Rozwój czy katastrofa? O wpływie islamu na średniowieczną Europę

Bitwa pod Poities rok 732, obrona Europy przed inwazją muzułmańską
| 21 komentarzy|
image_pdfimage_print

Jednym z najbardziej frapujących problemów historycznych jest upadek cywilizacji klasycznej. Uczeni od dawna zadawali sobie pytanie, jak to jest możliwe, by cywilizacja Grecji i Rzymu, która przetrwała ponad tysiąc lat, oddała pole średniowieczu, tj. okresowi, który przez jakiś czas doświadczył upadku i oczywistego zaniku racjonalistycznej myśli Grecji i Rzymu?

Bitwa pod Poities rok 732, obrona Europy przed inwazją muzułmańskąW literaturze naukowej, w czasopismach i w świadomości ogółu nie ma tu żadnej tajemnicy: mówi się nam, że w piątym stuleciu n.e., w wyniku najazdów barbarzyńców, ludzie Europy Zachodniej powrócili do życia w krytych strzechą chałupach z wikliny i gliny. Opuszczano popadające w ruinę miasta, sztuka pisania prawie zanikła, a masy ludzkie były utrzymywane w stanie ignorancji przez zacofany i fanatyczny Kościół, który faktycznie dokończył dzieła zniszczenia dokonanego przez barbarzyńców.

W siódmym i ósmym wieku na tę ciemną scenę – jak promień światła – przybyli Arabowie. Tolerancyjni i wykształceni, przywrócili Europie wiedzę starożytności, i dzięki ich wpływowi ludzie Zachodu rozpoczęli swój powolny powrót do cywilizacji. Takie jest sedno wiedzy historycznej przekazywanej przez olbrzymią liczbę rozpraw naukowych i podręczników akademickich. Taka jest też interpretacja automatycznie akceptowana przez większość zawodowych historyków, tak w Europie jak i w Ameryce Północnej – wśród których jest również Bernard Lewis, guru badań bliskowschodnich w krajach anglosaskich.

Tym niemniej ta wersja przeszłości jest całkowicie i dogłębnie fałszywa. W samej rzeczy trudno wyobrazić sobie opowieść bardziej odległą od tego, co się naprawdę zdarzyło. I choć może to być szokujące, historycy wiedzą o tym już od paru pokoleń. Dlaczego wiedza ta nie została w pełni rozpowszechniona i wcielona w powszechną myśl akademicką – jest kwestią sporną, ale fakt, że nadal drukuje się książki dla dzieci i studentów szkół wyższych, które rozpowszechniają wyżej przedstawioną wersję wydarzeń, powinien być przyczyną głębokiej troski. Prawdą jest bowiem, że gdy Arabowie dotarli do południowej Italii i Hiszpanii, nie trafili tam wcale na grupy prymitywnych dzikusów, ale na wysoce rozwiniętą cywilizację łacińską, bogatą miastami, rolnictwem, sztuką i literaturą, którą władali kompletnie zromanizowani goccy królowie. Skąd to wiemy? Cóż, przekazali to nam sami Arabowie.

Po swoim przybyciu do Hiszpanii Gotów muzułmańscy najeźdźcy z roku 711 byli zdumieni wielkością i bogactwem miast. Arabscy kronikarze wspominają ówczesny wygląd Sewilli, Kordoby, Meridy i Toledo; „czterech stolic Hiszpanii, założonych”, jak nam naiwnie przekazują, „przez Cezara Oktebana [Oktawiana]”. Nade wszystko zaś swym bogactwem i wieloraką znamienitością uderzyła ich Sewilla. Ibn Adhari pisze: „Spośród wszystkich stolic Hiszpanii była ona największa, najważniejsza, najlepiej zbudowana i najbogatsza w zabytki. Przed podbiciem przez Gotów była ona rezydencją rzymskiego gubernatora. Na miejsce swojej rezydencji goccy królowie wybrali Toledo, ale to Sewilla pozostała centrum rzymskich adeptów wiedzy wszelakiej, tak religijnej, jak i świeckiej, i to tam mieszkała arystokracja takiegoż pochodzenia”. (Cyt. za: Lious Bertrand i Sir Charles Petrie, “The History of Spain”, 2nd ed. London, 1945, str. 7). Inny pisarz arabski, Merida, wspomina wielki most w Sewilli, jak również „wspaniałe pałace i kościoły” (Bertrand i Petrie, str.17-18).

Należy tu podkreślić, że archeologia potwierdza ten obraz przedmuzułmańskiej Hiszpanii. Nadal bowiem stoją niektóre ze wspaniałych wizygockich kościołów i pałaców, a odkrycie w 1857 roku koło Toledo zbioru misternie zdobionych wizygockich koron wotywnych inkrustowanych drogocennymi kamieniami żywo przywodzi na myśl opis podany przez arabskich zdobywców. (Patrz: Richard Fletcher, “Moorish Spain”, London, 1992, str. 18).
Pisemne i archeologiczne dowody z terytoriów byłego Imperium Rzymskiego wykazują bez cienia wątpliwości, że barbarzyńscy władcy, którzy w piątym stuleciu zajęli Italię i Cesarstwo Zachodnie, wcale nie zniszczyli rzymskiej kultury i cywilizacji, lecz błyskawicznie sami się zromanizowali i zaczęli panować nad odradzającą się cywilizacją klasyczną. Pod ich panowaniem kwitły nauka i sztuka, a ich olbrzymie bogactwa były wykorzystywane przy budowie imponujących rezydencji i kościołów. Do roku 500 n.e. praktycznie wszystkie zniszczenia poniesione w trakcie najazdów piątego stulecia zostały usunięte, a miasta kwitły, tak jak to było wcześniej, pod rządami imperium. W istocie, „barbarzyńscy” królowie Italii od samego początku wzorowali się na dworze w Konstantynopolu, uważając się nie tylko za sprzymierzeńców, ale wręcz funkcjonariuszy i urzędników imperium. I tak bili one złote monety z podobizną bizantyjskiego cesarza, a mieszkali w pałacach i willach wcześniej wzniesionych przez rzymskich prokuratorów i książąt. Niektóre z tych pałaców były bardzo rozbudowane, a wszystkie były regularnie odnawiane.

A jednak prawdą jest też, że pod koniec siódmego wieku, lub najpóźniej na początku ósmego, nadszedł gwałtowny kres tej kwitnącej cywilizacji klasycznej. Rozpoczął się świat średniowiecza, który znamy tak dobrze: podupadały tak większe, jak i mniejsze miasta, czasami opuszczano je zupełnie, słabł handel, życie przybierało coraz bardziej wiejski charakter, zanikały sztuki, analfabetyzm stał się powszechny, pojawił się wreszcie system feudalny, który podzielił królestwa Europy Zachodniej. W tych i następnych latach jedyną siłą w nauce i administracji stał się Kościół, a handel wymienny w znacznej części zastąpił istniejący wcześniej system monetarny. Kiedy zaś bito monety, robiono je raczej ze srebra niż ze złota używanego do początku siódmego stulecia. Zaczęło się średniowiecze.

Kto lub co spowodowało taki rozwój sytuacji? Już w latach 20. ubiegłego wieku belgijski historyk średniowiecza Henri Pirenne wskazał dowód winy, przysłowiową dymiącą strzelbę. Strzelby tej nie dzierżyły jednak ręce Gotów, Wandalów czy Kościoła chrześcijańskiego: tkwiła ona w rękach ludzi, którym nawet wtedy potoczne opinie przypisywały zasługę ocalenia cywilizacji Zachodu: Arabów. Dowody, które Pirenne wskazał w opublikowanym już po jego śmierci dziele „Mahomet i Karol Wielki” (1938), były niezaprzeczalne. Od połowy siódmego wieku Morze Śródziemne zostało zablokowane przez Arabów. Skończył się handel z wielkimi ośrodkami ludności i kultury Lewantu, będący źródłem dobrobytu Europy Zachodniej. Studiując zapiski hiszpańskich Wizygotów i galijskich Merowingów, Pirenne odkrył, że z chwilą, gdy po morzach zaczęli grasować arabscy piraci, nagle ustały dostawy wszelkich produktów luksusowych. Płynący na wschód strumień złota wysechł. Znikły złote monety, a wielkie miasta Italii, Galii i Hiszpanii – szczególnie porty, które swoje bogactwo zawdzięczały handlowi na Morzu Śródziemnym – stały się miastami-widmami. Z perspektywy kultury i nauki najgorsze zaś prawdopodobnie było to, że ustał import papirusu z Egiptu. Materiał ten – od czasów Republiki Rzymskiej importowany w olbrzymich ilościach przez Europę Zachodnią – był w cywilizacji opartej na handlu i piśmie absolutnie niezbędny; ustanie jego dostaw miało natychmiastowy efekt w postaci wręcz katastroficznego wzrostu poziomu analfabetyzmu.

Pirenne podkreślił, że nadejście islamu faktycznie odizolowało Europę, tak intelektualnie, jak i ekonomicznie. A wraz z paraliżem ekonomicznym przyszła wojna: muzułmańskie najazdy rozpętały strumień przemocy wobec Europy. Bezpośrednim rezultatem arabskich podbojów w siódmym i ósmym wieku było znaczne zmniejszenie obszaru, na którym chrześcijaństwo było religią dominującą. Utrata terytoriów rozciągających się od północnej Syrii po Pirenejów nastąpiła w przeciągu życia dwóch-trzech pokoleń. W Europie Zachodniej pozostało tylko samo jądro chrześcijańskiego terytorium, złożone z Francji, Niemiec Zachodnich, Górnego Dunaju i Włoch (oraz Irlandii i części Brytanii). Regiony te jednak też czuły się zagrożone: poddawane były nieustającym atakom z północy, wschodu oraz południa.

Podczas gdy Arabowie wysyłali armię za armią, by łupić, niszczyć i podbijać, zachęcali też do dalszych ataków na rdzenne obszary Europy z innych kierunków, a czasem nawet w pewien sposób nimi „sterowali”. I tak najazd Wikingów, który zniszczył znaczne obszary Wysp Brytyjskich, Francji i północnych Niemiec, był po części spowodowany muzułmańskim popytem na niewolników. Nie jest to fakt szeroko znany, ale jest w pewnym stopniu akceptowany przez zawodowych historyków: Wikingowie byli piratami i handlowali niewolnikami, a ich osławione wyprawy przez morza na zachód oraz wzdłuż wielkich rzek Rosji na wschód były wywołane przede wszystkim przez muzułmański popyt na białoskóre nałożnice i eunuchów. Niektórzy niewolnicy zabierani byli do Skandynawii, do ciężkich robót budowlanych i rolniczych, lecz większość była sprzedawana za srebro do krajów arabskich. Bez islamu prawie na pewno nie byłoby Wikingów.
To handlowe przymierze pomiędzy barbarzyńcami Północy i muzułmanami Hiszpanii i Afryki Północnej doprowadziło chrześcijańską Europę niemal na skraj zapaści. Na domiar złego próby odparcia najazdów muzułmanów i Wikingów odsłoniły Europę na ataki z innej strony – łupieżczych ludów pochodzących głównie ze stepów Azji centralnej. Jeden z tych ludów, Madziarzy, czyli Węgrzy, przez jakiś czas stanowił prawdziwą groźbę dla dalszego istnienia chrześcijańskich Niemiec.

Badania przeprowadzone przez Pirenne’a były rzetelne i nawet jego krytycy ich nie podważali. Niemniej w znacznej mierze zostały zignorowane Nieustannie publikuje się dzieła, tak popularne, jak i naukowe, poświęcone historii rejonu Morza Śródziemnego oraz oddziaływaniu między islamem a chrześcijaństwem bez najmniejszej choćby wzmianki o dokonaniach Pirenne’a. Tak było na przykład w przypadku opublikowanego w roku 2006 dzieła „The Middle Sea” autorstwa Johna Juliusa Norwicha. Książka Bernarda Lewisa z 2008 roku „God’s Crucible: Islam and the Making of Europe, 570-1215” (Boży tygiel: islam i powstanie Europy, 570-1215) nie tylko ignoruje Pirenne’a i jego idee, ale prezentuje konkluzje podobne do tych, których nauczano przed pojawieniem się Mahometa i Karola Wielkiego. Lewis przeciwstawia sobie kulturowe osiągnięcia ośmiowiecznych muzułmańskich najeźdźców Hiszpanii z – jak to określa – niemal neolityczną kulturą i ekonomią Wizygotów i Franków, na których ci pierwsi się natknęli. W oczach Lewisa „mroki średniowiecza” były spowodowane germańskimi najazdami w piątym stuleciu, a arabska blokada Morza Śródziemnego w wiekach siódmych i ósmym nie miała wpływu na Europę. Hołduje więc tezie, że Arabowie byli wybawcami Europy.

Jak można to wytłumaczyć? Bez wątpienia, polityczna poprawność odegrała tu swoją rolę. Duch epoki dyktuje, że cywilizacje nieeuropejskie (np. muzułmańska) nie tylko nigdy nie powinny być krytykowane, ale nawet krytycznie badane. Taka postawa, która stawia ideologię ponad dowodami, jest wyjątkowo niepokojąca.

Jest tu też jednak inny czynnik: Pirenne – obok niemal wszystkich innych historyków swego pokolenia – przyjmował, że Bizancjum, które przecież nie zostało podbite przez barbarzyńców, nigdy nie doświadczyło mroków średniowiecza. Ten pogląd był przynajmniej po części wspierany przez bizantyjską propagandę, która zawsze zachwalała swoje imperium jako drugi Rzym, jako dziedzica rzymskiej szaty cesarskiej. I tak na przykład w roku 1953 Sidney Painter napisał w swym dziele „A History of the Middle Ages, 284-1500”, że „od roku 716 do 1057 trwały [dla Bizancjum] ponad trzy wieki chwały. Imperium Bizantyjskie było najbogatszym państwem Europy, jego największą potęgą militarną oraz krajem stojącym najwyżej kulturowo. W trakcie tych trzech stuleci, gdy Europa Zachodnia była zamieszkana przez częściowo tylko okiełzanych barbarzyńców, Imperium Bizantyjskie było wysoce cywilizowanym państwem, w którym trafna mieszanka chrześcijaństwa i hellenizmu wydała z siebie fascynującą kulturę”. Do dziś dnia z popularnej literatury można się dowiedzieć, jak to po zdobyciu Konstantynopola przez Turków w roku 1453 uciekający na Zachód greccy uczeni i filozofowie pomogli w narodzinach renesansu we Włoszech. Tak więc skoro cywilizacja bizantyjska nie została zniszczona przez Arabów, dlaczego ktokolwiek miałby wierzyć, że to właśnie ci ostatni zniszczyli klasyczną cywilizację Europy Zachodniej? Tego punktu Pirenne nie poruszył: być może nie był świadomy jego znaczenia.
Odkrycia bizantyjskiej archeologii dokonane już po II wojnie światowej dostarczyły jednak tezie Pirenne potężnego wsparcia: ku zdziwieniu wszystkich okazało się bowiem, że od połowy siódmego wieku Cesarstwo Wschodnie przeżywało okres zapaści. W ciągu tych trzech stuleci – zupełnie przeciwnie do opinii wyrażonych powyżej – większość jego miast została opuszczona, spadła liczebność populacji i upadła wysoka kultura. Zniszczenia były tak duże, że znikły nawet monety z brązu, ten smar ułatwiający codzienny handel. Archeologia ujawniła dramatyczne zmiany w cywilizacji bizantyjskiej połowy dziesiątego stulecia: starożytne Bizancjum już nie istniało, a na jego miejscu znajdował zbiedniały twór zamieszkały przez częściowo tylko piśmiennych ludzi. Bizancjum średniowieczne było zadziwiająco podobne do współczesnych mu średniowiecznej Francji, Niemiec czy Włoch. I tu też znajdujemy handel w pełni lub częściowo wymienny, spadek liczby ludności i rosnący analfabetyzm, a także nietolerancyjne i teokratyczne rządy. Zmiany te, podobnie jak na Zachodzie, zaczęły się w pierwszej połowie siódmego wieku – dokładnie wtedy, gdy na scenę weszli Arabowie i islam.

Debata jest więc w zasadzie skończona, choć wiedza o jej konkluzjach musi jeszcze dotrzeć do wydziałów historii naszych uniwersytetów. Cywilizacja klasyczna, dokładnie tak jak to powiedział Pirenne, nie skończyła się w piątym wieku; skończyła się w wieku siódmym za sprawą Arabów.
W mojej właśnie wydanej książce „Holy Warriors: Islam and the Demise of Classical Civilization” (Święci wojownicy: islam i upadek cywilizacji klasycznej) powtarzam argumenty Pirenne’a i wykazuję, że pod wieloma względami nie poszedł on wystarczająco daleko. Wpływ islamu na Europę nie był bowiem wyłącznie ekonomiczny. Podczas gdy islamska doktryna wiecznej wojny przeciw niewiernym faktycznie zmieniła rejon Morza Śródziemnego w linię frontu i przyczyniła się do zbiednienia Europy, islam zaczął także wywierać wpływ ideologiczny na Europę Zachodnią. Do czasu zamknięcia Morza Śródziemnego dominujący wpływ kulturalny na Europę wywierał Wschód, tj. Bizancjum i hellenistyczne ośrodki na Bliskim Wschodzie, głównie Egipt i Syria. Po zamknięciu Morza Śródziemnego Zachód został izolowany, a środek ciężkości przesunął się, jak to podkreślił Pirenne, na północ: do północnej Galii, Niemiec i Brytanii. Jednak wpływ Wschodu nie ustał, lecz teraz Wschód oznaczał islam. Po pierwszych arabskich podbojach wpływ islamu był bardzo poważny: to on ostatecznie zakończył cywilizację klasyczną i dał początek teokracji znanej dziś pod nazwą średniowiecznej Europy.

Pierwszą i najbardziej oczywistą islamską ideą przejętą przez Europejczyków była koncepcja świętej wojny. Przed siódmym wiekiem chrześcijaństwo było w zasadzie wierne swym pacyfistycznym korzeniom. Nawet po tym, jak stało się oficjalną religią Imperium, chrześcijanie usiłowali unikać kariery militarnej, a odbieranie człowiekowi życia, nawet w czasie wojny, było nadal bardzo źle widziane. Cytując Edwarda Gibbona – nie będącego przecież przyjacielem chrześcijaństwa – do piątego wieku „kler z sukcesem uczył doktryny cierpliwości i lękliwości; odradzano aktywność w życiu społecznym, a resztki wojennego ducha Rzymu zakopano w klasztorze; znaczna część publicznych i prywatnych bogactw została poświęcona celom specjalnym – dobroczynności i pobożności; a żołd żołnierski był bez sensu przekazywany przedstawicielom obojga płci, każdemu, kto potrafił wysławiać zalety abstynencji i dobroczynności” (cyt. za: „Decline and Fall”). To może tłumaczyć też częściowo fakt, że od czwartego wieku do armii rzymskiej rekrutowano tak wielu barbarzyńców. W samej rzeczy pod koniec czwartego wieku, a już na pewno w piątym stuleciu słowa „barbarzyńca” i „żołnierz” stały się praktycznie synonimami.

Królowie Gotów i Wandalów, którzy na Zachodzie zastąpili rzymskich cesarzy, nie byli z początku pacyfistami. Choć przyjmowali oni chrześcijaństwo całkiem szybko, nowa wiara musiała jednak znaleźć sobie miejsce obok starych wojennych kultów Wotana i Thora. Wojownicza natura teutońskich władców zaczęła znikać pod koniec szóstego wieku. Gibbon zauważa, że pod wpływem chrześcijaństwa Goci i Wandalowie bardzo szybko tracili swoje wojownicze zwyczaje, i to do tego stopnia, że w siódmym i ósmym wieku germańska ludność Afryki Północnej i Hiszpanii absolutnie nie była w stanie powstrzymać islamskiego najazdu na te regiony.

Gdy porównamy to chrześcijaństwo z muskularną i wojowniczą wiarą średniowiecza, wiarą Krzyżowców, inkwizytorów i konkwistadorów, widzimy wielki kontrast…To nowe chrześcijaństwo było prostą konsekwencją zderzenia z islamem, pojawiło się ono bowiem dopiero po jego nadejściu. Z jednej strony zmiana ta była naturalna: otoczeni agresorami zdecydowanymi na zniszczenie chrześcijaństwa i nieskorymi do zawierania pokoju chrześcijanie musieli sięgnąć po broń. Chrześcijanom z północy grozili Wikingowie i Węgrzy, chrześcijan z południa nękali muzułmanie. Ale zmiana ta była wywołana także ideologią. Muzułmańskie koncepcje dotyczące wojny, interpretacji pism, herezji, żydów itd. wpłynęły bardzo głęboko na Europejczyków. Tak powstała czysto „średniowieczna” perspektywa: w istocie to właśnie stanowiło główne zręby tego, co obecnie rozumiemy pod słowem „średniowieczny”.

Historycy dobrze wiedzą o ówczesnym wpływie islamskiej filozofii na Europę Zachodnią. Jako przykład przywołują zainteresowanie Persem Awicenną i hiszpańskim muzułmaninem Awerroesem. Ale nie wszystko, co przyniósł islam, było tak pozytywne. Dobrze na przykład wiadomo, że bizantyjska doktryna ikonoklazmu, tj. niszczenia obrazów religijnych, w prostej linii wywodzi się z islamu. Wiele innych koncepcji islamskich, czasem wręcz biegunowo przeciwnych swoim odpowiednikom we wczesnym chrześcijaństwie, zaczęło teraz znajdować oddźwięk na każdym niemal poziomie myślenia Europejczyków. Jakże mogło być inaczej, kiedy zbiedniali Europejczycy patrzyli ze zdumieniem na bogactwo, luksus i wyszukaną architekturę muzułmańskich miast Hiszpanii, Sycylii i tych położonych dalej na wschód? I nie miał dla nich żadnego znaczenia fakt, że dostęp do tego bogactwa i luksusu był im zabroniony przez tychże samych muzułmańskich emirów i kalifów, których bogactwa tak podziwiali. Europejczycy mogli więc być – i byli – pod wielkim wrażeniem oraz wpływem islamu. To od muzułmanów przejęli pojęcie „świętej wojny”, to od nich nauczyli się, że żydzi są rasą przeklętą i wrogami Boga. Islamski fatalizm – oparty na przekonaniu, że Allah nie może być ograniczony żadnymi naturalnymi czy naukowymi prawami – był śmiercionośny dla greckiego i rzymskiego racjonalizmu. Na fali takich idei w muzułmańskiej Hiszpanii, a potem w całej Europie pojawiła się obsesja czarów i guseł, która stała się jedną z charakterystycznych cech średniowiecza. Z islamu Europejczycy wchłonęli też esencję fanatyzmu. Prawo islamskie stwierdzało, że jedyną właściwą karą za herezję lub apostazję jest kara śmierci. Idea taka wcześniej była chrześcijanom obca. Owszem, toczyli zażarte doktrynalne dysputy, które czasami stawały się nawet gwałtowne, ale gwałtowność ta ograniczała się głównie do słów i rzadko dochodziło do fizycznych napaści. Pod koniec jedenastego stulecia chrześcijańska Europa zaczęła myśleć w zupełnie odmienny sposób, a w ciągu stu lat papieże wprowadzili karę śmierci wymierzaną religijnym odszczepieńcom. Również tortury, rzecz zupełnie normalna w krajach islamu, zaczęły po raz pierwszy być stosowane w europejskim prawie.

Od tłumacza
Niektóre z tez autora mogą się wydawać zbyt daleko idące, a interpretacja zdarzeń historycznych zbyt jednostronnie obciążająca islam. Rzeczywistość historyczna jest złożona, a zajście takich, a nie innych wydarzeń jest często wypadkową wielu przyczyn. Tym niemniej mam wrażenie, że szereg argumentów autora uzupełnia i wyjaśnia od innej strony to, co działo się w chrześcijaństwie po narodzinach islamu. W szczególności dotyczy to argumentacji o wniknięciu elementów ducha islamu do chrześcijaństwa. Zgodnie z tą hipotezą chrześcijaństwo musiało się zmienić, by stoczyć z islamem wygraną bitwę (bitwę, bo wojna oczywiście dalej trwa). Chrześcijaństwo musiało się stać bardziej wojownicze. Jednocześnie jednak poprzez kontakty z islamem zostało ono „podtrute”. Mamy tu takie elementy jak ikonoklazm, prześladowania żydów, koncepcję świętej wojny itp. Oczywiście pierwociny tych pojęć istniały wcześniej, jeszcze przed pojawieniem się islamu (czy chrześcijaństwa), ale islam hojnie się przyczynił do ich rozwinięcia na łonie chrześcijaństwa… Dopiero po wielu stuleciach udało się częściowo zniwelować ten jad wstrzyknięty chrześcijaństwu przez islam. Trzeba o tym pamiętać i nie dać się dalej zatruwać, niezależnie od tego, czy się jest chrześcijaninem, czy nie… (db)

John J. O’Neill
Tłum.Europa21
Tekst nadesłany przez Lam Antyis
—————
John J. O’Neill jest historykiem, autorem książki “Holy Warriors: Islam and the Demise of Classical Civilization”,  wyd. Felibri 2009.

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze