Imigracja w natarciu, Europa w chaosie

image001
| Brak komentarzy|
image_pdfimage_print

Bassam Tibi

Oprócz szczytnych haseł i pobożnych życzeń Unia Europejska nie oferuje żadnej strategii rozwiązania kryzysu migracyjnego. Panuje terror opinii, każda swobodna dyskusja na ten temat jest tłumiona.

Od początku tego stulecia, a szczególnie od czasu wybuchu tak zwanego kryzysu migracyjnego w latach 2015-2016, Europa Zachodnia stoi w obliczu egzystencjalnego zagrożenia. Wprawdzie eksplozja demograficzna, która jest jego przyczyną, rozgrywa się poza granicami europejskimi, ale bardzo mocno uderza w Europę, ponieważ dosłownie wdziera się na jej terytorium.

W czasie zaledwie dwóch dekad populacja Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej prawie się podwoiła. Dodatkowo tej eksplozji demograficznej towarzyszy gospodarcza stagnacja wszystkich krajów tego regionu, a także polityczny regres i osunięcie się w średniowieczno-despotyczne struktury władzy. Zdesperowani muzułmanie szukają jakiegoś wyjścia i myślą, że znajdą je w Europie. Przybywają ich tu miliony, a Europa nie jest przygotowana na tę demograficzną lawinę.

Arabska Wiosna miała zaoferować iskierkę nadziei na wolność, demokrację i rozwój. Zamiast tego nastąpił rozpad struktur państwowych i wybuch wewnętrznych konfliktów w Libii, Syrii, Iraku i Jemenie, których końca jak na razie nie widać. W najbliższych latach w ich ślady pójdą kolejne państwa bliskowschodnie, przede wszystkim Turcja, a możliwe, że również Egipt i Algieria. Wskutek globalizacji za ten rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie rachunek płacą inne państwa, konkretnie Europa Zachodnia.

Obecna kryzysowa sytuacja stanowi największe bodaj zagrożenie dla Europy od czasów drugiej wojny światowej. Trwa wielka wędrówka ludów z Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej i Czarnej Afryki w kierunku Europy. Dotychczas przybyło ponad dwa miliony osób, kolejne miliony siedzą na walizkach i czekają na okazję dostania się na nasz kontynent. Wielokrotnie sam byłem świadkiem, że ci, którzy już tu przybyli, opowiadają członkom swego klanu, jak „świetnie” się im tutaj powodzi. Blagując i przechwalając się swoją pozycją w tym rzekomym raju zachęcają do pójścia w ich ślady. A europejskie przepisy dotyczące łączenia rodzin w pełni to umożliwiają, wręcz, zachęcają do tego.

Wobec tego wyzwania Unia Europejska nie ma żadnej strategii, oprócz pobożnych życzeń i szczytnych haseł typu „solidarność”. W ostatnich latach wytworzyła się i zdobyła dominującą pozycję w Europie politycznie poprawna, sterowana przez lewicowo-zielony front narracja, która terroryzuje opinię publiczną i zabrania wszelkiej swobodnej dyskusji na ten temat.

To prawda, że populacja Europy Zachodniej przeżywa demograficzną stagnację i że jest zapotrzebowanie na imigrantów. Jednak technicznie zaawansowane, zachodnioeuropejskie społeczeństwa potrzebują dobrze wykształconych pracowników, a nie imigrantów ekonomicznych, którzy tworzą równoległe społeczności w wielkich miastach europejskich i poważnie obciążają systemy socjalne.

Imigracja, podobnie jak wzrastająca kulturowa różnorodność, mogłaby wzbogacić Europę. Jednak otwieranie granic musi się odbywać pod ścisłą kontrolą, a ci, którzy tak twierdzą i sprzeciwiają się obecnej praktyce, nie powinni być narażeni na oskarżenia o „populizmu”, „rasizm” czy „islamofobię” i uciszani.

Niemcy są mistrzami świata nie tylko w piłce nożnej, ale także w ideologizacji problemu imigracji. Przykładem może tu być prof. Herfried Münkler. W książce Die neuen Deutschen (Nowi Niemcy) małżeństwa Münklerów imigranci są tak nazywani na podstawie nie dających się jasno zdefiniować kryteriów. Inni piewcy kultury gościnności nazywają ich „die neuen Bürger” czyli „nowymi obywatelami”. Jeśli jednak pod niemieckim pojęciem „Bürger” rozumiemy to samo, co citoyen w języku francuskim czy citizen w angielskim, to żaden z około dwóch milionów przybyszów nie zasługuje na to miano. Dopóki społeczności islamskie w Europie zwalczają koncepcję zintegrowanego euroislamu i żyją w społeczeństwach równoległych, żadni islamscy imigranci nie mogą stać się obywatelami europejskimi.

Odpowiedzialnym i etycznym działaniem byłoby podzielenie uchodźców pod względem prawnym, społecznym i politycznym. Zasadnicze znaczenie ma też zdefiniowanie społeczeństwa przyjmującego. Lewica i Zieloni dążą na dłuższą metę do przekształcenia rdzennej ludności w mniejszość. W przeciwieństwie do imigrantów, Europejczykom odmawia się prawa do podkreślania własnej tożsamości.

Do tego dochodzi różnica między chaotycznym napływem ludności, a kontrolowaną imigracją osiedleńczą, którą to różnicę Münklerowie w swojej książce zacierają. W przeciwieństwie do nich należy jednoznacznie ustalić, czy społeczeństwo przyjmujące ma do czynienia z jednym czy drugim rodzajem migracji.

Największym zagrożeniem dla Europy nie jest wędrówka ludów ze świata islamu, tylko postmodernistyczny, relatywistyczny kulturowo nihilizm, który zabrania powoływania się na tożsamość europejską

Statystycznie i politycznie można zaliczyć merkelowskie Niemcy lat 2015/2016 do krajów chaotycznej, nie podlegającej kontroli migracji i to do krajów pod tym względem przodujących. Dzięki kulturze gościnności Niemcy wpuszczają na swoje terytorium miliony niezidentyfikowanych osób, często nie posiadających jakichkolwiek dokumentów.

Kraj chaotycznej imigracji nie tylko wpuszcza do siebie obcokrajowców, ale nie ma też żadnej koncepcji polityki obchodzenia się z tymi ludźmi i wcielania ich do istniejącej społeczności. USA, Kanada i Australia to klasyczne kraje prowadzące kontrolowaną politykę osiedleńczą, Niemcy natomiast to najbardziej wyróżniający się kraj chaotycznej imigracji. Statystycznie rzecz biorąc, kraj ten przyjmuje więcej imigrantów niż Stany Zjednoczone. Sam tylko Hamburg przyjmuje rocznie połowę liczby imigrantów (35.000), którą USA przyjmują w ciągu roku (70.000).

Obcokrajowców przybywających na terytorium kraju należy precyzyjnie zdefiniować pod względem socjologicznym i prawnym. Można ich podzielić na sześć kategorii. 1. Gastarbeiterzy. 2. Osiedlani imigranci (pożądani). 3. Napływowi imigranci (niepożądani). 4. Nielegalni imigranci ekonomiczni. 5. Zdefiniowani przez ustawy międzynarodowe uchodźcy wojenni. 6. Politycznie prześladowane jednostki, którym przysługuje prawo do azylu wg. artykułu 17 Konwencji Genewskiej.

Tych kategorii nie można ze sobą mieszać. Na przykład azylant nie jest imigrantem. Polityka humanitarna nie może zastępować polityki imigracyjnej. Te międzynarodowe standardy wiedzy o przedmiocie imigracji wydają się obecnie nie obowiązywać w Europie, ponieważ przeczą zielono-lewicowej ideologii.

Jako przykład kategorii 1 (gastarbeiterzy) można wymienić Turków, Hiszpanów i Włochów, którzy po roku 1960 legalnie i na czas określony przybyli do Niemiec i Szwajcarii. Pozostałe pięć kategorii miesza się w Niemczech ze sobą i wrzuca do wspólnego worka z napisem „ubiegający się o azyl”.

To absurdalne, że państwo niemieckie przeprowadza kosztowne procedury sprawdzania i ustalania statusu osób składających wnioski azylowe, które w rezultacie okazują się bezwartościowe. Oddalenie wniosku nie ma bowiem żadnego wpływu na to, czy taka osoba pozostanie w kraju, czy nie. Ci, którym odmówiono azylu (jest ich w Niemczech około pół miliona) najpierw otrzymują prawo do tzw. „pobytu tolerowanego”, który po kilku latach zmieniany jest na pobyt stały, z pełnym dostępem do świadczeń socjalnych.

Podam tu przykład miasta Essen. Jedna trzecia mieszkających tam od wojny w Libanie w latach 1975-1990 (czyli już od trzech pokoleń) Libańczyków jest na pobycie tolerowanym. Ci odrzuceni libańscy azylanci żyją całymi klanami w równoległych społeczeństwach i trudnią się przestępczością. Pojawia się pytanie: dlaczego przeprowadza się to kosztowne postępowanie, jeśli nie ma ono żadnych skutków prawnych? W artykule „Frankfurter Allgemeine Zeitung” na ten temat pojawiło się przypuszczenie, że nowi imigranci też będą wdrażać „libański model z Essen”.

Dyskusja o tym, czy uchodźcy są dla Europy dobrem czy złem jest toczona głównie, by zacytować Maxa Webera, w duchu „etyki przekonań”, a nie „etyki odpowiedzialności” za konsekwencje własnych działań. Moralizowanie, manichejskie dzielenie świata na „dobro” i „zło” i przekonanie, że jeśli działaniu towarzyszą dobre emocje, na pewno doprowadzą one do dobrych rezultatów – to cechuje też sposób myślenia kanclerz Merkel.

Pod względem społecznym niezbędne też jest, oprócz rozróżnienia między niekontrolowanym napływem ludności a kontrolowanym osiedlaniem, rozróżnienie między polityką humanitarną i osiedleńczą. Nie podlega dyskusji, że ludzie prześladowani ze względów politycznych mają prawo do azylu, ale prawo to jest prawem jednostkowym, a nie zbiorowym. Poza tym nie ma ono charakteru stałego, nie jest więc prawem do osiedlenia się, a tylko do pobytu czasowego.

Sam tylko napływ ludności odbywa się spontanicznie i chaotycznie, jak w Niemczech od września do grudnia 2015, kiedy to zniesiono kontrolę na granicach i półtora miliona osób przybyło do kraju bez żadnej weryfikacji. W przeciwieństwie do tego, osiedlanie odbywa się z uwzględnieniem potrzeb kraju przyjmującego i z założeniem, że przybysze staną się indywidualnymi członkami istniejącej społeczności. Status obywatela przyznaje się jako nagrodę za własny wysiłek imigranta, a nie daje w prezencie, jak robią to zwolennicy etyki przekonań, podnoszący do rangi „nowych obywateli” tych, którzy nawet nie opanowali języka niemieckiego.

Do wymienionych powyżej czynników dochodzi jeszcze jeden: interes narodowy. Islamiści są rzeczywiście prześladowani w wielu własnych krajach. Jednak nie można im przyznawać azylu w Niemczech, gdyż są poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju. Trzeba złamać to tabu i uznać, że również w polityce humanitarnej kwestia bezpieczeństwa musi odgrywać ważną rolę.

Według danych UNHCR w 2015 roku było na świecie 58 milionów uchodźców. W roku 2016 liczba ta nagle wzrosła do 65 milionów. W pierwszym tygodniu października 2016 roku Amnesty International opublikowała oskarżycielski raport przeciwko „bogatym krajom”, które nie są gotowe na to, żeby przyjmować tych uchodźców bez żadnych ograniczeń.

Przecież to czyste szaleństwo! Każdy, kto ma choć trochę pojęcia o systemach socjalnych, musi przecież wiedzieć, że taki system napędza się w końcu sam, coraz to wynajdując powody do swojego dalszego istnienia. Po przyjęciu 65 milionów imigrantów Europa nie byłaby już kontynentem posiadającym własną cywilizacyjną tożsamość. I mamy prawo swobodnie głosić tę prawdę, nie będąc wyzywani od „populistów”.

Największym zagrożeniem dla Europy nie jest wędrówka ludów ze świata islamu, tylko postmodernistyczny, relatywistyczny kulturowo nihilizm, który zabrania powoływania się na tożsamość europejską. Ta utrata tożsamości dotyczy dwóch podstawowych cech współczesnej kultury europejskiej. Są to: laicyzm i świecka demokracja jednostek, nie zbiorowości. „Nowi Niemcy” przywożą ze sobą światopogląd, który neguje obydwie te wartości.

Integracja jest zawsze integracją z czymś, tzn. ze wspólnotą posiadającą kulturową tożsamość. Jeśli Niemcy zaprzeczają istnieniu własnej tożsamości, skutek jest oczywisty: integracja staje się niemożliwa. Powstaje wtedy pytanie: dokąd udadzą się nazywani przez propagandę rządową „nowymi Niemcami” (Münkler) ludzie, którym kraj nie oferuje żadnej tożsamości? Ci, którzy poczują się izolowani i wykluczeni, będą szukać alternatywy, a tożsamość znajdą w islamie szariacko-chuścianym, kultywowanym w społeczeństwie równoległym.

Współczesna wędrówka ludów ze świata islamu do Europy jest fenomenem polityczno-społecznym, a nie zjawiskiem przyrodniczym, na które nie mamy wpływu. Europa może się przed nim bronić:

1. Należy zakwestionować medialną dominację frakcji zielono-lewicowej i przywrócić polityczną debatę opartą na wolności wypowiedzi.

2. Zamiast okrzyków bojowych i “wewnętrznej cenzury” (Adorno) należy umożliwić wyrażanie „niewygodnych myśli” na temat wędrówki ludów ze świata islamu, nie będąc przy tym narażonym na agresywne reakcje rozdrażnionych przedstawicieli zielonej lewicy.

3. Europa musi zmienić się w kontynent prowadzący kontrolowaną politykę osiedleńczą, nie zgadzając się na chaotyczny napływ obcokrajowców. Należy też dokonać wyraźnego rozróżnienia między polityką imigracyjną, a pomocą humanitarną. Pomoc humanitarna jest naszym obowiązkiem, ale do tego celu powołane zostały już odpowiednie instytucje, wbrew temu, co mówią „dobrzy ludzie” przekonani, że problemy całego świata należy rozwiązywać na terytorium Niemiec. Europa musi dać sobie prawo kontroli własnych granic i decydowania, kto wejdzie do europejskiego domu.

Bez wyraźnej koncepcji integracji, spełniającej wymogi polityczne, gospodarcze i kulturowe, nowoprzybyli będą tworzyć własne społeczeństwa równoległe. Samo zapewnienie zakwaterowania i wyżywienia oraz kursy językowe nie zapewniają integracji.

Najgorszy wróg Europy mieszka w naszym wnętrzu: to etyka przekonań i manichejskie dzielenie świata na sferę dobra (nieeuropejskiego, lewicowego) i zła („mroczne Niemcy” – jak wyraził się prezydent Gauck). Powoływałem się już na Maxa Webera, który twierdził że według przedstawicieli etyki przekonań „z dobrego może tylko wyniknąć dobro, a ze złego – zło” – gdyż często „jest wręcz przeciwnie”. Weber dodaje: „Kto tego nie widzi, jest pod względem politycznym dzieckiem”. To druzgocący osąd dzisiejszej kultury politycznej Europy.

Bassam Tibi
politolog i znawca stosunków międzynarodowych, muzułmanin – propagator idei euroislamu, twórca terminu „Leitkultur”. Urodzony w Syrii, spędził wiele lat pracując na uniwersytetach w Niemczech (m.in. w Getyndze), a następnie wykładał na Harvardzie, Princeton i Berkeley. Był doradcą rządu niemieckiego. W Polsce ukazał się jego „Fundamentalizm religijny” (PIW, Warszawa 2004).

Tytuł – red Euroislamu

Rolka, na podst. http://bazonline.ch/

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze