Czego uczą podróże?

image001
| 7 komentarzy|
image_pdfimage_print

Filip Faliński

Czternaście miesięcy po ostatniej wizycie w Betlejem, znowu odwiedziłem miasto Narodzenia. Padał deszcz. Ulice tonęły w śmieciach i spływały potokami brunatnej wody.

Wokół przemykały podejrzanie wyglądające zakapturzone postacie. Co pewien czas odgłos kropel padających na ziemię przerywał nawołujący do modlitwy, nieco postapokaliptyczny głos muezzina. Było naprawdę strasznie.

Widziałem na własne oczy góry śmieci w arabskiej części Jerozolimy, oddalonej o kilkaset metrów od czystych i zadbanych dzielnic żydowskich. Choć zazwyczaj pcham się tam, gdzie mnie nie chcą, i raczej nie boję się różnych dziwnych miejsc, to właśnie tam i w innych muzułmańskich miastach czułem się niepewnie. Ręka pilnowała plecaka i aparatu, a oczy krążyły dookoła głowy, wypatrując kamieni rzucanych przez miejscowych nastolatków. Z ulgą wracałem do żydowskiej części stolicy Izraela. Z arabskich dzielnic Paryża i Londynu również starałem się wracać jak najprędzej. Nie zawsze było dokąd, bo w samym centrum stolicy Francji też grożono mi pobiciem i zniszczeniem aparatu, gdy fotografowałem antyizraelską demonstrację muzułmanów.

image001

 

 

 

 

 

 

 

Niegościnna wschodnia Jerozolima.

Większość globtroterów wykorzystuje zazwyczaj każdą okazję do odwiedzenia nieznanego zakątka świata, ale ja już wiem – może kiedyś polecę z ciekawości do Dubaju, ale raczej nie chcę więcej podróżować po państwach muzułmańskich. Zwyczajnie źle się tam czuję. Nigdy nie zaznałem arabskiej gościnności, zawsze czułem się bardzo niekomfortowo wśród nachalnych kierowców taksówek i rozmaitej maści krzyczących naganiaczy. Nie zamierzam zmieniać tego świata, on jest po prostu inny, stworzony nie dla mnie. Doceniam historyczną wielkość kultury arabskiej (i tym bardziej z przykrością obserwuję jej upadek). Pytam jednak, dlaczego ten niechciany przeze mnie świat każdym oknem i każdą dziurką od klucza wdziera się do mojego domu?

Przyjęło się uważać, że podróże uczą tolerancji, otwartości i zrozumienia obcych kultur. To nie tak. Po kilku latach intensywnego zwiedzania świata, na podstawie nie tylko własnego doświadczenia, ale i znajomości z innymi włóczykijami, znam już odpowiedź na pytanie „czego uczą podróże”. Otóż – ani tolerancji, ani szowinizmu. Inteligentny podróżnik wyniesie ze swoich przygód wiedzę, że stereotypy mają w sobie jednak nieco prawdy, naukę o nieuchronności procesów historycznych, a także prawo do oceny.

Poznając (również na miejscu) historię Ameryki Południowej, nie raz pomstowałem na „cywilizację białego człowieka”, wbijającą sztylet chrześcijaństwa w bezbronny organizm pogańskich religii Indian. Przemocą zrujnowaliśmy ich cywilizację. Doprowadziliśmy do tego, że dziś potomkowie Inków mówią naszym językiem, wyznają naszą religię. To samo uczyniliśmy z Aborygenami i rdzennymi ludami Syberii (tych ostatnich wykończył najbardziej zdradziecki z wynalazków „naszej cywilizacji” – alkohol). Obie strony są po części winne, ale jakiekolwiek rozliczanie wydarzeń sprzed kilkuset lat nie ma dzisiaj sensu. Ot, kolejny proces historyczny, kolejny epizod w dziejach świata. Silniejsi zwyciężyli, słabsi przegrali.

image003

 

 

 

 

 

 

 

Prymitywne graffiti mające wyrazić zniszczenie Izraela

Dzisiaj obserwujemy kolejne starcie kultur. Współczesna europejska wrażliwość, otwartość i tolerancja, to cechy tyleż piękne, ile bezbrzeżnie naiwne. Druga strona postępuje zupełnie inaczej. Czyżby dawnym europejskim narodom przyszło właśnie teraz odpokutować za kolonialną politykę przodków?

Wróćmy do Izraela. Na ulicach arabskich miast naprawdę się bałem. Zwłaszcza w Jerozolimie, której dwie części są jak bliźnięta syjamskie – nierozłączne, a jednak każda z innym charakterem i różnymi zasadami. Podział miasta wyraźnie widać nawet na zdjęciu satelitarnym. Uporządkowane, zastawione drogimi samochodami żydowskie uliczki, znienacka ustępują miejsca chaotycznej plątaninie arabskiej zabudowy. Śmigające tu auta wcale nie ustępują klasą tym po żydowskiej stronie miasta. Wszędzie piętrzą się jednak góry śmieci, a przyjezdny witany jest w najlepszym wypadku podejrzliwymi spojrzeniami spode łba.

I właśnie te twarze, wygięte grymasem zawzięcia i agresji, całkowity brak uśmiechu – to było sto razy gorsze gorsze od brudu. Faktem jest, że Palestyńczycy powinni popracować nad narodowym piarem, bo nawet sosnowieckie blokowiska nie wywarły na mnie tak przerażającego wrażenia. Jakbym na derby Krakowa przyszedł do sektoru Wisły z przewieszonym przez szyję szalikiem Cracovii. Tylko że Palestyńczycy nie grali żadnego meczu.

image005

 

 

 

 

 

 

 

Góra śmieci przy drodze we wschodniej Jerozolimie

W końcu przestałem interesować się islamem oraz kulturą arabską. To nie rasizm, nie płytka ksenofobia, ani nie uprzedzenia wynikające z niewiedzy. Czytam książki, podróżuję, myślę, i na tej podstawie wyciągam wnioski. Uważam się za człowieka otwartego, zafascynowanego światem i zachodzącymi w nim przemianami. Tym bardziej chciałbym, by uszanowano moją w pełni przemyślaną niechęć.

Dwa dni po moim powrocie z ostatniego pobytu w Izraelu, muzułmański nożownik ranił kilkanaście osób jadących miejskim autobusem w Tel Awiwie.

Miesiąc wcześniej zaatakowane zostało Sydney, które zachowało się w mojej pamięci jako oaza spokoju; miejsce, w którym mieszkańcy na cały dzień nie zamykają drzwi do swoich domów. Po ataku Australijczycy skrzyknęli się i zaczęli bronić miejscowych muzułmanów przed potencjalną zemstą, choć sami padli ofiarą zamachu, a nikt w luzackim Sydney mieszkańcom proroka nie wygrażał…

Styczniową Jerozolimę zapamiętam w barwach francuskich. Przez kilka dni Żydzi wspominali kolejne ofiary muzułmańskiego szaleńca, tym razem zabite w koszernym sklepie na obrzeżach Paryża. Na jednym z placów stanął wielki napis „Jérusalem est Charlie”.

Minęło pół roku, od kiedy napisałem pierwszą wersję tego wpisu. Obawiałem się go publikować, aby nie zostać wepchniętym w wąską szufladkę z napisem „kolejny ksenofob”. Coraz więcej mówi się jednak w Polsce o przyjmowaniu imigrantów z państw arabskich – w moim mieście na dniach odbędzie się pikieta w obronie uchodźców. O jakiej jednak solidarności z muzułmańskimi uchodźcami mówimy, jeśli my dajemy im pieniądze i pełne prawa obywatelskie, sami wysłuchując imamów wieszczących koniec cywilizacji chrześcijańskiej?

image007

 

 

 

 

 

 

 

Komunikacja miejska we wschodniej Jerozolimie

image011

 

 

 

 

 

 

 

Artykuł zamieszczamy za zgodą autora bloga http://www.stacjafilipa.pl/

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze