Wielka demokracja islamska

| 2 komentarzy|
image_pdfimage_print

Burak Bekdil

*****

Według ministra UE Egemena Bağışa, „jest bezdyskusyjne, że Turcja jest obecnie bliższa standardom UE w kategoriach demokracji, praw człowieka i rozwoju ekonomicznego”.

Według ministra spraw zagranicznych Ahmeta Davutoğlu, „Turcja nie jest demokracją drugiej klasy” — czemu niżej podpisany publicysta sprzeciwiał się kiedyś, pisząc że Turcja musi jeszcze przejść długą drogę i zreformować swoją ułomną demokrację wyborczą, by zarobić na ten tytuł.

Według Economist Intelligence Unit, Turcja jest reżimem hybrydowym, co jest zaszeregowaniem poniżej demokracji „z wadami”. Ale w wywiadzie dla gazety włoskiej „Corriera della Sera” w 2010 r. prezydent Barack Obama mówił o Turcji jako o „wielkiej demokracji islamskiej”.

Dlaczego pan Obama nie mówi o własnym kraju lub o swoich zachodnich sojusznikach europejskich jako o „wielkich demokracjach chrześcijańskich”? Albo dlaczego nie powiedział o Turcji po prostu, że jest „demokracją”? Dlaczego w wypadku Turcja demokracja wymaga religijnego przymiotnika? Wydarzenia już po wywiadzie Baracka Obamy wyraźnie pokazały, że wybór słów prezydenta nie był przypadkowy.

W przemówieniu podczas weekendu popularny, wybrany przywódca wielkiej demokracji islamskiej raz jeszcze ryczał o tym, co rozumie przez demokrację: „Czegokolwiek mój naród chce, jakikolwiek kierunek sobie życzy… będzie zrealizowane”. To jest sedno sprawy z „wielką demokracją islamską”.

No cóż, żeby sprawdzić zalety swojej wielkiej demokracji islamskiej pan Erdoğan może poddać szereg kwestii pod referendum: czy Abdullah Öcalan, przywódca PKK, powinien zostać powieszony? Czy Turcja powinna zająć resztę Cypru? Czy rząd powinien znieść podatek dochodowy? Czy cena benzyny powinna zostać zmniejszona o 80%? Pensje podwojone? Turcy nie będący muzułmanami wygnani, a ich własność skonfiskowana i rozdzielona między tureckich muzułmanów? Apostaci uwięzieni?

W rzeczywistości, „czegokolwiek mój naród chce…” jest ładnie opakowanym zwrotem populistycznego polityka wielkiej demokracji islamskiej, którą wybitny intelektualista islamski opisywał niedawno w swoim artykule. Hayrettin Karaman, profesor teologii i publicysta prorządowej „Yeni Şafak”, napisał, że „Rząd nie może chronić poprzez prawo i porządek żadnego zachowania, które nie podoba się większości albo które większość uważa za szkodliwe, nieuprawnione i podłe. Mniejszość będzie musiała zrezygnować z pewnych swobód (nieaprobowanych przez większość). Remedium… jest demokracja z odniesieniem do islamu. W innym wypadku większość, której wartości mogą być naruszone przez mniejszość, będzie miała prawo zastosować naciski sąsiedzkie [na mniejszość] (Ignorowanie większości, Hayrettin Karaman, „Yeni Şafak”, 8 listopada 2013).”

To nieco kontrowersyjne rozumienie demokracji doskonale odzwierciedla poglądy pana Erdoğana, czego dowodem są jego rządy w kwestiach, które większość muzułmanów tureckich uważa prawdopodobnie za „podłe, szkodliwe i nieuprawnione”, jak alkohol, odmienne zdanie, randki, koedukacja, a także muzyka rockowa.

Kto jednak, jak i z czyjego upoważnienia będzie decydował, co w oczach większości wygląda „podle, szkodliwie i nieuprawnienie”, a co nie? Dziesięć referendów tygodniowo? I gdzie będzie pluralizm i różnorodność, które czynią demokrację demokracją? To właśnie jednak różni demokrację od demokracji islamskiej lub, słowami pana Karamana od „demokracji z odniesieniem do islamu”.

Turcja jest wielką demokracją islamską; nie jest wielką demokracją ani nawet demokracją. A jest „wielką” demokracją islamską nie dlatego, że pan Obama używa takich eufemizmów, ilekroć ma do czynienia z Bliskim Wschodem, ale dlatego, że ten przymiotnik oznacza lepszą demokratyczną pozycję Turcji niż wszystkich innych krajów muzułmańskich w regionie.

Jest jednak jeden problem z obecnym stanem wielkiej demokracji islamskiej w Turcji, główna skaza, która mogła skłonić pana Karamana do skargi o „podłym, szkodliwym i nieuprawnionym zachowaniu mniejszości”. Turcja jest nadal zbyt mało islamska lub zbyt świecka z milionami pijących, protestujących i z okruchami prawa.

Na przykład, w demokracji islamskiej panów Erdoğana i Karamana dziennikarz/ustawodawca Mustafa Balbay [ 1 ] mógł zostać powieszony, gdyby poddane to było pod powszechne głosowanie z powodu jego „podłego, szkodliwego i nieuprawnionego zachowania”.

Na szczęście w Turcji, która jest w ¾ pobożna i w ¼ świecka, pan Balbay jest — tymczasowo — wolny i otrzyma zadośćuczynienie w wysokości 1,40 dolara za każdy dzień, jaki spędził w więzieniu, ponieważ Sąd Konstytucyjny orzekł, że jego długotrwałe uwięzienie było pogwałceniem praw i jego prawa do kandydowania w wyborach.

Tłumaczenie Małgorzata Koraszewska

Artykuł ukazał się na Racjonalista.pl http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9503

 

[ 1 ] Mustafa Balbay — pisarz, dziennikarz i poseł do tureckiego parlamentu, aresztowany w marcu 2009 roku pod zarzutem udziału w spisku mającym na celu zbrojny zamach stanu i skazany w sierpniu 2013 roku na 34 lata więzienia. W grudniu 2013 roku turecki Sąd Konstytucyjny uznał jego aresztowanie i skazanie za bezpodstawne, nakazał jego uwolnienie i wypłacenie odszkodowania za okres aresztu.

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze