Francuska tożsamość na równi pochyłej

2
| 8 komentarzy|
image_pdfimage_print

We Francji stopniowo pogłębia się egzystencjalny problem, polegający na konieczności dojścia do porozumienia z ponad pięcioma milionami muzułmanów, próbującymi dostosować się do francuskiego prawa i zwyczajów albo też gardzącymi możliwością asymilacji. 

2

 

 

 

 

 

 

Napięcia przechodzą w fazę opisywaną jako nietolerancja, nieprzystawalność kultur i polityczna polaryzacja.
Pomijając multikulturalną otoczkę, rzeczywistość dowodzi, że Francja jest głęboko pogrążona w rasowych i religijnych konfliktach. Można to z łatwością zaobserwować w szkołach, w metrze i na ulicach. I nie da się tego uniknąć.

„Atmosfera w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta” – ostrzegają przywódcy czterech największych religii w kraju we wspólnym oświadczeniu. „Musimy pilnie zareagować i wziąć się za siebie” – stwierdzają zgodnie.

Problem jest wielowymiarowy. Dotyczy rozpuszczającej się i poddawanej w wątpliwość francuskiej tożsamości.

Badacze coraz częściej piszą o rozwijających się na obrzeżach wielkich miast społecznościach muzułmańskich, jako o nowopowstałych, równoległych kulturach. Uważa się, że społeczności te bardzo często pozostają lojalne w stosunku do islamskiego fundamentalizmu, przeciwstawiając się tym samym powszechnie rozumianemu francuskiemu stylowi życia.

W efekcie dochodzi do podwójnej krzywdy: ekstremiści podburzają muzułmanów mówiąc o „islamofobii”, podczas gdy biedni biali skłaniają się ku skrajnej prawicy, obiecującej zrozumienie ich potrzeb i ochronę pod skrzydłami Frontu Narodowego.

A przecież Francja i tak z trudem znosi bolączki związane z deficytem, słabą konkurencyjnością i opieszałością w realizacji założeń unijnej polityki fiskalnej. Unia nie ma jednak w zamian nic do zaoferowania w kwestii starcia cywilizacji, które tak doskonale ilustruje liczne obawy panujące wśród Europejczyków.

Manuel Valls, obejmując urząd premiera 31 marca tego roku, musiał stawić czoła alarmującemu raportowi o spadku tolerancji wśród Francuzów. Raport rzuca światło na wzrost napięcia związanego z „muzułmańskimi Arabami”, postrzeganymi, wedle raportu, jako wykorzystujący system opieki społecznej kryminaliści, odmawiający podporządkowania się świeckim zasadom państwa francuskiego i kładący nacisk na agresywne praktyki religijne.

Wyniki raportu Narodowej Komisji Konsultacyjnej ds. Praw Człowieka okazały się drastyczne. Badanie wykazało, że 68 procent ankietowanych postrzega politykę integracji jako porażkę, za którą odpowiedzialność ponoszą imigranci; zdaniem 74 procent we Francji jest zbyt wielu imigrantów, a 77 procent jest przekonana, że obcokrajowcy przyjeżdżają do ich kraju tylko ze względu na zasiłki.

W ostatnich tygodniach opublikowano we Francji książkę zatytułowaną „Passion Française” („Francuska namiętność”). Jej autor, szanowany arabski nauczyciel akademicki Gilles Kepel, od 25 lat zajmujący społecznościami muzułmańskimi we Francji, zauważa nowe, postępujące z prędkością światła zjawisko zrównywania tożsamości. Kepel podkreśla, że obecność salafitów i islamskich purytanów w niektórych środowiskach oznacza „zerwanie z wartościami francuskiego społeczeństwa i próbę dokonania moralnego i prawnego przewrotu”.

Wszystko to stanowi ogromne wyzwanie dla Manuela Vallsa. Nowy premier – i być może przyszły rywal Hollande’a – jest jednym z cieszących się największą sympatią socjalistów, podziwianym za energię i waleczność. Zdaniem wielu, Valls uważa prezydenta za niechętnego do angażowania się w trudne kwestie, takie jak bezpieczeństwo, imigracja i islam.

Dlatego też premier Valls ma ogromne pole do popisu. Należy jednak zauważyć, że ze względu na przedwyborcze ryzyko, nikt we francuskim rządzie nie zdecydował się na podjęcie jednego z dwóch skrajnych rozwiązań na skalę krajową: na akcję promującą integrację muzułmanów lub na policyjną politykę pod hasłem „zero tolerancji”, mającą na celu uspokojenie białej większości. Mało prawdopodobne, żeby i nowy premier dokonał tego wyboru.

Zwolennikiem pierwszego rozwiązania był prezydent Sarkozy. Porzucił je jednak zaraz po elekcji, podobnie jak Manuel Valls zrezygnował z zapowiadanej wcześniej propozycji wycofania 35-godzinnego tygodnia pracy.

Podobnie jest w przypadku poglądów Vallsa na islam. Może on szczerze wierzyć w to, co sam mówił o „islamofobii” – że nie jest to realne zjawisko, na które można w uzasadniony sposób narzekać, lecz jedynie koncept wymyślony przez islamskich fundamentalistów, mający wzbudzić u muzułmanów poczucie krzywdy wyrządzonej przez rząd. Valls może również wyrażać swoje opinie na temat Romów, tak jak uczynił to w ubiegłym roku, mówiąc że „ludzie ci prowadzą tryb życia całkowicie odmienny i stojący w oczywistej sprzeczności z naszym trybem życia”. Jak dodał, możliwość dopasowania Romów do realiów Francji jest „iluzoryczna”.

Z drugiej strony, trzeba przecież walczyć o elektorat, a już w maju odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Socjalistyczny premier musiał chyba zauważyć, że muzułmanie, którzy w 86 procentach głosowali na Hollande’a w wyborach prezydenckich, w ubiegłym miesiącu w wyborach lokalnych odwrócili się od partii. Brak poparcia muzułmanów związany jest z podejściem socjalistów do kwestii małżeństw homoseksualnych, a nowy premier jest ich zwolennikiem.

Jak w obliczu nowych wyzwań postąpi Manuel Valls? Jak odpowie na zarzuty przedstawicieli czterech największych religii, demaskujących „szerzącą się nienawiść” i „zagrożenie dla jedności kraju”?
Z jednej strony premier Valls jest naprawdę bystry i utalentowany, z drugiej trudno zrozumieć jego niestałość. Co innego mówią czyny, a co innego deklaracje, jak choćby ta z września 2012 roku, gdy jeszcze jako minister spraw wewnętrznych obiecywał, że „Republika Francuska będzie nieprzejednana dla każdego, kto będzie chciał stawić jej czoła”.

Jak wytłumaczyć tego typu postawę? Odpowiedź jest prosta: mamy do czynienia z typowym zamroczeniem. Po objęciu stanowiska premiera, w swojej pierwszej wypowiedzi zarysowującej przyszłą politykę, Manuel

Valls uciekł się do następującego, nic nie znaczącego stwierdzenia: „Tak, Francja ma czelność wierzyć, że to, co tu robimy, ma znaczenie dla reszty świata. Ta słynna ‘francuska arogancja’, którą sąsiedzi tak często nam przypisują, jest w rzeczywistości przykładem niezwykłej hojności kraju, który pragnie prześcignąć sam siebie”.

Pan Valls będzie musiał bardziej się postarać.

John Vinocur

—————————

Oprac. Bohun, na podst.
www.online.wsj.com
Tytuł – red. Euroislamu

 

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze