Nazwać nienazwane

Salman Rushdie
| 1 komentarz|
image_pdfimage_print

Kenan Malik

„Rola poety: nazwać nienazwane, wskazać na oszustwa, stanąć po właściwej stronie, krytykować, kształtować świat i nie pozwalać mu zasnąć”. Tak przynajmniej twierdził zuchwały poeta Baal w Szatańskich Wersetach. Zamieszanie wokół nieobecności Salmana Rushdiego na Festiwalu Literackim w Dżajpur pokazuje, że dziś już niewielu ludzi myśli jak Baal.

Rushdie miał wystąpić na festiwalu, który szybko staje się jednym z najważniejszych wydarzeń literackich na świecie, z wykładem na temat swojej książki Dzieci Północy (na podstawie której nakręcono film) oraz wziąć udział w debacie o historii języka angielskiego w Indiach. W ciągu ostatniej dekady Rushdie wielokrotnie odwiedzał Indie i brał  udział w różnych festiwalach. Tym razem jednak muzułmańscy aktywiści zastosowali groźby. Zamiast przeciwstawić się oprychom, zarówno lokalne jak i państwowe władze położyły uszy po sobie i zaczęły naciskać na organizatorów festiwalu, aby zrezygnowali z udziału Rushdiego. „Jestem pewien, że organizatorzy zrozumieją uczucia lokalnej społeczności”, powiedział Ashok Gehlot, wojewoda Radżastanu, którego miastem stołecznym jest Dżajpur. Koniec końców Rushdie odwołał wizytę, ponieważ otrzymał informacje o planowanym zamachu na swoje życie. Jednak zostały one najprawdopodobniej wymyślone przez policję z Radżastanu, aby „wyperswadować” Rushdiemu przylot. W odpowiedzi uczestnicy festiwalu, powieściopisarz Hari Kunzru oraz pisarz i poeta Amitava Kumar, publicznie odczytali fragmenty Szatańskich Wersetów. Wkrótce w ich ślady poszło dwóch innych uczestników – Jeet Thayil i Rushir Joshi. W Indiach powieść ta jest ciągle zakazana – znalazła się na liście wyjętych spod prawa pozycji w 1988 roku, gdy ówczesny premier Rajiv Gandhi w dramatycznej walce o głosy ugiął się pod naciskami muzułmanów. Organizatorzy festiwalu odcięli się od tej – ich zdaniem – „niepotrzebnej prowokacji” Kunzru i Kumara i wywarli nacisk na pozostałych mówców, aby nie kontynuowali tego procederu. „Wszelkie działania delegatów czy jakichkolwiek innych uczestników festiwalu noszące znamiona nielegalności nie będą tolerowane i wyciągnięte zostaną wszystkie niezbędne konsekwencje tych czynów”, zagrozili w oświadczeniu prasowym. Podczas gdy wiele osób stanęło w obronie Rushdiego, inni zaczęli bronić organizatorów. „Nie jestem pewna, czy całe to wstawianie się za Rushdiem było mądre lub skuteczne” oznajmiła redaktor działu książek dziennika Guardian, Claire Armistead. Jeśli jednak zadaniem festiwali literackich nie jest obrona literatów, to trudno powiedzieć, na czym miałoby ono polegać. Zdystansowanie się organizatorów od wystąpień Kunzru i Kumara oraz straszenie pozostałych uczestników, którzy mogliby pójść w ich ślady, było po prostu tchórzostwem.

Porównajmy małoduszność organizatorów festiwalu w Dżajpur z reakcją pisarzy, wydawców, redaktorów, tłumaczy i księgarzy na fatwę Ajatollaha Chomeiniego z 1989 roku. Salman Rushdie musiał ukrywać się niemal całą dekadę. Tłumacze i wydawcy byli atakowani, czasami nawet mordowani. W lipcu 1991 roku Hitoshi Igarashi, japoński profesor literaturoznawstwa i tłumacz Szatańskich Wersetów, został zadźgany nożem w miasteczku akademickim uniwersytetu Tsukuba. W tym samym miesiącu innego tłumacza powieści Rushdiego, Włocha Ettore Capriolo, pobito i ugodzono nożem w jego mieszkaniu w Milanie. W październiku 1993 roku William Nygaard, norweski wydawca Szatańskich Wersetów, został trzykrotnie postrzelony, po czym zamachowcy zostawili go, aby wykrwawił się przed swoim domem w Oslo. Pod księgarnie sprzedające książkę podkładano bomby. Jednak Rushdiemu nigdy przez myśl nie przeszło wycofanie powieści, a wydawnictwo Penguin cały czas stało za nim murem. Ówczesny szef Penguina, Peter Mayer, po raz pierwszy publicznie wypowiedział się o tych wydarzeniach w wywiadzie do mojej książki Od Fatwy Do Dżihadu. Mayer sam padł ofiarą podłej kampanii nienawiści i zastraszenia. „Dostawałem listy napisane krwią”, wspomina. „W środku nocy dzwonił telefon, a rozmówca oświadczał, że nie tylko mnie zabije, ale że porwie moją córkę i rozbije jej głowę o betonowy mur. Potworność.” Jednak Mayer nie poddał się. „Powiedziałem zarządowi Penguina ‘Musimy patrzeć daleko w przyszłość. Jeśli teraz się ugniemy, to jedynie zachęcimy jednostki i ugrupowania do przeprowadzania kolejnych zamachów terrorystycznych w przyszłości, jeśli tylko poczują się urażeni książką, którą wydamy my czy jakiekolwiek inne wydawnictwo. Jeśli skapitulujemy, będzie to koniec swobody wydawniczej jaką znamy’”. Mayer i jego współpracownicy zrozumieli, że „to, co teraz zrobimy, będzie miało wpływ nie tylko na tę jedną książkę. To, jak zareagujemy na kontrowersje związane z Szatańskimi Wersetami, będzie miało wpływ na przyszłą swobodę dociekań, bez której zginie wolność wypowiedzi, a co za tym idzie, społeczeństwo obywatelskie jako takie. Zgodziliśmy się wszyscy, że jedyne co  możemy zrobić, to trzymać się zasad naszej profesji, które zjednały jej szacunek od czasu wynalezienia przenośnej maszyny do pisania. Byliśmy wydawcami. Uważałem, że to coś znaczy. Wszyscy tak uważaliśmy”. Nygaard spędził wiele tygodni w szpitalu, następnie wiele miesięcy na rehabilitacji. Dopiero po dwóch latach odzyskał pełną władzę w rękach i nogach. „Dziennikarze pytali mnie ciągle ‘Czy przestanie pan drukować Szatańskie Wersety?’ Odpowiadałem wtedy ‘Na pewno nie’”, powiedział mi w wywiadzie.

Mayer i Nygaard należeli do świata, w którym obrona swobody wypowiedzi była świętym obowiązkiem. Organizatorzy festiwalu w Dżajpur należą do innego świata, w którym rola poety („Nazwać nienazwane, wskazać na oszustwa, stanąć po właściwej stronie, krytykować, kształtować świat i nie pozwalać mu zasnąć”) nie jest postrzegana jako oczywista, ale wręcz jako szokująco obraźliwa. W ciągu ostatnich dwudziestu lat krajobraz swobody wypowiedzi i cenzury uległ przeobrażeniu, podobnie jak i znaczenie literatury. Reakcja organizatorów festiwalu w Dżajpur jest tego najlepszym wyrazem. „Daj mi wolność poznania, wypowiedzi, swobodnej debaty zgodnie z własnym sumieniem, ponad wszelkimi innymi wolnościami”, pisał John Milton w Areopagitice, słynnym przemówieniu z 1644 roku na temat „wolności nielicencjonowanego druku”. Po czym dodał jeszcze: „ten, kto niszczy dobrą książkę, niszczy sam rozum”. Przez kolejne trzy stulecia wszyscy postępowi politycy oddani byli idei swobody wypowiedzi, rozumieli, że jest niezbędnym warunkiem społecznego i politycznego rozwoju. Oczywiście liberalna obrona swobody wypowiedzi nie była wolna od hipokryzji. Sam Milton sprzeciwiał się przyznawaniu swobody wypowiedzi katolikom, ponieważ jego zdaniem Kościół katolicki nie zasługiwał na wolność. Również John Locke, ojciec liberalnej tradycji tolerancji, żywił wysoce bigoteryjne poglądy na temat katolików. Podawano przeróżne sposoby aby ukrócić swobodę wypowiedzi – od podburzania do nienawiści po zagrożenie bezpieczeństwa narodowego, od blasfemii po pomówienia. Mimo hipokryzji liberałów większość z nich zgadzała się co do tego, że swoboda wypowiedzi jest dobra sama w sobie, że jest niezbędnym warunkiem dla pokazania prawdy, wyrażenia autonomii moralnej, utrzymania rozwoju społecznego i rozwoju innych wolności. Ograniczenia swobody wypowiedzi postrzegane były raczej jako wyjątki od reguły, aniżeli norma.

Dziś swoboda wypowiedzi nie jest już dobrem samym w sobie, postrzegana jest raczej jako zagrożenie dla wolności. Wielu twierdzi, że wręcz z natury niszczy podstawowe wolności. Nie jest zasadniczo dobra, lecz problematyczna, ponieważ rani i obraża ludzi. Stąd swobodę wypowiedzi należy ograniczyć i to nie w wyjątkowych sytuacjach, ale zawsze i wszędzie, szczególnie w zróżnicowanych społecznościach, których członkowie żywią głębokie przekonania i poglądy. Cenzura (i autocenzura) musi stać się normą. Jak ujął to w szczytowej fazie afery Rushdiego muzułmański filozof i rzecznik Bradfordzkiej Rady Meczetów ( Bradford Council of Mosques) Shabbir Akhtar : „Autocenzura jest bardzo istotnym wymogiem w świecie zróżnicowanych i gorąco wyznawanych przekonań. To, co Rushdie wypisuje o islamie nie jest wyłącznie jego sprawą. To sprawa nas wszystkich – nie tylko muzułmanów”. Politycy i środowiska opiniotwórcze, wydawcy i organizatorzy festiwali, liberałowie i konserwatyści, na Wschodzie i na Zachodzie są coraz bardziej zgodni. Ich zdaniem to, co być może jest prawdziwe w teorii, w praktyce musi wziąć pod uwagę głęboką, kulturową i religijną wrażliwość ludzi. Żyjemy w świecie, mówią, w którym istnieją poważne konflikty między kulturami wyznającymi odmienne wartości. Aby takie społeczeństwo mogło sprawiedliwie funkcjonować, musimy szanować innych ludzi, kultury i poglądy. Sprawiedliwość społeczna wymaga, aby  jednostki miały nie tylko równe prawa polityczne, ale również aby ich kulturowe przekonania uzyskały równy szacunek i uznanie. Unikanie problemów międzykulturowych stało się tym samym ważniejsze, niż jakieś tam abstrakcyjne prawo do swobody wypowiedzi. Jak wyraził to brytyjski socjolog Tariq Modood: „Jeśli ludzie mają bezkonfliktowo zajmować tę sama przestrzeń polityczną, to muszą ograniczyć zakres wzajemnej krytyki fundamentalnych poglądów”. Anty-Baaliści najbardziej boją się dzisiaj trudnych rozmów.  Ich największym pragnieniem jest to, aby świat zasnął.

Jednak konsekwencją takiego podejścia nie jest świat wolny od konfliktów, ale bardziej podzielona, wyznaniowa, plemienna rzeczywistość. Jak ujęła to pisarka Monica Ali „Jeśli tworzysz targowisko oburzenia, musisz spodziewać się, że ludzie na nie przyjdą. Teraz każdy chce powiedzieć ‘Moje uczucia zostały bardziej urażone od twoich’”. Im  większe prawo do czucia się urażonym dają ludziom politycy, tym bardziej ludzie będą korzystali z okazji do poczucia się urażonym. W wyniku tego powstają grupy nacisku i konflikt jedynie się pogłębia. Nigdzie nie widać tego wyraźniej niż w Indiach. Istnieje tu długa, sięgająca jeszcze czasów Radżów, tradycja ciężkiej ręki cenzorskiej, która miała rzekomo rozluźnić napięte stosunki między różnymi społecznościami. W ostatnich latach proces ten bardzo się wzmógł. Jednak z coraz większej cenzury nie wyłoniło się bardziej pokojowe społeczeństwo, lecz takie, w którym pojęcie jednolitego  narodu coraz bardziej ustępuje pola międzygrupowej rywalizacji, jako że każda z frakcji domaga się prawa do bycia nieobrażanym. Pierwsze spory wokół Szatańskich Wersetów są klasycznym przykładem na to, jak zachęcanie grup do czucia się urażonym jedynie pogłębia konflikt. Ostatnia afera jest kolejnym krokiem w tę stronę. Nie tylko muzułmanie nauczyli się grać kartą urazy. Hindusi wzięli się za temat jeszcze bardziej pracowicie, jak zresztą wiele innych grup. Nie jest to też wyłącznie indyjski problem. Identyczny trend można zaobserwować w Wielkiej Brytanii i innych zachodnich krajach. Drużyna „nigdy nie obrażaj” myśli, że bardziej pluralistyczne społeczeństwo wymaga większej cenzury. Jednak to właśnie dlatego, że żyjemy w pluralistycznym społeczeństwie, potrzebujemy jak największej swobody wypowiedzi. W homogenicznym społeczeństwie, w którym każdy myśli dokładnie tak samo, urazić kogoś można co najwyżej przypadkiem. Jednak w prawdziwym świecie, w którym społeczeństwa są pluralistyczne, urażanie uczuć innych jest nieuniknione i znaczące. Nieuniknione, ponieważ tam, gdzie ludzie żywią głębokie przekonania, starć nie da się uniknąć. Powinniśmy jednak pracować z tymi tarciami, zamiast je wypierać. Znaczące, ponieważ każda zmiana czy rozwój społeczny oznacza urażenie czyichś głęboko żywionych przekonań. Prawo do „poddania swoich fundamentalnych przekonań pod wzajemną krytykę” jest osnową otwartego, zróżnicowanego społeczeństwa. Jak ujął to Rushdie w swoim eseju W Dobrej Wierze, ludzie „rozumieją się i kształtują swoją przyszłość poprzez kłótnie i krytykę, kwestionowanie i mówienie niewypowiedzianego; nie zaś poprzez uginanie kolan przed bogami czy ludźmi”.

Shabbir Akhtar miał rację: to, co mówi Salman Rushdie dotyczy nas wszystkich. To nasz wspólny interes, aby nikt nie został pozbawiony prawa mówienia tego, na co ma ochotę, nawet jeśli ktoś ma się z tego powodu obrazić. Jeśli pragniemy pożytku płynącego z pluralizmu, musimy pogodzić się z nieprzyjemnościami związanymi z byciem obrażanym. I to nie tylko na festiwalu literackim. (es)

Kenan Malik (ur. 1960 r.) to brytyjski pisarz, publicysta i dziennikarz telewizyjny pochodzenia indyjskiego. Z wykształcenia jest neurobiologiem i historykiem nauki. Jako pisarz specjalizuje się w filozofii biologii, zagadnieniach wielokulturowości i rasy. Autor From Fatwa to Jihad: The Rushdie Affair and Its Legacy.

Tłumaczenie GeKoza Pandaemonium

22 Stycznia 2012 © Kenan Malik

http://kenanmalik.wordpress.com/2012/01/22/to-name-the-unnameable/#more-4673

Chętnie nas czytasz?

Od 9 lat w Polsce informujemy o zagrożeniu politycznym islamem.
Dostarczamy unikalne treści, publikujemy teksty naukowe, bierzemy udział w konferencjach, a także wpływamy na inne media i polityków.
Dzięki wsparciu jesteśmy w stanie utrzymać niezależność i zrealizować nasz cel:

Demokratyczna Europa wolna od islamskiego fundamentalizmu.

Wspieraj euroislam.pl

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze