Dom Saudów i 11 września

George W. Bush z księciem Salmanem Bin Abdul Azizem (2008).
| 2 komentarzy|
image_pdfimage_print

Dom Saudów i 11 września
Max Fisher

CIA wreszcie opublikowała wyniki wewnętrznego dochodzenia na temat  popełnionych przez wywiad błędów, które umożliwiły przeprowadzenie zamachu na WTC 11 września 2001 roku.

 

George W. Bush z księciem Salmanem Bin Abdul Azizem (2008).
George W. Bush z księciem Salmanem Bin Abdul Azizem (2008).

Dochodzenie zamknięto w roku 2005. Kilka nie zredagowanych (czyli bez wykreślonych miejsc) fragmentów w pięciusetstronicowym raporcie nie zawiera jakichś większych rewelacji. Jednak końcowa część raportu, zatytułowana „Kwestie związane z Arabią Saudyjską”, dotyczy pytania, które pojawiło się w śledztwie już w pierwszych tygodniach po zamachach: Czy rząd Arabii Saudyjskiej był w nie zamieszany?

Ta część raportu jest całkowicie zredagowana, z wyjątkiem trzech krótkich akapitów, w których stwierdza się, że owa kwestia nie została ostatecznie rozstrzygnięta, lecz nie znaleziono „żadnych dowodów na to, że saudyjski rząd świadomie i dobrowolnie wspierał terrorystów Al-Kaidy”. Dodano jednak, że niektórzy pracownicy sekcji CIA odpowiedzialnych za Bliski Wschód i za zwalczanie terroryzmu przypuszczają, że pojedynczy saudyjscy urzędnicy mogli wesprzeć działania Al-Kaidy.

Te ustalenia, choć mało konkretne, pokrywają się z żywionymi od dawna podejrzeniami wielu analityków i dziennikarzy, że rząd saudyjski prawdopodobnie nie był zamieszany w ataki, natomiast kilku oficjeli sympatyzujących z Al-Kaidą tak. Podobnie jak wiele innych dochodzeń w sprawie powiązań Saudyjczyków z zamachami z 11 września, raport skłania się ku teorii „kilku urzędników”, ale nie popiera jej twardymi dowodami.

Co tak naprawdę wiemy o możliwych powiązaniach Arabii Saudyjskiej, z Osamą bin Ladenem i atakami z 11 września? Dlaczego to pytanie uparcie się pojawia od lat i dlaczego nigdy nie udzielono na nie rozstrzygającej odpowiedzi?

Żeby zrozumieć tę kwestię, musimy przyjrzeć się skomplikowanej grze prowadzonej przez Arabię Saudyjską z Al-Kaidą i dżihadystami, a także pewnej podejrzanej saudyjskiej agencji rządowej będącej prawdopodobną bazą dla takich pojedynczych urzędników, oraz historii jeszcze nieodtajnionego raportu Kongresu.

Osławione i tajne 28 stron

Kiedy Amerykanie rozmawiają o nie wyjaśnionej kwestii zaangażowania Saudyjczyków w 11 września, często wspominają o nie odtajnionym raporcie Kongresu, który zyskał już taką sławę, że czasami jest po prostu nazywany „28 stronami”.

W 2002 roku, zaraz potem jak powstał w Kongresie raport na temat tej tragedii, administracja Busha, od lat zaprzyjaźniona z saudyjską rodziną królewską, wydała śledczym nakaz  utajnienia 28-stronicowego tekstu, w którym przedstawiono możliwe związki Saudyjczyków z atakami.

Niektórzy członkowie Kongresu, którzy czytali raport, ale którym nie wolno ujawniać jego treści, określają go jako demaskujący. Anonimowy kongresmen powiedział „New Yorker”: „Pytanie brzmi tylko, czy było to sankcjonowane na poziomie rodziny królewskiej, czy gdzieś niżej i czy te tropy porządnie zbadano?”.

Z kolei inni urzędnicy twierdzą, że wnioski są spekulatywne i sprawa nie jest do końca rozstrzygnięta, a ich opublikowanie spowodowałoby niepotrzebne osłabienie sojuszu między USA a Arabią Saudyjską, który i tak w ostatnich latach staje się coraz bardzo kruchy.

Po opublikowaniu wyników śledztwa powstała w Kongresie Komisja 11 Września, której zadaniem było przeprowadzenie kolejnego, niezależnego dochodzenia. Jej śledczy zbadali te same szczegóły i zagadnienia dotyczące możliwego zaangażowania Saudyjczyków, a nawet zatrudnili te same osoby, które uczestniczyły w dochodzeniu Kongresu. Komisja 11 Września ostatecznie odrzuciła wnioski ze śledztwa Kongresu w sprawie Arabii Saudyjskiej jako nie poparte dowodami.

Ponieważ owych 28 stron mimo utajnienia jest przedmiotem dyskusji i spekulacji, stały się one czymś w rodzaju testu psychologicznego pokazującego, w jaki sposób postrzega się możliwość zaangażowania Saudyjczyków w zamachy 11 września. Dlatego warto cofnąć się w czasie i zbadać, co rzeczywiście wiemy na temat relacji tego kraju z bin Ladenem, Al-Kaidą i dżihadystami. A wiemy całkiem sporo.

Zawikłane relacje Arabii Saudyjskiej z Osamą bin Ladenem i dżihadystami.

Osama bin Laden, jak wielu Saudyjczyków z jego pokolenia, dorastał rozczarowany i zdezorientowany zderzeniem starego i nowego w szybko zmieniającym się kraju. Swój odziedziczony wielki majątek przeznaczył na zwalczanie sowieckiej inwazji w Afganistanie w latach 80 ubiegłego wieku. Z innymi walczącymi tam arabskimi dżihadystami utworzył w roku 1988 Al-Kaidę. Saudyjski rząd, który podobnie jak Amerykanie wspierał afgański [antysowiecki] dżihad, oficjalnie go poparł. W 1990 roku bin Laden wrócił do domu w glorii bohatera narodowego.

Jednak już w tym samym roku Arabia Saudyjska zaczęła odcinać się od dżihadystów, włącznie z bin Ladenem. On sam spotkał się z księciem Sultanem, ministrem obrony narodowej, żeby poprosić o pozwolenie na poprowadzenie swoich dżihadystów do walki z armią Saddama Husseina stacjonującą w sąsiednim Kuwejcie. Kiedy Sultan odmówił, bin Laden zwrócił się przeciwko monarchii, publicznie ją potępiając i podważając jej legalność. W 1992 roku Arabia Saudyjska odebrała mu obywatelstwo i wydaliła do Sudanu. W 1996 roku pod presją Stanów Zjednoczonych Sudan wydalił go do Afganistanu.

W roku 1996 bin Laden doszedł do wniosku, że winne problemom jego i ogólnie świata muzułmańskiego są Stany Zjednoczone, które uznał za heretycką, imperialną potęgę, niewiele różniącą się od Związku Sowieckiego. Ratunek był możliwy tylko dzięki pokonaniu niewiernych (do których według bin Ladena zaliczali się sprzymierzeni z Amerykanami członkowie saudyjskiej rodziny królewskiej) i ustanowienie potężnego pan-islamskiego imperium.

Arabia Saudyjska dobrze wiedziała o zagrożeniu, jakie stanowił bin Laden i ruch, który reprezentował. Jednak Saudyjczycy zdecydowali się jak zwykle na podwójną grę: z jednej strony odsądzali bin Ladena od czci i wiary, z drugiej ich kraj był jednym z trzech (oprócz Pakistanu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich), które oficjalnie uznały Talibów, ekstremistyczne ugrupowanie, które siłą przejęło władzę w Afganistanie i oficjalnie udzieliło bin Ladenowi i Al-Kaidzie schronienia.

To posunięcie dobrze wpisywało się w pełną sprzeczności politykę Arabii Saudyjskiej, która przed 2001 rokiem potępiała Al-Kaidę i wspierała Talibów, chociaż te dwa ugrupowania nominalnie były sojusznikami. Dostarczyło też, co zrozumiałe, pożywki podejrzeniom co do rzeczywistego stosunku Arabii Saudyjskiej do Al-Kaidy.

Gra na dwa fronty była całkowicie zgodna z prowadzoną od dekad saudyjską polityką. Rząd Arabii Saudyjskiej zawsze postrzegał religijnych ekstremistów jako wielkie zagrożenie dla królestwa, ale raz próbował ich zwalczać, a innym razem wciągał do współpracy usiłując jakoś ugłaskać.

Ta strategia miała też inne zalety: nieraz sprzyjała zagranicznym interesom Saudyjczyków. Wspieranie saudyjskich bojowników w Afganistanie było sposobem na pozbycie się ich z rodzinnego kraju, gdzie mogliby sprawiać problemy (przypomnijmy traumatyczne oblężenie Wielkiego Meczetu w Mekce w 1979 roku i śmierć kilkuset osób). Ale ta polityka zapewniała też Saudyjczykom wpływy na afgańskim polu bitwy i była sposobem na osłabienie Związku Sowieckiego, którego nienawidzili i którego się bali.

Niemniej była to gra niebezpieczna i tylko kwestią czasu było, kiedy doprowadzi do katastrofy.

Problematyczne teorie na temat zaangażowania AS w zamachy z 11 września

To, że Arabia Saudyjska wspierała czasem dżihadystów i że grała na dwa fronty, wywołało zrozumiałe podejrzenia co do możliwych związków tego kraju z zamachami 11 września. Ale teoriom, że to rząd saudyjski świadomie finansował ataki, brakuje wiarygodności z dwóch powodów. Po pierwsze, chociaż Saudyjczycy w przeszłości wspierali bin Ladena, w roku 2001 całkowicie się od niego odcięli, a bin Laden otwarcie dążył do upadku rodziny królewskiej.

Po drugie: saudyjska polityka wspierania dżihadystów była i jest katastrofalnie krótkowzroczna, ale to właśnie ta krótkowzroczność sprawia, że teorie dotyczące przemyślanego saudyjskiego spisku prowadzącego do ataków 11 września wydają się mocno przesadzone. Dom Saudów nigdy nie poparłby ataku na swojego sojusznika i patrona; obarczanie go odpowiedzialnością za te zamachy jest równie bezpodstawne jak obarczenie Izraela albo George W. Busha.

Są jednak powody by podejrzewać, że jednostki w rządzie AS mogły wesprzeć ataki z 11 września i mogły to nawet zrobić wykorzystując środki państwowe, pod przykrywką jednej z saudyjskich agencji rządowych. Taką agencją jest ministerstwo spraw islamskich.

Czy pojedynczy funkcjonariusze mogli być zamieszani?

W 1991 roku iracki przywódca Saddam Hussein zaatakował Kuwejt. Arabia Saudyjska, obawiając się, że teraz kolej na nią poprosiła armię amerykańską o rozlokowanie tysięcy żołnierzy w królestwie. Potężna, ultrakonserwatywna warstwa duchowieństwa wpadła we wściekłość, uznając to za upokorzenie i profanację świętej ziemi muzułmanów. Duchowni otwarcie zaczęli dawać do zrozumienia, że poparliby zamach stanu albo zbrojne powstanie. W tym czasie wielu saudyjskich dżihadystów, takich jak bin Laden, wróciło do domu z Afganistanu, nadając tym pogróżkom realne wymiary.

Królewska rodzina Saudów odpowiedziała na kryzys tak samo jak już wielokrotnie w historii kraju: próbując przypodobać się wpływowemu duchowieństwu i wciągając je do współpracy. Uczyniła to wstrzymując rodzące się liberalne reformy, będące solą w oku dla ultrakonserwatywnych duchownych. Utworzono też ministerstwo spraw islamskich, agencję rządową ponoć wspierającą islamskie organizacje dobroczynne, ale także finansującą islamski ekstremizm i dżihadyzm w całym świecie muzułmańskim.

Plan powiódł się: saudyjscy duchowni skierowali swą energię na sianie zamętu za granicą, na co Saudowie przymknęli oko. W tym samym czasie rozprawiono się z ekstremistami, którzy nie chcieli się podporządkować linii rządu, na przykład z bin Ladenem. Ale jak wiele innych strategii polegających na równoczesnym zwalczaniu i obłaskawianiu ekstremistów, była to krótkowzroczna i niebezpieczna gra. Ministerstwo spraw islamskich, blisko związane z potężnym saudyjskim duchowieństwem, nigdy tak naprawdę nie kontrolowanym przez rząd, zyskało niespotykaną autonomię.

Jak dotąd nie pojawiły się żadne twarde dowody na to, że rząd saudyjski wspierał ataki z 11 września. Jednak garść nierozstrzygniętych, choć mocno niepokojących szczegółów, które ujrzały światło dzienne, sugeruje powiązania tego zamachu z ministerstwem spraw islamskich.

Na przykład Saudyjczyk mieszkający w USA, który miał związki z ministerstwem spraw islamskich i który otrzymywał pensję od jednej z saudyjskich firm lotniczych, dla której w rzeczywistości nigdy nie wykonywał żadnej pracy, udostępnił i opłacił mieszkanie dwóm zamachowcom z 11 września. Przebywający w USA przedstawiciel ministerstwa spraw islamskich, Fahad al-Thumairy, z którym ów Saudyjczyk był w kontakcie, został wydalony z USA w 2002 roku z powodu podejrzeń o związki z terrorystami.

Takie szczegóły, razem z niespotykaną swobodą działania ministerstwa spraw islamskich i jego związkami z ultrakonserwatywnym duchowieństwem, które nieraz było przychylniej nastawione do dżihadystów niż do własnego rządu, długo stanowiły pożywkę dla spekulacji o możliwej roli, jaką urzędnicy tego ministerstwa mogli tu odegrać. To są być może domysły wyrażone we wspomnianym fragmencie raportu CIA.

Nie można takiej możliwości wykluczyć i doprawdy dobrze wpisywałaby się ona w długą historię obronnych strategii domu Saudów. Krótkowzroczne poparcie Arabii Saudyjskiej dla dżihadyzmu mimowolnie mogło umożliwić ekstremistom działającym w ministerstwie spraw islamskich wsparcie porywaczy saudyjskimi pieniędzmi.

Flirt Arabii Saudyjskiej z ekstremistami obraca się przeciw niej samej już od lat 20 XX wieku. Być może było tylko kwestią czasu, że uderzy również w nas.

Tłumaczenie Rol na podst. http://www.vox.com/

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze