Rząd USA niesłusznie popiera islamistów

| 14 komentarzy|
image_pdfimage_print

Walid Phares

Departament Stanu opublikował raport, który zawiera, jak to nazwano, “ostrze antyislamskich nastrojów w Azji i Europie” i przedstawia „restrykcje, jakie spotkały muzułmanów w wielu krajach, poczynając od Belgii gdzie zakazano noszenia zasłon twarzy w szkołach, aż po Indie, w których władze szkolne Mangalore zakazały noszenia chust”.

Departament Stanu w swoim raporcie pomylił jednak prześladowania religijne, które powinny zostać potępione, z upolitycznieniem religii, co jest podstawą do debaty i zawiera strategie, w które rząd USA nie powinien się angażować. Jeśli jakiś kraj odmawia prawa do modlitwy, zakazuje nadawania lub publikowania treści teologicznych – jakiejkolwiek religii – to jest to łamanie praw człowieka. Jednak Belgia i Indie nie zakazały religii jako takiej. W krajach tych panuje większa swoboda religijna niż w większości krajów członkowskich Organizacji Współpracy Islamskiej. Administracja Obamy nie krytykuje rządów sekularnej Europy i Azji za zakaz praktykowania religii czy publikowania treści religijnych, ale raczej oskarża je o zakaz noszenia hidżabu i nikabu w miejscach publicznych.

Rząd USA uznaje, że noszenie hidżabu jest obowiązkiem religijnym wszystkich muzułmanów. Jednak tak nie jest. Wybitni teologowie, w tym ci ze słynnego kairskiego uniwersytetu Al-Azhar, wydali dekret, zgodnie z którym hidżab i nikab nie są obowiązkowe, jak zresztą możemy to zobaczyć w 53 krajach gdzie muzułmanie są większością. Noszenie okrycia głowy lub twarzy jest kwestią osobistego wyboru i osobistej decyzji. Zorganizowane grupy nawołujące do systematycznego narzucania obowiązku noszenia hidżabu są w istocie siłami islamistów. W polityce przekłada to się na oficjalne poparcie przez rząd USA agendy islamistów pod płaszczykiem wolności wyznania.

Rząd USA używając oskarżenia o islamofobię w stosunku do krajów, które protestują przeciwko politycznej agendzie ideologicznych i politycznych frakcji, w skład których wchodzą te znane jako salafizm i chomeinizm, w istocie stał się sojusznikiem tych sił w walce przeciwko świeckim, liberalnym i reformatorskim ruchom, które nie zgadzają się na obowiązkowe noszenie okryć głowy i twarzy. Czym innym jest obrona mniejszości religijnych, a czym innym wspieranie agendy frakcji ideologicznych. Nikab jest częścią ideologicznego planu forsowanego przez islamistów, a nie dogmatem uznawanym przez wszystkich muzułmanów. Jeśli rząd Obamy obawia się, że plan islamistów nie spotyka się z przychylnym przyjęciem w krajach europejskich i azjatyckich, niech to jasno powie. Jednak nie może twierdzić, że broni religijnego prawa wszystkich muzułmanów skoro oni sami nie są w tej kwestii jednomyślni.

W ciągu ostatnich kilku lat polityka zagraniczna Stanów w stosunku do krajów Bliskiego Wschodu, krajów arabskich oraz tych z większością muzułmańską, znajduje się pod coraz większym wpływem grup, nazywanych także “lobby”, wdrażających doktrynalny i polityczny plan Bractwa Muzułmańskiego oraz irańskiego reżimu. Departament Stanu uwierzył, że plany islamistów oraz wartości wszystkich muzułmanów pokrywają się ze sobą. Jednak takie podejście jest dużym błędem.

Rząd Obamy powinien uczyć się zarówno z najnowszej jak i ze starszej historii. Po pierwsze, powinien zauważyć, że cieszące się największym poparciem grupy w krajach, w których doszło do Arabskiej Wiosny, a szczególnie w Tunezji, Libii, Egipcie i Jemenie, nie zawsze kierują się zasadami islamistów. W krajach tych silna opozycja reprezentująca większość społeczeństwa żywiołowo protestuje przeciwko islamskim reżimom, które powstały w wyniku Arabskiej Wiosny.

Temat hidżabu i nikabu jest jednym z wielu, co do których nie ma jednomyślności w krajach muzułmańskich. Bractwo Muzułmańskie i irański reżim twierdzą, że chusty powinny być obowiązkowym strojem kobiet nie tylko w regionie, ale również wśród muzułmańskich mniejszości w krajach europejskich. Z tego powodu ich lobby przestawia hidżab i nikab jako obowiązkowy dla wszystkich muzułmańskich kobiet – i dlatego religijne prawo, obowiązujące wszystkich i stojące ponad wszystkimi innymi uwarunkowaniami w sekularnych społeczeństwach – wliczając w to równouprawnienie oraz bezpieczeństwo publiczne – ma takie znaczenie. Jednak noszenie chusty nie może zostać narzucone wszystkim muzułmanom i nie można go uznać za podstawowe prawo wszystkich obywateli.

Z tego powodu rozsądne byłoby, żeby rząd USA oraz rządy innych krajów na świecie wprowadziły podstawowe rozróżnienie. Prawo do modlitwy i wszystkiego, co się z tym wiąże, jest takie samo we wszystkich wspólnotach muzułmańskich i jako takie powinno być respektowane na Zachodzie oraz w innych krajach niemuzułmańskich. Jednak sprawa hidżabu i nikabu jest sprawą polityczną, a nie religijną i dlatego podlega prawodawstwu panującemu w danym kraju. W pewnych okolicznościach prawa polityczne mogą zostać przyznane, jednak Stany Zjednoczone nie powinny angażować się po żadnej ze stron w ideologicznej debacie pomiędzy politycznymi frakcjami, która toczy się w krajach arabskich oraz w arabskich społecznościach na Zachodzie i w Azji.

Jeśli Waszyngton jest zwolennikiem agendy islamistów, to sam staje się producentem islamofobii – wywołuje strach przed prześladowaniami religijnymi, wspierając polityczne plany autorytarnych islamskich frakcji.

Tłumaczenie: Severus Snape

Źródło: www.algemeiner.com

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze