Paryż to miasto dość niebezpieczne

Foto: ctvnews.ca
| 25 komentarzy|
image_pdfimage_print

Długo zabierałam się do tego posta i poruszenia tematu, który jest znacznie trudniejszy niż opis kolejnych zabytków. Jeśli jednak chcę pisać o Paryżu jako całości, jest to temat, którego w żaden sposób nie da się pominąć, gdyż w ogromny sposób wpływa na wizerunek całego miasta.

Foto: ctvnews.ca
Foto: ctvnews.ca

Jest to jednocześnie temat kontrowersyjny i „śliski” gdzie chęć pokazania faktów spotyka się z zagadnieniem poprawności politycznej oraz tego, że o pewnych rzeczach zwykło się nie pisać, aby nikogo nie urazić. Zaryzykuję jednak i opowiem wam, jak z mojego punktu widzenia wygląda problem z imigrantami w Paryżu, mieście gdzie obowiązują podwójne standardy w zależności od wyznania i rasy, oraz gdzie aktualnie Murzyna nie wolno nazwać Murzynem a Araba Arabem.

Zacznijmy od faktów. Rozpatrując tematy związane z demografią Paryża, lepiej brać pod uwagę cały rejon aglomeracji paryskiej zwany Île-de-France, niż samo miasto Paryż, które jest stosunkowo małe biorąc pod uwagę jego oficjalne, administracyjne granice. Argumentem za tym, że prawdziwy Paryż to właśnie Île-de-France jest fakt, że nie da się wyróżnić granicy przebiegającej pomiędzy Paryżem a jego przedmieściami, a cały rejon aglomeracji podlega tej samej administracji i pokryty jest tą samą siecią transportu miejskiego.

Według statystyk podanych na Wikipedii:
Ludność Île-de-France: 11 660 000
W tym imigrantów: 1 950 000 (16,9% całej ludności)
Imigrantów wliczając ludzi z przynajmniej jednym rodzicem imigrantem: 4 000 000 (35% całej ludności)
Dzieci poniżej 20 roku życia, których przynajmniej jeden rodzic jest imigrantem: 1 057 000 (37 % wszystkich dzieci poniżej 20 roku życia)

Należy zauważyć, że powyższe wyliczenia opierają się na definicji imigranta jako osoby urodzonej poza Francją. Zatem ludzie, których oboje rodzice urodzili się we Francji, lecz ich przodkowie pochodzą z innych krajów, nie będą w ogóle uwzględnieni w tych statystykach gdyż oficjalnie imigrantami nie są.
Taki procent imigrantów czyni Paryż jednym z najbardziej multikulturowych miast na świecie. Wielokulturowość sama w sobie przez wielu uważana jest za zjawisko pozytywne, powodujące wymianę doświadczeń przedstawicieli różnych nacji, powstawanie inter kulturowych instytucji, gałęzi sztuki i grup społecznych, poszerzanie horyzontów, wzrost tolerancji dla ludzi o odmiennym wyglądzie, kulturze, religii czy sposobie życia.

Wielokulturowość niesie też ze sobą zagrożenia, związane z nadmierną ekspansją jednej kultury, próbami narzucania swojego trybu życia innym, nieakceptowaniu przez imigrantów lokalnych praw i tradycji, niskiej integracji między ludnością rodzimą a napływową, przestępczości wymierzonej w ludzi o danym kolorze skóry, wyznaniu lub braku wyznania oraz różnic w poziomie życia – a co za tym idzie rosnących napięć społecznych. Problemy te są wyjątkowo żywe w Paryżu, na przestrzeni lat narastają zamiast wygasać, a władze miasta jak i całej Francji zdają się nie mieć pomysłu jak im zaradzić. I o tym będzie poniższy post.

Nadmierna poprawność polityczna

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego nazywanie rzeczy po imieniu miałoby być złe lub dla kogokolwiek obraźliwe. Jeśli człowiek jest wysoki lub niski, biały lub czarny, ubrany na czarno lub na kolorowo, to są to rzeczy, które zauważa każdy obserwator, a mówienie o nich nie jest z definicji nacechowane pozytywnie ani negatywnie. Z jakiś jednak względów powiedzenie „ten wysoki biały facet w czarnych ciuchach” nikogo nie uraża, lecz w pewnych kręgach nie wypada powiedzieć „ta czarna, na kolorowo ubrana kobieta”.

W Paryżu, aby zmniejszyć napięcia między imigrantami a rodowitymi Francuzami władze i zwykli ludzie wspinają się na wyżyny poprawności politycznej i słownej ekwilibrystyki. Murzyna nie wolno nazwać słowem „Nègre” choć nie jest ono obraźliwe, jak ognia unika się epitetów związanych z kolorem skóry, a jeśli są one nie do uniknięcia jedyną akceptowalną formą jest zaczerpnięte z angielskiego „Black”. To samo tyczy się Arabów, których absolutnie nie określa się słowem „Arabe”, na które reagują oni niechętnie i agresywnie. Dopuszczalną formą jest „Maghrébine” – określenie które pierwotnie oznaczało tylko Arabów pochodzących a Afryki Północnej.

W złym tonie jest jakiekolwiek słowne generalizowanie związane z rasą lub kulturą. Moja znajoma, Paryżanka od wielu lat, mieszkała swego czasu w bloku w całkiem niezłej dzielnicy, w którego okolicy jednak znajdowało się sporo mieszkań socjalnych w większości zajmowanych przez imigrantów. Opowiadała mi, że akty wandalizmu zdarzały się tam na porządku dziennym, lecz nawet rozmawiając z innymi mieszkającymi w jej budynku Francuzami często natkała się przesadnie poprawne politycznie sformułowania. Pomimo, że wszyscy wiedzieli, że światła na parkingu zostały porozbijane przez arabskich wyrostków oraz że palący trawę w hallu mężczyźni są Murzynami, nadal używano określeń „trudna młodzież”. To samo dzieje się w mediach, kiedy co roku w sylwestra płoną samochody, w zamieszkanej praktycznie wyłącznie przez imigrantów dzielnicy Saint-Denis, w oficjalnych wiadomościach próżno szukać informacji, że podpalenia są dziełem Murzynów lub Arabów, mówi się również o „trudnej młodzieży” lub o „mieszkańcach przedmieść”.

Są jednak sytuacje, kiedy sami imigranci wyjątkowo podkreślają swoją odmienność rasową lub wyznaniową, a dzieje się to zwykle w momentach konfliktów z policją. Mandat za złe parkowanie, oskarżenie za zakłócanie spokoju, nie mówiąc już o mandatach za łamanie zakazu zasłaniania twarzy w miejscach publicznych – w takich sytuacjach imigranci często oskarżają władzę o ataki na tle rasowym i wyznaniowym. Inaczej mówiąc, jeśli biały Francuz zaparkuje źle to mandat jest uzasadniony, jeśli jednak za to samo mandat otrzyma czarny Francuz, często potraktuje to jako akt dyskryminacji rasowej. Sytuacje takie powodują, że policja oraz inne służby porządkowe są wyjątkowo wyczulone na kwestie poprawności politycznej bojąc się oskarżeń o rasizm.

Kilkanaście dni temu sama byłam świadkiem sytuacji, gdzie podwójne standardy podczas kontaktów z muzułmanami były wyjątkowo widoczne. Na drugim piętrze Wieży Eiffla, stojąc w długiej i ciasnej kolejce do windy na piętro trzecie, można było zobaczyć szereg znaków z zakazami. W związku z ograniczonym miejscem, zakazane było między innymi stanie w kolejce z walizką oraz z wózkiem dziecięcym, proszono aby wózek złożyć a dziecko trzymać za rączkę. Widziałam, jak pracownik wieży zwrócił uwagę rodzinie turystów, chyba Amerykanów, aby złożyli wózek, ci zrobili to bez szemrania. Kiedy jednak w kolejce pojawiła się duża rodzina Arabów, z kilkorgiem dzieci, każdym w wózku, nikt nie zwrócił im uwagi. Dla pracowników wieży byli oni niewidoczni.

Przestępczość

Nie da się ukryć, choć usiłują to zrobić władze nie podające publicznie tego typu informacji, że znacząca ilość przestępstw jakie mają miejsce w Paryżu, popełniana jest przez imigrantów. Swoją tezę opieram na rozmowach ze znajomymi Francuzami, odkąd ten temat zaczął mnie interesować, zapytałam wielu osób o sytuacje, kiedy oni sami lub ich znajomi padali ofiarą przestępstwa. Usłyszałam o kilku napadach rabunkowych, gdzie napastnikami zawsze byli Murzyni, nie trafiłam na ani jedną relację o napadzie w wykonaniu białych (na pewno się zdarzają, lecz ich procent jest niewielki). Kieszonkowcami są głównie Cyganie, którzy raczej nie wchodzą w bezpośrednie starcia i bójki, lecz kradną podstępnie. Znajomy stracił niedawno dwa telefony komórkowe, jeden wyrwała mu z ręki Cyganka, która następnie wyskoczyła przez zamykające się już drzwi metra, drugi wyciągnął mu z kieszeni Cygan, również w metrze, który następnie wmieszał się w tłum innych i zniknął zanim kolega na dobre zorientował się, co się stało.

W jednym z poprzednich postów opisywałam paryskich oszustów, Murzynów wymuszających pieniądze sposobem „na bransoletki” oraz Cyganki dające do podpisu listy i petycje, a następnie żądające za to pieniędzy. Nie spotkałam się, ani osobiście, ani w relacjach innych ludzi, z historiami tego typu oszust lub wymuszeń dokonywanych przez białych.

Miejską tradycją Paryża staje się też palenie samochodów. Co roku, w sylwestra, w dzielnicy Saint-Denis płoną ich setki, dzieje się to również w akcie protestu przeciw rzekomej dyskryminacji. Jakiś czas temu Arabski mężczyzna rzucił się na policjanta, który wręczył mandat jego żonie za noszenie całkowicie zakrytej twarzy. Po tym jak został aresztowany na przedmieściach Paryża znów zapłonęły samochody. Podpalenia zdarzają się głównie w dzielnicach imigrantów, co zdaje się dziwną metodą na „ukaranie” białych, w końcu podpalacze największe szkody powodują na swoim własnym podwórku.

Przykładem z autopsji jaki chcę przytoczyć, jest dzielnica Châtelet, w której mieszkam przebywając w Paryżu. Znajduje się ona nad Sekwaną i do katedry Notre Dame mam 10 minut spaceru. W dzień okolica pełna jest turystów, na placu przy którym znajduje się mój hotel przesiadują rodziny z dziećmi, jest gwarno i przyjemnie. Po zapadnięciu zmroku Châtelet zmienia się jednak nie do poznania. Grupki Murzynów zajmują miejsce rodzin z dziećmi, zachowują się głośno i dość prowokacyjnie. Pod jedną ze ścian mojego hotelu tworzy się całonocna melina, gdzie kilkudziesięciu Murzynów pije, pali trawę, krzyczy i bije się między sobą. Nie przejmują się wyrzucaniem śmieci do kosza oraz poszukaniem łazienki w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Co rano plac przy hotelu myty jest specjalnymi maszynami, jednak zapach moczu unosi się tam prawie cały czas.

Z balkonu hotelu mam dobry widok na to miejsce i kilkukrotnie widziałam jak wyglądała interwencja policji, która pojawiała się na miejscu gdy „niedostosowana młodzież” wyjątkowo dobrze się danego dnia bawiła. Policja, jeśli już się pojawia, to nie jest to dwuosobowy patrol, lecz opancerzona od stóp do głów prewencja w liczbie przynajmniej kilkunastu osób. Nie dziwi mnie to, bo widok policjanta działa na tutejszych Murzynów jak płachta na byka, i kiedy już decydują się na interwencję, mają zwykle przeciwko sobie 20-30 czarnych mężczyzn. Starcia między nimi są dość brutalne, zwykle część czarnoskórych zostaje aresztowana, reszta ucieka lecz następnego dnia wracają.

Interesujące jest, że francuska policja oficjalnie opublikowała listę zakazanych dzielnic o wysokim poziomie przestępczości, gdzie odradza się przebywanie osobom, nie będącym ich mieszkańcami. Oficjalnie nazywane są one Priorytetowymi Strefami Bezpieczeństwa ( Zones de Sécurité Prioritaires ) i ich teren mocno pokrywa się z listą Wrażliwych Stref Miejskich (Zones Urbaine Sensibles) czyli dzielnicami zamieszkanymi głównie przez muzułmanów. Szacuje się, że w całej Francji w tych strefach zamieszkuje 5 milionów muzułmanów – ludzi, którzy w żaden sposób nie zintegrowali się zresztą społeczeństwa a co więcej, stworzyli enklawy do których nie-muzułmanin nie ma prawa wejścia.

Brak integracji

Szukając genezy powyższych problemów dochodzę do wniosku, że głównym powodem jest totalny brak integracji pomiędzy rodowitymi Francuzami a imigrantami pochodzącymi z Afryki, krajów arabskich oraz z Cyganami. Celowo wymieniam tylko te grupy, gdyż warto zaznaczyć, że w Paryżu mieszka też spora ilość imigrantów pochodzących z dalekowschodniej Azji, oni jednak nie stwarzają problemów, nie popełniają przestępstw oraz bardzo chętnie asymilują się, dostosowując się do obowiązujących we Francji zwyczajów, praw i zachowań.

Rozstrzygnięcie czy powodem tego stanu jest niechęć białych do imigrantów, czy imigrantów do białych, jest trochę zagadnieniem w rodzaju „co było pierwsze, jajko czy kura”. Podświadoma wrogość na pewno napędzana jest z obu stron, zgodnie z zasadą „skoro oni nie lubią nas, to my nie lubimy ich”, a iteracji wzajemnej niechęci zapewne było tyle, że każda strona może się zarzekać, że to „tamci” zaczęli.

Brak integracji widać na każdym kroku. Niełatwo na ulicy zobaczyć grupę znajomych gdzie biali mieszają się z Murzynami i Arabami, oczywiście zdarza się to, lecz stanowi zdecydowaną mniejszość. Każda z nacji odwiedza inne lokale, jada w innych restauracjach. W autobusie, jeśli ma się wybór miejsca, Arab dosiądzie się do Araba, Murzyn do Murzyna a biały do białego.

Ogromne różnice widoczne są nawet na poziomie strojów, które przecież każdy wybiera sobie sam i nie są nikomu narzucone. I nie mówię tu o tradycyjnych strojach afrykańskich czy arabskich. Wchodząc do zwykłego sklepu z „europejskimi” ubraniami, na pierwszy rzut oka można dostrzec, czy targetem są biali czy czarni. Murzynki ubierają się bardziej krzykliwie niż białe Francuzki, noszą kolorowe ubrania, obcisłe legginsy, często odsłaniają brzuchy czy plecy. Malują się mocniej i noszą dużo biżuterii.

Strój białych Francuzek z klasy średniej stanowi za to totalne przeciwieństwo ubiorów Murzynek, zwykle noszą one stonowane kolory, luźne i eleganckie kroje, skromne ubrania bez odsłoniętych dużych partii ciała. Prawie się nie malują, nie farbują włosów, noszą dyskretną biżuterię. Ta prostota stroju zdaje się wręcz ostentacyjna, sprawiająca wrażenie celowej chęci odróżnienia się od kolorowo ubranych imigrantek. Analogiczne różnice widać również między mężczyznami.

Oczywiście spotkamy również czarne kobiety ubierające się w taki sam sposób jak białe Francuzki, często nawet wykazujące jeszcze większą klasę, smak i skromność. Zwykle są to kobiety pracujące na poważnych stanowiskach, wykształcone i w pełni zintegrowane z francuskim społeczeństwem. Wygląda to jakby ubranie było swoistą deklaracją tego, czy dana osoba czuje się bardziej częścią „europejskiego” społeczeństwa, czy celowo chce się od niego odróżnić i odciąć, podkreślając swoje imigranckie korzenie.

Podsumowując
Powyższy tekst nie jest próbą generalizowania problemu oraz stwierdzenia, że wszystkiemu co złe winni są imigranci. Jak w każdej grupie społecznej tak i wśród imigrantów w Paryżu trafimy na osoby dobre i złe, warte poznania i takie, od których lepiej trzymać się z daleka. Chciałam jednak nieco odczarować wizerunek Paryża, jako miasta miłości, kawiarenek i sympatycznych staruszków sprzedających książki nad Sekwaną, gdyż taki przedstawiany turystom obraz jest mocno niepełny. Faktem jest, że Paryż to miasto dość niebezpieczne, zwłaszcza jeśli zejdziemy z wydeptanych przez turystów szlaków. Faktem jest również, że w dużej części za ten stan odpowiadają właśnie imigranci i przemilczenie tej informacji byłoby zakłamywaniem rzeczywistości.

Jeśli mielibyście ochotę zobaczyć na własne oczy trochę ze świata, o którym dziś pisałam, polecam udać się do dzielnicy Saint-Denis (znajduje się tam katedra gotycka) choć jest to raczej wycieczka dla bardzo odważnych lub bardzo głupich, zwłaszcza po zmroku. Można też wybrać się wieczorem na dworzec północny Gare du Nord lub przespacerować się w okolicy stacji metra Barbès – Rochechouart, wrażeń też nie powinno brakować a jednocześnie jest spora szansa na ujście z życiem.

Tekst ukazał się na blogu Latająca Europa www.latajacaeuropa.blogspot.com

Przedruk za zezwoleniem autorki – dziękujemy

Tytuł pochodzi od red. Euroislamu

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze