Stambuł, rubież demokracji

Bomba benzynowa wybuchła przy stanowisku policji na placu Taksim
| 8 komentarzy|
image_pdfimage_print

Paulina Biernacka

Jeśli premier Erdogan nie zacznie słuchać swojego społeczeństwa, Turcja może pogrążyć się w chaosie. A ten przyniesie jedynie przemoc i klęskę eksperymentu pt. „demokracja w państwie muzułmańskim”.

Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan oddał swoim rodakom przysługę, kiedy wysłał armię do koszar, jej przywódcę wtrącił do więzienia pod zarzutem zdrady państwa i ustanowił nowe zasady funkcjonowania wojska, wykluczające ingerowanie armii w sprawy wewnętrzne. Bez tego obywatele Turcji nigdy nie odważyliby się wyjść na ulice i wykrzyczeć głośno tego, co im się w państwie rządzonym przez Erdogana nie podoba.

Bomba benzynowa wybuchła przy stanowisku policji na placu Taksim
Bomba benzynowa wybuchła przy stanowisku policji na placu Taksim

Dbać o dobro narodu

Armia turecka otrzymała specjalny status za czasów Mustafy Kemala Ataturka. Założyciel Republiki Tureckiej postawił wojsko ponad prawem, obarczając je odpowiedzialnością za „dbanie o dobro narodu”, przy czym interpretacja pojęcia „dobro” zależała od przywództwa armii. Przez wiele lat mało kto śmiał protestować przeciw władzy, gdyż jakiekolwiek antyrządowe ruchy były duszone przez armię w zarodku. Naród wierzył, że jej prymat nad wolnością jednostki, także nad prawem do demonstrowania, to niewygórowana cena utrzymania umiarkowanego świeckiego państwa.

Ograniczenie roli armii przez Erdogana musiało więc doprowadzić do dużych zmian w kraju. Odkąd Turcją rządzi mająca islamskie korzenie Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), rośnie znaczenie religii w państwie. Niektórzy eksperci wieszczą wręcz Turcji rychłą islamizację, przywołując przykłady Indonezji czy Iranu.

Ostatnie lata rządów Erdogana to także dryfowanie w kierunku autorytaryzmu, co jest już do tego stopnia widoczne, że wielu rodaków nazywa premiera „sułtanem”. Na taką krytykę pozwala sobie coraz więcej Turków, ponieważ wyeliminowanie armii z życia publicznego ośmieliło ich do organizowania otwartych protestów i domagania się, by władze brały pod uwagę zdanie obywateli. Tym bardziej że demonstracje z ostatnich dni spotkały się z aprobatą prezydenta Abdullaha Gula. Stwierdził on, że demokracja nie polega jedynie na wyborach, a wiadomość, którą w dobrych intencjach ulica przekazuje władzy – zostanie wysłuchana.

Obawy świeckich liberałów

28 maja w Stambule grupka ekologów zebrała się na miejscowym placu Taksim, by pokojowo zaprotestować przeciwko decyzji władz o zlikwidowaniu jednego z miejskich parków. Na jego miejscu ma powstać kolejne centrum handlowe. Małe i spokojne zgromadzenie szybko zamieniło się w ogólnonarodowy bunt przeciwko rządom Erdogana.

W tygodniach poprzedzających protesty Turcy o poglądach liberalnych i lewicowych oburzali się na nowe przepisy ograniczające sprzedaż alkoholu po godz. 22 w miejscach publicznych. Głośnym echem odbiły się również zalecenia władzy, by obywatele nie okazywali swych uczuć w miejscach publicznych. Erdogan próbował ponadto ograniczyć dostęp do bezpłatnej aborcji oraz nakłaniał kobiety, by rodziły co najmniej troje dzieci.

Silne emocje wywoływało również nazwanie nowego mostu w Stambule imieniem Selima I, sułtana, który zasłynął rzeziami ludności należącej do sekty alawitów. Turków zirytował też brak konsultacji społecznych w sprawie rozwijania energetyki nuklearnej, czemu przeciwstawia się większość społeczeństwa, i polityka wspierania rebeliantów syryjskich, której efektem są zamachy terrorystyczne na terytorium Turcji.

Ale głównym źródłem protestów są obawy świeckiej i liberalnej części tureckiego społeczeństwa, że jej obywatelskie wolności są zagrożone przez zyskujących na sile islamistów.

Autorytaryzm Erdogana

Obawy te nie są wyolbrzymione. Choć islamizm Turcji w najbliższej przyszłości nie grozi, zapędy Erdogana, którego partia wygrała wybory trzy razy z rzędu i nie ma konkurencji mogącej jej zagrozić w kolejnych wyborach – stanowią realne zagrożenie dla społeczeństwa obywatelskiego. Opozycja turecka punktuje symptomy autorytaryzmu, z którymi kraj ma do czynienia pod rządami AKP: prześladowanie dziennikarzy krytykujących reżim i religię, manipulacje w wymiarze sprawiedliwości, więzienie niewinnych osób, nepotyzm i „kumoterski kapitalizm”.

Najbardziej niepokojący jest jednak projekt przekształcenia sytemu parlamentarnego w prezydencki, w którym prezydent (na to stanowisko szykuje się Erdogan) miałby prawo do rozwiązania parlamentu. W celu przegłosowania projektu premier Turcji szuka poparcia wśród mniejszości kurdyjskiej, która za czasów jego rządów otrzymała od Ankary autonomię. Spekuluje się, że historyczne porozumienie pokojowe z narodem kurdyjskim ma być przypieczętowane deklaracją Kurdów o wsparciu referendum konstytucyjnego w sprawie zmiany systemu rządów. Nie dziwi więc, że obok obrońców demokracji na ulice wyszli nacjonalistyczni przeciwnicy pokoju z Kurdami.

Arabska Wiosna po turecku?

W trakcie protestów w Stambule Erdogan coraz dobitniej pokazuje, jak bardzo mu nie po drodze z demokracją. Reakcja premiera Turcji na pokojowe protesty nie różniła się znacząco od reakcji arabskich dyktatorów na wydarzenia Arabskiej Wiosny. Podobnie jak obalony już prezydent Egiptu Hosni Mubarak, Erdogan wysłał na ulice policję, aby siłą uciszyła protesty. Protestujących premier nazwał zaś prowokatorami, kryminalistami, a nawet terrorystami. W ciągu kilku dni w zamieszkach ucierpiało kilka tysięcy osób, a Amnesty International podaje, że są dwie ofiary śmiertelne.

Błędem byłoby jednak porównywanie wydarzeń w Turcji do Arabskiej Wiosny. Główne żądania arabskiej ulicy dotyczyły wolnych wyborów, a te w Turcji odbywają się od 1950 roku.

Dzisiejsza Turcja nie jest też krajem biednym. Rządy Erdogana przypadają na czas świetnej koniunktury. Turecki wzrost gospodarczy porównywany jest do chińskiego, inflacja spadła ze 100 do 10 procent, zredukowano dług publiczny, a Ankarze udało się spłacić ostatnią ratę kredytu zaciągniętego w MFW. Turcja jest w czołówce państw produkujących samochody w Europie. Poza tym Istambuł odwiedziło w ubiegłym roku więcej turystów niż Rzym czy Amsterdam, zaś liczba koncertów, które mają miejsce w tym mieście, w ciągu miesiąca przewyższa roczną liczbę koncertów w niejednym państwie Unii Europejskiej.

Mimo to wielu Turków nie jest zadowolonych z porządków w ich kraju. Mają już system demokratyczny, ale teraz domagają się demokracji liberalnej.

Media na pasku władzy

Porównań do Arabskiej Wiosny jest w mediach dużo między innymi dlatego, że informacje o obecnych wydarzeniach nad Bosforem są transmitowane w podobny sposób jak te towarzyszące arabskim rewolucjom. Turcja jest liderem światowym, jeżeli chodzi o wtrącanie dziennikarzy do więzień, a większość mediów uprawia prorządową propagandę. Nie jest więc zaskoczeniem, że wybuch protestów nie był pokazywany przez żadną stację telewizyjną w kraju. Świat dowiedział się o nich od międzynarodowych korespondentów oraz mediów społecznościowych. Hasło: „turecka rewolucja nie będzie transmitowana, lecz twittowana” stało się już symbolem wydarzeń, które mają miejsce w Stambule oraz innych miastach kraju.

Badania Uniwersytetu w Nowym Jorku ujawniają skalę skuteczności i zasięgu mediów społecznościowych: w ciągu pierwszych ośmiu godzin protestów na Twitterze pojawiło się 2 miliony wpisów dotyczących parku Gezi, w którym protestowali mieszkańcy Istambułu.

Co po protestach?

Eksperci podkreślają jednak, że zamieszki w kraju nie będą miały realnego przełożenia na rzeczywistość polityczną w kraju. Przede wszystkim dlatego, że protestujący należą do mniejszości, która nie jest należycie reprezentowana w parlamencie. Poza tym Erdogan wciąż cieszy się zaufaniem ponad połowy obywateli, a polaryzacja społeczeństwa i dalsze rozruchy mogą wzmocnić poparcie dla niego wśród zwolenników o tradycjonalistycznym światopoglądzie.

Istnieje też jednak niebezbieczeństwo, że jeśli premier nie zacznie słuchać społeczeństwa, Turcja pogrąży się w chaosie, który przyniesie jedynie przemoc oraz ogromną porażkę eksperymentowi pt. „demokracja w państwie muzułmańskim”. Amerykański historyk Daniel Pipes podkreśla jednak, że dzięki demonstracjom pojawiła się nadzieja na to, że Turcja zejdzie ze ścieżki, na którą pcha ją Erdogan, ścieżki wiodącej w stronę w despotyzmu, islamizacji oraz pogłębiania więzi z radykalnymi reżimami i organizacjami uznawanymi za terrorystyczne.

—————————————-

Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykłada w Collegium Civitas.

Artykuł ukazał się na  portalu Instytut Obywatelski http://www.instytutobywatelski.pl/15714/komentarze/stambul-rubiez-demokracji/2

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze