Krzyczą „wolność i sprawiedliwość” myślą „Allah i islam”?

Egypt Protest
A man holds up a placard in Cairo, Tuesday Jan. 25, 2011, during a Tunisia-inspired demonstration to demand the end of President Hosni Mubarak's nearly 30 years in power. The demonstration, the largest Egypt has seen for years, began peacefully, with police showing unusual restraint in what appeared to be a calculated strategy by the government to avoid further sullying the image of a security apparatus widely seen as little more than corrupt thugs in uniforms.(AP Photo)
| 41 komentarzy|
image_pdfimage_print

Wydarzenia w Tunezji i Egipcie przyjmowane są u nas z dużą dozą życzliwości. Mało kto przypomina, że Bractwo Muzułmańskie – główna siła egipskiej rewolucji – to radykalna organizacja islamistyczna, która dała początek Hamasowi i Al-Kaidzie. Zmiany, które rozpoczęły się właśnie na Bliskim Wschodzie, mogą być dla nas bardzo niekorzystne. Czego tak naprawdę pragną tłumy protestujące na ulicach Kairu, Tunisu czy Ammanu?

Egypt Protest

Wydarzenia na Bliskim Wschodzie skutecznie przykuwają uwagę zachodniej opinii publicznej już od dwóch miesięcy. W dominującym, „mainstreamowym” przekazie medialnym dominują nuty ostrożnego, choć nieskrywanego optymizmu, koncentrującego się wokół odgórnie przyjętego założenia, że społeczne protesty w krajach arabskich są elementem szerszego procesu demokratyzacji regionu bliskowschodniego.

Także rozumienie pojęcia „wolność” w świecie islamskim znacznie rozmija się z naszym, wyrosłym z korzeni cywilizacji grecko-rzymskiej i tradycji judeo-chrześcijańskiej, wspartym filozoficzną myślą Oświecenia. W zachodniej percepcji podmiotem postrzegania wolności zawsze jest jednostka (człowiek), a wolność polityczna na poziomie społecznym (państwowym) jest wynikiem rozumnego działania opartego o determinację poszczególnych jednostek. W islamie jest niemal na odwrót – wolność osiąga się tylko poprzez pełne, a do tego bierne podporządkowanie się woli Allaha i jego przedstawicielom, tj. duchownym muzułmańskim i islamskim instytucjom, w tym państwu (koncepcja kalifatu).

To prawda, że na poziomie werbalnym protestujący domagają się „demokracji”, przeciwstawiając się autorytarnym i totalitarnym reżimom panującym w ich krajach od wielu dekad. Czy jednak faktycznie wszyscy protestujący w Egipcie i Tunezji chcieliby – jak każą nam myśleć nasze media – wprowadzenia w ich krajach ustroju tak powszechnego na Zachodzie? Być może jest to marzeniem i celem przedstawicieli elit państw arabskich – ludzi wykształconych na Zachodzie i tam pracujących oraz mieszkających przez większość swego życia, jak np. Mohammed ElBaradei. Należy już jednak poważnie wątpić, aby prawdziwie liberalna zachodnia demokracja była celem liderów i członków Bractwa Muzułmańskiego.

Zwolennicy teorii o „demokratycznym przebudzeniu” Arabów (muzułmanów) nie widzą (a może nie chcą widzieć?) zasadniczych, fundamentalnych wręcz czynników kulturowo-cywilizacyjnych, które po prostu uniemożliwiają rozwój i trwanie ustrojów demokratycznych w świecie islamu. Chyba, że mówimy o parodii demokracji, jak w Iraku czy Libanie, gdzie władzę odgórnie dzieli się między przedstawicieli konkretnych sił politycznych (budowanych wokół poszczególnych wyznań, grup etnicznych itd.).
Polityczna poprawność nakazuje więc zachodnim politykom i dziennikarzom naginać rzeczywistość do jedynej słusznej wizji, z nadzieją, że „jakoś tam będzie”. W imię tej poprawności nie pokazywano więc zachodniej opinii publicznej tysięcznych tłumów uczestniczących w zbiorowych modłach na ulicach Tunisu podczas rewolty obalającej Ben Alego – bo przecież Tunezja miała być ponoć najbardziej świeckim (czytaj: „cywilizowanym”) krajem Maghrebu… No a poza tym wizja rozmodlonych tłumów, gdzie mułłowie niepodzielnie sprawują rząd dusz, nijak nie pasuje do odgórnego schematu „arabskiej wiosny ludów”.

W imię tej samej fałszywej poprawności przeciętny obywatel Zachodu nie dowiedział się dokładnie, jakie hasła – oprócz standardowego „Precz z Mubarakiem!” – wypisywali na transparentach i burtach czołgów demonstranci z kairskiego Placu Tahrir. Slogan „Precz z Izraelem i Ameryką” należał tam do tych najłagodniejszych. I wreszcie, to właśnie najpewniej owa zachodnia polityczna poprawność nakazuje przedstawiać Bractwo Muzułmańskie jako „konserwatywny ruch religijny”, nie zaś jako skrajnie radykalne ugrupowanie islamistyczne, będące ideowym i organizacyjnym protoplastą zarówno palestyńskiego Hamasu, jak też Islamskiego Dżihadu i Dżamma Islamija – egipskich organizacji terrorystycznych, na których zbudowano później dużą część struktur Al-Kaidy. (red.)

Więcej na:  www.wp.pl

Chętnie nas czytasz?

Od 9 lat w Polsce informujemy o zagrożeniu politycznym islamem.
Dostarczamy unikalne treści, publikujemy teksty naukowe, bierzemy udział w konferencjach, a także wpływamy na inne media i polityków.
Dzięki wsparciu jesteśmy w stanie utrzymać niezależność i zrealizować nasz cel:

Demokratyczna Europa wolna od islamskiego fundamentalizmu.

Wspieraj euroislam.pl

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze