni apostaci – mówi pierwszy. – Ogłosiliśmy was ‚apostatami’, heretycy. Nie znacie boga ani jego proroka, kreatury. Jaki rodzaj islamu wyznajecie?” Odpowiada na to bojownik z FSA: „Dlaczego tu przyjechałeś? Jedź walczyć z Izraelem, bracie”. Usłyszał w odpowiedzi: „Walka z odstępcami, takimi jak wy, jest ważniejsza od walki z Żydami i chrześcijanami. Wszyscy imamowie się z tym zgadzają”.

Motywacja religijna wielu dżihadystów, (czterystu lub więcej z samej tylko Wielkiej Brytanii), którzy napłynęli do Syrii w ciągu trzech lat od wybuchu wojny domowej, jest oczywista. Od samego początku była to konfrontacja wzniecona przez różne ugrupowania religijne. W pierwszych etapach konfliktu syryjskiego oddziały szyickiego Hezbollahu zostały wysłane przez swoich liderów w Iranie, aby walczyć po stronie sojusznika Iranu, Baszara al-Assada.

Ale ich oponenci o odmiennej orientacji politycznej i religijnej przeciwstawili się temu na własny sposób. W całej Wielkiej Brytanii i Europie, nie mówiąc już o większym terytorialnie Bliskim Wschodzie, wiele tysięcy młodych ludzi słuchało wezwania przywódców religijnych, takich jak wielki mufti Arabii Saudyjskiej Abdul Aziz al-Asheik i szejk Jusuf al-Karadawi, którzy w zeszłym roku oświadczyli, że Hezbollah w rzeczywistości nie jest „armią Boga”, jak prawie sugeruje nazwa, ale raczej „armią szatana”. Karadawi oświadczył, że „każdy muzułmanin wyszkolony i zdolny do walki [powienien] być w gotowości do dżihadu w Syrii”.

Raczej nieuniknione jest to, że gdy stawką są wpływy w regionie i ilość zasobów naturalnych, na końcówkę syryjskiej rozgrywki wpływ próbują mieć liczne mocarstwa. Jednak, podczas gdy wojna domowa w kraju przeciąga się, a w całym regionie zaczął panować zamęt, wszystkie strony konfliktu oraz państwa wstrząśnięte są jedną szczególną sytuacją. Mianowicie tym, że do tej pory najważniejszy światowy gracz zdecydował się odsunąć na dalszy plan. Kiedy dwa większe miasta irackie poległy w walce przeciw siłom Al-Kaidy w zeszłym tygodniu, amerykański sekretarz stanu John Kerry, wyraził obawę, ale podkreślił, że tym razem rząd Iraku toczy „swoją walkę”.

Jednym z miast była Faludża, miejsce krwawej bitwy, gdzie 10 tysięcy brytyjskich i amerykańskich żołnierzy walczyło o obalenie islamistów. Miasto to jest teraz z powrotem pod kontrolą dżihadu, z dumnie powiewającą czarną flagą Al-Kaidy, jednak Zachód tym się nie interesuje. Mimo, że syryjskie miasta również znajdują się pod kontrolą Al-Kaidy, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy również nie chcą podjąć działań w tym kraju.

Do pewnego stopnia sytuacja na Bliskim Wschodzie pokazuje, co się dzieje, gdy Ameryka i Zachód nagle tracą zainteresowanie. Ale dla Stanów powody tego nowego braku zainteresowania są oczywiste. Przewiduje się, że Ameryka wkrótce osiągnie niezależność energetyczną, wobec tego dlaczego miałaby nadal mocno angażować się w regionie, który kosztował ją tyle krwi, finansów i międzynarodowej reputacji? Dlaczego amerykańska Piąta Flota miałaby kontynuować próby utrzymania bezpieczeństwa regionalnego na kontynencie, z którego zasobów czerpie zyski przede wszystkim Komunistyczna Partia Chin?

Dla Wielkiej Brytanii i innych mniejszych mocarstw zachodnich coraz mniejsze zaangażowanie w regionie nie jest decyzją ani moralną, ani finansową. Jest to po prostu decyzja oparta na fakcie, który wyszedł na jaw w ostatniej dekadzie, że nie mamy już ani pieniędzy ani obowiązku, aby doprowadzić do jakiegokolwiek przyzwoitego rezultatu w regionie.

Jest to fakt, do którego zbyt rzadko przyznajemy się tu w kraju, a który znany był już dawno temu w regionie. W związku z tym, kiedy nastała nowa rzeczywistość, nieuniknione było, że różne frakcje w syryjskiej wojnie domowej będą szukać wsparcia w realizacji swoich szeroko zakrojonych planów. I na odwrót, regionalne mocarstwa szukają tych, którzy mogą faktycznie użyć środków i metod do osiągnięcia ich własnych celów. Okazało się, że bliskowschodnia wojna zastępcza, która dosięgnęła już nawet Waszyngtonu, trafiła z powrotem do krajów, które ją rozpętały. I jako wojna religijna stała się również wojną dobrej, staromodnej dyplomacji.

Od początku powstania syryjskiego było nieuniknione, że Iran wtrąci się w sprawy swojego klienta w Damaszku. Rzeczywiście, mułłowie w Teheranie byli tak zdesperowani, aby zrobić wszystko dla ochrony własnych interesów, że tolerowali nawet protesty Irańczyków pozbawionych podstawowych zapasów i narzekających, że ich własny rząd pompuje miliony w wojnę domową w Syrii.

Ale następny krok był równie przewidywalny. Arabia Saudyjska, która obawia się, że irańskie wpływy rozprzestrzenią się dalej, niż to ma już miejsce w całym regionie, zaczęła popierać opozycję. Zaczynała ostrożnie, ale zmieniła podejście w ostatnich miesiącach i teraz wspiera grupy tak blisko związane z Al-Kaidą, jak tylko możliwe. Z pewnością są to desperackie kroki. Ale są to desperackie czasy dla przywództwa Arabii Saudyjskiej. Choć jest to walka, na którą zanosiło się już od dziesięcioleci.

Od zawsze napięcie towarzyszyło sprawie Bahrajnu, który jest w strefie wpływów Arabii Saudyjskiej, a który Iran chciałby mieć dla siebie. Ale mniej głośna walka toczy się o wpływy w krajach Zatoki Perskiej; przybiera ona czasem formę interwencjonizmu i jest wstępem do starcia tych wielkich bestii. Wraz z rozpadem Syrii regionalne mocarstwa zostały nieuchronnie popchnięte do bardziej otwartej walki. Dopiero teraz zimna wojna między Iranem a Arabią odnalazła swe gorące pole bitwy.

Są tacy, którzy uważają, że region jako całość może być u progu czegoś, co Europa przeszła na początku XVII wieku w czasie wojny trzydziestoletniej, która rozegrała się między katolickimi i protestanckimi państwami. Jest to konflikt, który jest większy niż Al-Kaida i jej podobne grupy. Ponownie nakreśli on ramy dla Bliskiego Wschodu oraz religii islamskiej.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie może się stać. Napięcia między grupami muzułmańskimi były obecne nawet w Wielkiej Brytanii i Europie. Inna możliwość jest taka, że nad regionem uniesie się gęsta atmosfera mordu, jak to miało miejsce w Europie wiek temu. Tak czy inaczej, będzie potrzebne rozwiązanie w stylu traktatu westfalskiego – ponowne nakreślenie granic w regionie, gdzie te granice pękały przez dziesięciolecia.

Ale na razie zdecydowany i ponadczasowy impas pomiędzy dwiema potęgami – Arabią i Iranem – z całą pewnością pozostanie głównym motorem tego konfliktu. Z pewnością jego strony pozostają zasadniczo nie do pogodzenia. Jedna z najważniejszych postaci Arabii Saudyjskiej, książę Turki al-Faisal, powiedział podczas niedawnej wizyty w Londynie: „Arabia Saudyjska jest strażnikiem dwóch świętych meczetów i miejscem narodzin islamu. Jako taka, jest niewątpliwym przywódcą całego świata muzułmańskiego”. Iran przedstawia się z kolei jako lider nie tylko mniejszości szyickiej świata, ale wszystkich muzułmańskich rewolucjonistów zainteresowanych sprzeciwem wobec Zachodu.

Książę Turki potępił „wtrącanie się” Iranu i jego „destabilizujące wysiłki w krajach o większości szyickiej – w Iraku i Bahrajnie – oraz w krajach o znaczących mniejszościach szyickich, takich jak Kuwejt, Liban i Jemen”. Jak powiedział: „Arabia Saudyjska będzie sprzeciwiać się wszelkim działaniom Iranu w innych krajach, ponieważ stanowisko Arabii Saudyjskiej jest takie, że Iran nie ma prawa wtrącać się w sprawy wewnętrzne innych krajów, zwłaszcza państw arabskich”.

Przedstawiciele rządu Arabii Saudyjskiej wzywali ostatnio, aby irańskie przywództwo stanęło przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze za zbrodnie wojenne. Potem, dwa miesiące temu, gdy grupa P5 +1 złagodziła sankcje dla Iranu po osiągnięciu tymczasowego porozumienia w Genewie, Arabia Saudyjska przekonała się, że jej największy koszmar, nuklearny Iran, jest coraz bardziej prawdopodobny. W bezpośrednim następstwie umowy genewskiej źródła saudyjskie ponuro ostrzegały, że ich kraj weźmie teraz sprawy Iranu „w swoje ręce”. Krążą pogłoski, że Saudyjczycy kupią „ogólnodostępne” bomby atomowe od swoich przyjaciół z Pakistanu, jeśli Iran kiedykolwiek będzie dysponował potencjałem nuklearnym. W tym przypadku rozwiązanie westfalskie zostanie poprzedzone grzybem atomowym.

Być może jest to mało prawdopodobny scenariusz. Ale impas pomiędzy Iranem a Arabią jest pełen nieprawdopodobnych scenariuszy. Przecież zaledwie dwa lata temu Irańczycy próbowali zamordować saudyjskiego ambasadora w Waszyngtonie. Plan został udaremniony tylko dlatego, że dwóch podejrzanych – Amerykanin irańskiego pochodzenia i oficer irańskich oddziałów specjalnych Quds Force – nieumyślnie połączyli się z informatorem amerykańskiej agencji do walki z narkotykami (Drug Enforcement Administration). Oczywiście przedstawiciele rządu irańskiego wszystkiemu zaprzeczyli, ale prokurator generalny Stanów Zjednoczonych Eric Holder oświadczył na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że spisek został „zaplanowany i zatwierdzony przez rząd irański, a zwłaszcza przez starszych członków oddziałów Quds, które są integralną częścią rządu irańskiego”.

Wojna między Arabią Saudyjską i Iranem już dotarła do wybrzeży Stanów. Dokonała spustoszenia na całych połaciach Syrii. Właściwie jedynymi miejscami, w których mogłaby jeszcze znacząco uderzyć, są ziemie głównych oponentów. To, co wydarzyło się do tej pory, już wygląda krwawo, ale jeżeli ktoś wyczekuje Armaggedonu, może się zastanowić co będzie, gdy przeciwnicy zaczną naprawdę targać się po szczękach. W regionie naznaczonym gorzką rywalizacją i ambicjami nie do pogodzenia, może się to okazać rozwiązaniem ostatecznym.

agaxs na podst. : www.spectator.co.uk

Tekst ukazał się 17 czerwca

1

Douglas Murray – pisarz, dziennikarz, komentator; współpracuje m.in. z „The Spectator” i „Wall Street Journal”. Obecnie dyrektor think-tanku Henry Jackson Society.

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze