To jest światowa rewolta dżihadystów

2
| 1 komentarz|
image_pdfimage_print

Maajid Nawaz

Chcecie walczyć z ISIS? Trzeba zacząć od przyznania, czym ono właściwie jest: stanowi część światowej kampanii, której celem jest narzucenie wszystkim jednej religii pod groźbą śmierci.

Pierwsza dżihadystka, jaka wysadziła się w powietrze na europejskiej ziemi, dokonała zamachu w St. Denis we Francji. Zarówno papież jak i król Jordanii Abdullah ogłosili ataki ISIS na Paryż początkiem wojny światowej.

Nie zgadzam się z tym. W dwóch potwornych wojnach światowych walki toczyły państwa i ich wojska konwencjonalne. Do tej pory – nasza reakcja określi, czy tak zostanie – obecna sytuacja była asymetrycznym konfliktem o naturze ponadpaństwowej. Jawna bezczelność dżihadystów zmusza kraje do ponownego rozpatrzenia dzisiejszego chwiejnego status quo stosunków międzynarodowych.

Moim zdaniem bezpieczniejszą, dokładniejszą i bardziej sensowną nazwą jest raczej światowa rewolta dżihadystów. Po ostatnich wydarzeniach w Paryżu czas już przyznać, że dotarła ona na europejską ziemię.
Uznanie tej sytuacji za rewoltę całkowicie zmienia to, jak będziemy reagować. Żeby rozwiązać ten problem nie wystarczy przeprowadzić ataki z powietrza albo dokonać drobnych zmian w prawie. Walka z rebeliami zakłada – w przeciwieństwie do otwartej wojny – że wróg cieszy się znaczącym poparciem społeczności, w której chce przetrwać.

Rozpoznanie źródła wsparcia wywrotowców oznaczać będzie skończenie z przepraszającą postawą skrajnej lewicy czy też uprzedzeniami skrajnej prawicy. Obie te reakcje czynią nas ślepymi na to, jakie jest prawdziwe źródło tej rewolty: ideologia islamistyczna – w odróżnieniu od religii islamu.

Prezydent Obama i wielu liberałów unikają nazywania tej ideologii islamizmem. Obawiają się, że zarówno społeczności muzułmańskie, jak i prawica usłyszą tylko słowo „islam” i zacznie się obwinianie wszystkich muzułmanów. Zamiast tego powtarza się więc mantrę: „ISIS nie ma nic wspólnego z islamem”.

Ujmowanie rzeczy w ten sposób opiera się na zrozumiałych obawach. Jednakże komplikuje to tylko problem, który ma rozwiązywać. W celu wyjaśnienia tego zjawiska posługuję się odniesieniem do kultury popularnej. Jakiś czas temu znalazło się ono nawet w Urban Dictionary. Nazywam to zjawisko efektem Voldemorta (czarnego charakteru z serii o Harrym Potterze J. K. Rowling).

Ludzie fikcyjnego świata Rowling są tak przerażeni, że robią dwie rzeczy: nie nazywają go po imieniu, lecz odnoszą się do niego tak: „Ten, którego imienia nie wolno wymawiać”. Jednocześnie, odmawiając nazywania go po imieniu, zaprzeczają jego istnieniu. Oczywiście pogłębia to tylko strach, panikę oraz histerię, napędzające mit wszechmocnego Voldemorta. Odmawianie nazywania problemu i nie rozpoznawanie go nie jest nigdy sposobem na jego rozwiązanie. Znamy to z lat republiki weimarskiej i ugłaskiwania nazistów. Znają to też wychodzący z nałogu alkoholicy ze swojego dwunastopunktowego programu.

Mówię to wszystko jako liberał i muzułmanin. Prawdę mówiąc, mówię jako były kandydat liberałów do parlamentu Wielkiej Brytanii i ktoś, kto stał się więźniem politycznym w Egipcie z powodu swoich dawnych poglądów islamistycznych. Mówię jako osoba zatroskana i znająca islam oraz muzułmanów, a nie jako ich wróg.

W debacie telewizyjnej CNN w tej sprawie z Fareedem Zakarią sam argumentowałem, że ISIS to oczywiście nie islam. Tak jak i ja. Nikogo tak naprawdę nie można utożsamiać z islamem. Islam jest tym, czym uczynią go muzułmanie. Argumentowanie, że ISIS „nie ma nic wspólnego z islamem” jest obłudne – tak samo, jak argument, że „ISIS jest islamem”.

ISIS ma coś wspólnego z islamem. Nie nic, nie wszystko, ale coś – owszem, tak. Rozmawiając z dżihadystą – a ja rozmawiałem z wieloma – nie będziecie rozmawiać o „Mein Kampf ” Hitlera, ale o tekstach islamskich.

Islam jest po prostu religią, natomiast islamizm jest teokratycznym pragnieniem narzucenia jednej wersji tej religii całemu społeczeństwu

Ważne jest tutaj zdefiniowanie, co nazywam islamizmem: islam jest religią, którą cechuje wielka różnorodność – jak każdą inną. Islamizm natomiast to pragnienie narzucenia społeczeństwu szczególnej wersji islamu. Islamizm jest tym samym teokracją muzułmańską. O ile dżihad jest tradycyjną islamską ideą walki, dżihadyzm jest użyciem siły do rozprzestrzeniania islamizmu. Kiedy tak to zdefiniujemy, łatwiej zrozumieć, że światowa rewolta dżihadystyczna rekrutuje islamistów. Ci natomiast operują w społecznościach muzułmańskich.

Brak uznania związku ideologii islamistycznej z religią islamu wywołuje dwojakie niebezpieczeństwo. Po pierwsze (w kontekście muzułmańskim): liberalni, reformowani muzułmanie, feministki muzułmańskie, muzułmańscy homoseksualiści, muzułmańscy dysydenci i członkowie mniejszości religijnych – wszystkie te mniejszości wewnątrz mniejszości społeczności muzułmanów – zostają natychmiast oszukane.
Nie nazywając tej ideologii i nie oddzielając jej od „codziennego” islamu, powstrzymujemy ich reformatorskie głosy. Głosy te mogłyby być użyte wobec tych, którzy chcą uciszyć ich postępowe wysiłki wewnątrz ich własnych społeczności. Powstrzymujemy rozmowę o zakończeniu aktywności islamizmu i jednoczesnym zreformowaniu tradycyjnego islamu. Jeśli nie ma on „nic wspólnego z islamem”, to społeczność islamska nie ma o czym rozmawiać. W ten sposób oddajemy debatę ekstremistom, którzy rozmawiają o islamie bezkarnie.

Drugie zagrożenie trzeba wyjaśnić w kontekście niemuzułmańskim. Co się dzieje, jeśli nie nazywamy ideologii islamistycznej i nie odróżniamy jej od islamu? Prezydent Obama w swoim ostatnim przemówieniu dla ONZ odnosił się do „trującej ideologii”, ale jej nie nazwał. Większość ludzi, którzy potrzebują w tych sprawach przewodnictwa – co zrozumiałe – może równie dobrze przyjąć, że ideologią, z którą mają się zmierzyć, jest właśnie islam i wszyscy muzułmanie. Widać to w powstawaniu populistycznych, ksenofobicznych trendów w Europie i Ameryce.

Powinniśmy umieć odróżnić ekstremizm islamistyczny od islamu. Islam jest po prostu religią, natomiast islamizm jest teokratycznym pragnieniem narzucenia jednej wersji tej religii całemu społeczeństwu. Kiedy to zrobimy, możemy jasno zidentyfikować rebeliancką ideologię, którą musimy zrozumieć, odizolować, osłabić, obalić i zapewnić odpowiednie alternatywy. Od kilku lat to właśnie doradzam premierowi Wielkiej Brytanii, Davidowi Cameronowi. Chciałbym wierzyć, że to dzięki temu Cameron poprawił Obamę w przemówieniu dla ONZ.

Wielu niemuzułmanów twierdzi, że są bezsilni w sprawie debaty o islamizmie, a co dopiero pokonania go, ponieważ są kimś z zewnątrz. Jednak tak samo, jak nie trzeba być czarnym, żeby przyłączyć się do walki z rasizmem, nie trzeba też być muzułmaninem, żeby wypowiadać się przeciwko teokracji. Takie działanie jest przede wszystkim w interesie samych muzułmanów. Europa i Europejczycy mają szczególne prawo mówić ze świeckiego punktu widzenia o tym, dlaczego teokracje nie są nigdy dobre dla ludzkości (wystarczy przypomnieć sobie inkwizycję).

Co się tyczy moich braci muzułmanów, wielu sprzeciwia się podjęcia tematu islamizmu i obalenia go. Pytają, dlaczego mieliby przepraszać za coś, z czym mają niewiele albo nic wspólnego. Jest to bardzo niepomocne spojrzenie na coś, co jest obowiązkiem społecznym każdego obywatela.

Tak jak my muzułmanie oczekujemy, że inni będą nas chronić przed bigoterią antymuzułmańską – nawet, a właściwie szczególnie wtedy, kiedy pochodzi ona od niemuzułmanów – tak samo musimy przeciwstawić się teokracji islamistów. To jest nie tylko nasz obowiązek. Minimum tego, co powinniśmy zrobić, to odwzajemnić solidarność, jakiej oczekujemy od naszych współobywateli.

Nasi przywódcy polityczni ograniczają definiowanie tego problemu do każdej z osobna grupy dżihadystycznej, jaka jest akurat najbardziej aktywna. Ignorują oni fakt, że wszystko to zrodziła ta sama ideologia islamizmu. Zanim pojawiło się ISIS, Departament Stanu USA nazywał ten problem „inspirowanym przez al-Kaidę ekstremizmem”, chociaż to nie al-Kaida inspiruje radykalizm. To raczej ekstremizm islamistyczny inspiruje al-Kaidę. ISIS nie zradykalizowało sześciu tysięcy europejskich muzułmanów, którzy się do niego przyłączyli. Nie dotyczy to również tysięcy zwolenników ISIS, monitorowanych przez francuskie służby.

To nie wydarzyło się z dnia na dzień i nie powstało z próżni. Propaganda ISIS jest dobra, ale nie aż tak dobra. Jest inaczej – propaganda islamistyczna od dziesiątek lat skłania tych młodych muzułmanów do tęsknoty za teokratycznym kalifatem. Według sondażu, 33% brytyjskich muzułmanów wyrażało pragnienie wskrzeszenia kalifatu. ISIS po prostu wykorzystało sytuację, której korzenie sięgają daleko wstecz. Jej twórcami były różne grupy islamistyczne. Naprawienie tego będzie wymagać dziesiątek lat odpierania tej ideologii. Nie można rozpocząć tego procesu, dopóki nie nazwiemy problemu po imieniu. Witajcie w światowej rewolcie dżihadystów.

Tłumaczenie Veronica Franco, na podstawie: www.thedailybeast.com

11

Maajid Nawaz jest autorem autobiografii „Radykał”, współzałożycielem i przewodniczącym think tanku Quilliam Foundation, który walczy z ekstremizmem. Był liberalno–demokratycznym kandydatem do Parlamentu z Londynu.

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze