Rzecznik MZR: „Świat muzułmański musi się przeobrazić”

image001
| 12 komentarzy|
image_pdfimage_print
image001
Foto: bialystok.mzr.pl

Rozmowa z rzecznikiem Muzułmańskiego Związku Religijnego, poetą i byłym żołnierzem, Musą Czachorowskim. Wywiad przeprowadził Jan Wójcik.

Jan Wójcik: Co Pan jako człowiek i muzułmanin czuje w obliczu tych zamachów, dokonanych z okrzykiem „Bóg jest wielki” na ustach?

Musa Czachorowski: Jako człowiek czuję się bardzo źle w obliczu każdej zbrodni, nieważne z jakimi okrzykami dokonywanej. Oczywiście słowa „Bóg jest wielki, Allahu akbar” natychmiast wskazują, że zamachowiec jest/był muzułmaninem. I dla mnie, jako muzułmanina, oznacza to podwójną tragedię: jedną jest śmierć niewinnych ludzi, drugą fakt, że ich morderca przywołuje przy tym imię Boga, chociaż swoim czynem wykluczył się z grona wierzących. Tragedią jest również to, że później odpowiedzialnością za zbrodnię obarczony zostaje nie tylko sprawca oraz jego wspólnicy, ale islam w ogóle, natomiast wszyscy muzułmanie zaczynają być postrzegani jako terroryści. Religia stanowi tu wyłącznie zasłonę dymną, za którą bez żadnych wątpliwości kryją się konkretne cele polityczne.

JW: Czy tylko zasłonę dymną? Pan tak wierzy i to szanuję, ale też jest istotny procent muzułmanów, którzy wierzeniami są bliżej terrorystów, a jeszcze więcej tych, którzy nie pochwalają metod, ale wierzą w państwo oparte na szariacie jako idealnym modelu społecznym. Kto ma stwierdzić, co jest prawdziwym islamem? Jak podejść do medyńskiego okresu w życiorysie Proroka Mahometa?

MC: Niewątpliwie są muzułmanie, którzy w ten lub inny sposób popierają nawet bardzo radykalne działania wobec Zachodu. Bardzo wielu wierzy także, że szariat jest idealnym modelem funkcjonowania społecznego. Dlaczego nie? Proszę przeanalizować historię państw muzułmańskich: czy ludzie żyjący od setek lat w ściśle określonych warunkach, nieznający żadnego innego systemu polityczno-prawnego, od wieków przeświadczeni, że najlepsze dla nich jest to samo, co było dla ich ojców i dziadów – wierzący, że utrzymanie tego stanowi wręcz ich obowiązek – mogą pragnąć czegoś całkowicie innego, wywracającego do góry nogami całe ich życie i wszystko co znają?

W Stanach Zjednoczonych oraz w Europie mieszka wielu ludzi, niemających z islamem nic wspólnego, a którzy nie mogą pogodzić się z demokracją. Nie pojmują jej, nie akceptują, pragną zmiany. Czyżby demokracja nie ze wszystkim była taka doskonała? Która demokracja jest prawdziwa i dobra: amerykańska, skandynawska, niemiecka, polska? Kto potrafi to ocenić? Ale pyta pan, kto ma stwierdzić, co jest prawdziwym islamem. Mogę odpowiedzieć tylko, że dla mnie islam to religia logiki, która mówi, abym szedł przez życie środkiem drogi, ze świadomością wolnej woli, swoich praw i obowiązków, połączonych nierozerwalnie z prawami i obowiązkami innych ludzi. Jednak zarówno islamu, jak i demokracji trzeba się bezustannie uczyć. Otwierać się na jego rzeczywiste wartości i realizować je w codziennym życiu.

Pyta pan również jak podejść do okresu medyńskiego w życiorysie Proroka Muhammada. Cóż… Można zrobić to rozmaicie, ale moim zdaniem wysnuwanie analogii pomiędzy wydarzeniami sprzed kilkunastu wieków, a obecną sytuacją geopolityczną dowodzi całkowitego niezrozumienia problemu. Prorok żył i działał w ściśle określonym czasie, w konkretnych warunkach oraz celu. Nie można dokonywać prostej projekcji tego wszystkiego na naszą rzeczywistość. W ogromnej większości analizowanie wydarzeń, które dokonały się przed tysiącleciami, z zastosowaniem do ich oceny np. dzisiejszych norm kulturowych, wcale się nie sprawdza.

A zasłona dymna… Proszę ją odgarnąć: co tam zobaczymy? Religię? Naprawdę wierzy Pan, że tzw. państwo islamskie morduje ludzi w Europie, aby w ten sposób szerzyć wiarę w Boga? Przecież to interesy liczone w setkach milionów dolarów. Ktoś kupuje od nich ropę naftową, ktoś sprzedaje im m.in. broń, samochody. Tzw. państwo islamskie nie jest zawieszone w próżni: funkcjonuje m.in. w systemach bankowych, komunikacyjnych, informacyjnych. Ponoć nie gardzi się tam nawet handlem ludzkimi organami, w tym oczami. Zapewniam Pana, że nie ma to nic wspólnego z religią.

JW: Obawia się Pan reakcji odwetowych wobec polskich muzułmanów?

MC: Niestety, takich reakcji nie możemy wykluczyć. W internecie już od dawna pojawiają się bardzo agresywne komentarze pod adresem polskich muzułmanów, także na pańskim portalu. Od słów do pięści droga niedaleka. Z drugiej jednak strony w polskim społeczeństwie wciąż silna jest atmosfera zgodnego współżycia wyznawców różnych religii, dzięki której w Rzeczypospolitej znaleźli niegdyś swoją ojczyznę m.in. żydzi, muzułmanie, arianie, luteranie etc. Jednak po tych wszystkich zbrodniczych zamachach ludzie boją się o swoje bezpieczeństwo – i to trzeba zrozumieć. Dlatego wciąż należy przypominać, że nawet za najbardziej tragiczne wydarzenia, których sprawcami są muzułmanie, nie wolno obarczać winą wszystkich wyznawców islamu. To wielkie zadanie dla mediów, polityków i nas samych – wszystkich, którzy pragną żyć w spokoju, ale też zgodnie z obowiązującym całe społeczeństwo prawem.

JW: Wydaje mi się, że poza osobami myślącymi skrajnie, nikt nie obarcza winą wszystkich muzułmanów za terroryzm. Jednak jak obserwuję środowisko, to ludzie chcieliby czegoś więcej poza stwierdzeniem „To nie ma nic z nami wspólnego”. Obserwuję też takich muzułmanów, którzy krytykują „współwyznawców”, odnoszą się do ich publikacji, do tego, co dzieje się w meczetach.

MC: Mówi pan, że ludzie chcieliby czegoś więcej… To znaczy czego? Polscy muzułmanie mają wziąć na siebie odpowiedzialność za zbrodnie terrorystów i ruszyć w świat walczyć ze złem? Czy może wystarczy, aby zajęli się tropieniem „agentów zła” w Polsce? A co zrobił pan, gdy dowiedział się, że w którymś z krajów muzułmańskich zginęli niewinni ludzie, np. zastrzeleni lub zbombardowani przez żołnierzy NATO? Brał pan na siebie odpowiedzialność za to i przepraszał, czy może stwierdzał, że postępowanie europejskich i amerykańskich żołnierzy jest usprawiedliwione, a niewinne ofiary… trudno… są? Nie stosujmy podwójnej odpowiedzialności i podwójnej moralności. Muzułmanie, podobnie jak wszyscy inni ludzie, są dobrzy i źli, mądrzy i mniej mądrzy. My, którzy cokolwiek więcej wiemy, lepiej rozumiemy, bardziej pragniemy – musimy wspierać się w czynieniu dobra i zapobieganiu złu. Polska społeczność muzułmańska pochodzenia tatarskiego jednoznacznie opowiada się po stronie praworządności i bezpieczeństwa – to nie ulega najmniejszej wątpliwości.

JW: Czy Tatarzy, którzy zasymilowali się przez wieki z polskim społeczeństwem nie boją się teraz, że cień działań radykalnych muzułmanów spadnie na nich?

MC: Rzeczywiście, polscy Tatarzy obawiają się, że i oni zostaną obciążeni zbrodniczymi działaniami fanatyków. Nie dodaję tu „religijnych”, bo zbrodnie nie mają nic wspólnego z autentyczną wiarą w Boga. Z podobnego powodu nie nazywam ich muzułmanami. Ale proszę zauważyć, co już się dzieje: na rozmaitych portalach możemy przeczytać, że trzeba wyrzucić z Polski wszystkich muzułmanów, w tym i Tatarów. Na innych znajdziemy wpisy, że tylko tych pochodzenia arabskiego, czasem też czeczeńskiego. Tatarom łaskawie pozwala się zostać, chociaż bardzo często większość z nich bez problemu może udokumentować swoją polskość na kilkaset lat wstecz, czego nie dokona pewnie niejedna osoba określająca się mianem „rodowitego Polaka-katolika”.

JW: Jakie zalecenia MZR miałby dla państwa polskiego jeżeli chodzi o poprawę bezpieczeństwa? Jak wykrywać radykalizm w muzułmańskich społecznościach? Jak przeciwdziałać jego rozwojowi? Jak integrować przybywających do Europy muzułmanów?

MC: Proszę Pana, o ile wiem, nikt ze strony państwowej nie jest (nie był?) zainteresowany zdaniem Muzułmańskiego Związku Religijnego w sprawach związanych z bezpieczeństwem, radykalizmem i integracją. Przynajmniej nie słyszałem o tym, aby np. przed wybuchem tej niedawnej dramatycznej akcji ściągania uchodźców do Europy i Polski ktokolwiek poprosił naszych liderów     o jakąkolwiek opinię lub konsultację.

Sprawy bezpieczeństwa pozostają w gestii konkretnych specjalistycznych organów i MZR nie będzie raczej uzurpował sobie prawa do doradzania, w jaki sposób poprawiać bezpieczeństwo lub wykrywać radykalistów. Moim jednak zdaniem konieczna jest sumienna, wszechstronna kontrola osób przybywających do Polski. Nie może tu działać bezwolny automatyzm: wpuszczamy nie wiadomo kogo, nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Tych, którzy w Polsce zostaną, należy zakwaterować niekoniecznie w leżących na odludziu ośrodkach, gdzie przez długie miesiące, może nawet lata będą popadać w depresję i frustrację. I uczyć języka polskiego, historii i kultury. Nie na zasadzie dobrowolnej chęci, ale bezwzględnego obowiązku. Ale proszę pomyśleć, ilu nauczycieli – znających język arabski i obyczaje – będzie potrzebnych dla np. 12 tysięcy uchodźców; kobiet dla kobiet, mężczyzn dla mężczyzn? Dwustu, pięciuset – tylko skąd ich wziąć? A co z opieką medyczną, prawną, co z pracą, mieszkaniami, z nauczaniem dzieci?

Mam wrażenie, że zbyt wielu decydentów (zresztą nie tylko ich) wyobraża sobie, że muzułmanie wtedy będą zintegrowani, gdy odrzucą całkowicie swoją kulturę, religię i obyczaje. Co nasz przeciętny obywatel wie o muzułmańskiej kulturze i tradycjach, o islamie? Z drugiej zaś strony, co  możemy tym ludziom zaoferować, aby zechcieli zrezygnować ze swoich zasad? Chrońmy swoje własne, odwieczne wartości, rodzinę, ojczyznę; bądźmy dumni z naszej kultury, nauki, prawa, z zasad moralnych – wtedy staną się one atrakcyjne i godne naśladowania dla uchodźców. Ważne jest autentyczne przestrzeganie prawa, jego powszechna wymagalność i skuteczność; odrzucenie ogłupiającej poprawności politycznej.

JW: Co miałby do powiedzenia Pan tym muzułmanom, którzy przybywają do Europy, a jednak chcieliby, żeby wcześniej czy później szariat stanowił prawo tych państw?

MC: Muzułmanie przybywający do Europy muszą sami z siebie zauważyć, że tutejsze prawo jest prawem dobrym i skutecznym, respektowanym, szanowanym, jednakim dla wszystkich obywateli niezależnie od pozycji społecznej, koloru skóry i wyznawanej religii. Że prawo nie oznacza tylko wyrazu, który odmieniamy sobie przez przypadki a niewiele więcej z niego wynika. Nikt nie pragnie przecież zmieniać prawa autentycznie służącego ludziom.

JW: Odpowiedział Pan kiedyś na alternatywę stawianą przez Bassama Tibiego „islam europejski albo islamska Europa”, że skoro trzeciego wyjścia nie ma, to islamska Europa, jak to rozumieć?

MC: Proszę zauważyć, że to sam Bassam Tibi założył tylko dwie możliwości: islam europejski lub islamska Europa, co samo w sobie oznacza Europę muzułmańską. Cokolwiek więc powiedziałbym, wyszłoby to właściwie na jedno. Islam jest jeden w swoich filarach, zasadach etc. na wszystkich kontynentach. To muzułmanie są różni – głównie pod względem kultury i obyczajów – i tu, moim zdaniem, możemy dookreślać: muzułmanie europejscy (np. Tatarzy), amerykańscy, afrykańscy, azjatyccy etc. Różnice występują nawet wśród muzułmanów w sąsiednich państwach jednego regionu. To właśnie odmienność kulturowa, pochodząca wielokroć z czasów przedislamskich, oraz ogólny poziom wykształcenia i rozwoju społecznego, mają decydujący wpływ na rozumienie i realizację zasad religijnych.

Jaka będzie Europa: chrześcijańska, muzułmańska, świecka, jeszcze inna – zależy od niej samej. Od wytrwałości i determinacji tych wszystkich, którzy czują się za nią odpowiedzialni. Zadajmy sobie pytanie, co dzieje się z wartościami, które przed wiekami tę Europę ukształtowały i na stulecia zapewniły jej przodującą rolę w świecie. Czy Europa chce i ma siłę ich bronić?

JW: Jeżeli islam jest jeden, to jaki? Tibi chce islamu w Europie, który wyzbywa się trzech elementów: zbrojnego dżihadu, szariatu jako podstawy prawnej państwa oraz prozelityzmu. Islamu, który nie konkuruje ze świeckością o władzę. O ile wiem, dla sporej części muzułmanów takie postawienie sprawy to już nie jest islam.

MC: Islam jest jeden, ludzie są różni. Na rozumienie i realizowanie zasad religijnych (prawnych, moralnych, jakichkolwiek) wpływa bardzo wiele czynników, m.in. wykształcenie, środowisko, pochodzenie, doświadczenie etc. etc. Twierdzi pan, że Tibi chce, aby islam wyzbył się zbrojnego dżihadu. Dobrze, ale sprecyzujmy, czym jest ten dżihad: obowiązkiem mordowania ludzi w odległych krajach? Nakazem zamachów terrorystycznych? Podrzynania gardła każdemu, kto tylko nawinie się pod rękę? Nie, po stokroć nie. Walka zbrojna dozwolona jest wyłącznie w przypadku agresji: w celu obrony życia i wiary, ojczyzny i narodu. Kończy się z chwilą zniknięcia jej przyczyn, np. wyparcia napastników z obszaru kraju, ich wycofania się lub zawarcia rozejmu. Podczas działań wojennych należy przestrzegać wielu reguł, m.in. nie wolno niszczyć upraw, drzew, świątyń, zabijać dzieci, kobiet, starców. Niestety, któż się obecnie do tego stosuje?

Proszę zauważyć, że zapewne ogromna większość państw na świecie – Polska także – posiada plany prowadzenia działań zbrojnych na własnym terenie i poza nim. Każdy bowiem kraj, zatem i muzułmański, ma prawo do obrony swego terytorium, ludności i istotnych wartości – np. religii. Czy Bassam Tibi chciał kiedykolwiek, żeby np. NATO zrezygnowało z prawa do prowadzenia jakichkolwiek przedsięwzięć militarnych? Nie, pewnie nie przyszło mu to nawet do głowy. Tylko dlaczego? Być może stosujemy różne standardy moralne do oceny tak naprawdę identycznego zjawiska. Przy okazji, proszę powiedzieć: ile razy w ostatnim stuleciu państwa muzułmańskie najechały na Europę?

Tibi nie chce również szariatu. Być może ma w tej sprawie złe doświadczenia z okresu dzieciństwa w Syrii. Proszę jednak zasięgnąć opinii specjalistów, choćby z naszych polskich uniwersytetów: w świecie muzułmańskim nie ma szariatu jako jednolitego systemu prawnego i ponoć nigdzie nie występuje w pełnej postaci. Obawiam się, że mamy o nim bardzo niewielkie pojęcie. Docierają do nas przede wszystkim rzeczy najbardziej drastyczne: kamieniowanie, obcinanie kończyn, biczowanie. Niewątpliwie szariat wymaga modyfikacji, co według mnie wynika z samego ducha islamu: zmieniają się warunki życia, zwiększa się nasza wiedza i świadomość, tym samym z większym zrozumieniem oraz doświadczeniem musimy odczytywać wszelkie zasady i prawidła.

Prozelityzm, o ile wiem, jest pojęciem związanym z chrześcijaństwem, a nie z islamem. Islam nie prowadzi działalności misyjnej w celu pozyskiwania nowych wiernych. Osoba innego wyznania może zostać muzułmaninem wyłącznie z własnej nieprzymuszonej woli. Obowiązkiem muzułmanina jest tylko udzielanie zainteresowanym informacji o islamie, jednak nie namawianie lub zmuszanie do zmiany wyznania.

Jeśli zaś chodzi o konkurowanie islamu z władzą świecką, to naprawdę nie mam pojęcia, jak pan wyobraża sobie coś takiego w Europie. Rozpatrzmy wszakże, hipotetycznie rzecz jasna, pewne sytuacje. Przykładowo 86 procent Polaków zapragnie monarchii. Czy będą mieli prawo do zmiany ustroju, czy też nie? Albo 93 procent mieszkańców jakiegoś państwa muzułmańskiego przejdzie na buddyzm i wybierze swojego Dalajlamę. Czy będą mogli wówczas zmienić zasady społeczno-prawne funkcjonujące w ich kraju?

Bez najmniejszych wątpliwości świat muzułmański musi się przeobrazić. To bezwzględny wymóg czasu i sytuacji. Zmiany konieczne są jednak również m.in. w Europie. Bez takich wzajemnych odniesień nie uda się nigdy osiągnąć porozumienia.

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze