Komentarz

Macron ma rację w kwestii islamizmu

Macron islamizm
"Zatrzymać nielegalne modlitwy uliczne". Merowie i urzędnicy z miast regionu Ile de France domagają się delegalizacji muzułmańskich modłów na ulicach. (2017) (Foto Twitter)

Jeśli sugerować się ostatnim artykułem w „New York Times”, to nienawistny romans prezydenta Macrona z amerykańskimi mediami trwa w najlepsze.

Prezydent nie jest z tego zadowolony i uważa, że anglosaska prasa nie rozumie francuskiej zasady laickości i jej uniwersalnego modelu, stojącego w sprzeczności z anglosaskim modelem wielokulturowości, którego korzenie sięgają Imperium Brytyjskiego.

To z pewnością prawda, ale jeszcze bardziej palącą kwestią może okazać się sposób rozumienia islamizmu, który Macron obrał za cel w swojej kampanii.

Wprowadzone we Francji nowe środki zapobiegawcze mające zwalczać tak zwany islamski separatyzm oraz decyzje o nalotach na islamistyczne organizacje i rozwiązanie części z nich, co miało miejsce po zamordowaniu Samuela Paty, wzbudziły konsternację w zachodnich elitach. W ostatni weekend Twitter został zalany postami, w których porównywano politykę Francji do działań wobec Żydów w Niemczech w latach 1930. Te teorie spiskowe nie tylko ujawniają głębokie pomieszanie moralne i intelektualne, ale stanowią też zagrożenie dla francuskich obywateli, spośród których trzystu zostało zamordowanych na francuskich ulicach przez islamskich morderców w ciągu ostatnich kilku lat.

Strategia Macrona wymaga intensywnej kontroli, ale kontrola ta powinna zacząć się od zaakceptowania faktu, że islamizm jest prawdziwym zjawiskiem i poważnym wyzwaniem dla Francji, zarówno pod względem brutalnej radykalizacji, jak i spójności społecznej.

Świat anglosaski miał dość czasu, żeby zrozumieć, że „islamistyczny” nie oznacza to samo, co „islamski”. Jak wyjaśniali dwaj czołowi francuscy badacze, Bernard Haykel i Hugo Micheron, niezdolność do przeprowadzenia tego rozróżnienia potwierdza jedynie islamistyczną i skrajnie prawicową wizję wydarzeń.

Źródła współczesnego islamizmu sięgają XX-wiecznych pism religijnych oraz działalności partii politycznych założonych w Egipcie oraz na subkontynencie indyjskim. Do dziś kształtują go liczni teoretycy i uczeni.

Islamiści nie są po prostu religijnymi konserwatystami. Wielu z nich sprzeciwia się tradycyjnym praktykom religijnym, a skali islamizmu nie można określić jedynie przez akty terrorystyczne. Islamizm jest kompleksową teorią polityczną, aczkolwiek zgodną z religijnymi podstawami. Islamiści pragną fundamentalnej przebudowy społeczeństwa i powołania państwa rządzonego zgodnie z zasadami szariatu.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci pojawiły się islamskie odłamy i frakcje, które prezentowały konkurencyjne strategie mające doprowadzić do realizacji tej wizji, począwszy od cierpliwego, stopniowego podejścia Bractwa Muzułmańskiego, przez rewolucyjne nastawienie Hizb ut-Tahrir, po globalny dżihadystyczny terroryzm Al-Kaidy i pornograficzną przemoc ISIS.

Politycznej ideologii, która napędza terroryzm, nie można usprawiedliwiać religią ani historią kolonializmu.

Bractwo Muzułmańskie, najbardziej wpływowy ruch islamski na świecie, rozpoczęło się od oddolnego prozelityzmu (dała), ale wydało na świat postaci takie, jak Sajjid Kutb, który brzydził się moralną deprawacją towarzyszącą kościelnym tańcom w małym miasteczku w Kolorado, czy Abdullah Azzam, który stworzył podwaliny bardziej militarystycznej, światowej teorii islamizmu. Mieli takie same idee, ale różniła ich przyjęta strategia. Nic więc dziwnego, że tak wielu przywódców Al-Kaidy, w tym Ayman Al-Zawahiri, wywodziło się z Bractwa Muzułmańskiego.

Pomimo tych powiązań i powszechnego postrzegania „ekstremistów” jako głośnych i pełnych nienawiści, większość islamistów nie jest potworami. Często są to ludzie wykształceni, współczujący, elokwentni i charyzmatyczni, którzy odgrywają ważne role w swoich społecznościach. Wielu z nich szczerze odrzuca dżihadystyczną przemoc. Problem polega na tym, że w przeciwieństwie do innych konserwatywnych religii, polityczny ład islamizmu, nawet wolnego od przemocy,  jest nie do pogodzenia z modelem współczesnych, liberalnych i demokratycznych państw narodowych, które dają prawa i ochronę w oparciu o obywatelstwo, a nie o religię.

I choć istnieją umiarkowane wersje islamizmu, urzędnicy w Paryżu, Brukseli, Wiedniu i w kilku innych europejskich stolicach doszli do wniosku, że pokojowy islamizm i dżihadystyczny terror są „nierozerwalnie związane” i że dżihadyści są zbrojnym ramieniem globalnego islamizmu. Alain Grinard, oficer belgijskiej policji oraz badacz akademicki, nazwał kiedyś Al-Kaidę „epifenomenem” – najbardziej widocznym aspektem szerszego, długoterminowego zagrożenia islamizmem.

Ta słaba zdolność widzenia jest centralnym aspektem dylematu, z jakim zmaga się Zachód uważający, że otwarcie pokojowa islamistyczna partia polityczna może zostać obnażona i pokonana w debacie, a szerzone przez nią idee można przezwyciężyć w sferze publicznej. Tymczasem pierwsze pokolenie zachodnich islamistów, które uciekało z Bliskiego Wchodu przed prześladowaniami, utworzyło sieć organizacji pozarządowych, think tanków, organizacji charytatywnych oraz instytucji religijnych, które z wigorem zaprzeczają powiązaniom z islamistycznymi partiami politycznymi.

Ten archipelag ugrupowań, choć stanowi ruch mniejszościowy, dzierży nieproporcjonalne wpływy i z powodzeniem szerzy myśl islamistyczną. Potępianie przemocy, wypowiadane przez te grupy półgębkiem, nie przyczyniło się w żadnym stopniu do zwalczania negatywnego wizerunku muzułmanów, których one rzekomo reprezentują. Z powodu tajności grup islamistycznych oraz agresywnej kampanii prawnej wymierzonej w aktywistów, naukowców i dziennikarzy [im się przeciwstawiających], obnażenie prawdziwej natury tych na pozór niewinnych i z założenia obywatelskich organizacji jest dużym wyzwaniem.

Widmo tajemnej działalności Bractwa Muzułmańskiego jest często wyolbrzymiane w prawicowej wyobraźni. Nie jest to jednak tylko teoria spiskowa. Kamal Helbawy, jeden z najbardziej znanych i wpływowych islamistów w Wielkiej Brytanii, odszedł z Bractwa Muzułmańskiego właśnie ze względu na jego tajemny charakter. Groźby prawne ze strony organizacji satelickich kierowane pod adresem każdego, kto zajmuje się śledzeniem i przytaczaniem powiązań z Bractwem były, zdaniem Helbawy’ego, zarówno nieproduktywne, jak i niemoralne. (…)

Nawet w przypadku pokojowych islamistycznych ugrupowań nie mówimy tu o odpowiedniku kontynentalnej chadecji. We Francji oraz w innych krajach europejskich myśl islamistyczna i salafistyczna wzajemnie się napędzają tworząc bardziej ożywioną, „separatystyczną” całość. Stąd pojawienie się w dyskursie we Francji koncepcji „bractwa salafickiego”. Społeczeństwo obywatelskie, bezsilne w obliczu gróźb prawnych, rujnujących oskarżeń o rasizm i zaangażowanego, wysoce zorganizowanego ruchu, nie zdołało się skutecznie sprzeciwić. Dlatego też państwo zdecydowało, że wkroczy do akcji.

Dawniej zachodnie rządy angażowały się we współpracę z islamistami, a nawet finansowały ich, licząc, że stworzą zaporę umiarkowanych wpływów przeciw „domorosłej” dżihadystycznej radykalizacji. Zachodni ruch islamistyczny ewoluował, więc nie sposób nie wspomnieć o tej chybionej strategii.

Terroryści w zrozumiały sposób przyciągają uwagę państwa, ale nie mogliby oni przetrwać bez szerszego poparcia, pomocy logistycznej i finansowej, począwszy od najbardziej wewnętrznych kręgów, po sympatyków i apologetów na obrzeżach. Francuskie władze wierzą, że walcząc z tym, odetną dopływ tlenu najbardziej radykalnej i brutalnej mniejszości, stanowiącej serce tego problemu.

Pomieszanie związane z podejściem Francji bierze się z tego, że ma ona do czynienia z najbardziej okrzepłą islamistyczną infrastrukturą na Zachodzie, co sprawia, że obawy Macrona są niezrozumiałe dla wielu brytyjskich i zwłaszcza amerykańskich obserwatorów. Pomimo tego anglosaski obskurantyzm wobec islamizmu jako spójnej, intelektualnej teorii politycznej, jest tematem dużo głębszym.

Po tym, jak bracia Czarnajewowie zdetonowali bomby w trakcie bostońskiego maratonu, John Kerry (sekretarz stanu w adm. Obamy – red.) powiedział mediom: „Świat ma dość ludzi, którzy nie posiadają żadnego systemu przekonań, żadnych zasad [policy] dotyczących pracy, edukacji i rządów prawa, ale po prostu chcą zabijać innych ludzi, bo nie podoba im się to, co widzą”.

Pomysł, że islamistyczni terroryści nie tylko „nie posiadają żadnego systemu przekonań”, ale też żadnej wizji społeczeństwa, jest groźną iluzją, którą tylko nieznacznie rozwiało okrutne nadejście „kalifatu” Państwa Islamskiego rok później.

Nawet oglądając ten horror anglosascy politycy wciąż się jąkają, określając „nihilistyczną” przemoc dżihadystów mianem „bezdusznej” czy „bezmyślnej”. Aż nazbyt wielu komentatorów potrafi to zrozumieć wyłącznie przez pryzmat zemsty: zemsty za kolonializm, laickość, komiksy czy politykę zagraniczną.

Fakt, że za terrorem kryje się program ideologiczny, że jest on tylko środkiem do realizacji utopijnego celu – celu wspólnego dla szerokiej palety zarówno brutalnych jak i pokojowych ugrupowań – zdaje się umykać Anglosasom w dyskusjach.

Na kontynencie europejskim jest inaczej. Obowiązuje tam obecnie bardziej realistyczna analiza. I choć możemy sprzeciwiać się receptom Paryża czy Wiednia na rozwiązanie tego problemu, możemy się wiele nauczyć z ich diagnozy.

Oprac. Bohun, na podst. unherd.com

Udostępnij na
Video signVideo signVideo signVideo sign
Liam Duffy

Liam Duffy

Autor jest badaczem, prelegentem i szkoleniowcem w zakresie antyterroryzmu w Londynie.

Inne artykuły autora:

Dżihadyści z Zachodu a ludobójstwo Jazydów

Francuska lewica przeciwko islamizmowi