W obronie prawa do obrażania

"Charb" przed redakcją "Charlie Hebdo" po jej podpaleniu w 2011.
| 4 komentarzy|
image_pdfimage_print

Ayaan Hirsi Ali

Upłynęło niemal 10 lat od czasu, gdy w duńskiej gazecie opublikowano karykatury Mahometa, co na całym świecie wywołało burzę protestów muzułmanów i ukazało rozdźwięk między zwolennikami swobody wypowiedzi, a ludźmi gotowymi iść na rękę religijnym fanatykom.

"Charb" przed redakcją "Charlie Hebdo" po jej podpaleniu w 2011.
„Charb” przed redakcją „Charlie Hebdo” po jej podpaleniu w 2011.

Mniej więcej w tym czasie przyjechałam do Berlina, żeby bronić prawa do obrażania. Niestety prawo to jest dziś jeszcze bardziej zagrożone, niż w 2005 roku.

Przypomnijmy masakrę w redakcji „Charlie Hebdo” 7 stycznia i morderstwo klientów żydowskich delikatesów w Paryżu tego samego dnia. Popatrzmy też na wprawiający w osłupienie komentarz amerykańskiego rysownika Garry’ego Trudeau, który dziesięć dni temu potępił „absolutystów swobody wypowiedzi” za niekorzystanie ze „zdrowego rozsądku i oceny sytuacji”. Skrytykował francuskie władze, ponieważ aresztowano „muzułmanów, którzy naiwnie skorzystali ze swej swobody wypowiedzi do poparcia ataków”. Czy nie wolałby on przypadkiem, by aresztowano Stéphanie Charbonniera, naczelnego „Charlie Hebdo”?

Jestem absolutystką wolności słowa. Prawdopodobnie największym dramatem świata Zachodu jest dziś to, że swoboda wypowiedzi nie jest już oczywistym prawem każdego człowieka. Jest to przywilej wyłącznie osób, których stać na opłacanie uzbrojonych ochroniarzy.

Ludziom chcącym prowadzić debatę na temat islamu – na temat tego, co muzułmanie robią w imię swego proroka i zgodnie ze wskazówkami z Koranu – grozi się nie tylko zabiciem ich samych, lecz muszą także znosić ciągłe próby zabicia ich osobowości.

Ja jednak nie dam się uciszyć groźbom. Jak mogłabym milczeć? Czy zagrożenie ze strony radykalnego islamu zmalało od 2005 roku? Czy mam patrzeć w inną stronę, gdy zwolennicy tak zwanego Państwa Islamskiego mordują etiopskich chrześcijan w Libii? Czy mam milczeć widząc tragedię tysięcy ludzi, których islamiści zmuszają do ryzykownej ucieczki przez Morze Śródziemne do Europy? Nie będę milczeć. Szczególnie nie w Niemczech.

Berlin to miasto o długiej historii. Wczoraj przechodziłam obok pomnika ofiar holokaustu. Mijałam pomnik upamiętniający śmierć 2000 sowieckich żołnierzy. W Niemczech totalitarna ideologia nie jest reliktem odległej przeszłości, czy ludzką katastrofą w odległych krajach. Wywołana przez nazistów tragedia drugiej wojny światowej skończyła się niecałe 70 lat temu. Zaledwie 25 lat temu w tym mieście upadł może mniej brutalny, lecz równie despotyczny reżim.

Mam nadzieję, że Niemcy rozumieją, iż złe pomysły kiełkują w głowie jakiejś osoby niepostrzeżenie jak rak i z początku niemal nikt ich nie zauważa. Jeśli nie podejmie się działań w początkowej fazie choroby, przy jeszcze niewielkiej liczbie fanatyków, problem urośnie i zagrozi śmiercią całego organizmu.

Uważam, że niezreformowany islam jest totalitarnym systemem zarówno religijnym jak i politycznym. Szanuję religię i ludzi wiary. Odrzuciłam wiarę swoich rodziców nie dlatego, że sprzeciwiam się religii jako takiej. Sprzeciwiam się jedynie politycznemu wymiarowi islamu. Sprzeciwiam się szariatowi. Sprzeciwiam się dżihadowi. Sprzeciwiam się narzucaniu właściwego i zakazywaniu niewłaściwego. Celebruję życie przed śmiercią, kontestuję islamskie przeinwestowanie w życie po śmierci.

Sprzeciwiam się naukom i praktykom Mahometa po przeprowadzce do Medyny w 622 roku. Sprzeciwiam się fragmentom Koranu i hadisów, które nakazują wiernym mordować niewiernych, gdziekolwiek ich nie znajdą. Sprzeciwiam się również praktykom, które aż nazbyt łatwo można uzasadnić tymi tekstami. Protestuję przeciwko segregacji mężczyzn i kobiet. Protestuję przeciwko braniu kobiet i dziewcząt w niewolę. Protestuję przeciwko zbiorowym gwałtom na kobietach. Protestuję przeciwko wydawaniu nieletnich dziewczynek za mąż. Protestuję przeciwko ludziom, którzy prowadzą homoseksualistów na dach najwyższego budynku w mieście, żeby ich stamtąd zrzucić, a jeśli jakimś cudem przeżyją, ukamieniować. Protestuję, jak powinien też każdy Niemiec, przeciwko dżihadystycznemu odrodzeniu antysemityzmu.

Przyznaję, że sama kiedyś wierzyłam we wskazówki Mahometa i koraniczne przykazania, podporządkowywałam się im bez dyskusji. Nauczyłam się jednak je kwestionować. Nauczyłam się wątpić. Był to długi i trudny proces. Stoję dziś przed wami, żeby podzielić się optymistycznym przesłaniem, które zawarłam w swojej książce „Heretyczka”. Piszę tam, że musimy nauczyć się odróżniać islam, system określonych koncepcji, od muzułmanów, ludzi takich jak każdy z nas.

Niezreformowany islam rozumiany jako zbiór koncepcji nie jest religią pokoju.

Jestem jednak optymistką, wierzę, że może stać się religią, nawet religią pokoju, musi się tylko zreformować. Skąd ten optymizm? Nadzieją napełniają mnie muzułmanie, którzy ryzykują swe życie, by reformować islam – określić, które z nauk Mahometa należy odstawić do lamusa, a które zachować.

Rozróżniam trzy rodzaje muzułmanów. Pierwszych z nich nazywam muzułmanami medyńskimi. W mediach nazywa się ich zwykle ekstremistami, radykałami, fundamentalistami itp. Łączy ich paląca potrzeba zastosowania w społeczeństwach z XXI wieku przykładu, jaki dał Mahomet w wieku VII. Dążą do ustanowienia szariackiego rządu. Jedni myślą w kategoriach lokalnych, inni regionalnych, niektórzy mają globalne ambicje. Jedni chcą rozpętać świętą wojnę, dżihad, żeby zrealizować swój cel, inni uważają tymczasem, że mądrzej jest osiągnąć ten cel poprzez misjonowanie.

Druga grupa to muzułmanie mekkańscy. Myślę, że jest to największa grupa muzułmanów. W codziennym życiu jedni praktykują, inni nie. Mekkańscy muzułmanie rozdarci są między dwoma światami. Z jednej strony pociąga ich nowoczesność i jej zdobycze. Głosują nogami za nowoczesnością, czasami bardzo desperacko, o czym świadczą łodzie pełne ludzi próbujących z narażeniem życia uciec od chaosu wywołanego przez medyńskich muzułmanów w Libii. Jednak sami również wyznają Koran i podążają za naukami Mahometa.

Jeżeli już uda im się dotrzeć na Zachód, co bardziej wierzący z nich odgradzają swoje dzieci od nowoczesności zamykając je w „kokonie”. Nie wolno im oglądać telewizji, nosić makijażu. Nie mogą sami wybrać sobie chłopaka czy dziewczyny.

Natomiast trzecia grupa to dysydenci, wszyscy ci odważni muzułmanie, którzy potrafią zmierzyć się z faktem, że niezreformowany islam zwyczajnie nie współgra ze współczesną moralnością.

Między medyńskimi muzułmanami a islamskimi dysydentami rozgrywa się dziś desperacka i nierówna walka o serca mekkańskich muzułmanów. Bardzo ważne jest, żebyśmy w tym sporze poparli właściwą stronę. Na początku tego roku kanclerz Angela Merkel powtórzyła słowa byłego prezydenta Christiana Wulffa: „Islam jest częścią Niemiec”. Moim zdaniem zawiodła w ten sposób muzułmańskich dysydentów.

Podziwiam i szanuję kanclerz Merkel. Z tego właśnie powodu spodziewałam się, że lepiej niż wielu innych zachodnich przywódców zrozumie dwie kluczowe sprawy. Po pierwsze, istnieje fundamentalna różnica między ideami a ludźmi. Żydzi są ludźmi. Muzułmanie są ludźmi. Niemieccy Żydzi i niemieccy muzułmanie rzeczywiście należą do Niemiec. Jednak islam jest zbiorem koncepcji, które bardzo potrzebują reformacji; zbiorem koncepcji, który nie może „być częścią” wolnego i otwartego społeczeństwa.

Po drugie, kanlerz Merkel wychowała się w protestanckiej rodzinie, za żelazną kurtyną w DDR, lepiej niż inni powinna więc rozumieć wagę reformacji religijnej i patologie systemów totalitarnych.

Rozumiem dylemat kanclerz Merkel. Rozumiem, że muzułmanie muszą uznać Niemcy za swój dom, że nie można popierać rasistów i ksenofobów, jak i to, że wielu niemieckich muzułmanów jest bardzo wrażliwych na wszelką krytykę swojej religii. Jednak pójście na rękę zwolennikom niezreformowanego islamu nie jest rozwiązaniem.

Wojna w łonie islamu, między reformatorami a medyńskimi muzułmanami, nie rozgrywa się tylko w krajach muzułmańskich, lecz na całym świecie, również tu w Niemczech. W tym tygodniu „New York Times” opublikował informację, że więcej brytyjskich muzułmanów walczy w tak zwanym Państwie Islamskim niż służy w brytyjskiej armii. Mężczyźni i kobiety z ponad 90 krajów pojechali do Syrii i Iraku, żeby dołączyć do ISIS, w tym około 650 osób z Niemiec. Według Międzynarodowego Centrum Badań nad Radykalizacją i Przemocą Polityczną, po Francji, Niemcy i Wielka Brytania są źródłami największej liczby ochotników w ISIS. Co więcej, niemieckie służby szacują, że na terenie ich kraju działa 30 różnych islamistycznych ugrupowań.

Ludzie jadący z Europy do Syrii nie mogliby pochodzić z różniejszych warstw społecznych. Są wśród nich młodzi i starzy, bogaci i wykształceni, biedni i niedouczeni. Karani lub nie. Co ich jednak łączy? Łączy ich przekonanie, że przyłączając się do kalifatu służą Allahowi i żyją zgodnie ze wskazówkami Mahometa.

Na Zachodzie służby antyterrorystyczne próbują wyperswadować muzułmańskim obywatelom ucieczkę do de facto państwa zła. Tłumaczymy sobie ich wybór spekulując na temat ich uwarunkowań społecznych, kryzysu tożsamości, problemów w domu. Nie próbujemy jednak przekonać ich, żeby odrzucili ideologię Państwa Islamskiego, która swe źródła czerpie bezpośrednio z islamskich pism, islamskich nauk i islamskiej tradycji.

Berlin to miejsce pełne historii i pomników. Najnowsze pomniki uchylają rąbka tajemnicy upadku Związku Radzieckiego. Komunizmu nie pokonał atomowy wyścig zbrojeń, czy wojny prowadzone przez pomocników supermocarstw na innych kontynentach. Komunizm przegrał na polu bitwy idei.

Aby pomagać, chronić i dodawać odwagi dysydentom z bloku wschodniego zastosowano szereg zręcznych metod. Jako muzułmańska dysydentka proponuję zmodyfikować pięć kluczowych dogmatów islamu.

1. Status Koranu jako ostatecznego i niezmiennego słowa bożego, oraz nieomylność Mahometa jako boskiego posłańca.
2. Islamski nacisk na życie po śmierci, a nie tu i teraz.
3. Szariat rozumiany jako wszechstronny system prawny rządzący tak sferą ducha, jak i spraw świeckich.
4. Przymus, by każdy muzułmanin wdrażał dobro i zabraniał zła.
5. Koncepcja dżihadu czy też świętej wojny.

Zdaję sobie sprawę, że taka reformacja islamu może zająć całe pokolenia. Gdzieś musimy jednak zacząć. Dlatego musimy stanąć po stronie dysydentów.

Żeby im pomóc, przede wszystkim musimy chronić swobodę wypowiedzi. A wolność słowa musi zawierać w sobie również prawo do obrazy. Musimy przestać sobie pozwalać na autocenzurę. Nie możemy przejmować się „honorową brygadą”, jak ujął to Asra Nomani, muzułmański reformator, który dokładnie rozumie jakim narzędziami próbuje się uciąć debatę na temat islamu.

Zaczęłam od przypomnienia wydarzeń sprzed 10 lat, kiedy duńskiemu karykaturzyście grożono śmiercią za narysowanie Mahometa. Chcę zakończyć słowami człowieka, którego zamordowano za obronę jego prawa do obrażania.

W opublikowanym niedawno testamencie Stéphane Charbonnier błyskotliwie i prowokująco podsumował wielki problem naszych czasów. Na kilka dni przed śmiercią napisał:

„Nie są nim [tym problemem] Koran ani Biblia jako takie – to tylko nudne, niespójne i kiepsko napisane historie – lecz ich żarliwi wyznawcy, którzy czytają je jak instrukcje montażu mebli z Ikei i zachowują się tak, jakby świat miał się zawalić, jeżeli jota w jotę nie zrobią tego, co w nich jest napisane.

Muszę dokładnie połączyć kropki na gardłach podrzynanych niewiernych, bo inaczej Bóg nie wpuści mnie do swojego wczasowego kurortu po śmierci.

Weź dowolną książkę kucharską, ogłoś, że wszystko w niej zapisane jest Prawdą i dosłownie stosuj wszystko, co owo Święte Pismo doradza, na sobie i na innych. Co z tego wyniknie? Poleje się krew”.

Oprac. Geko, na podst. www.huffingtonpost.com

Tekst jest opracowaniem przemówienia Ayaan Hirsi Ali z 19 kwietnia 2015 roku w Berlinie

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze