Wiadomość

Nowy zawód: cenzor poprawności

Salmanowi Rushdie groziła realna śmierć za "Szatańskie wersety"; dziś wielu autorom grozi "śmierć redakcyjna" za brak politycznej poprawności. (Foto flickr.com)

Usunięcie fragmentu o Mahomecie z nowego tłumaczenia  „Piekła” Dantego na holenderski ujawniło istnienie redakcyjnych cenzorów w wydawnictwach. Nazywani są oficjalnie „czytelnikami od wrażliwości” (sensitivity readers).

Redakcyjni cenzorzy to domena głównie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, ale pojawili się również w Holandii – i być może w innych krajach, ale wydawcy się tym nie chwalą. Zadaniem „czytelników od wrażliwości” jest „sprawdzanie rękopisu pod kątem błędów dotyczących innych kultur lub mniejszości. Czy w tekście występuje obraźliwy język? Czy postacie są stereotypowe? Czy rzeczywistość jest wiernie opisana?”.

Autorzy na ogół sami troszczą się o to, by ich opis świata był zgodny z rzeczywistością – chyba, że specjalnie chcą ten świat przedstawić inaczej. Autorzy, pisząc o rzeczach, o których wiedzą mało, starali się o nich wcześniej czegoś dowiedzieć. Czasem autor wkłada w poznanie sytuacji czy epoki lata pracy – co  widzi każdy, kto na przykład przeczytał „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Poważni autorzy nie lubią się kompromitować pisząc bzdury. Poważni redaktorzy w poważnych wydawnictwach tradycyjnie szukali błędów, żeby autor się nie skompromitował. Podobnie dobre czasopisma miały kiedyś „fact checkers” – redaktorów, sprawdzających fakty, o których pisali dziennikarze.

Ale w zatrudnianiu „redaktorów od wrażliwości” nie chodzi wcale o błędną wiedzę faktograficzną autorów, lecz o możliwość urażenia przez nich jakichś grup czytelników, chociaż próbuje się oczywiście udawać, że chodzi głównie o wiedzę. Rebecca Wilson z wydawnictwa De Geus mówi tak: „Wolę ich nazywać czytelnikami od tematów. Na przykład, jeden ma wiedzę w zakresie genetyki a inny o pewnej szczególnej tożsamości kulturowej”. Tyle, że specjalista od genetyki ma rzeczywiście wiedzę naukową, a specjalista od „tożsamości” ma co najwyżej doświadczenie w byciu osobą o określonej tożsamości. Jeden specjalista od genetyki wie mniej więcej to samo co inny, ale „specjalista” od „tożsamości kulturowej” może mieć z nią kompletnie inne doświadczenia niż inny „specjalista”.

Jeśli jego zadaniem jest pomoc autorowi w lepszym zrozumieniu ludzi, o których autor pisze – to świetnie, autor nie musi już sam szukać takich osób. Ale tak naprawdę chodzi tu o to, żeby nie urażać. Urażanie może być groźne nie tylko dla autora, ale i wydawców, jak przekonał się Salman Rushdie, jego tłumacze i wydawcy „Szatańskich wersetów”, którym groziła śmierć (tłumacz japoński został zamordowany)  po fatwie ajatollaha Chomeiniego, a także rysownicy i redaktorzy z satyrycznego pisma „Charlie Hebdo”, zamordowani w 2015 przez islamistów.

Jednak urażanie grozi dzisiaj na ogół nie śmiercią, tylko problemami finansowymi wydawnictwu. W 2016 wydawnictwo poczuło się zmuszone do wycofania z księgarń książki fantasy „The Continent” Keiry Drake, ponieważ była gwałtownie krytykowana za „obraźliwe stereotypy Indian i Azjatów”. Autorka przerobiła książkę, która trafiła do księgarń.

Geje będą pisać wyłącznie o gejach, czarni wyłącznie o czarnych, stare lesbijki o starych lesbijkach, a grafomani o grafomanach. Ale kto będzie chciał to czytać?

Co uraża jakichś czytelników, jest oczywiście do uznania przez redakcyjnego cenzora, który woli dmuchać na zimne. Znakomicie proces „cenzurowania dla nieurażania” ilustruje przypadek tłumaczonej na 22 języki holenderskiej autorki książek dla dzieci Anny Woltz. Jej książka „Alaska” mówi o chłopcu, który ma epilepsję. Autorka miała przy pisaniu książki fachową pomoc w postaci 17-latki, cierpiącej na epilepsję. Ale angielskie tłumaczenie wymagało, jak się okazało, zmiany, której zażądał wydawniczy „czytelnik od wrażliwości”. Na początku książki bohater mówi o sobie „dziwadło” – i to musiało zostać usunięte. Taki był warunek wydania książki w ośmiotysięcznym nakładzie, który miał trafić do bibliotek szkolnych.

Mówi Anna Woltz: „W krajach anglosaskich często utożsamiają to, co mówi bohater, ze stanowiskiem autora. A to były myśli gniewnego trzynastolatka na swój temat, konieczne dla historii, która mówi o jego rozwoju i o tym, jak w końcu odnajduje spokój. Usunięcia sformułowania zażądał zresztą nie czytelnik od wrażliwości, który miałby epilepsję, ale człowiek zatrudniony przez wydawcę, który zwraca uwagę na wszelkie możliwe miejsca wrażliwe. Jego praca polega na tym, żeby książka nie uraziła nikogo w jakikolwiek sposób. To szkodliwe i bezsensowne. Ciekawe, że jedna osoba decyduje, co odczuwają wszystkie osoby z jakiejś grupy. Efektem będzie traktowanie osób należących do mniejszości w inny sposób niż pozostałych i traktowanie ich w jedwabnych rękawiczkach”.

O tym, że chodzi o sprawdzanie, czy ktoś nie został urażony, a nie o poprawianie błędów rzeczowych, mówi Lynn Brown z agencji Salt and Sage z Nowego Jorku, zawodowa „czytelniczka od wrażliwości”, pochodząca z rodziny indiańsko-murzyńskiej, w dodatku biseksualna i specjalistka od „związków międzyrasowych” i „niewidocznych niesprawności, takich jak przewlekły ból”. Inni zatrudniani przez agencję „czytelnicy od wrażliwości” specjalizują się w tygrysich rodzinach, schizofrenii, „przemocowych romantycznych związkach” i „gwałtach na mężczyznach”.  „Pisarze na ogół chcą poprawiać świat. Oczywiście, pisarz może zignorować moje porady. Jeśli chcesz obrażać i gotów jesteś cierpieć tego skutki, to proszę bardzo”, mówi Brown. Jak wskazuje przykład Anny Woltz, pisarz niekoniecznie może zignorować dobre rady wydawniczego cenzora.

Rozmowy „czytelników od wrażliwości” z autorami odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Będziemy widzieli coraz więcej ich efektów w książkach przyszłości, w których osoby z grup tzw. mniejszościowych będą przedstawiane wyłącznie w pozytywnym świetle. Nie będzie w nich miejsca na przestępców gejów, bijących żony czarnych ani osoby transpłciowe mobbingujące pracowników. Kolejnym krokiem będzie przedstawianie kobiet (które wprawdzie nie są mniejszością, ale są zdominowane przez mężczyzn) też wyłącznie w rolach pozytywnych („Makbet” będzie musiał zostać z lektur usunięty). Czarnymi charakterami pozostaną wyłącznie biali mężczyźni.

Ideologia „obrony mniejszości” przed złym samopoczuciem jest znana od wielu lat ze swojej wersji stosowanej przez organizacje i działaczy muzułmańskich, oskarżających krytyków islamu i muzułmanów o „islamofobię”. Nieistotne jest, czy krytykowana jest religia czy zachowania jej wyznawców – każda krytyka uraża i obraża. Teraz ta ideologia rozszerza się na rozmaite inne grupy „mniejszości”, których nie tylko krytykować nie wolno, ale o których pisać wolno wyłącznie w sposób pozytywny. Czy prawdziwy – to już „czytelników od wrażliwości” ani zwolenników „obrony mniejszości” nie interesuje.

Cenzurowanie autorów ma dwa oblicza – jednym jest wprowadzanie zmian do ich utworów, od sugerowania przerobienia sformułowań do usunięcia fragmentów. Ale drugim obliczem jest zabranianie pisania na określony temat autorom, którzy nie mają z nim bezpośredniego własnego doświadczenia. Parę tygodni temu również doświadczyła tego Holandia – znana młoda autorka i poetka Marieke Lucas Rijneveld została zmuszona do rezygnacji z tłumaczenia poematu młodej amerykańskiej poetki Amandy Gorman, wygłoszonego na inauguracji prezydenta Joe Bidena.

Amanda Gorman jest bowiem czarna, natomiast  Rijneveld, chociaż też należy do mniejszości (jest transseksualna), jest biała. Dlatego mnóstwo osób w mediach społecznościowych – i tradycyjnych – uważało, że nie będzie ona mieć odpowiedniej wrażliwości, żeby poemat odpowiednio przetłumaczyć. To, że wcześniej znakomicie tłumaczone były na holenderski przez białych książki o rasizmie autorstwa czarnych amerykańskich pisarzy, nikogo nie obchodziło. Nieistotne było również to, że Rijneveld słabo zna angielski i nie ma żadnego doświadczenia w tłumaczeniach. Ważne było tylko to, że ma białą skórę.

Taka ideologia, dopuszczająca pisanie i tłumaczenie tylko osobom, które mają własne określone doświadczenia, jest całkowicie sprzeczna z tradycją literatury światowej, w której autorzy starają się, lepiej lub gorzej, przedstawiać przeżycia osób bardzo od siebie różnych. Przyszłość literatury wygląda przypuszczalnie tak, jak opisuje ją David Orión Pena, inny „czytelnik od wrażliwości”: „Za dwadzieścia lat wszystkie wydawnictwa będą miały pisarzy i redaktorów różnego pochodzenia i wtedy „czytelnicy od wrażliwości” nie będą potrzebni”.

Geje będą pisać wyłącznie o gejach, czarni wyłącznie o czarnych, stare lesbijki o starych lesbijkach, a grafomani o grafomanach. Ale kto będzie chciał to czytać?

〉 O ocenzurowaniu „Piekła” w artykule „Holandia: „Piekło” Dantego bez Mahometa”.

Udostępnij na
Video signVideo signVideo signVideo sign
Grzegorz Lindenberg

Grzegorz Lindenberg

Socjolog, dr nauk społecznych, jeden z założycieli „Gazety Wyborczej”, twórca „Super Expressu” i dwóch firm internetowych. Pracował naukowo na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Harvarda i wykładał na Uniwersytecie w Bostonie. W latach '90 w zarządzie Fundacji im. Stefana Batorego. Autor m.in. „Ludzkość poprawiona. Jak najbliższe lata zmienią świat, w którym żyjemy”. (2018), "Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce" (2019).

Inne artykuły autora:

Antyekstremistyczna fundacja Quilliam zlikwidowana

Unijny budżet lekceważy groźbę masowej imigracji

Grecja: UE sfinansuje obozy dla imigrantów