Media społecznościowe napędem dżihadu

2
| 4 komentarzy|
image_pdfimage_print

Yigal Carmon, Steven Stalinsky

 Amerykańskie firmy, takie jak Twitter, Facebook, Google, Apple, Microsoft, Yahoo i inne popularne serwisy, w tym YouTube, WhatsApp, Skype, Tumblr i Instagram, napędzają światowy dżihad.

2

Był to jeden z głównych tematów niedawnego spotkania premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona i prezydenta Obamy, podczas którego skoncentrowano się na bezpieczeństwie w sieci i zwalczaniu terroryzmu. Obama stwierdził, że „serwisy społecznościowe i internet są podstawowym sposobem komunikacji organizacji terrorystycznych” i że „musimy szukać sposobów, aby upewnić się, że jeśli partnerzy Al-Kaidy działają w Wielkiej Brytanii lub w Stanach Zjednoczonych, że będziemy mieli możliwość zapobieżenia prawdziwej tragedii. I myślę, że firmy również chcą to widzieć. Są patriotami … my też będziemy prowadzić dialog z firmami, aby to zaczęło działać”

Wcześniej, bo w listopadzie ubiegłego roku, w „The Financial Times” Robert Hannigan, dyrektor Brytyjskiego Rządowego Centrum Komunikacji zdefiniował „największe firmy technologiczne Stanów Zjednoczonych” jako „wolny wybór sieci dowodzenia i kontroli dla terrorystów”. Hannigan powiedział głośno to, co zbyt długo tylko niewielu ośmielało się powiedzieć: Przez prawie dziesięć lat spółki te pomagały Al-Kaidzie, a teraz pomagają ISIS, w gromadzeniu funduszy, rekrutacji, indoktrynacji i szkoleniu nowych terrorystów. Niemal każdy dzień przynosi więcej wiadomości o aresztowaniach młodych ludzi z Zachodu za działalność terrorystyczną, planowanie ataków lub próbę przedostania się na Bliski Wschód, w celu przyłączenia się do organizacji terrorystycznej.

ISIS wykorzystuje skuteczność mediów społecznościowych

Amerykańskie firmy z branży mediów społecznościowych znajdują się w centrum każdego z tych przypadków. ISIS wykorzystuje skuteczność mediów społecznościowych. 19 sierpnia okazał się punktem kulminacyjnym, ISIS podjęło strategiczną decyzję, aby pokazać światu ścięcie amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya. Najpierw udostępniono plik wideo w serwisie YouTube i jednocześnie serię wpisów na twitterze ze zdjęciami, klatka po klatce, przedstawiającymi podcinanie mu gardła nożem, obcinanie głowy i umieszczenie jej na ciele Foleya. To przedstawienie spowodowało trzęsienie ziemi w mediach społecznościowych, tweety były powielane w tysiącach.

Następnego dnia dyrektor generalny Twittera Dick Costolo tweetował: „Zawieszaliśmy i nadal  zawieszamy konta, które są z tym związane”. Ale rozpowszechnianie kolejnych czterech ścięć Amerykanów i Brytyjczyków dokonanych przez ISIS odbyło się za pośrednictwem Twittera, z jeszcze większą ilością zdjęć z samych ścięć, jak i tego co działo się później, a to zadaje kłam  oświadczeniom dyrektora generalnego. Ponadto, cztery miesiące później wydaje się, że liczba  tweetów związanych z dżihadem, ze ścięć i innych egzekucji, nigdy nie była większa.

Ostatnio, w dniu 20 stycznia, ISIS wysłało za pośrednictwem Twittera plik wideo z YouTube z Dżihad Johnem, domniemanym wykonawcą ścięć z poprzednich filmików, który grozi zabiciem dwóch japońskich zakładników, chyba, że japoński rząd zapłaci okup w wysokości 200 milionów dolarów w ciągu 72 godzin. (Dziś już wiemy, że przekazanie okupu nie doszło do skutku, a japońscy zakładnicy zostali zamordowani).

Rząd powinien pytać szefów firm, dlaczego nie robią więcej

„Dlaczego YouTube, Facebook i Twitter nie robią więcej, aby przeszkodzić terrorystom w podżeganiu do przemocy?”, zapytał w tytule swojego artykułu redakcyjnego z 10 lipca 2014 dla „Washington Post” prowadzący MSNBC Ronan Farrow.  To jest właśnie pytanie, które urzędnicy rządu USA powinni zadawać szefom tych firm. Farrow również zauważył, że „firmy te już wiedzą, jak wyśledzić i usuwać treści naruszające inne przepisy. Każda duża sieć mediów społecznościowych wykorzystuje algorytmy, które automatycznie wykrywają i zapobiegają umieszczaniu w sieci pornografii dziecięcej. Wiele, w tym YouTube, używa podobnej metody, aby zapobiegać rozpowszechnianiu w sieci materiałów chronionych prawami autorskimi. Dlaczego nie wykorzystują podobnego prewencyjnego systemu w przypadku tych oczywistych filmików ze ścięć”?

Prezes zarządu Google Eric Schmidt zapytany w maju 2013 w wywiadzie dla CNN o wykorzystywanie przez terrorystów serwisu YouTube, stwierdził: „Gdyby istniał algorytm do wykrywania terrorystów, uwierzcie mi, używalibyśmy go”. Google całkiem dobrze radzi sobie z identyfikowaniem i usuwaniem treści z wykorzystaniem algorytmów w swoich wyszukiwarkach – i czynił to przy wielu okazjach. Dlaczego jednak bezpieczeństwo narodowe ma być „powierzane” pracownikom Google’a? Jakie są ich kwalifikacje w określaniu, co może zagrażać życiu Amerykanów?

Ci, którzy wspierają obecność treści związanych z dżihadem w mediach społecznościowych twierdzą, że takie treści należy zostawić w spokoju, z uwagi na ich wartość dla wywiadu. W artykule redakcyjnym z 9 października w „Washington Post” zatytułowanym „Nie powinniśmy zabraniać terrorystom tweetowania”, Daniel Byman i Jeremy Shapiro z Instytutu Brookings bronili Twittera za umożliwienie i nie usuwanie treści związanych z dżihadem: „Blokowanie konkretnych witryn lub osób może mieć sens, jeśli ryzyko rekrutacji i radykalizacji jest wysokie. Ale to ryzyko należy rozważyć w odniesieniu do uzyskiwanych danych wywiadowczych o grupach, takich jak na przykład Państwo Islamskie, które są czynne w mediach społecznościowych”.

Takie podejście jest błędne. Trudno wyobrazić sobie rozwój globalnego dżihadu bez internetu. Całe pokolenie młodzieży muzułmańskiej była i nadal jest radykalizowane w sieci przez brutalne obrazy i namawianie do mordów. Liczba rekrutów jest dzisiaj tak duża, ponieważ zbyt długo nie robiono niczego, aby powstrzymać napływ treści związanych z dżihadem za pomocą tych serwisów. I należy również brać pod uwagę fakt, że dżihadyści zakładają, iż zamieszczane przez nich treści są monitorowane przez zachodnie agencje wywiadowcze; argument, że pozwalanie im na dalsze korzystanie z tych platform i liczenie na przypadek, że ich konta mogą mieć znaczącą wartość wywiadowczą, jest po prostu naiwne. Obalić go można w prosty sposób – rząd nie powinien opierać się na mediach społecznościowych przy gromadzeniu danych wywiadowczych.

Rosnące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego

Inną pamiątką tego, że dano dżihadystom wolną rękę w internecie, był nagłówek z 10 stycznia w „New York Times”, wkrótce po zamachach w Paryżu: „Dżihadyści i ich sympatycy w mediach społecznościowych chwalą atak na Charlie Hebdo”. Następnego dnia ministrowie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych 12 krajów europejskich, w tym Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, wydały wspólne oświadczenie wyrażające obawy związane z wykorzystywaniem przez terrorystów internetu i wzywające spółki technologiczne do większej aktywności w radzeniu sobie z tym problemem.

12 stycznia przybyły kolejne dowody na rosnące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, stwarzanego przez aktywność w zakresie cyber-dżihadu w wykonaniu Al-Kaidy, ISIS i innych grup – hakerzy wspierający ISIS włamali się na konta na Twitterze i YouTube Centralnego Dowództwa USA – CENTCOM – powodując wyciek dokumentów i informacji, a następnie na żywo przekazywali je na Twitterze. „Atak na Sony, wczorajsze włamanie na konto na Twitterze w wykonaniu sympatyków islamskiego dżihadu, to tylko pokazuje nam, jak wiele pracy jest przed nami, zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym, aby wzmocnić nasze cyberbezpieczeństwo”, ostrzegał prezydent Obama następnego dnia.

Generał Jack Keane (w stanie spoczynku), były zastępca szefa sztabu armii amerykańskiej, rozumie strategiczne znaczenie tego, że pozwolono, żeby Al-Kaida, ISIS i inne grupy związane z dżihadem  korzystały z mediów społecznościowych i jakie szkody zostały wyrządzone poprzez niezakłócanie im tej działalności. 23 października oświadczył na Fox News: „Myślę, że powinniśmy zwrócić się do firm, które prowadzą Twittera, Facebooka, i różne strony  internetowe, żeby je pozamykały”.

Czas, żeby Kongres zaczął nadążać za terrorystami

Nowy Kongres i administracja Obamy powinny zrobić z tej kwestii priorytet w 2015 roku. W bardzo spóźnionym pierwszym kroku powinny wezwać szefów firm od mediów społecznościowych i zmusić ich do wyjaśnień w zakresie zasad, którymi się kierują. Rozwiązania mogą wymagać zbadania przez ekspertów prawa konstytucyjnego, a może trzeba będzie przejść całą drogę aż do Sądu Najwyższego.

Istnieje kilka przejrzystych modeli, które decydenci amerykańscy mogliby wykorzystać, a które rządy europejskie niedawno zaczęły wdrażać. 8 października Komisja Europejska razem z ministrami z wszystkich 28 państw członkowskich UE wezwała główne firmy technologiczne z USA na „prywatne” spotkanie w Luksemburgu, którego tematem przewodnim było wykorzystywanie internetu przez terrorystów, a w tle „przepływ tzw. zagranicznych bojowników” oraz „wezwania do elektronicznego dżihadu, z którym boryka się UE”. Celem spotkania było wymyślenie planu dla tych firm, aby zatrzymać radykalizację mającą miejsce na ich stronach internetowych.

Trudno zrozumieć, dlaczego nikt z rządu USA nie podjął jeszcze podobnych działań. Firmy te powinny być przepytane w ramach przejrzystych zasad, i muszą zobowiązać się do rozwiązania problemu likwidacji pełnych przemocy treści związanych z dżihadem ze swoich platform. To jest czas dla rządu, aby dogonił terrorystów w wykorzystywaniu internetu oraz zaczął tworzyć i egzekwować nowe przepisy dla rozwiązania tego problemu. Usunięcie kilku filmików z YouTube, paru kont na Twitterze i stron na Facebooku jest mało poważnym rozwiązaniem.

 

Tłumaczenie Xsara

Źródło: www.forbes.com

4
Yigal Carmon jest prezesem i założycielem Middle East Media Research Institute

Steven Stalinsky jest dyrektorem wykonawczym MEMRI.

 

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze