Niewidzialni ateiści arabskiego świata

proud-to-be-atheist
| Brak komentarzy|
image_pdfimage_print

Ahmed Benchemsi

Dar Al Ifta, szanowana kairska instytucja wydająca islamskie edykty, odniosła się w grudniu do nieznanego szerzej badania, według którego liczba ateistów w Egipcie wynosi dokładnie 866 osób.

Badanie podaje równie dokładne dane na temat liczby ateistów w innych krajach arabskich: 325 w Maroku, 320 w Tunezji, 242 w Iraku, 178 w Arabii Saudyjskiej, 170 w Jordanii, 70 w Sudanie, 56 w Syrii, 34 w Libii i 32 w Jemenie. W sumie dokładnie 2293 niewierzących wśród trzystumilionowej populacji.

Wielu komentujących wyśmiewało te dane. Rabab Kamal, egipski aktywista na rzecz świeckiego państwa zapytany przez „The Guardian” czy uważa liczbę 866 za dokładną, odpowiedział sarkastycznie: „Mógłbym doliczyć się większej liczby ateistów na samym tylko Uniwersytecie Al Azhar”. Miał na myśli instytucję akademicką, która od prawie 1000 lat stanowi centrum nauczania sunnickiego islamu.

Brian Whitaker, wieloletni korespondent bliskowchodni oraz autor książki Arabs Without God, pisze: „Być może liczbę ateistów w Jordanii oceniono na 170, gdyż tylu jest członków w ich grupie na Facebooku”. Możliwe więc, że przeprowadzający ankietę po prostu próbowali zidentyfikować ateistów aktywnych w mediach społecznościowych.

Nawet wówczas jednak liczby podane przez Dar Al Ifta wydają się być niskie. Kiedy niedawno wyszukiwałem w arabskim i angielskim Facebooku słowo „atheist” w połączeniu z nazwami różnych arabskich krajów, system zwrócił ponad 250 stron lub grup skupiających od kilku do ponad 11 tys. członków. A chodzi tylko o ateistów arabskich (bądź Arabów zainteresowanych tematem ateizmu), odważnych na tyle, żeby pozostawić ślad w internecie. „Zgaduję, że każda egipska rodzina ma u siebie ateistę, albo przynajmniej kogoś o krytycznym poglądzie na temat islamu”, powiedział egipskiemu historykowi Hamedowi Abdel-Samadowi Momen, podobnie jak on ateiście. „Za bardzo się boją, żeby coś powiedzieć”.

Podczas gdy kraje arabskie zaniżają swoje szacunkowe liczby ateistów, Zachód jest żałośnie niezdolny do choćby wyobrażenia sobie arabskiego ateisty. Zachodnie media nie zastanawiają się, czy Arabowie są religijni, ale raczej do jakiego stopnia ich (zakładana) religijność może przynieść szkody Zachodowi. W Europie debata skupia się na imigracji (czy „muzułmańscy imigranci” są wrogo nastawieni wobec świeckich wolności?), podczas gdy w USA centralnym zagadnieniem jest terroryzm (czy „muzułmanie” mu sprzyjają?).

Wszystkie reżimy arabskie w różnym stopniu używają religii dla legitymizacji swojej władzy. Wyrażana niewiara stanowi dla nich zagrożenie egzystencjalne.

Gdy idzie o debatę polityczną, prawica podejrzewa „muzułmanów” o wrogie nastawienie do wolności osobistych i sympatię dla dżihadu. Lewica natomiast wybiela „muzułmanów” podkreślając ich „pokojową” i „umiarkowaną” religijność. Ale nikt nie zostawia Arabów w spokoju, ponieważ są muzułmanami. Obie strony opierają swoje stanowisko na założeniu, że kiedy w grę wchodzi naród arabski, to jego religijność jest czymś pewnym, zagnieżdżonym w jego DNA obowiązkiem.

Być może Arabska Wiosna zwolniła tempo, natomiast w sprawach przekonań i postaw religijnych dominują uogólnienia. Znaczne liczby osób odchodzą od automatycznie dziedziczonej religijności, którą ludzie Zachodu odruchowo przypisują arabskiemu światu. W 2012 r. szeroko zakrojona ankieta przeprowadzona przez WIN/Gallup International ujawniła, że 5 proc. obywateli Arabii Saudyjskiej, czyli ponad milion ludzi, identyfikuje się jako „przekonani ateiści”, tak samo jak w USA. 19 procent Saudyjczyków, ponad 6 milionów ludzi, uważa się za „osoby niereligijne”. We Włoszech liczba ta wynosi 15 proc. Te liczby szokują jeszcze bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że wiele krajów arabskich, w tym Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sudan i Jemen, stosują szariacką karę śmierci dla apostatów.

Jednakże kara śmierci prawie nigdy nie jest wykonywana. Skazani ateiści spędzają w więzieniu różne okresy czasu, a następnie otrzymują możliwość odwołania swoich poglądów. Kraje arabskie, które nie zakazują apostazji, mają sposoby na zniechęcanie ludzi do wyrażania swojej niewiary. W Maroku i Algierii kara więzienia czeka na tych, którzy „metodami uwodzicielskimi” próbują nawracać muzułmanów. Egipt skazuje jawnych ateistów odwołując się do szerokiej interpretacji praw o bluźnierstwie. W Jordanii i Omanie publiczne wyrzeknięcie się islamu naraża człowieka na rodzaj śmierci obywatelskiej poprzez stosowanie metod prawnych, takich jak anulowanie małżeństwa i odebranie praw do spadku.

Oficjalnie sankcjonowane kary bywają okrutne. W styczniu tego roku 21-letni egipski student Karim Al Banna otrzymał wyrok trzech lat więzienia za „obrazę islamu”, a przyczyną był jego deklarowany na Facebooku ateizm. Jego ojciec zeznawał przeciwko niemu.

W lutym 2012 r. saudyjski pisarz Hamza Kashbagi został bez procesu uwięziony na niemal dwa lata dwóch z powodu trzech wpisów na Twitterze odnoszących się do proroka Mahometa, z których najbardziej kontrowersyjny brzmiał: „Nie będę się przed tobą kłaniał. Nie będę całował twojej dłoni. Zamiast tego, uścisnę ją tak, jak równy z równym”.

Rok temu Raif Badawi, założyciel Free Saudi Liberals, bloga poświęconego dyskusjom o religii, został skazany na 10 lat i 1000 batów.

A w grudniu mauretański dziennikarz Mohamed Cheikh Ould Mkhaitir został skazany na śmierć za krytykę panującego w państwie systemu kastowego, którego mechanizmy wywodzą się z decyzji poczynionych przez samego proroka w siódmym wieku. Trwa proces apelacyjny.

Pomimo tak drakońskich kar, odsetek ludzi wyrażających jakiś stopień wątpliwości względem religii jest wyższy w świecie arabskim (22 proc.), niż w Południowej Azji (17 proc.) i Środkowej Ameryce (16 proc.). A te 22 procent to jedynie średnia. W niektórych krajach arabskich jest on wyższy, od 24 proc. w Tunezji do aż 37 proc. w Libanie. Gdy weźmie się pod uwagę stopień społecznego i politycznego tłumienia publicznego wyrażania niewiary, liczby wątpiących i ateistów byłyby znacznie wyższe, gdyby ludzie mieli więcej swobody. W styczniu egipski aktywista ateistyczny Ahmed Harqan powiedział serwisowi Ahram Online: „Gdyby państwo chroniło prawa mniejszości, liczba tych, którzy ujawniają swój ateizm, wzrosłaby dziesięciokrotnie”.

Wiosną 2011 r. arabski świat przechodził konwulsje obejmującej cały region rewolucji. W Tunisie, Kairze i innych miejscach na Bliskim Wchodzie i w Afryce Północnej, tysiące młodych ludzi wyszło na place publiczne żądając rozszerzenia zakresu wolności. W tym czasie Waleed Al Husseini przebywał w więzieniu w Qalqiliya na Zachodnim Brzegu. 22-latek został aresztowany kilka miesięcy wcześniej w kafejce internetowej przez agentów palestyńskiego wywiadu. Przebywał tam, gdyż nie chciał prowadzić bloga z domu ze względu na pogróżki, jakie otrzymał po publikacjach na swoim blogu Noor Al Aqel (Światło Umysłu).

Jak pisał The New York Times, Al Husseini „oburzył muzułmańską społeczność internetową promując ateizm, komponując parodystyczne wersy Koranu, przedstawiając życie Mahometa w krzywym zwierciadle i występując w internecie pod sarkastycznym pseudonimem ‘Bóg Wszechmogący’ „. Stanął przed sądem wojskowym za, jak twierdzi, wyrażany w internecie ateizm uznawany za „zagrożenie bezpieczeństwa narodowego”. Al Husseini spędził w więzieniu 10 miesięcy, był tam bity i nieustannie przesłuchiwany. Spośród tysięcy zadawanych pytań jedno utkwiło w jego umyśle: „Kto finansuje twój ateizm?”.

„Przelewanie moich myśli na bloga nie wymagało oczywiście żadnego finansowania – powiedział Al Husseini. – To pytanie pokazało mi, że są niezdolni do wyobrażenia sobie, iż osobistym wyborem można wyrzec się islamu, a taki wybór ma każdy, oni też. W ich umysłach musiała za tym stać jakaś obca konspiracja, najlepiej kierowana przez Izraela. Tylko tak mogli sobie wytłumaczyć mój ateizm”.

Al Husseini został w końcu wypuszczony i zbiegł do Jordanii, gdzie ubiegał się o schronienie we francuskiej ambasadzie. Dziś mieszka w Paryżu i opublikował wspomnienia, „Blasphemateur! Les Prisons d’Allah” (Bluźnierca! Więzienia Allaha). Po masakrze w redakcji „Charlie Hebdo” napisał artykuł redakcyjny we francuskim dzienniku „Liberation” w obronie wolności słowa zamordowanych rysowników. Redaktor nadał mu tytuł „Ja, muzułmanin, stawiam na świeckość”. Al Husseini, który wcześniej jako ateista i bluźnierca opublikował swoje wspomnienia, pisał w prześmiewczym tonie: „Pewnie myśleli, że napisanie zdania zawierającego obok siebie słowa „muzułmanin” i „świeckość” jest na tyle nienormalne, że musi wzbudzić zainteresowanie”.

Podczas wizyty w programie HBO „Real Time with Bill Maher” w 2014 roku amerykański pisarz Sam Harris, filar ruchu Nowego Ateizmu, także popadł w tę pułapkę sensacji, mówiąc: „Muzułmanie, którzy są muzułmanami tylko nominalnie, którzy nie traktują wiary poważnie”. Można tylko podziwiać sprzeczną złożoność tego zdania. Jeśli ludzie ci nie traktują poważnie islamu, to dlaczego nazywa ich muzułmanami, nominalnymi czy nie?

Religijnie motywowane procesy sądowe, takie jak ten Al Husseiniego, są zawsze poważną sprawą, a oskarżony uznawany jest już nie tylko za wroga Boga, ale i państwa. Wszystkie reżimy arabskie w różnym stopniu używają religii dla legitymizacji swojej władzy. Wyrażana niewiara stanowi dla nich zagrożenie egzystencjalne.

W 2014 roku Arabia Saudyjska posunęła się do uznania ateizmu i krytyki islamu za działania terrorystyczne. Za tym ruchem kryje się zrozumiała logika. „Istnienie Arabii Saudyjskiej zależy od religijnego mandatu, gdyż źródłem jej prawodawstwa jest islam wahhabicki”, powiedział Whitaker, autor książki „Arabowie Bez Boga”. „Jako ateista w Arabii Saudyjskiej jesteś wywrotowcem. Jeśli pozwoli się na rozkwit ateizmu, reżim nie przetrwa”.

Nie tylko władze uważają niewiarę za problem. Społeczeństwa arabskie jako całość również nie są tak skonstruowane, żeby pomieścić ateistów. Po pierwsze, ateiści arabscy siedzą cicho, żeby nie rozgniewać krewnych. Jeśli pośród otaczających cię wszechobecnych odniesień religijnych zadeklarujesz, że nie wierzysz w boga, nie wygląda to jak ekspresja twojej wyjątkowości. Przeciwnie, uważa się to za wyzwanie dla całego społeczeństwa.

Religijność w świecie arabskim to nie tylko główny nurt, to norma, której należy przestrzegać bez dyskusji. W przeciwnym razie grozi ci etykieta „odszczepieńca”, jak po arabsku określa się zazwyczaj ateistów (dosłowne tłumaczenie słowa mulhid). A ponieważ religię uważa się za kolebkę moralności, bezbożni muszą być pozbawieni moralnego kompasu. Whitaker cytuje Mohammeda Al Khadrę, jordańskiego ateistę i działacza na rzecz społeczeństwa obywatelskiego, który powiedział: „Główny pogląd jest taki, że jeśli ktoś jest ateistą, to musi żyć jak zwierzę. Tak nas postrzegają. Mnóstwo razy pytano mnie, dlaczego nie sypiam ze swoją matką”.

Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy niewierzącą jest kobieta. „Popularne skojarzenie ateizmu z niemoralnością jest szczególnie odstraszające dla kobiet mających wątpliwości co do religii. W społeczeństwie arabskim, żeby wyjść za mąż, kobieta musi być ‘cnotliwe’, a nie zbuntowana”.

Można by zakładać, że w takim otoczeniu większość arabskiej ludności to oddani, religijni praktykujący. W rzeczywistości jednak, poza skrajnie religijnymi kręgami, świecki styl życia i postawy są w świecie arabskim szeroko tolerowane. Na przykład, pomimo że picie alkoholu jest zabronione w islamie, jest tam jednak dość powszechne, szczególnie wśród przedstawicieli wykształconej klasy średniej i wyższej. Do niedawna w Maroku, gdzie produkuje się znaczne ilości wina (tak jak w Algierii, Tunezji, Egipcie, Libanie i Jordanii), alkohol był sprzedawany w sieci supermarketów, będących własnością Króla Mohammeda VI, którego tytułuje się Przywódcą Wiernych. W niedawnym przemówieniu Nabil Al Fadhl, kuwejcki parlamentarzysta, ubolewał nad wprowadzonym w 1964 r. zakazem spożywania napojów alkoholowych w tym kraju, co miało skłaniać młodych ludzi do ryzykownego picia napojów wyprodukowanych w sekretnych wytwórniach.

Seks pozamałżeński, kolejna praktyka zabroniona przez islam, także nie należy do wyjątków. Zwłaszcza w miastach, gdzie od ponad pół wieku przedstawiciele różnych płci przebywają we wspólnej przestrzeni publicznej. Z badania przeprowadzonego w Maroku wynika, że potajemnie wykonuje się tam dziennie 800 aborcji – prawdopodobnie na skutek ciąż pozamałżeńskich.

Mało tego, podczas gdy islam wymaga, żeby jego wyznawcy modlili się pięć razy dziennie o określonych porach, w tym dwa razy podczas pracy, wierni zazwyczaj opuszczają modlitwy w czasie pracy i odprawiają je po powrocie do domu. W Arabii Saudyjskiej, gdzie protokołu religijnego przestrzega się najsurowiej, sklepy zamyka się na około 15 minut po każdym wezwaniu do modlitwy. Klienci mogą spełnić swój religijny obowiązek, lecz na chodnikach widać grupki ludzi czekających bezczynnie na ponowne otwarcie sklepu, czasem palących papierosa.

Dziś w świecie arabskim to nie religijność jest obowiązkiem. Obowiązkowe jest utrzymywanie pozorów. Postawę niereligijną toleruje się, o ile nie rzuca się w oczy. Społeczna hipokryzja daje przestrzeń życiu świeckiemu, podtrzymując jednak fasadę religijności. Ateizm sam w sobie nie stanowi problemu. Jest nim natomiast głośne deklarowanie ateizmu. Osoby robiące to w kraju arabskim w większym stopniu walczą o wolność słowa, aniżeli o wolność sumienia.

Nie zawsze tak było. Od lat 60. wielcy arabscy intelektualiści, tacy jak Palestyńczycy Edward Said i Mahound Darwish, czy Syryjczyk Ali Ahmad Said Esber, znany także jako Adonis, nie unikali kwestionowania ortodoksji religijnej. Abdullah Al Qasemi, zmarły w 1996 r. saudyjski pisarz, uważany za ojca chrzestnego ateistów znad Zatoki wypowiedział słynne zdanie: „Okupacja naszych umysłów przez bogów jest najgorszą formą okupacji”.

W tamtych czasach podobne wypowiedzi stanowiły mniejszy problem niż obecnie. Jak pisała w 2013 r. Diaa Hadid z Associated Press, „W latach 60. i 70. świeccy lewicowcy politycznie dominowali”. Agnostycyzm nikogo nie szokował. Jednak począwszy od lat 80. religia stała się bardziej konserwatywna, islamiści zdobyli większe wpływy, a bojówki zaczęły atakowa
wszelkie przejawy apostazji.

Abdel-Samad, egipski historyk, doświadczył tego na własnej skórze. Dziś, w wieku 43 lat, jest zadeklarowanym ateistą, ale w czasach studiów był członkiem Bractwa Muzułmańskiego. Podczas letniego obozu Bractwa zaczął mieć wątpliwości. „To miał być rodzaj wspólnego wysiłku fizycznego i duchowego – opowiada. – Każdemu z nas dano pomarańczę i kazano godzinami maszerować w słońcu. Po wyczerpującej wędrówce przez pustynię, kazano nam obrać pomarańczę. Cieszyliśmy się, że zaraz ugasimy pragnienie. Ale wtedy lider grupy kazał nam zakopać owoc w piasku i zjeść skórki. Czułem się poniżony. Oczywiście chodziło o złamanie naszej siły woli. Tak produkuje się terrorystów. Wkrótce potem opuściłem Bractwo”. W 2013 roku egipski imam ekstremista wystąpił w telewizji i wydał fatwę nakazującą zabójstwo Abdel-Samada po tym, jak ten stwierdził, że od czasów proroka islam rozwinął w sobie tendencje faszystowskie.

Dlaczego coraz więcej Arabów odwraca się od religii? Thomas Friedman z „The New York Times” napisał, że winę za to ponoszą okrucieństwa popełniane w imię islamu przez terrorystów z grup takich, jak ISIS. To odzwierciedla pogląd wielu amerykańskich ekspertów, dla których Bliski Wschód definiowany jest przez terroryzm. W rzeczywistości porzucenie islamu rzadko jest motywowane niechęcią do terroru. „Podczas zbierania materiałów do mojej książki spędziłem wiele czasu usiłując się dowiedzieć, dlaczego niektórzy Arabowie idą w stronę ateizmu. Żaden z moich rozmówców nie wymienił jednak terroryzmu, czy dżihadyzmu jako głównego powodu”, pisze Whitaker. „To mnie nie zaskakuje, gdyż ateizm jest odrzuceniem religii a każdej jej formie, a nie tylko w tych formach, które ją wypaczają”.

W przypadku znacznej większości arabskich niewierzących, droga do ateizmu zaczęła się, jak u Abdela-Samada, od osobistych wątpliwości. Pojawiają się wątpliwości co do braku logiki w świętych tekstach. Dlaczego niemuzułmanie mają iść do piekła, mimo że wielu z nich to mili, przyzwoici ludzie? Skoro Bóg zna przyszłość i wszystko kontroluje, dlaczego miałby skierować niektórych ludzi na złą ścieżkę, następnie karać ich tak, jakby nie miał nic wspólnego z ich wyborami? Dlaczego wino jest zakazane, a jednak obiecuje się rzeki wina w niebie?

Takie pytania zaczęły trapić Amira Ahmad Nasrę, sudańskiego autora książki „Mój isl@m: Jak fundamentalizm skradł mój umysł, a wątpliwości uwolniły duszę”. Kiedy miał dwanaście lat, udał się z tymi pytaniami do szejka, imama meczetu w Katarze. Odpowiedź, którą otrzymał – że wątpienie w przykazania boskie jest haram (religijnie niedozwolone) i że musi być inspirowane przez szatana – tylko go zachęciły do dalszych poszukiwań. Jak powiedział Islam Ibrahim, założyciel arabskiej strony ateistycznej na Facebooku: „Chciałem zapewnić sobie miejsce w raju, więc zacząłem studiować Koran i nauki Mahometa. Ale znalazłem tam wiele sprzecznych i pełnych krwi nauk i wyobrażeń. … Każdy, kto choć przez kilka minut użyje mózgu, dojdzie do tych samych konkluzji”.

Al Husseini, palestyński bloger, wspomina podróż, jaką odbył po odejściu od islamu. „Zacząłem czytać książki, które wpadały mi w ręce – mówi. – Odkrycie wzmianki o ewolucji było dla mnie szokiem”. Książki takie, jak ‘Bóg Urojony’ Dawkinsa, czy ‘O pochodzeniu gatunków’ Darwina, otworzyły mi oczy na zupełnie nowy paradygmat”. 24-letni marokański aktywista ateistyczny Imad Iddine Habib powiedział mi, że czyta książki amerykańskiego astrofizyka Carla Sagana.

Historia Iman Willouhby pokazuje drugi powód, dla którego Arabowie przechodzą na ateizm: to opresja, której doświadczają w imię religii. Willoughby jest dziś szczęśliwie zamężną 39-letnią matką dwojga dzieci, właścicielką gabinetu masażu w Nowej Szkocji. Ale w kraju pochodzenia, Arabii Saudyjskiej, przerzyła dwie dekady koszmaru. Ojciec bił ją łamiąc kości, a macocha ganiała z nożem w ręku. Willoughby dwukrotnie była zamykana w więzieniu przez policję religijną. Za pierwszym razem zauważono ją bez zakrycia głowy w pobliżu strumienia w okolicach Rijadu. „Byłam w odosobnionym miejscu, lubiłam tam chodzić i po prostu zamykać oczy, poczuć wiatr we włosach” – mówi. Jednakże, skoro kobiety nie mogą prowadzić samochodu, to znaczy, że musiał ją tam przywieźć mężczyzna. Tego samego dnia została oskarżona o niedozwolony związek z kierowcą swego auta. Na posterunku spędziła trzy dni, a kiedy ojciec ją stamtąd odebrał stamtąd, okrutnie ją pobił.

Drugie aresztowanie miało miejsce kilka lat później, gdy Willoughby studiowała medycynę. Uniwersytet znajdował się 45 minut autem od jej domu, a pewnego wieczoru kierowca nie przyjechał. Student – mężczyzna zaoferował, że ją podwiezie i kiedy przejeżdżali przez małe pustynne miasteczko zatrzymała ich policja religijna. Kolegę pani Willoughby pobito do utraty świadomości, a ona wylądowała na posterunku policji, gdzie pod groźbą pobicia zmuszono ją do podpisania oświadczenia, że z nim sypiała.

Podczas trzymiesięcznego pobytu w więzieniu i „reedukacji religijnej” obowiązkowe modlitwy były dla niej jedynym zewnętrznym bodźcem poza celą, w której nie było niczego poza materacem na podłodze, nieustępliwych karaluchów i kamery wideo, która bez przerwy ją filmowała. Nie dostawała żadnych wiadomości od rodziny czy przyjaciół. Willoughby w końcu wyszła na wolność, ale wówczas dowiedziała się o kolejnym wyroku, 80 batów. Jej brat interweniował u księcia, „nie dlatego, że się o mnie martwił, tylko dla ratowania honoru rodziny”, mówi. W końcu została objęta amnestią.

Przed więzieniem Willoughby starała się o stypendium, żeby studiować w szkole medycznej w Kanadzie. Gdy uzyskała to stypendium błagała ojca, żeby oddał jej jej własny paszport (co wspomina jako skrajne poniżenie) i wyjechała z Arabii na zawsze. Jej ateizm? „Od dawna czułam, że to naturalny kierunek. Nigdy się tak naprawdę nie modliłam – mówi. – Nawet w więzieniu po prostu recytowałam fragment za fragmentem, żeby się nie czepiali”.

„Religia to forma nadzoru – mówi Habib. – Nie chodzi o Boga, chodzi o władzę w rękach tych, który działają w jego imieniu”. Habib, Willoughby i wiele innych osób przeszli na ateizm w akcie buntu. Ich bunt jest jednak w mniejszym stopniu skierowany przeciwko islamowi, a bardziej przeciwko nadużyciom popełnianym przez osoby i systemy polityczne czerpiące władzę z religii.

Wielu arabskich ateistów początkowo nie zajmowało się polityką. Wygląda jednak na to, że nie da się jej uniknąć. Momen powiedział Abdel-Samadowi, że nie chciał upolityczniać swojego ateizmu. „Jednakże, kiedy wiara narodowa jest polityczna, to mój brak wiary też jest polityczny z definicji” – stwierdził. „Dopóki niewierzący będą prześladowani, a religia będzie wkraczała w prywatne życie ludzi, nie mogę odrzucać jej tylko jako sprawy prywatnej”.

A ponieważ polityka i tak jest wszędzie, można to równie dobrze robić tak jak trzeba, bez popadania w emocje. Do takiego wniosku doszedł egipski ateista Islam Ibrahim w swoim programie na YouTube – „The Black Ducks”. Program udostępniony został w sierpniu 2013 r. przez innego egipskiego ateistę, Islaila Mohammeda. Zachęca on ateistów ze świata arabskiego, żeby głośno mówili o swoich przekonaniach.

„Kiedy jesteś anonimowy, możesz mówić głupoty i nikt nie pociągnie cię do odpowiedzialności” – mówił w programie Ibrahim. „Myślałem, że jeśli my ateiści przestaniemy być duchami i zmaterializujemy się, będzie się nas traktować poważniej, gdyż nasze wypowiedzi będą lepiej przemyślane. Nigdy też nie osiągniemy tego, co chcemy, jeżeli za naszymi żądaniami nie będą stały prawdziwe nazwiska i twarze”.

W połowie kwietnia kanał „Black Ducks” miał już ponad 140 odcinków, z setkami tysięcy odtworzeń. Kanał ten ma dwa cele: stworzyć świeckie społeczeństwo na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej i przynieść ulgę oraz dać odwagę ateistom pozostającym w ukryciu, żeby wiedzieli, że nie są sami na świecie”. W odcinku, w którym sam występuje, Ibrahim powiedział: „Twój brat, współpracownicy, przyjaciele, członkowie rodziny, mogą być ateistami, jak ty, ale nie odważą się tego powiedzieć, chyba że zobaczą jak wychodzisz z szafy na Facebooku. Tak było w przypadku mojego sąsiada. Zaprzyjaźniliśmy się w realnym życiu, podobnie jak wiele innych osób”. Ibrahim założył stronę na Facebooku, gdzie setki arabskich ateistów publikuje swoje historie, ujawniając nazwiska, zdjęcia, kraje zamieszkania i powody stojące za ich ateizmem.

Poczucie łączności jest dla arabskich ateistów kluczowe. Kiedy Willoughby otworzyła bloga i konto na Twitterze w 2008 roku, wiele obcych osób zwróciło się do niej, dziękując za podzielenie się swoją historią i chętnie prosząc o radę, jak mają postępować w swej osobistej sytuacji. Robiła to, gdyż czuła, że to jej obbowiązek. Willoughby twierdzi, że pomogła dziesiątkom ateistów w wydostaniu się z Arabii Saudyjskiej, oferując dostęp do informacji, a w niektórych przypadkach przesyłając pieniądze.

W 2007 roku założono sieć „Ex-Muslims”, dziś o zasięgu ogólnoświatowym, która ma na celu pomoc uchodźcom, wygnańcom i wszystkim osobom o pochodzeniu muzułmańskim. Pierwsza taka grupa powstała w Niemczech z inicjatywy irańskich uchodźcow, którzy poprzysięgli wspiera
wolnoś
krytykowania religii i położyć kres „religijnemu zastraszaniu i groźbom”. Ruch ten nie ma centrali, a każda jednostka działa niezależnie. Ale spotykają się na konferencjach i wspólnie prowadzą kampanie na rzecz swojej działalności.

Wiele działań byłych muzułmanów prowadzi się online, lecz spora ich część ma miejsce w realu, co powoduje problemy związane z bezpieczeństwem. „Jeśli organizujesz spotkania w realu, powinieneś prześwietlić każdą osobę, która chce w nich uczestniczyć”, mówi Kiran Fatima Opan, kanadyjsko-pakistańska członkini Ex-Muslims of North America.

Habib założył w Maroku grupę Ex-Muslims, obecnie zrzeszającą około 20 członków. Razem z innymi aktywistami prowadził konferencje. Uruchomili kampanię na rzecz prawa do odstąpienia od postu w czasie Ramadanu (nieprzestrzeganie go publicznie jest w Maroku przestępstwem karanym od miesiąca do pół roku więzienia). Habib mówi: „Stworzyłem Radę Byłych Muzułmanów, żeby nie mówić, że ‘popieramy ateistów’. Teraz mówmy wprost: ‘Jesteśmy ateistami’. „Tak jak dla homoseksualistów, teraz i dla nas przyszedł czas ‘ateistycznej dumy’”.

Habib stał się osobą publiczną w marcu 2013. Szukała go policja, prawdopodobnie w celu oskarżenia o ośmieszanie islamskiej sentencji „Nie ma boga prócz Allacha”. Habib na Facebooku zamienił je na „Nie ma boga prócz Myszki Miki”. Zamiast oddać się w ręce policji, wybrał życie w ukryciu, jednocześnie wspierając kampanię, która właśnie rozpoczynała się w internecie. Kiedy się znów ujawnił, policja zrezygnowała z aresztowania. Być może chronią go międzynarodowe kontakty, bowiem zachodni dziennikarze, tacy jak Nicolas Kristof z „The New York Times” przeprowadzili z nim wywiady.

Pomimo ryzyka i wyzwań społecznych i politycznych, z którymi się mierzą, wszyscy aktywiści ateistyczni, z którymi rozmawiałem, powiedzieli, że ufają, iż przyszłość świata arabskiego jest świecka. „Ateizm rozprzestrzenia się po Bliskim Wschodzie niczym pożar” – podsumowała to Willoughby.

Brian Whitaker widzi w tym symptom czegoś znacznie większego, oznakę bitwy o uwolnienie się od opresji. Błyskawicznie rozwijająca się arabska podziemna scena muzyczna to kolejny przykład impulsu zmiany, który przekształca Bliski Wschód i Północną Afrykę. Pełna rewolucja kulturalna wymagać będzie zapewne dłuższego czasu. Abdel-Samad, mówiąc o swoim kraju, powiedział: „Myślę, że sekularyzm na pewno, a nie tylko być może, jest przyszłością Egiptu. Niewiadomą jest natomiast cena, jaką kraj wcześniej za to zapłaci. Historia mówi mi, że zapłaci krwią”.

Waleed Al Husseini stwierdził z kolei, że jest „pesymistą jeżeli chodzi o najbliższych 20 lat, ale optymistą co do późniejszych czasów”. On akurat może sobie pozwolić na takie słowa – będzie miał wtedy dopiero 46 lat.

Źródło: https://newrepublic.com/article/121559/rise-arab-atheists
Tłumaczenie LO.

Ahmed Benchemsi jest redaktorem naczelnym portalu FreeArabs.com

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze