Jak zostałem muzułmańskim syjonistą

1
| 4 komentarzy|
image_pdfimage_print

Kasim Hafeez

Jestem syjonistą, dumnym muzułmańskim syjonistą i kocham Izrael, ale nie zawsze tak było. W rzeczywistości, przez wiele lat było to skrajnie przeciwne uczucie.

Doświadczyłem wysokiego poziom antysemityzmu i antyizraelskiej aktywności mającej miejsce na brytyjskich kampusach uniwersyteckich, bo byłem antysemitą i antyizraelskim działaczem.

Dorastając w społeczności muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii byłem wystawiony na wpływ materiałów i opinii w najlepszym razie potępiających Izrael, przedstawiających Żydów jako uzurpatorów i morderców, i co gorsza wzywających do całkowitego zniszczenia „Syjonistycznego Tworu” i wszystkich Żydów. Krótko mówiąc, nie ma miejsca na państwo żydowskie na Bliskim Wschodzie.

Niepokojące było to, że wielu z podzielających te opinie tych ludzi nie było radykałami, czy ekstremistami, ale gdy chodziło o Izrael wylewała się z nich najbardziej jadowita retoryka połączona ze zwykłym antysemityzmem, który wydawał się zbyt, bo wyrażenia „nie bądź Żydem” używano jako obrazy.

Mój ojciec był jednak znacznie bardziej skrajny w swojej nienawiści, chwalił Adolfa Hitlera jako bohatera, którego jedynym niepowodzeniem było zabicie zbyt małej liczby Żydów.
Zanim skończyłem 18 byłem całkowicie zindoktrynowany przez radykalny islamizm. Moja nienawiść do Izraela i Żydów była napędzana przez obrazy śmierci i zniszczenia, przedstawiane na tle arabskich melodii o dżihadzie i przemówienia Hassana Nasrallaha, przywódcy Hezbollahu, lub Osamy Bin Ladena.

Poglądy te zostały wzmocnione, gdy uczestniczyłem w wiecach z okazji Dnia Nakby*, w czasie których mówcy przewidywali upadek Izraela i dumnie wymachiwano flagami Hezbollahu w centrum Londynu.
Nawet najbardziej umiarkowani duchowni, na których się natknąłem, odmawiali potępienia terroryzmu przeciwko Izraelowi jako nieuzasadnionego; wierzyłem, że Żydzi musieli na to najwyraźniej zasługiwać.

Sprawa Izraela

Co się więc zmieniło? Jak mogłem przejść od całej tej nienawiści do wielkiej miłości i uczucie zrozumienia i uznania dla Izraela i narodu żydowskiego? Znalazłem się pewnego dnia w dziale „Izrael i Palestyna” lokalnej księgarni i wziąłem do ręki egzemplarz „Case for Israel” (Sprawa Izraela) Alana Dershowitza. Biorąc pod uwagę mój światopogląd, że Żydzi i Amerykanie kontrolują media, po rzucie oka na okładkę zadrwiłem w myślach: „podła syjonistyczna propaganda”.

Podczas czytania argumentów Dershowitza i dekonstrukcji wielu kłamstw, które uważałem za niepodważalne prawdy, szukałem rozpaczliwie kontrargumentów, ale znajdowałem tylko coraz więcej pustej retoryki, w którą wierzyłem przez wiele lat. Odczuwałem prawdziwy kryzys sumienia, ale tym samym rozpocząłem okres bezstronnych badań. Do tego momentu nie miałem do czynienia z niczym nawet w najmniejszym stopniu pozytywnym na temat Izraela.

Nie wiedziałem, w co wierzyć. Tak długo podążałem ślepo za innymi, a teraz zastanawiałem się, czy błądziłem. Poczułem, że nie mam innego wyboru jak tylko zobaczyć Izrael na własne oczy; tylko w ten sposób mogłem poznać prawdę. Ryzykuję, że zabrzmi to jak stereotyp, ale ta wizyta zmieniła moje życie.

Nie ma państwa apartheidu

Nie znalazłem tam rasistowskiego państwa apartheidu, ale raczej jego przeciwieństwo. Miałem przed sobą synagogi, meczety i kościoły, Żydów i Arabów mieszkających razem, mniejszości odgrywające ogromną rolę we wszystkich dziedzinach życia izraelskiego, od wojska po wymiar sprawiedliwości. To było szokujące i otwierało oczy. Nie istniał tam zły, syjonistyczny Izraela, o którym mi mówiono.

Po długich rozmyślaniach wiedziałem już, że to, w co kiedyś wierzyłem, było złe. Zostałem skonfrontowany z prawdą i musiałem to zaakceptować. Ale musiałem się zmierzyć z poważniejszym pytaniem: co teraz?

Wybór był oczywisty: musiałem wesprzeć Izrael i jego maleńki naród, wolny, demokratyczny, osiągający ogromne postępy w medycynie, badaniach i rozwoju, a jednocześnie ofiarę tych samych kłamstw i nienawiści, które mnie prawie pożarły.

Niełatwo jest to robić, teraz to oczywiste. Spotkałem się z wrogością własnej społeczności, a nawet ze strony części społeczności żydowskiej w Wielkiej Brytanii, ale to jest rzeczywistość wspierania Izraela w dzisiejszej Europie. To nie jest łatwe, i sprawia, że jest tak konieczne.

Nie chodzi o religię i politykę; chodzi o prawdę

Jeśli chodzi o Izrael, prawdy się nie słyszy, a szeregi przepełnionych ślepą nienawiścią nadal rosną. Wielu z nich nie doświadczyło jednak rzeczywistości dystansu od pustej retoryki i politycznie naładowanych sloganów, które tak lubią.

Możemy zmienić tę sytuację, ale musimy być silni i zjednoczeni. Izrael nie jest kwestią wyłącznie żydowską – chodzi o wolność, prawa człowieka i demokrację, czyli wszystkie wartości, które zachodnie narody tak pielęgnują. Chodzi także o to, żeby starać się być światłem dla narodów.

Międzynarodowa działalność Izraela na polu pomocy humanitarnej mówi sama za siebie, ale jeżeli my nie będziemy tego nagłaśniać, nikt nie będzie. Nie musimy być kłaniającymi się apologetami, którzy każde zdanie zaczynają od słów: „Izrael nie jest doskonały…”. Nigdy nie bójmy się powiedzieć: „Jestem syjonistą i jestem z tego dumny. Wspieram Izrael”. I teraz pytam was: zrobicie to samo?

Xsara, na podstawie: www.aish.com

————————————

*Arabska nazwa rocznicy pokonania przez Izrael w r. 1948 pięciu arabskich państw – agresorów (red.)

1

Kasim Hafeez jest brytyjskim muzułmaninem pochodzenia pakistańskiego, który wspiera Izrael. Prowadzi organizację The Israel Campaign.

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze