Z multi-kulti zostanie tylko multi

image001
| 7 komentarzy|
image_pdfimage_print

Stephan Bey

Czy powinniśmy dążyć do tego, aby z historii wynikały dla nas, Polaków, jakieś nauki? Czy też mamy mentalnie stać się narodem pierwotnych aborygenów, dla których istniało tylko „wczoraj” i „ w czasach legend”.
image001

Skąd wziął się ten temat?

Otóż mamy przyjąć kilkanaście tysięcy muzułmańskich imigrantów. Imigrantów bezpośrednich, a pomnóżmy udzielone zezwolenia razy 10 czy 20,  na łączenie rodzin. Może przesadziłem, pomnóżmy razy 5. To daje 60-tysięczną grupę. Moim zdaniem liczba ta bliższa będzie 100 tysiącom. I nie zgodzę się z tym, że łączenia rodzin nie będzie. Po pierwsze – jest to działanie wymuszone regułami prawa europejskiego, czyli Dyrektywy RE z 2003 roku oraz prawa krajowego, czyli Ustawy o cudzoziemcach; a po drugie – większość docierających do Europy to  młodzi i w pełni sił przedstawiciele rodzin, które się prawdopodobnie „zrzuciły”, by wysłać kogoś, kto będzie później mógł ściągnąć resztę.

Przerażająca jest dynamika wzrostu koniecznych do przyjęcia imigrantów, jeszcze niedawno temu dyskutowaliśmy o 2 tysiącach, pod koniec roku dowiemy się o tych tysiącach 30.

Te przydzielone nam 12 tysięcy imigrantów to i tak tylko pierwsza transza, miliony chętnych do osiedlania się w Europie czekają, część jest już w drodze. Obserwując doniesienia z Morza Śródziemnego można dojść do wniosku, że dla Włoch tańszym rozwiązaniem byłoby stworzenie regularnej linii promowej z Libii na Lampeduzę. Byłoby to na pewno tańsze od akcji ratunkowych, a i pieniądze za przewóz trafiałyby do armatorów europejskich a nie do bliskowschodnich czy północnoafrykańskich mafii. Inne drogi morskie (że wspomnę choćby wyspy Kos i Lesbos) oraz lądowe granice Unii również przeżywają prawdziwe oblężenie. Masy przedostających się do europejskiego raju możemy szacować w liczbach o coraz większej liczbie zer. A jakiś procent z nich również będzie musiał „przypaść” Polsce.

Większość z tych przybyszów – według obiegowej opinii – to mężczyźni w sile wieku o rękach nie skalanych pracą, a umysłach – własną, niekoraniczną myślą. Weźmiemy sobie ten bagaż radośnie na plecy i będziemy ich utrzymywać, budować meczety, wydzielać dzielnice w miastach bądź całe miasta? Że nie będziemy? Popatrzcie za naszą zachodnią bądź północną granicę.

Że u nas nikt nie zostanie tylko wszyscy hurmem przeniosą się do bogatszych krajów? A te bogatsze nie wymyślą przypadkiem w końcu jakiejś blokady? Choćby finansowej (na przykład brak zasiłków w krajach innych niż przyznające prawo pobytu) bądź jakichś dodatkowych pozwoleń na osiedlenie się? Przecież nie dotyczy to obywateli strefy Schengen, więc zawsze można jakąś blokadę wymyślić. Druga sprawa – jeżeli tak dalej pójdzie i wszyscy do nich się przeniosą, to jak długo jeszcze te kraje będą od nas bogatsze?

Wróćmy na nasze krajowe podwórko. Przy takich liczbach obecnie i w przyszłości docierających do nas imigrantów, w ciągu kilkunastu lat staniemy się społeczeństwem multi-kulti. Tylko że to kulti będzie niedościgłym wzorcem do którego nikt nie zmierza, zostanie tylko multi. A za sto lat staniemy się na powrót krajem jednolitym kulturowo, tylko że z polskością nie mającym nic wspólnego.

Mamy jednak alternatywę. Czekają tysiące chrześcijan w krajach arabskich. Chrześcijan rzeczywiście mordowanych, poniżanych, znajdujących się w sytuacji naprawdę nie do pozazdroszczenia. I gotowych do integracji, bo bliższych nam kulturowo niż ta czy inna grupa muzułmanów.  Muzułmanów, którzy na grunt polski przeniosą nie tylko animozje wobec innych wyznań, ale również walki między odłamami islamu. A nie są to walki na słowa.

Żeby przyjmować zagrożonych chrześcijan musimy tylko uzyskać jednoznaczną zgodę KE, że przyjmowanie ich wyczerpuje nasz „przydział” pomocy humanitarnej. I pokonać opór Unii co do „nierównego” traktowania kandydatów do osiedlenia się.

Jest jeszcze jedna droga. I tutaj wrócę do historii. Historii, której uczyliśmy się my i której uczymy nasze dzieci. Uczymy je o heroicznych zrywach wolnościowych podejmowanych przez naród w ciężkich chwilach. Uczymy o represjach, jakie za udział w tych zrywach spotykały całe społeczności. Uczymy szacunku do pamięci o uczestnikach tych wydarzeń.

Zapominamy tylko, że ci uczestnicy i ich bliscy, wywożeni tysiącami w kibitkach i eszelonach gdzieś na stepy Kazachstanu bądź do kopalni Kołymy – nie zmarli bezpotomnie. A ich potomkowie mimo wielu pokoleń na obczyźnie – nadal w znacznej części kultywują język i tradycje ojczyzny. Prawdziwej ojczyzny – Polski.
Czy nie jesteśmy im czegoś winni? Przez pamięć o tych, o których latami się uczyliśmy – i nadal uczymy nasze dzieci – jako o bohaterach narodowych?

Jeżeli odwrócimy się od potomków tych, którym winniśmy jesteśmy uznanie, że dzięki ich antenatom mówimy po polsku i żyjemy na ziemiach przodków – przestaniemy zasługiwać na zaszczyt bycia Polakiem.

Jako spadkobiercy ich wysiłku, późniejszych tragedii i w końcu śmierci w walce bądź na wygnaniu – zaprośmy ich do nas. Zaopiekujmy się nimi. Jeżeli stać nas na przyjmowanie jednostek obcych kulturowo – tym bardziej nas stać na przyjęcie powierników naszej polskości.

Albo – to inna opcja – wykreślmy z podręczników historii wszystkie upadłe powstania i martyrologię narodu.  Dzięki temu przyszłe podręczniki będą krótsze. A historia świata zaczynać się będzie od urodzenia Mahometa, bo przed nim był tylko czas legend.

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze