Nie dajmy się oślepić – refleksje po 11 września

| 1 komentarz|
image_pdfimage_print

Niedawno minęła dwunasta rocznica jednego z najbardziej spektakularnych aktów terroru XXI wieku, zamachu z 11 września 2001r. Mimo wielu ekspertyz oraz dowodów, w tym najważniejszego – oświadczenia Osamy bin Ladena, który przyznał się do zorganizowania ataku – wiele osób otwarcie powątpiewa w bezpośredni związek Al-Kaidy ze sprawcami  zamachu, jeszcze więcej zaś twierdzi, że wyjaśnienia samego inicjatora zostały wymuszone.

Jak na krytycznie myślących ludzi Zachodu przystało, stajemy się niezwykle dociekliwi w swoich poszukiwaniach ”prawdy” – co z pewnością jest bardzo pozytywnym zjawiskiem, bo społeczna presja w tej perspektywie wymusza obiektywne podejście do sprawy, blokuje wydawanie przedwczesnych sądów przed znalezieniem winnych itd. Problem pojawia się, gdy presja ta nie wynika z faktycznej dociekliwości, ale z obsesji poszukiwania teorii spiskowych, bądź nieufności do  rządu czy „wolnych mediów”. Staje się niejako narzędziem ideologicznej walki, nie mającej na celu znalezienia winnych tylko obalenia istniejącego systemu, który – w ich opinii – jest upośledzony i na obalenie zasługuje.

Przykładów jest więcej. Po zamachu w Bostonie 15.04.2013 roku Internet zapełnił się alternatywnymi wersjami dotyczącymi sprawców i przebiegu zamachu (wystarczy w dowolnej wyszukiwarce wpisać frazę „zamach w Bostonie, teorie spiskowe”). Tezy, że to nie religijni fundamentaliści, a zachodnie rządy stoją za zamachami, pojawiały się w przypadku innych tragedii – 7 lipca 2005, kiedy nastąpiła eksplozja w jednym z londyńskich autobusów, 11 marca 2004 roku – serii ataków w  madryckich pociągach, i innych… Określając twórców podobnych rewelacji nie chciałabym używać terminu „pożyteczni idioci”, choć byłby on niezwykle trafny wobec osób, które propagują takie spiskowe teorie. Otóż potrzebna jest świadomość, że takim działaniem legitymizujemy terroryzm, w tym przypadku – islamski. Powołując się na całkiem uzasadnioną niechęć Zachodu wobec islamizmu, dajemy temu zjawisku – o ironio – zielone światło.

Wróćmy do negowania faktu ścisłego związku zamachów z 11 września z islamskimi bojownikami. Pokazuje to, że jakiekolwiek, szeroko zakrojone działania terrorystyczne Al-Kaidy, Al-Dżama’a al-Islamija, Hamasu i innych, ogromnych i niepokojąco prężnych organizacji terrorystycznych, można we wspólnej świadomości zastąpić teorią spisku zachodnich mocarstw. Nawet jeśli powiązania wspomnianych organizacji zostają udokumentowane – ci „pożyteczni” starają się je usprawiedliwić wykorzystywaniem – ponoć słabych i nie mających możliwości obrony – członków takich grup.

W 1978 r. pisarka Jean Sasson rozpoczęła pracę w Arabii Saudyjskiej jako koordynator administracyjny w jednym z saudyjskich szpitali. W trakcie swojego pobytu na Bliskim Wschodzie nawiązała wiele cennych znajomości, m.in. z księżniczką Arabii. Poznała również bezpośrednich członków rodziny Osamy, co zaowocowało książką „Musiałam odejść” – biografią pierwszej żony Osamy bin Ladena (Nadżwy) oraz ich syna – Omara. W kwestii samego zamachu książka przeszła bez większego echa, ponieważ stanowi raczej beletrystykę dla zainteresowanych arabską kulturą. Niemniej – dla uważnego czytelnika – stanowi cenne źródło informacji dotyczących działania islamskich organizacji terrorystycznych oraz istotną poszlakę. Omar, piąty syn Nadżwy i Osamy, wielokrotnie przedstawia fakty wskazujące na ścisły związek jego ojca z islamskim terroryzmem oraz zamachami 11 września (i nie tylko).

Jean Sasson mogła oczywiście stać się użytecznym narzędziem imperialistycznego, Wielkiego Brata. Kłopot w tym, że… po pierwsze – zajmowała się tą tematyką na długo przed atakami z 11 września, po drugie – jej literatura dociera raczej do węższego grona odbiorców i z pewnością nie jest opiniotwórcza; po trzecie – autorka w żaden sposób nie dokonuje oceny arabskiej kultury… W swoich książkach  nigdy nie wypowiadała się negatywnie na temat islamu. Fabułę jej dzieł stanowią relacje muzułmanów i muzułmanek, często przedstawiających swój kraj w sposób romantyczny, a niejednokrotnie pozytywny. Wreszcie: pojawiają się tam opinie, będące cytatami, broniące islamu, który dał ponoć kobietom prawa, jakich nie posiadały przedtem. Autorka w trakcie swojego pobytu na Bliskim Wschodzie zyskała ponadto wielu islamskich przyjaciół. W tym miejscu odsyłam do lektury jej książek, chociażby „Córki Księżniczki Sułtany” czy właśnie „Musiałam odejść”.

Największym argumentem „pożytecznych” jest fakt, że służby i siły specjalne działają w sposób niejawny – „jeśli niejawne, to na pewno spisek”. Gdyby każde posunięcie tych struktur oraz metody wykonywanych przez nie zadań były dostępne dla ogółu, kilkaset zamachów znalazłoby swój krwawy koniec. Próżno w tym miejscu – z oczywistych powodów – o przykłady, niemniej jednak wierzę w zdrowy rozsądek i umiejętność logicznego myślenia czytelnika zapoznającego się z tym tekstem.

Musimy pamiętać, że media ujawniają (zbyt) dużo niejawnych informacji. Przestępcy czy terroryści nie są pozbawieni dostępu do radia, gazet, Internetu czy innych, powszechnie dostępnych, źródeł;  widząc kolejne kroki podejmowane przez służby, a także znając – właśnie dzięki mediom – metody pracy operacyjnej, wywiadowczej itd., mają wiedzę, która pozwoli im nie dać się złapać albo zaowocuje udoskonaleniem metod przeprowadzania terrorystycznych zamachów. Jeśli zrozumiemy, jak ważna w kwestii bezpieczeństwa narodowego jest ochrona informacji niejawnych, pojmiemy też, dlaczego jednostki antyterrorystyczne pojawiły się w Bostonie tak szybko, dlaczego nie znamy szczegółów zamachu 11 września oraz innych „podejrzanych” aktywności ze strony „państwowej aparatury”.

Wolną dygresją będzie współpraca byłego żołnierza GRU – Wiktoria Suworowa – z rządem brytyjskim. Niedługo po publikacji jego książki „Akwarium”, ujawniającej metody działania Głównego Zarządu Wywiadowczego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, nastąpił oficjalny rozpad ZSRR. W tym przypadku mamy do czynienia z pozytywnym skutkiem ujawniania tego typu informacji. W przypadku demokratycznych, zachodnich cywilizacji, skutkiem byłoby zastąpienie wartości i praw – wywalczonych przez nasze Babcie i Dziadków –  wartościami i prawem szariatu. Czy warto? Oceńmy według własnego sumienia.

Nie ma monopolu na prawdę. „Prawda” jest różnie rozumiana, przez różne kultury. Naszą, zachodnią, popierają eksperymenty, wielogodzinne debaty, rewolucje, walka o wolność w ogóle i tzw. „wolność sumienia”.  Prawda islamistów opiera się na świętej księdze, Koranie oraz hadisach Sahîha Al-Boukhârîego, Sahîha Muslima, Sunnana Abu Dawuda, czyli ksiąg pochodzących sprzed co najmniej tysiąca lat.

Zaczynamy dochodzić do granic absurdu. Właściwie już je przekroczyliśmy – cytując bardzo mądre słowa z nieznanego przeze mnie źródła: „Wielu z nas jest tak światłych, że aż oślepionych”. Nie dajmy się oślepić – nasza światłość wynika z tego, że ktoś broni wolności słowa, przekonań i sumienia; tylko dzięki temu nasza kultura zezwala na podjęcie takiej dyskusji. W islamskim kalifacie,  drodzy Czytelnicy, zostalibyście wybatożeni, tudzież pozbawieni głowy, za dużo gorsze pomysły: za spekulacje, że Ziemia jest okrągła, albo za upieranie się przy naukowym fakcie, że to zestaw chromosomów, a nie anioł, decyduje o płci… lub za inne, niezgodne z Koranem, rewelacje.

Fitna

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze