Palestyńczycy nie rosną w siłę, a Hamas żyje dostatniej

Przywódcy Hamasu, palestyńskiej grupy terrorystycznej, która rządzi Strefą Gazy od 2007 roku, wydają się mieć serca z kamienia, nieporuszone cierpieniem ludności żyjącej pod ich rządami.

Ci przywódcy nie mają problemu, wysyłając Palestyńczyków, by ryzykowali życiem na granicy z Izraelem, podczas gdy oni i ich rodziny żyją wygodnym życiem. Ponad 250 Palestyńczyków zginęło, a tysiące odniosło rany w starciach z Izraelskimi Siłami Obronnymi (IDF) od marca 2018 roku, od początku sponsorowanych przez Hamas, cotygodniowych protestów na granicy Gaza-Izrael.

Podczas gdy protesty trwają i coraz więcej Palestyńczyków naraża życie na rozkaz przywódców Hamasu, wysocy rangą funkcjonariusze tej grupy terrorystycznej są zajęci wydawaniem pełnych przepychu przyjęć dla członków swoich rodzin lub powiększaniem osobistych skarbców. To tak, jakby mówili swoim ludziom: „Poświęcajcie się w sprawie zniszczenia Izraela i zabijania Żydów, żebyśmy my i nasze rodziny mogli używać życia”.

Najnowszy przykład tego wykorzystywania w Strefie Gazy pojawił się w postaci wideo  z przyjęcia urodzinowego 20-letniego Mohammeda, syna wysokiego rangą funkcjonariusza Hamasu, Ghaziego Hamada.

Hamad, były wiceminister spraw zagranicznych w rządzie Hamasu z 2012 roku, obecnie jest wiceministrem kontrolowanego przez Hamas Ministerstwa Pomocy Społecznej i ma za zadanie nadzorowanie pomocy dla najbiedniejszych rodzin w Strefie Gazy. Jak na ironię, człowiek, któremu powierzono opiekę nad najbiedniejszymi, został sfilmowany, kiedy wydawał pełne przepychu  przyjęcie urodzinowe dla swojego syna.

Wideo z przyjęcia rozeszło się jak burza po mediach społecznościowych. Wielu Palestyńczyków wyraziło oburzenie z powodu tego świętowania, które, jak napisali, odbywało się w czasie, kiedy mieszkańcy rządzonej przez Hamas nadbrzeżnej enklawy żyją w tragicznych warunkach ekonomicznych i są zabijani w starciach z izraelskimi siłami bezpieczeństwa, kiedy próbują wedrzeć się przez granicę do Izraela i rzucają kamienie, bomby zapalające i ładunki wybuchowe w izraelskich żołnierzy.

„Synowie naszych przywódców zawsze są inni od zwykłych ludzi” – skomentował to użytkownik Facebooka, Ahmad Hassan. Inny Palestyńczyk, Baszar Baszar, napisał: „To przyjęcie odbyło się kosztem ofiar cotygodniowych demonstracji [na granicy z Izraelem]”. Hussein Katousz, inny użytkownik Facebooka, napisał: „Sfrustrowana młodzież palestyńska popełnia samobójstwa z powodu biedy, podczas gdy synowie przywódców urządzają przyjęcia urodzinowe!”.

Wielu innych użytkowników mediów społecznościowych stwierdzało, że nie zdziwił ich widok przywódcy Hamasu organizującego wielkie przyjęcie dla swojego syna w czasie, kiedy Palestyńczycy uciekają ze Strefy Gazy z powodu niebotycznego bezrobocia i ekonomicznych trudności.

Dobrą wiadomością jest to, że rosnąca liczba Palestyńczyków wydaje się być świadoma korupcji przywódców Hamasu i wielkiej przepaści między kierownictwem a ludnością. Złą wiadomością jest to, że Palestyńczycy nadal boją się buntować przeciwko hamasowskim władcom, którzy trzymają ich jako zakładników w Strefie Gazy od czasu brutalnego zamachu stanu na tym terytorium 12 lat temu.

Ismail Hanija; majątek: prawdopodobnie 4 mln dolarów (Foto: flickr.com)

Przywódca Hamasu, zaalarmowany powszechną krytyką, pospieszył z publikacją „przeprosin”, w których twierdził, że to przyjaciele jego syna urządzili mu przyjęcie urodzinowe, a nie on sam. „Nie jestem zadowolony z tego przyjęcia i nie akceptuję go – napisał Hamad. – Przepraszam wszystkich za ten poważny błąd. Prowadzę proste życie, jak reszta naszych ludzi. W pełni rozumiem cierpienie i trudne warunki naszych ludzi i powtarzam przeprosiny. Obiecuję, że to się nigdy więcej nie zdarzy”.

Przywódca Hamasu, który także obiecał ”ukarać” syna, nigdy nie przepraszałby, gdyby wideo z przyjęcia nie wyciekło do mediów społecznościowych. Jego przeprosiny trudno uznać za szczere.

Prawdę mówiąc, Hamad i cała reszta przywódców Hamasu powinni przeprosić rodziny Palestyńczyków, których posyłają do atakowania izraelskich żołnierzy na granicy z Izraelem. Powinni przeprosić rodziny tysięcy Palestyńczyków zabitych w wojnach z Izraelem z powodu rakiet, które Hamas i inne grupy terrorystyczne wystrzeliwały przez ostatnich 12 lat na izraelskich cywilów. Powinni przeprosić dziesiątki tysięcy bezrobotnych Palestyńczyków, z których część była zmuszona do ucieczki ze Strefy Gazy w poszukiwaniu przyzwoitego życia za granicą. Powinni przeprosić setki tysięcy palestyńskich rodzin, które żyją w nędzy i nieszczęściu w wyniku katastrofalnej polityki i działań Hamasu.

Hamad w żadnym razie nie jest samotny w przywłaszczaniu sobie pieniędzy przeznaczonych dla ubogich Palestyńczyków. W próbie uspokojenia obywateli w tej sprawie, Hamas ogłosił 3 września, że postanowił narzucić grzywnę w wysokości 5 tysięcy jordańskich dinarów (około 7 tysięcy dolarów) na syna innego przywódcy Hamasu. Anas, syn wysokiego rangą funkcjonariusza Hamasu, Ismaila Radwana, był oskarżony o wykorzystanie saudyjskiego grantu dla rodzin Palestyńczyków zabitych w starciach z Izraelem, by wybrać się z islamską pielgrzymką do Mekki (hadż). Chociaż saudyjski grant był przeznaczony tylko dla tych rodzin, syn przywódcy Hamasu był w stanie dodać swoje nazwisko do listy beneficjentów.

Musa Abou Marzouk; majątek: prawdopodobnie 2-3 mld dolarów. (Foto:en.wikipedia.org)

Wielu Palestyńczyków w mediach społecznościowych wyraziło oburzenie z powodu tej podróży do Mekki, stawiając kierownictwo Hamasu w bardzo kłopotliwej sytuacji z powodu jego nepotyzmu i korupcji. Po fali oburzenia Hamas stworzył komisję dochodzeniową; komisja doszła do wniosku, że syn przywódcy działał „z naruszeniem norm i procedur” w sprawie saudyjskiego grantu.

Powróćmy do Hamada, który twierdzi, że prowadzi „proste życie”. Jest to śmiechu warte kłamstwo. W ostatnich latach pojawiły się różne raporty dotyczące bogactwa i luksusowego życia przywódców Hamasu. Jeden z raportów sugeruje, że Musa Abu Marzouk, numer dwa w Hamasie, ”jest uważany za jednego z najbogatszych miliarderów Hamasu, z majątkiem ocenianym na 2-3 miliardy dolarów”. Inny raport mówi, że były przywódca Hamasu, Chaled Masza’al, jest wart 2,6 miliarda dolarów. Innym potentatem jest Ismail Hanijja, którego kapitał ocenia się na 4 miliony dolarów, zdaniem dr Moshe Elada, wykładowcy na Wydziale Bliskiego Wschodu uczelni akademickiej w Zachodniej Galilei.

Rywale Hamasu w rządzącym Zachodnim Brzegiem Fatahu pod przewodnictwem prezydenta Autonomii Palestyńskiej, Mahmouda Abbasa, mówią że podczas gdy Gaza jest jednym z najbiedniejszych miejsc na świecie, wśród członków Hamasu jest tam 1700 milionerów. Profesor Ahmed Karima z uniwersytetu Al-Azhar w Kairze wskazał, że Hamas już dawno stał się ruchem milionerów. Według Karimy, liczy nie mniej niż 1200 milionerów w swoich szeregach.

Chaled Maszal; majątek: prawdopodobnie 2,6 mld dolarów. (Foto: commons.wikimedia.org)

Palestyńczycy, oczywiście, mają prawo urządzać przyjęcia urodzinowe i inne obchody świąt. Lepiej jest widzieć Palestyńczyków, którzy tańczą i śpiewają niż kiedy dźgają Żydów nożami lub strzelają rakietami w izraelskie miasta. Problem powstaje jednak, kiedy ojciec jest wysokim rangą przywódcą grupy terrorystycznej, który poświęca się podżeganiu przeciwko Izraelowi i Żydom i zachęca innych młodych Palestyńczyków do poświęcania ich życia w wojnie z Izraelem. Hamad, podobnie jak reszta przywódców Hamasu, nigdy nie wysłałby własnego syna na granicę z Izraelem. Dla tych przywódców krew ich dzieci jest czerwieńsza, niż krew innych Palestyńczyków.

Pora, żeby Palestyńczycy w Strefie Gazy zbuntowali się przeciwko przywódcom, którzy trzymają ich w okowach nędzy i wysyłają na śmierć. Skandal z przyjęciem urodzinowym może służyć jako wyzwalacz takiego buntu. Pora, żeby społeczność międzynarodowa obudziła się i zobaczyła, że to bogaci przywódcy Hamasu, nie zaś Izrael, są odpowiedzialni za humanitarną i ekonomiczną katastrofę, znaną jako Strefa Gazy.

Bassam Tawil
Muzułmański badacz i publicysta mieszkający na Bliskim Wschodzie.

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Źródło tekstu polskiego: www.listyznaszegosadu.pl
Tytuł – red. Euroislamu

Wideo z przyjęcia: www.youtube.com




Subiektywny i krytyczny przewodnik wyborczy

Jan Wójcik

Zazwyczaj przed wyborami albo odpytywaliśmy partie i kandydatów, albo sprawdzaliśmy ich wypowiedzi, żeby pokazać poglądy na kwestie będące przedmiotem zainteresowania naszego portalu.

Myślę jednak, że po latach można się już pokusić o subiektywne określenie pozycji tych partii, bez zagłębiania się w to, co obiecują przed wyborami albo w różne głosy różnych kandydatów. W końcu w polskim systemie partyjnym i tak ostatecznie decyduje linia partii, a nie poglądy poszczególnych jej przedstawicieli.

  1. PSL – w tej chwili to hybryda, po połączeniu z Kukizem. Czy przejęli jego antyimigracyjne poglądy, nie wiadomo. Wcześniej w samym PSL nie było zdecydowanego poglądu na kwestie imigracyjne, nie był to priorytet dla ludowców. Teraz, próbując odbudowywać wizerunek partii chadeckiej, prawdopodobnie mogą, podobnie do Europejskiej Partii Ludowej, zmierzać w stronę bardziej prawicową. W programie jednak nie poświęcają migracjom wiele uwagi. Kwestia ta pojawia się tylko jako element zagrożenia wywołanego zmianami klimatycznymi. Prawdopodobnie większy koalicjant – PSL będzie decydował o tych sprawach.
  2. PiS – w poprzednich wyborach migracjom poświęcił wiele miejsca i jego zdecydowane stanowisko sprzeciwu wobec kwot relokacji odebrało z pewnością część głosów PO. Teraz sprzeciw wobec relokacji dalej jest podkreślany w programie PiS. Także wielu polityków tej partii ma krytyczne stanowisko zarówno wobec masowej, niekontrolowanej migracji, jak i rozwoju islamskiego radykalizmu. Niestety zmieniły się czasy i przeciwstawiać się relokacji z Unii Europejskiej nie wystarczy. Polska rozwija się dynamicznie gospodarczo i imigranci ekonomiczni sami starają się dostać do nas. W tej kwestii PiS przez cztery lata nie przygotował nowej polityki imigracyjnej, a Wojewódzkie Urzędy ds. Cudzoziemców są zawalone zleceniami, co powoduje, że imigranci, składając wniosek o zezwolenie na pobyt, nawet rok oczekują na decyzję już na miejscu w Polsce. Z drugiej strony PiS podejmuje zdecydowane działania deportując radykałów z Czeczenii, czy nie wpuszczając do kraju Czeczenów, z których większość i tak wyjeżdża do Europy Zachodniej, a tylko 5% otrzymuje ochronę międzynarodową.
  3. SLD – Za czasów Leszka Millera dało się słyszeć racjonalne i zdroworozsądkowe podejście do problemów imigracji czy islamskiego radykalizmu. Teraz jednak jest to już sojusz SLD oraz Wiosny i Razem, a te partie raczej będą popierały przyjmowanie migrantów, rozszerzenie kategorii uchodźców na osoby dotknięte zmianami klimatu, a także promowały otwarty świat bez granic. Do tego prawdopodobnie tkwią jeszcze w iluzji multikulturalizmu, uważającego, że diametralnie różne kultury mogą żyć obok siebie, wyznając tak sprzeczne ze sobą zasady, jak karanie homoseksualistów więzieniem i nauczanie tolerancji dla homoseksualizmu w szkołach. W programie niestety trudno jest znaleźć nawiązanie do jakiejkolwiek z kwestii, które poruszamy. Przy okazji jednak wyborów do europarlamentu politycy Wiosny i Razem dali się poznać jako najwięksi zwolennicy imigracji i osoby negujące problemy z islamskim radykalizmem. Ich absurdalne wypowiedzi w tym temacie pominę.
  4. Konfederacja – to ugrupowanie najbardziej podgryzające PiS w temacie imigracji i islamu. Jednak Konfederacja wrzuca do jednego worka wszystkich imigrantów i imigrację zarobkową, przeciwstawiając się jej jako takiej. Tak więc problematyczni są dla nich nie tylko imigranci z krajów muzułmańskich, ale i ci z Ukrainy, Wietnamu czy Indii, a to już uderza w interesy polskich przedsiębiorców i braki na rynku pracy. Z częścią tych postulatów można nawet się zgodzić, jeżeli chodzi o zaniżanie płac w gospodarce poprzez ściąganie taniej siły roboczej i utrzymywanie polskiej gospodarki w systemie taniego podwykonawstwa. Z drugiej strony jednak niektórzy politycy Konfederacji przedstawiają poglądy, które mogą być uznane za bliskie islamistom, jak kwestia kar dla homoseksualistów czy postrzeganie wielu spraw międzynarodowych w kategoriach żydowskiego spisku.
  5. KO – przez długi czas PO uchodziła za partię, chcącą otworzyć Polskę na migrację związaną z procedurami relokacji, które miały mieć charakter permanentny. Politycy PO twierdzą, że zgodziliby się tylko na rozwiązanie jednorazowe i tymczasowe, ale dzisiaj nie wiemy, jak potoczyłaby się dalej polityka unijna w kwestii migracji, gdyby nie zdecydowany sprzeciw Grupy Wyszehradzkiej. Teraz jako twarz kampanii funkcjonuje Małgorzata Kidawa-Błońska, która w imigracji widzi szansę na dodanie Polsce kolorytu różnych kultur. Dzisiaj w programie polityki zagranicznej PO mówi się o selektywnym sprowadzaniu imigrantów i zezwoleniach dla tych, którzy wykażą zdolność integracji. Z drugiej strony ci politycy stawiają na solidarność europejską, a dzisiaj ta solidarność ma wymiar przede wszystkim nowej procedury rozdzielania imigrantów. Platforma twierdzi, że Europa niesolidarna przyczyni się do powstania nowych fal uchodźców, jednak zdaje się negować czynniki przyciągające imigrantów, jakimi są właśnie procedury relokacji.

* * *

Nie wiem, czy w jakiś sposób ułatwiłem Czytelnikom dokonanie wyboru i zdaję sobie sprawę, że jest to tylko jeden aspekt spraw Polski, którymi zajmują się partie. Pod jakim kątem patrzyłbym na programy partii? Po pierwsze, należy zrozumieć, że przy tak niewielkiej społeczności muzułmańskiej w Polsce nie może dojść do procesów, jakie obserwujemy na Zachodzie. Należy więc patrzeć na politykę imigracyjną w dwóch aspektach. Pierwszym – imigracji ekonomicznej do Polski. I tu szukałbym partii, która będzie w stanie zorganizować tak politykę imigracyjną, żeby trafiali do nas ludzie najbardziej rokujący na integrację, z kierunków bliskich kulturowo. Jednocześnie powinna rozumieć wyzwania i zmiany wynikające z rewolucji technologicznej i mieć plany transformacji polskiej gospodarki w tym kierunku. Drugi aspekt to kolejne wielkie fale imigracyjne, których może spodziewać się Europa i które przy pewnej skali dotkną także i Polskę. Tutaj potrzeba współdziałania, ale takiego, które polega na ograniczeniu rozwoju imigracji, budowaniu szans na dobre życie w krajach pochodzenia oraz zarządzaniu kryzysami, a nie niekończących się dyskusji o alokacji imigrantów do poszczególnych krajów. Te ostatnie będą zwiększały presję imigracyjną. Na partię, która rozumie te wszystkie aspekty, bym zagłosował.




Przybywa terrorystów wśród imigrantów

Terrorystów, którzy wykorzystali masową migrację do Europy nie było wielu, ale ciągle ich przybywa, twierdzi autor książki „Jihadist Infiltration of Migrant Flows to Europe: Perpetrators, Modus Operandi and Policy Implications”*, Sam Mullins.

Mullins identyfikował 144 przypadki domniemanych dżihadystów – terrorystów, którzy zinfiltrowali falę imigrantów przybywającą do Europy lub poruszającą się po kontynencie od 2011 do 2018 roku. W artykule opublikowanym przez Instytut Spraw Europejskich wymienia ostatnie, coraz częściej odkrywane przypadki. Między innymi jest to Uzbek, zatrzymany przez szwedzką policję w sierpniu; trzech Irakijczyków, którym w tym samym dniu postawiono zarzuty, a przybyli szukać azylu w Niemczech, czy Hassan F. zatrzymany dwa tygodnie później na Węgrzech, który otrzymał status uchodźcy w Grecji. Temu ostatniemu zarzuca się nadzorowanie mordu conajmniej 25 osób oraz osobiste ścięcie głowy imamowi z Homs.

Jak autor sam przyznaje, on i środowisko ekspertów sceptycznie traktowali w roku 2014 i 2015 podejrzenia, że terroryści mogą wykorzystać falę imigracyjną. Obecnie Mullins, profesor w Azjatycko-Pacyficznym Centrum na Rzecz Badań nad Bezpieczeństwem uważa, że ludzie tacy, jak Anis Amri, odpowiedzialny za zamach na berliński jarmark bożonarodzeniowy, w którym zginął Polak, czy Uzbek Rakhmat Akilov, zamachowiec ze Sztokholmu, to czubek góry lodowej.

Co prawda zbadane przez Mullinsa przypadki stanowią dużo mniej niż jeden procent wszystkich niedawno przybyłych imigrantów, ale jest ich więcej, niż wcześniej się sądziło. A nawet tej garstce udało się wywrzeć wpływ na sytuację bezpieczeństwa wewnętrznego w Europie.

Imigracja zwiększała ryzyko

Mullins stawia mocną tezę, popartą badaniami, że lwia część terrorystów trafiła do Niemiec, ponieważ był to kraj, który najszerzej otworzył się na niekontrolowaną imigrację. W większości terroryści przybyli szlakiem bałkańskim, a głównie są to Syryjczycy (40%), a następnie Irakijczycy, mieszkańcy Północnej Afryki i Afgańczycy. Nie wszyscy z podszywających się pod uchodźców zaangażowali się w działalność terrorystyczną w Europie – około 61%. Pozostali popełnili zbrodnie przed dotarciem do Europy. Ci, którzy zaangażowali się, dokonali 12 ataków w sześciu europejskich krajach, w których zginęły 182 osoby. 20 ataków zostało udaremnionych.

Mowa oczywiście o osobach związanych z terroryzmem, które wykorzystały kryzys imigracyjny. Osobnym problemem jest radykalizacja uchodźców i imigrantów.

Problemem jest także identyfikacja terrorystów. Posługują się fałszywymi danymi, bądź fałszywymi dokumentami. Rzadko zdarza się też, że ktoś ze społeczności imigrantów donosi na nich. A z drugiej strony zdarzają się próby wyrównywania porachunków poprzez fałszywe oskarżenia.

„Chociaż zdaniem Komisji Europejskiej kryzys migracyjny został oficjalnie zażegnany, jego efekty, w tym wzrost popularności populizmu i skrajnie prawicowego terroryzmu – poza aktami terroru ze strony dżihadystów – wciąż są odczuwalne”, twierdzi profesor Mullins. Przestrzega też przed obecną dużą imigracją oraz uważa, że w przyszłości można spodziewać się jej wzrostu.

* * *

Dokładnie te same podejrzenia o infiltrację imigrantów przez terrorystów, w roku 2015 podnosiło stowarzyszenie Europa Przyszłości, prowadzące portal Euroislam.pl. Posługując się kampanią plakatową staraliśmy się ostrzec społeczeństwo i rząd Platformy Obywatelskiej przed błędną decyzją otwierania Polski na niekontrolowaną imigrację i partycypacji w systemie, który napędzałby jeszcze większy kryzys imigracyjny. Pełnomocnik Rządu ds Równego Traktowania Małgorzata Fuszara skierowała wówczas sprawę do Prokuratora Generalnego, rzucając na nas podejrzenie „szerzenia nienawiści”.

Jan Wójcik

 

* „Infiltracja fali uchodźców przybywających do Europy przez dżihadystów: sprawcy, modus operandi i implikacje dla polityki”

____________________

Sam Mullins – profesor w Azjatycko-Pacyficznym Centrum na Rzecz Badań nad Bezpieczeństwem, na Hawajach, oraz honorowy wykładowca na Uniwersytecie w Wollongong, w Australii. W czasie przeprowadzania badań był wykładowcą antyterroryzmu w George C. Marshall European Center for Security Studies w Niemczech.

 




Przestępstwa seksualne w Niemczech: testosteron czy kultura imigrantów

Nowi imigranci, którzy przybyli do Niemiec od 2015 roku, popełniają przestępstwa seksualne sześć razy częściej niż obywatele Niemiec.

Nie wynika to, wbrew lewicowym sympatykom imigrantów, z tego, że nowi imigranci to głównie młodzi mężczyźni. Gdyby Niemcy byli równie młodzi, jak imigranci, to i tak popełnialiby cztery razy mniej przestępstw seksualnych niż oni. Chociaż nikt już w Niemczech nie zaprzecza, że wysoka przestępczość imigrantów istnieje, bo dane o niej publikuje niemiecka policja, to lewicowi sympatycy islamskiego fundamentalizmu nadal próbują ją na różne sposoby minimalizować i usprawiedliwiać.

Zanim przyjrzymy się statystykom dotyczącym przestępstw seksualnych (inne omówione będą w kolejnym artykule), spójrzmy na skalę problemu przestępczości nowych imigrantów. Wśród wykrytych sprawców przestępstw nowi imigranci stanowili:

15% zabójców (550 morderców)
12% przestępców seksualnych (5626)
10% osób odpowiedzialnych za napaści i pobicia (60 109)
11% odpowiedzialnych za kradzieże (43 734)

Nowi imigranci, których przybyło do Niemiec 1,5 mln w latach 2015-18, stanowią około 2% ludności. Jak widać, przestępstwa popełniali wielokrotnie częściej. Pytanie – dlaczego?

Przyczyną nie jest młody wiek

W debacie publicznej pojawiły się dwie konkurencyjne odpowiedzi. Odpowiedź pierwsza brzmi: „To kwestia ich odmiennej kultury, ich lekceważenia naszych zwyczajów i norm”, ale na to pada odpowiedź druga: „Nie, to po prostu testosteron, bo imigranci to głównie młodzi mężczyźni, którzy w każdej kulturze popełniają najwięcej przestępstw”.

Oczywiście, młodzi mężczyźni popełniają więcej przestępstw. Ciekawe jednak, że wyjaśnienia odwołujące się od młodego wieku imigrantów nigdy nie są poparte analizą odpowiednich danych, nawet jeśli są dostępne. A to właśnie dane mogłyby wykazać, czy teza o niższym wieku imigrantów jako przyczynie przestępczości jest prawdziwa, czy nie. Analiza danych policyjnych pokazuje, że jest całkowicie fałszywa.

Polski dziennikarz mieszkający w Niemczech, Adam Gusowski, jest właśnie przedstawicielem tych, którzy próbują wmówić publiczności, że problemu zwiększonej przestępczości imigrantów nie ma i atakują polityków, którzy mówią co innego. W swoim tekście – opublikowanym na niemieckim portalu mediowym WR1, Gusowski napisał tak:

„’Migranci już kulturowo są bardziej skłonni do przemocy’ – tymi słowami minister spraw wewnętrznych Bawarii Joachim Herrmann rozpętał dyskusję, którą dotychczas prowadzili skrajnie prawicowi populiści. ‚Mamy tutaj do czynienia z podwyższonym ryzykiem, to dokładnie pokazują policyjne statystyki’ Tylko że te statystyki należy czytać właściwie i właściwie o nich mówić.

Federalna Policja Kryminalna zajmowała się w 2018 roku przestępczością wśród uchodźców. Wynik: przy niektórych rodzajach przemocy podejrzani migranci są ponadproporcjonalnie uwzględnieni. To dotyczy przede wszystkim aktów przemocy z możliwością utraty życia, okaleczenia, rabunku oraz aktów przemocy przeciwko wolności seksualnej. Z dokumentów BKA wynika jednak ważny powód tej ponadproporcjonalnej liczby podejrzanych migrantów przy tego rodzaju wykroczeniach. Powód, o którym Joachim Herrmann nie mówi, tak jak nie mówią o nim politycy AfD czy prawicowi populiści. BKA zwraca mianowicie wyraźnie uwagę na szczególną strukturę wieku i płci tej grupy. Młodzi mężczyźni w wieku od 14 do 30 roku życia są, niezależnie od ich pochodzenia, najczęstszymi sprawcami przy wykroczeniach z przemocą. To właśnie ta grupa jest procentowo wyraźniej wyższa wśród migrantów niż w niemieckiej ludności. Z danych Federalnego Urzędu Statystycznego z końca 2017 roku wynika, że średni wiek migrantów ostatniej fali uchodźczej to 29 lat, 63 procent to mężczyźni. Statystyczny Niemiec tego samego okresu miał 45 lat, a mężczyźni stanowili 49% społeczeństwa. Łatwo smaży się polityczne kotlety na ekstremalnych aktach przemocy. Jeszcze perfidniejsze jest okraszanie ich domniemanymi liczbami, statystykami i myślowymi skrótami”.

Statystyki należy czytać właściwie

Adam Gusowski umie wyrażać oburzenie, ale szkoda, że nie posłuchał własnej rady i nie zapoznał się ze dokumentami BKA, na które się powołuje. Dowiedziałby się wówczas, że minister miał jednak rację – to nie testosteron odpowiada za przestępstwa imigrantów, tylko ich kultura. Średni wiek imigrantów i niemieckich mężczyzn jest tu bez znaczenia. Dane BKA to jasno pokazują, chociaż nie prezentują wszystkich informacji wprost i trzeba spędzić nad nimi sporo czasu (źródła podane są na końcu).

Przestępstwa seksualne, którymi zajmuję się dalej, to w klasyfikacji niemieckiej policji bardzo szeroka kategoria, od pornografii dziecięcej przez molestowanie seksualne dzieci, do gwałtów zbiorowych. Do analizy wybrałem tylko dane dotyczące mężczyzn, bo to oni są przedmiotem publicznej dyskusji i oni popełniają ponad 90% tego rodzaju przestępstw. Porównuję nowych imigrantów z osobami o obywatelstwie niemieckim, które dalej w skrócie nazywam Niemcami.

Z danych policji wynika, że ogólnie nowi imigranci popełniają przestępstwa seksualne 6,4 razy częściej niż Niemcy. Wśród 992 tys. imigrantów płci męskiej w roku 2018 były 5544 osoby, które popełniły przestępstwa seksualne (współczynnik 0,56%), natomiast wśród 34,8 mln mężczyzn i chłopców z obywatelstwem niemieckim było 30 167 takich przestępców (współczynnik 0,09%).

Żeby sprawdzić, czy za tę sześciokrotną różnicę odpowiada nieproporcjonalnie duża liczba młodych mężczyzn wśród imigrantów, czy raczej ich większa skłonność do popełnienia przestępstw, musimy sprawdzić, jak często w każdej podgrupie wiekowej popełniane są przestępstwa.

.Przestępstwa seksualne w Niemczech 2018, mężczyźni

Przestępstwa seksualne w Niemczech 2018, mężczyźni (oprac. euroislam.pl)
(oprac. euroislam.pl)

 

Popatrzmy jak to porównanie wygląda na wykresie:

Odsetek przestępców seksualnych w podgrupach wiekowych, Niemcy 2018 (oprac. Euroislam)

Widać wyraźnie, że w KAŻDEJ podgrupie wiekowej imigranci popełniają przestępstwa seksualne kilkakrotnie częściej niż Niemcy, przy czym ta różnica systematycznie zwiększa się z wiekiem. Wśród nastolatków imigranci popełniają przestępstwa seksualne dwuipółkrotnie częściej niż Niemcy (0,74% i 0,26%), zaś imigranci w wieku powyżej 60 lat popełniają te przestępstwa aż 23 razy częściej niż Niemcy w tym samym wieku.

Nowi imigranci, którzy przybyli do Niemiec od 2015 roku, popełniają przestępstwa seksualne sześć razy częściej niż obywatele Niemiec, a niektóre inne przestępstwa nawet częściej.

Zauważmy jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, nawet niemieckie nastolatki popełniają przestępstwa seksualne (0,28%) ponad dwa razy rzadziej niż najstarsi imigranci (0,63%) – co trudno wytłumaczyć poziomem testosteronu. Po drugie, wśród Niemców przestępczość seksualna bardzo spada z wiekiem (czyli tak, jak testosteron), a wśród imigrantów pozostaje cały czas na bardzo wysokim, niemal identycznym poziomie.

Metoda wyrównania ze względu na wiek

Zobaczmy jeszcze, w jakim stopniu zmieniłaby sytuację liczby przestępstw wśród Niemców zmiana ich wieku, gdyby proporcje osób młodych i starszych były dokładnie takie, jak wśród imigrantów – (określa się to jako „wyrównanie ze względu na wiek”).

Wynik takich obliczeń jest następujący: gdyby struktura wieku niemieckich mężczyzn była identyczna, jak struktura wieku imigrantów (czyli np. grupa w wieku 18-20 to byłoby nie 3% a 12% Niemców) to Niemcy mieliby 47 557 przestępców seksualnych, czyli ich odsetek wyniósłby 0,14% (teraz 0,09%). Zatem, nawet gdyby młodych mężczyzn było wśród Niemców proporcjonalnie tak samo dużo, jak wśród imigrantów, a starych równie mało jak wśród imigrantów, to i tak imigranci popełnialiby przestępstwa seksualne 4,1 razy częściej niż Niemcy. To jest odpowiedź dla red. Gusowskiego, wynikająca z „właściwego czytania statystyki”, którego się on domaga: jeśli wyeliminujemy wpływ różnicy wieku, imigranci popełniają przestępstwa cztery razy częściej niż obywatele Niemiec.

Spróbujmy podejść do porównań przestępczości imigrantów i Niemców jeszcze z innej strony. Nie zmieniajmy struktury wieku, tylko popatrzmy, co by się działo, gdyby w każdej podgrupie wiekowej Niemcy popełniali przestępstwa seksualne równie często jak imigranci (korzystamy z odsetek prezentowanych w poprzedniej tabeli). Poniższa tabelka pokazuje odpowiedź na to pytanie.

Ile byłoby przestępstw seksualnych popełnianych przez Niemców, gdyby popełniali je równie często jak imigranci?

Ile byłoby przestępstw seksualnych popełnianych przez Niemców, gdyby popełniali je równie często jak imigranci? (oprac. euroislam.pl)
(oprac. euroislam.pl)

 

Na szczęście Niemcy popełniają rocznie tylko 30 tysięcy przestępstw seksualnych; gdyby popełniali je równie często, jak imigranci, to tych przestępstw byłoby prawie 200 tysięcy – 6,5 razy więcej niż obecnie. To inny sposób oszacowania różnic pomiędzy przestępczością Niemców a imigrantów, który korzysta z rzeczywistej, a nie hipotetycznej liczebności osób młodych w obu grupach.

Zauważmy, że największe różnice widoczne są nie wśród młodych, lecz wśród starszych: tylko wśród niemieckich seniorów, gdyby popełniali przestępstwa seksualne równie często jak ich imigranccy odpowiednicy, byłoby dwa razy tylu przestępców, ilu dzisiaj jest wśród wszystkich Niemców.

Konkluzja

„Statystyki należy czytać właściwie i właściwie o nich mówić”, napisał Adam Gusowski i w tym się w pełni zgadzamy. Właściwe odczytanie statystyk niemieckiej policji pokazuje, bez żadnej wątpliwości, że różnice w średnim wieku Niemców i nowych imigrantów mają tylko minimalne znaczenie dla kilkukrotnie większej częstości popełniania przestępstw seksualnych przez imigrantów. Średnio popełniają oni te przestępstwa 6,5 razy częściej niż Niemcy, a gdyby wyeliminować różnice wieku byłoby to 4 razy częściej. To kultura i religia nowych imigrantów, a nie testosteron młodych mężczyzn są za ich zachowania odpowiedzialne.

Dlatego wszystkim, którzy wmawiają publiczności, że nie ma problemu z nadmierną przestępczością imigrantów i którzy „łatwo smażą swoje dziennikarskie kotlety na domniemanych liczbach”, proponuję, żeby zajęli się smażeniem realnych kotletów, bo dziennikarstwo, z jego zasadą rzetelności, jest dla nich zbyt trudne.

Grzegorz Lindenberg

Źródła:
Kriminalität im Kontext von Zuwanderung 2018 

Das Bundesamts in Zahlen 2018. Asyl, Migration und Integration 

Polizeiliche Kriminalstatistik Bundesrepublik Deutschland Jahrbuch 2018 Band 3 Tatverdächtige 

Polizeiliche Kriminalstatistik Bundesrepublik Deutschland Jahrbuch 2018 Band 1 Fälle, Aufklärung, Schaden

Polizeiliche Kriminalstatistik Bundesrepublik Deutschland Jahrbuch 2018 Band 4 Einzelne Straftaten/-gruppen und ausgewählte Formen der Kriminalität 

Polizeiliche Kriminalstatistik Tatverdächtige nach Alter und Geschlecht V1.0 erstellt am: 29.01.2019, Tabelle 20




Multikulturaliści unicestwiają zachodnią cywilizację

Przez ostatnie dziesięciolecie wielu ludzi na Zachodzie udoskonalało historycznie bezprecedensową narrację, która nie tylko wyrzeka się odziedziczonej kultury, ale zaprzecza jej istnieniu. Poniżej kilka przykładów.

Podczas konferencji prasowej w Strasburgu w 2009 r. ówczesny prezydent USA, Barack Obama rozpoczął od umniejszania wyjątkowości Stanów Zjednoczonych. „Wierzę w amerykańską wyjątkowość tak samo, jak podejrzewam, że Brytyjczycy wierzą w brytyjską wyjątkowość, a Grecy w grecką wyjątkowość”.

Czym jest szwedzka kultura?

W 2010 r. Mona Ingeborg Sahlin, stojąca wówczas na czele socjaldemokratycznej partii Szwecji, powiedziała grupie tureckiej młodzieży z organizacji Euroturk: „Nie potrafię dojść do tego, czym jest szwedzka kultura. Myślę, że z tego powodu wielu Szwedów zazdrości grupom imigranckim. Wy macie kulturę, tożsamość, historię, coś co was jednoczy. A co my mamy? Mamy Noc Świętojańską i takie głupstwa”.

W październiku 2015 r. Ingrid Lomfors, przewodnicząca szwedzkiego rządowego „Forum żywej historii”, powiedziała grupie oficjeli: „Nie ma żadnej rdzennej kultury szwedzkiej”.

W listopadzie 2015 r. nowo zaprzysiężony premier Kanady, Justin Trudeau, udzielił wywiadu dla „New York Timesa”, opublikowanego miesiąc później, w którym powiedział: „W Kanadzie nie ma żadnej podstawowej tożsamości, żadnego głównego nurtu. Są wspólne wartości – otwartość, szacunek, współczucie, gotowość do ciężkiej pracy, wzajemna pomoc, dążenie do równości i sprawiedliwości. Te cechy czynią z nas pierwsze państwo post-narodowe”.

W grudniu 2015 r. były szwedzki premier, Fredrik Reinfeldt, przewodniczący Rady Europejskiej w 2009 r., udzielił wywiadu TV4 przed odejściem ze stanowiska kierowniczego Partii Moderata Samlingspartiet, w którym zapytał retorycznie: „Czy to jest kraj ludzi, którzy żyli tutaj przez trzy lub cztery pokolenia, czy jest to Szwecja, którą tworzą ludzie, którzy przybyli tutaj w połowie życia?… Dla mnie jest oczywiste, że to powinno być to drugie i że będzie to silniejsze i lepsze społeczeństwo, jeśli może być otwarte… Szwedzi jako grupa etniczna są nieciekawi”.

Wyborcze polowanie na mniejszości

To wypowiedzi przywódców Stanów Zjednoczonych, Szwecji i Kanady – krajów z własną literaturą, muzyką, sztuką i kuchnią, jak również własnymi systemami prawnymi i rządowymi. Wspólna dla tych pięciu przywódców jest postmodernistyczna ideologia i polowanie na głosy mniejszości i imigrantów.

Postmodernizm ma dwa kluczowe elementy: kulturowy relatywizm i postkolonializm. Kulturowy relatywizm – rozwinięty przez amerykańską antropolog Ruth Benedict, autorkę światowego bestsellera z 1934 r. Wzory kultury i jej mentora, „ojca amerykańskiej antropologii”, Franza Boasa – twierdzi, że badacz musi odłożyć na stronę własne kulturowe wartości i uprzedzenia i zachować otwarty umysł wobec kultur innych ludów, żeby móc je zrozumieć. W drugiej połowie XX wieku teoretycy antropologii rozciągnęli to na dziedzinę etyki, argumentując, że oceny wyrastające z jednej kultury nie mogą być stosowane do innych – czyniąc tym samym wszystkie kultury równie dobrymi i wartościowymi. Ten pogląd doprowadził American Anthropological Association w 1947 r. do odrzucenia Deklaracji Praw Człowieka, która stała się Powszechną Deklaracją Praw Człowieka ONZ, przygotowaną w 1947 r. przez Komisję Praw Człowieka ONZ.

Postkolonializm utrzymuje, że ludy na całym świecie doskonale i pokojowo współżyły ze sobą aż do czasu, gdy zachodni imperialiści najechali, podzielili, zdobyli, wykorzystywali i uciskali je. W odróżnieniu od postmodernizmu, który uważa zachodnią kulturę za nie lepszą od innych kultur, postkolonializm uważa zachodnią kulturę za gorszą od innych kultur.

Poczucie winy, globalizacja i demografia

Wydaje się, że trzy czynniki leżą u podstaw odrzucenia kultury zachodniej: poczucie winy, globalizacja i demografia. Wiele zachodnich społeczeństw – takie jak Wielka Brytania, Francja, Belgia, Holandia, Hiszpania, Portugalia i Włochy – miało między XVII a XX wiekiem imperia na Południu i na Wschodzie. Dzisiaj jednak te minione podboje są oceniane jako zło wyrządzone przez kraje, które ich dokonywały i są także postrzegane negatywnie przez narody nieimperialne, takie jak Szwecja i Kanada. Niemcy, późne i marginalne mocarstwo imperialne, wydają się nadal być dręczone poczuciem winy za Holocaust. Jak na ironię, przyjmowanie niezliczonych imigrantów do Europy, jak gdyby byli „nowymi uchodźcami żydowskimi” tego stulecia, spowodowało kolejną ucieczkę Żydów.

Poczucie winy nie kończy się na tym. Kraje zachodnie są zamożne i większość ich obywateli ma co najmniej dobry standard życia, podczas gdy olbrzymie populacje w Afryce i w Azji żyją w biedzie. Wielu ludzi Zachodu uważa więc, że konieczne jest odkupienie – w postaci pomocy finansowej dla byłych kolonii i w nieograniczonym napływie imigrantów i uchodźców z tych terenów do krajów zachodnich.

Tymczasem ekonomiczna globalizacja doprowadziła do tego, że kraje zachodnie mają klientów i inwestorów na całym świecie i z szerokiego wachlarza odrębnych kultur, ale uważa się, że zachodni triumfalizm nie służy produktywnym stosunkom biznesowym.

Jeśli chodzi o demografię, w ostatnich dziesięcioleciach mieliśmy zwiększony napływ populacji przy niskiej stopie urodzeń na Zachodzie – w wielu miejscach zaledwie na poziomie zastąpienia odchodzącej generacji. To z kolei powodowało potrzebę importu siły roboczej, by utrzymać, jeśli nie powiększać, produkcję. W rezultacie populacja w każdym zachodnim kraju stała się bardziej zróżnicowana etnicznie, religijnie i kulturowo. W celu przyjmowania imigrantów i ułatwienia ich integracji i solidarności z ich nowymi społeczeństwami kraje zachodnie zachęcały do multikulturowej otwartości, minimalizując szczególne cechy własnych kultur.

To doprowadza nas do wyborów: politycy w demokracjach zachodnich, który starają się o wybór, często bagatelizują własną kulturę, aby zgarnąć głosy imigrantów i mniejszości. Im większe są społeczności imigranckie, tym silniejszy bodziec do przypochlebiania się im. Niektóre rosnące mniejszości, takie jak muzułmanie w Europie, tworzą teraz własne partie, by konkurowały z tradycyjnymi partiami.

Wzbogacenie kultury, czy jej odrzucenie

Ten mariaż postmodernizmu i polityki wyborczej ma straszliwy wpływ na społeczeństwa, które chlubią się otwartością i różnorodnością. Zamiast rozszerzyć zachodnią kulturę przez wzbogacenie jej różnymi etnicznymi i religijnymi grupami w krajach o judeochrześcijańskich podstawach, multikulturaliści w rzeczywistości odrzucają własną, zachodnią kulturę.

Podczas gdy zachęcają do różnorodności rasy, religii i dziedzictwa, zabraniają różnorodności opinii, szczególnie dla tych, którzy nie podporządkowują się postmodernistycznej narracji, która odrzuca Zachód. Nie chcą także przyznać, że Zachód, choć ma wady, niemniej dostarczył więcej wolności i zamożności większej liczbie ludzi niż ktokolwiek kiedykolwiek wcześniej w historii.

Ten wykrzywiony obraz Zachodu jest możliwy tylko, jeśli uparcie odmawia się zobaczenia, kto był prawdziwym kolonizatorem w historii. Jak, ich zdaniem, praktycznie cały Bliski Wschód i Afryka Północna stały się muzułmańskie – dzięki demokratycznemu referendum? Muzułmanie najechali i przekształcili chrześcijańskie Imperium Bizantyjskie, teraz coraz bardziej zislamizowaną Turcję; Grecję; Bliski Wschód, Afrykę Północną i Bałkany; Węgry; północny Cypr i Hiszpanię.

Jeśli zachodnia cywilizacja ma przetrwać to szkalowanie, powinna przypomnieć ludziom o swoich historycznych osiągnięciach: humanizmie i moralności zaczerpniętej z judeochrześcijańskiej tradycji; rewolucje technologiczne; rewolucję rolną i przemysłową w XVIII wieku i cyfrową w XX; polityczną ewolucję do pełnej demokracji; rozdział Kościoła i sądownictwa od państwa; uznanie praw człowieka, a przede wszystkim swoją poważnie zagrożoną dzisiaj wolność słowa.

Na całym świecie wszystkie rozwinięte społeczeństwa pożyczają wiele cech zachodniej kultury; lub pozostają zacofane, jeśli tego nie robią. Wiele z tego, co jest dobre na świecie, istnieje tylko dzięki zachodniej cywilizacji. Zachowanie jej, a nie wyrzucenie lub utrata, jest sprawą o decydującym znaczeniu.

Philip Carl Salzman

Autor jest profesorem antropologii na McGill University w Kanadzie.

Tłumaczenie Małgorzata Koraszewska

Źródło tekstu polskiego: https://pl.gatestoneinstitute.org/14890/multikulturalisci-unicestwiaja-zachodnia




„Większość muzułmanów jest lepsza od Mahometa”

Poniższym artykułem zapowiadamy cykl publikacji poświęconych islamskim dysydentom, reformatorom i liberałom. Przez cały czas istnienia portalu staramy się prezentować ich poglądy i informować o ich sytuacji – wiele z tych osób bowiem za swoje przekonania narażonych jest nawet na śmierć z ręki fanatyków.(red)

* * *

W roku 1979 w Syrii, za panowania autorytarnego prezydenta Hafeza al-Assada na Uniwersytet w Alleppo wkroczyli uzbrojeni terroryści z Bractwa Muzułmańskiego. Ich celem byli alawici, utożsamiani z rządzącym przywódcą państwa.

Z okrzykami „Allahu akbar” wkroczyli do sali wykładowej i na oczach wszystkich rozstrzelali prowadzącego zajęcia znanego profesora medycyny. Historię o tym zdarzeniu, które miało nadać kierunek jej życiu, opowiedziała jedna z obecnych na miejscu studentek, Wafa Sultan. Znamy ją tylko z jej przekazu, ale faktem jest, że od połowy 1979 do lutego 1982 miało miejsce zbrojne „Powstanie islamistów w Syrii” wymierzone w prezydenta, partię Baas oraz alawitów. Liczba ofiar, wedlug różnych szacunków, wynosiła od 3 tys. do nawet 25 tys.

Odejście od Allaha

Wafa Sultan urodziła się w 1958 r. w mieście Baniyas. Pomimo że również była z urodzenia muzułmanką, wyznania alawickiego*, to w tym momencie, jak twierdzi, nastąpił w jej życiu przełom. Straciła wiarę w boga i zaczęła zadawać sobie mnóstwo nowych pytań. Doszła także do wniosku, że musi wyjechać i znaleźć sobie nowego boga. Po wielu latach starań, w 1989 roku razem z mężem o zamerykanizowanym później imieniu David, oraz dwojgiem dzieci opuściła Syrię i osiedliła się w Los Angeles. Po nauce języka oraz uzyskaniu amerykańskiej wersji dyplomu rozpoczęła pracę jako doktor psychiatrii. Zanim do tego doszło, zarabiała jako kasjerka na stacji paliw oraz w obsłudze pizzerii.

Wafa Sultan nie zapomniała o rodzimej społeczności. Dzięki swoim doświadczeniom oraz zdolnościom literackim aktywizowała się w mediach arabskojęzycznych, w tym na portalu www.annaqed.com, prowadzonym w Phoenix przez żyjących na obczyźnie Syryjczyków. Poruszała w nich wiele spraw, jednak po jednym z esejów na temat Bractwa Muzułmańskiego zwróciła na siebie uwagę telewizji Al-Dżazira, która w lipcu 2005 r. zaprosiła ją do debaty z jednym z algierskich duchownych. Podczas rozmowy zadała retoryczne pytanie o to, co pcha młode osoby, często z dobrą perspektywą życiową, do wysadzania się w powietrze w autobusach pełnych niewinnych ludzi?

„Nie rodzą się jako terroryści”

Jak natychmiast sama odpowiedziała, w krajach muzułmańskich jedynym źródłem edukacji jest religia i to ona skłania zamachowców do tych decyzji. „Nie rodzą się oni jako terroryści i nie stają się nimi z dnia na dzień” – mówiła Sultan. Jak twierdzi, islamskie nauczanie odgrywa tu pierwszoplanową rolę, indoktrynując ich krok po kroku i jednocześnie nie dopuszczając innych, naukowych źródeł „Ta edukacja zabija w ludziach człowieczeństwo, wypacza ich charaktery robiąc z nich terrorystów”. I nie jest tak – wywodziła Sultan -– „jak twierdzą niektórzy ignoranci”, że terroryści „wypaczają” religijne nauczanie. Jest właśnie na odwrót, to religijna edukacja wypacza ludzi. „Już recytując dzieciom koraniczne wersy, takie jak ‘(…)będą zabici lub ukrzyżowani albo też obetnie im się rękę i nogę po przeciwnych stronach ciała…’ (Koran, 5:32), bez względu na ich interpretację, bez względu na powód lub czas przekazania, stawia się pierwsze kroki w kreowaniu przyszłego terrorysty.

To co widzimy, co się rozgrywa na międzynarodowej scenie, to nie jest zderzenie religii czy cywilizacji. Jest to zderzenie dwóch przeciwieństw, jest to zderzenie dwóch er, mentalności należącej do Średniowiecza oraz tej, która należy do XXI wieku

Po tym wystąpieniu Wafa Sultan stała się jeszcze bardziej zauważalna. Cytowano ją na całym globie, w tym w arabskich czasopismach oraz portalach. Jednak jeszcze większy rozgłos nadało jej kolejne spotkanie w Al-Dżazirze, 21 lutego 2006 dyskutowała z USA z  zaproszonym do katarskiego studia profesorem uniwersytetu Al-Azhar, dr Ibrahimem al-Khoulym. Sultan wyraziła swój osąd jeszcze dobitniej, i to nie tylko o samym nauczaniu, ale  o całym islamie. Ponieważ proszono rozmówców o ustosunkowanie się do tezy postawionej przez Huntingtona o zderzeniu cywilizacji, Sultan odpowiedziała:

„To co widzimy, co się rozgrywa na międzynarodowej scenie, to nie jest zderzenie religii czy cywilizacji. Jest to zderzenie dwóch przeciwieństw, jest to zderzenie dwóch er, mentalności należącej do Średniowiecza oraz tej, która należy do XXI wieku. Jest to zderzenie cywilizacji z zacofaniem, chaosu z racjonalnością, konfliktem pomiędzy wolnością a opresją, demokracją a dyktaturą, prawami ludzi po jednej stronie, a pogwałceniem tych praw po drugiej, pomiędzy tymi, którzy traktują kobiety jak zwierzęta, a tymi, którzy traktują je jak istoty ludzkie.”

W dyskusji z Ibrahimem Al-Khoulym (Foto: Memri)

Nagroda „Time” za krytykę islamu

Naturalnie oponent nie przyznał jej racji. Zamierzał wywieść dowód o duchowej wyższości islamu nad rozwiniętą materialnie cywilizacją Zachodu. Jednak, gdy nie przekonał tym Sultan, próbował zagłuszyć ją twierdząc, że skoro odeszła od islamu, jest heretyczką, zbluźniła przeciwko islamowi, Mahometowi oraz Koranowi, to nie ma sensu z nią dyskutować.

Nerwową reakcię na krytykę, nieracjonalne zarzuty o bluźnierstwo i osobiste odbieranie krytyki ideologii Sultan potraktowała z właściwą sobie dosadnością. W jednej z licznych wypowiedzi wyraziła się o tym tak: „Problem z muzułmanami jest taki, że nie widzą rozróżnienia między prorokiem, a własnymi nosami. Kiedy krytykujesz Mahometa, jego działania, życie, traktują to tak, jakbyś odcinał im nosy.”

W tym samym, 2006 roku, została uznana przez „Time Magazine” jako jedna ze stu najbardziej wpływowych osób na świecie. Przyczyną było „otwarte wyrażanie krytycznych poglądów na islamski ekstremizm”.

„Muzułmanin to takie irracjonalne stworzenie”

Sultan mówi wprost, bez ogródek, zwłaszcza kiedy wydarzenia nabierają tempa, jak miało to miejsce przy pełnych przemocy demonstracjach przeciwko duńskim karykaturom Mahometa. Wtedy to o braku zdolności do krytycznego myślenia powiedziała: „Muzułmanin to takie irracjonalne stworzenie, które rządzi się instynktami. To [koraniczne] nauczanie pozbawiło go umysłu, wznieciło emocje i zredukowało do poziomu istoty niższego rzędu, która nie potrafi nad sobą zapanować oraz reagować na fakty racjonalnie”.

Takie wypowiedzi spotkały się z natychmiastową krytyką, a Al-Dżazira przepraszała za ich wyemitowanie. Wafa Sultan później tłumaczyła, że nie jest jej celem atakowanie muzułmanów, bo nie chodzi tu o wrodzone cechy ludzi, ale o ideologię islamu, którą jak nie kryje, uważa za złą.

Bezkompromisowość Sultan ma swoje zalety. Uporczywie pytając jest w stanie wykazać, że jej interlokutorzy są przekonani o niższości niewiernych wobec muzułmanów, czy konieczności postawienia prawa szariatu nad innymi prawami. Przykładem jest jej spotkanie z muzułmańskim znawcą islamu, szejkiem Omarem Bakri Muhammadem.

W trakcie dyskusji okazało się, że w jego mniemaniu nie wierzący w Allaha albo mają w niego uwierzyć albo będzie prowadzona wobec nich wojna. „Zgodnie z nakazami szariatu, jego obowiązkiem jest walka z innymi, dopóki nie uwierzą w jego wiarę. Czy na świecie jest cokolwiek gorszego niż szariat?” – podsumowuje wypowiedzi szejka Wafa Sultan. Jakby na potwierdzenie tych słów, po wywiadach w katarskiej stacji dostawała mnóstwo gróźb od urażonych muzułmanów.

„Obrazem potwornego Żyda straszy się na każdym kroku”

Znając powszechny w świecie muzułmańskim negatywny stosunek do Żydów, można założyć, że nie sprawa zderzenia cywilizacji rozwścieczyła muzułmanów, ale porównania sposobu w jaki reagują Żydzi oraz muzułmanie na swoje przeciwności losu.

Mówiąc o holokauście, Sultan twierdziła, że „Żydzi wyszli z tragedii i zmusili świat do szacunku do siebie dzięki swojej wiedzy, a nie terrorowi; dzięki pracy, a nie płaczu i zawodzeniu. Nie widzimy żadnego Żyda wysadzającego się w niemieckiej restauracji. Nie widzimy Żyda niszczącego kościół. Nie widzimy żadnego Żyda protestującego przez  mordowanie innych ludzi. Tylko muzułmanie bronią swojej wiary paleniem kościołów, zabijaniem ludzi czy niszczeniem ambasad. Ta ścieżka do niczego nie prowadzi. Muzułmanie muszą zapytać samych siebie, co mogą zrobić dla ludzkości, by mogli żądać od niej należnego respektu”.

Stosunek do Żydów Wafa Sultan jako muzułmanka miała wdrukowany w dzieciństwie. Jak mówi, każdy muzułmanin od urodzenia uczony jest nienawiści wobec nich. Opisuje swoje nieracjonalne zachowanie już po ucieczce z Syrii do USA. Pewnego razu weszła do sklepu obuwniczego. Sprzedawca zorientował się, że jest Arabką i z sympatią wypytywał ją o szczegóły emigracji. Kiedy zorientowała się, że jest Żydem, uciekła stamtąd w jednym bucie. Dopiero po czasie ze wstydem zastanawiała się nad siłą i mechanizmem tresury, jakiej została poddana w młodości.

Według niej, w islamie Żyd jest wcieleniem diabła i wszelkiego zła. „Obrazem potwornego Żyda straszy się na każdym kroku, w meczecie, szkole, telewizji, internecie, w filmach, książkach i gazetach. Nie ma od tego ucieczki i tkwi to nawet w potocznym języku

Świadek horroru kobiet

Aktywistka szczególną uwagę zwraca na rygor islamu wobec kobiet. Nierówność ich praw wobec mężczyzn jest dla Sultan z oczywistych względów oburzająca. Jej zdaniem w islamie kobieta jest istotą nieczystą, wrzucaną do jednego worka z czarnymi psami i osłami, które przeszkadzają w odprawianiu modłów. Wytyka islamowi praktykę poślubiania dziewięcioletnich dziewczynek przez dorosłych mężczyzn, na wzór Mahometa. Jako przykład podaje swoją dziesięcioletnią siostrzenicę o imieniu Majjada, którą zmuszono do poślubienia starszego o 40 lat kuzyna. Błagała ojca o powrót do domu, lecz bezskutecznie. W wieku 25 lat popełniła samobójstwo przez podpalenie.

Z podobnymi przypadkami Sultan spotkała się później w życiu dzięki swojemu zawodowi. Lekarki, jak mówi, mają szczególny wgląd w życie małżeńskie. Kiedy pracowała w syryjskim szpitalu jako studentka, na oddziale ginekologicznym, widziała mnóstwo przypadków zmaltretowanych żon. Horror, o którym nikt nie wie, mówi Sultan, przeżywają dziewczynki, gwałcone w domach przez członków swoich rodzin, często własnych ojców. „W szpitalach widziała przypadki zaszywania błon dziewiczych. Kiedy jednak dziewczęta zachodzą w ciążę, nie da się tego ukryć. W obawie przed utratą swoiście pojmowanego w kulturze muzułmańskiej honoru, dziewczynki są wtedy mordowane – twierdzi Sułtan na podstawie swojej praktyki –  a jednym ze sposobów pozbawiania ich życia jest zatruwanie ich pestycydami służącymi na co dzień do opryskiwania jabłoni.”

Religia islamska jako źródło dyktatur

Wafa Sultan swoją historię odejścia od islamu przedstawia w książce zatytułowanej „A God Who Hates” (Bóg, który nienawidzi). Zgodnie ze swoją profesją, autorka analizuje w niej psychologiczną naturę islamu, Mahometa oraz Allaha. Ostateczny jej wniosek jest taki, że islam jest zepsuty od podstaw i stwarza zagrożenie gdziekolwiek się pojawi. Z książką warto się także zapoznać z uwagi na dickensowskie przedstawienie szczegółów współczesnego świata arabskiego.

Z kolei dla analizy samego islamu Sultan zabiera nas do samych jego początków. „Urodzeni w surowym środowisku pustyni Arabowie byli zawsze narażeni na ataki, ale i jednocześnie sami atakowali. Islam – jak argumentuje – jest zakorzeniony w strachu. Ludzie tworzyli swoich bogów, a ci, którzy się boją, tworzą boga, mogącego zabijać tych, których się boją. Stąd muzułmanie stworzyli sobie boga, który jest nie tylko pełen współczucia oraz miłosierdzia, ale jest także upokarzający i niszczący. Wszystkimi tymi atrybutami obdarzyli swojego ‘potwora’ i następnie przyswoili je sobie, utożsamiając się z tym ideałem.”

„Taka postawa przekłada się na działania jednostek, ale i rządów państw muzułmańskich. Zachodni politolodzy mają tendencją do traktowania Syrii, rządzonej przez partię Baas, oraz Iraku Saddama Husajna, jako państw świeckich. Oznaczałoby to, że Husajn ze względu na ideologiczne różnice, nie byłby skłonny do współpracy z fundamentalistami takimi, jak Al-Kaida. Z politycznego punktu widzenia było to pewnie prawdziwe. Dla przykładu prezydent Syrii Hafez al-Assad, ojciec dzisiejszego Baszara, zdławił Bractwo Muzułmańskie w swoim kraju.” Jednak, jak sugeruje Sultan w rozmowie z „Forbesem”, źródłem tych dyktatorskich rządów, mimo, że świeckich, jest islam. Uważa, że dyktatury w państwach muzułmańskich są rezultatem islamskiego nauczania, a co do Mahometa, to jest przekonana, że ten był dyktatorem.

Mahomet w opinii psychiatry

Jako psychiatra doktor Wafa Sultan, już poza książką, wysnuwa także i taką konkluzję: „Doszłam do absolutnego przekonania, że jest to niemożliwe… niemożliwe, żeby jakikolwiek człowiek, który przeczytał biografię Mahometa, uwierzył, że ten był zdrowy psychicznie”.

Popularność książki autorki głoszącej takie tezy, przyniosła też oskarżenia. Saudowie rozpuszczali plotki, że nigdy nie była muzułmanką, bo była alawitką. Islamistyczna Rada Stosunków Amerykańsko-Islamskich (CAIR) twierdziła, że z powodów finansowych zmieniła strony i chce dorobić się na nienawiści do islamu. Także strona Loonwatch, oskarżająca krytyków islamu o „islamofobię”, sugerowała jakoby Wafa Sultan domagała się wywierania presji atomowej na Arabię Saudyjską, by ta zmieniła islam. Nie zamieszczono jednak żadnych dowodów, a mimo to pogłoska ruszyła w świat.

Wiele zmieniło się jednak od 2006 roku, kiedy Wafa Sultan dostała nagrodę za krytykę ekstremizmu; dzisiaj udostępnianie jej wideo z tamtego czasu może posłużyć do oskarżenia udostepniającego o „islamofobię”.

Czy narodzi się Bóg, który kocha?

Tacy dysydenci, jak Wafa Sultan, pokazują świat, który nie do końca jest dla nas zrozumiały. Przyzwyczailiśmy się także do pewnych terminów, takich jak islamizm, islam polityczny, islam umiarkowany itp. Tymczasem są to jedynie pewne próby zdefiniowania tej religii oraz jej wyznawców. Na Bliskim Wschodzie, jak wskazuje Sultan, nikt w ogóle nie zna tych pobocznych pojęć. Funkcjonuje wyłącznie islam. Identycznie wyraził się też prezydent Turcji, Erdogan.

Lewicowi intelektualiści Zachodu chcą natomiast widzieć islam według własnych kryteriów. Wafa Sultan stara się do nich apelować, „by się obudzili i dostrzegli nieludzkie przepisy oraz praktyki islamistów, by zdali sobie sprawę, że wartości, które cenią, stoją w opozycji do islamu.”  Z jakim skutkiem, trudno powiedzieć.

Muzułmanie jednak, zdaniem Wafy Sultan, nie powinni mieć do niej pretensji. Uważa ona bowiem, że nie krytykuje ich samych, lecz tylko islam. Jak mówi: „Problemem chrześcijan jest, że nie są oni tak dobrzy jak Jezus. Jednak dzięki Bogu, większość muzułmanów jest lepsza od Mahometa”.

Sultan wierzy także w przemianę. Swoją książkę kończy nadzieją, że jej wysiłki nie pójdą na marne i narodzi się nowy bóg, Bóg, który kocha.

Sławosz Grześkowiak

Historyk, filolog angielski oraz absolwent Studium Literacko-Artystycznego UJ. Interesuje się islamem oraz terroryzmem islamskim.

——————————-

Polecamy również cykl „Ideolodzy i bojówkarze dzihadyzmu”.

———————

* Alawizm jest tożsamy z islamem tylko w niektórych aspektach.




Włoskie scenariusze

Zwolennik powstrzymania imigracji, Matteo Salvini, opuszcza włoski rząd. Czy oznacza to koniec politycznej kariery byłego ministra spraw wewnętrznych, czy – wręcz przeciwnie – zapowiada jego przyszły triumf?

Gorąca atmosfera włoskiej polityki

Atmosfera panująca na sali obrad włoskiego parlamentu doskonale obrazowała stan klasy politycznej. Padały mocne słowa. Oskarżenia o „zdradę”, „kradzież demokracji” po stronie Ligi Północnej, zaś po stronie nowej koalicji wezwania do spokoju oraz obietnice rządowe zmierzające do uzdrowienia gospodarki. Stary premier w nowej koalicji, Giuseppe Conte, w swoim expose zapowiedział skoncentrowanie się na sprawach gospodarczych i społecznych, plan wsparcia kobiet i młodych bezrobotnych. Nowy rząd zamierza zacieśnić współpracę z instytucjami Unii Europejskiej.

„Ochrona interesów narodowych nie oznacza jałowego zamykania się w izolacjonizmie” – mówił premier Conte. Z jego słów można wywnioskować, że zamierza złagodzić antyimigracyjny kurs Salviniego, zbliżając się w ten sposób do stanowiska Francji i Niemiec w kwestii polityki migracyjnej. Nieprzypadkowo nowy premier akcentował znaczenie „solidarności” jako metody rozwiązywania kryzysu. Jedną z jego pierwszych wizyt zagranicznych będzie spotkanie z nową przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen. Dla von der Leyen odejście Salviniego jest zapewne dobrą informacją.

Coś więcej niż polityczny konflikt

Koalicja Ruchu Pięciu Gwiazd z Ligą Północną dla wielu obserwatorów sceny politycznej była niemałym zaskoczeniem. Ostatecznie 1 czerwca 2018 roku powstał rząd premiera Conte, w którym funkcję wicepremiera oraz ministra spraw wewnętrznych pełnił Matteo Salvini. W sierpniu koalicja się rozpadła. Salvini liczył na to, że kryzys gabinetowy zakończy się wcześniejszymi wyborami. Tak się jednak nie stało i niespodziewanie w sojusz weszły ugrupowania dotychczas sobie wrogie – Partia Demokratyczna i Ruch Pięciu Gwiazd.

Można byłoby przypuszczać, że to kolejna polityczna awantura w typowo włoskim stylu (nad Tybrem premierzy zmieniają się mniej więcej co 11 miesięcy); tak jednak nie jest, bowiem w dzisiejszych Włoszech jak w soczewce skupiają się najważniejsze konflikty polityczne współczesnej Europy. Pierwszy z nich dotyczy kryzysu migracyjnego i sposobów jego rozwiązywania. Drugi ujawnia ostry konflikt między metodami działania instytucji demokratycznych a obywatelami. Trzeci w końcu obejmuje rosnący rozdźwięk między „nowoczesnymi i europejskimi elitami” a tzw. populistami.

Salvini umie odczytać nastroje społeczne wobec migracji

Salvini jako minister spraw wewnętrznych dał się poznać jako skuteczny polityk, który wprowadzając dość zdecydowane środki (np. konfiskata statków), był w stanie znacznie ograniczyć liczbę nielegalnych imigrantów sprowadzanych do Włoch zarówno przez przemytników, jak i organizacje pozarządowe. Ta odpowiedź na kryzys migracyjny pokazała nie tylko sprawczość lidera Ligi, ale także bezwład dotychczasowej polityki. To właśnie spełnienie oczekiwań społecznych, jak również wzięcie pod uwagę realistycznej, nie zaś ideologicznej argumentacji w sprawie migracji, pozwoliło wybić się mu na prowadzenie w sondażach poparcia.

Bez wątpienia dziś kwestia rozwiązania problemu migracyjnego stanowi najważniejsze wyzwanie dla klasy politycznej na Zachodzie. Co istotne, oficjalnym powodem rozpadu koalicji było niedotrzymywanie umowy koalicyjnej przez Ruch Pięciu Gwiazd w zakresie wydalenia z Włoch pól miliona nielegalnych imigrantów. Oczywiście nie brakowało przy tym chłodnej kalkulacji politycznej, obliczonej na upadek rządu i zwycięstwo w nowych wyborach parlamentarnych.

Demokracja demokracją, a władza ma być w naszych rękach

Nie jest tajemnicą, że polityczny sojusz Ruchu Pięciu Gwiazd z Partią Demokratyczną spaja nie wspólna wizja programowa, lecz chęć odsunięcia od siebie widma wcześniejszych wyborów. Dla tych partii politycznych oznaczają one uszczuplenie politycznego wpływu. Bieżące sondaże pokazują ponad 40% poparcia dla ugrupowania Salviniego. Polityk ten ma za sobą duży sukces w wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których Liga zdobyła 38% głosów.

Populista, czyli kto?

Sprzeciw wobec niekontrolowanej migracji to nie jedyna kwestia, która zjednywała wyborców Salviniemu. Istotne były także kwestie ekonomiczne. Jak pisze komentator „The Wall Street Journal” – Gospodarka Włoch „z PKB o wartości 2 miliardów dolarów, od roku znajduje się na krawędzi poważnej recesji i jest zblokowana sporem budżetowym z Brukselą. Nikt nie wie dokładnie, jak nowy rząd na to odpowie. Salvini rozumiał, że najlepszą opcją dla Włoch jest wyjście z tych problemów i zaproponował w tym celu podatek liniowy. Salvini chciał walczyć z „brukselską ortodoksją wysokich podatków”.

Premier Conte rozwiązania problemów gospodarczych i migracyjnych będzie szukał opierając się na instytucjach unijnych. Jak zapowiedział, jego wysiłki będą zmierzać w stronę reformy polityki budżetowej UE oraz wynegocjowania jak najlepszego budżetu w 2020 roku. W praktyce będzie starał się znieść ograniczenia deficytu budżetowego, który zgodnie z prawem unijnym nie może przekroczyć 3% KPB. Słowem, działania te będą zmierzać w stronę jeszcze większego zadłużenia państwa.

Czy obywatele Włoch wybaczą politycznym elitom, że chcą nimi rządzić nie poddając się – w warunkach kryzysu politycznego – demokratycznej weryfikacji?

Można tutaj postawić pytanie, kto w istocie jest populistą? Ten, który chce ożywiać gospodarkę niższymi podatkami (Salvini) czy też ten, który chce zadłużać państwo, de facto przekraczając „próg bezpieczeństwa”. Obecny rząd Włoch stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Musi znaleźć oszczędności na blisko 23 miliardy euro, gdyż inaczej nie wywiąże się z obowiązków nałożonych przez unijne regulacje budżetowej dyscypliny.

Wsparcie Brukseli w zamian za odsunięcie Salviniego?

Rząd współtworzony przez Partię Demokratyczną pozostaje w bliskich stosunkach z kanclerz Niemiec i nową przewodniczącą Komisji Europejskiej. Prawa włoska donosiła, że sama Angela Merkel miała naciskać na szefa Partii Demokratycznej w sprawie przystąpienia do koalicji z Ruchem Pięciu Gwiazd i odsunięcia tym samym od władzy Salviniego. Ingerencja ta nie dziwi, bo poprzedni rząd w wielu wypadkach szedł pod prąd głównemu nurtowi UE, wyznaczanemu przez Berlin i Paryż, więc nieobecność lidera Ligi Północnej w rządzie jest spełnieniem politycznych marzeń zarówno Macrona, jak i Merkel. Ta rozgrywka polityczna władz niemieckich pozwoliła Salviniemu oświadczyć, że „Partia Demokratyczna służy zagranicznym interesom”.

Tutaj rodzi się pytanie, za jaką cenę lider Partii Demokratycznej zgodził się współtworzyć rząd, który z powodu ogromnych różnic ideowych i tożsamościowych jest bardzo słaby. Można podejrzewać, że zgoda na uczestniczenie w tym egzotycznym sojuszu partii z jądra establishmentu (Partia Demokratyczna) z ugrupowaniem do niedawna zdecydowanie antysystemowym (Ruch Pięciu Gwiazd) wiązało się, mówiąc kolokwialnie, z jakimś politycznym układem. Najpewniej stawką było negocjowanie nowego unijnego budżetu.

Może więc instytucje unijne spojrzą przychylnym okiem na postulaty Włochów i nie będą tak restrykcyjnie domagać się wdrożenia oszczędności? Plany te pokrzyżować może kanclerz Austrii, który widział do pewnego stopnia w Salvinim swojego sprzymierzeńca w kwestiach migracyjnych, a teraz zapowiada sprzeciw wobec złagodzenia dyscypliny budżetowej. Na TT napisał: „Włochy nie mogą stać się drugą Grecją. Nie jesteśmy przygotowani na spłacanie długów Włoch”. Obecnie zadłużenie państwa włoskiego przekracza 2,3 bln EUR, co stanowi 132% PKB. Wśród państw Wspólnoty bardziej zadłużona jest jedynie Grecja. Najbliższe tygodnie pokażą, czy Rzymowi uda się dojść do porozumienia w Brukselą w strawie redukcji zadłużenia.

Co dalej z Salvinim?

Kiedy plan z wcześniejszymi wyborami nie wypalił, Salvini natychmiast zorganizował protesty przeciwko nowemu rządowi. Na wiecach, manifestacjach i w mediach społecznościowych deklaruje wolę walki o władzę. Wie, że sympatie Włochów ma po swojej stronie. Badania opinii publicznej pokazują, że 67 procent obywateli Republiki chce wybrać nowy parlament. Nie bez znaczenia są także działania nowego gabinetu w sprawie migracji, które, co ciekawe, mogą przynieść rozczarowanie obu stronom sporu – działaczom organizacji sprowadzających imigrantów, jak i zwolennikom ostrego kursu przeciwko imigracji. Bez wątpienia ponowne otwarcie włoskich portów dla imigrantów umocni pozycję Salviniego. Rząd może próbować zmieniać metody (rezygnacja z konfiskaty statków oraz karania działaczy NGO sprowadzających imigrantów), jednak nastroje elektoratu pozostają w istocie niezmienne.

W tym momencie, biorąc pod uwagę specyfikę włoskiej polityki, można nakreślić kilka scenariuszy:

– Nowy rząd zrywa z polityką migracyjną Salviniego i realizuje nakazane przez Unię cięcia budżetowe. W tym wariancie utrzymuje się do wyborów parlamentarnych w konstytucyjnym terminie roku 2023, jednak rządzi w zasadzie wbrew społeczeństwu, gdyż pozycja Ligi Północnej wciąż pozostaje bardzo silna.

– Nowy rząd w zasadzie utrzymuje politykę migracyjną Salviniego i łagodzi presję budżetową na Włochy. Pozwoli to na stopniowe przejmowanie jego elektoratu i odzyskiwanie poparcia w sondażach. Salvini w ten sposób traci paliwo wyborcze.

W końcu możliwy jest scenariusz wypróbowany przez prezydenta Francji w rekacji na protesty żółtych kamizelek. Przeczekać aż przeciwnik się wypali, a obywatele znudzą protestami.

Czy Włosi wybaczą politykom arogancję?

W tym kontekście kluczowe pytania brzmią jednak inaczej. Czy obywatele Włoch wybaczą politycznym elitom, że chcą nimi rządzić nie poddając się – w warunkach kryzysu politycznego – demokratycznej weryfikacji? Czy nie odczytają koalicji Ruchu Pięciu Gwiazd z Partią Demokratyczną jako próby desperackiego trzymania się stanowisk lub ulegania presji Niemiec i Francji? Czy można przejść obojętnie obok postawy 67 procent obywateli Włoch, którzy chcą nowego parlamentu i rządu? Jeżeli Salviniemu uda się utrzymać nastroje społeczne, to w dłuższej lub krótszej perspektywie może powrócić do władzy. Wtedy jego pozycja będzie o wiele silniejsza. Zresztą pewnym wskaźnikiem reakcji społeczeństwa na niedawny kryzys będą protesty przeciwko nowemu rządowi. Są one zapowiadane na 13 października oraz wybory regionalne (27 Październik w Umbrii, w listopadzie w Kalabrii, w grudniu zaś w Emilii-Romanii).

Piotr Ślusarczyk

Źródła: https://www.gatestoneinstitute.orghttps://www.telegraph.co.uk; https://www.euractiv.com




Sekularyzm i islamizm. Rywalizujące ideologie w świecie islamskim

Rehan Khan

Niedługo po śmierci w roku 1707 Aurangzeba Alamgira I, szóstego władcy Imperium Wielkich Mogołów w Indiach, państwo to pogrążyło się w politycznej dekadencji.

W 1722 r. przestało istnieć ustanowione w Iranie, zniszczone wewnętrznymi rozłamami imperium Safawidów. Imperium Osmańskie poniosło porażkę w 1683 r. pod Wiedniem, po czym systematycznie traciło zasięg terytorialny i przeżywało pasmo niekończących się porażek. Pod koniec XVIII w. te trzy imperia nie mogły już narzucać światu swojej władzy. W dusznym intelektualnym klimacie świata islamskiego Szach Waliullah Dehlawi pojawił się w centrum uwagi jako surowy uczony wielkiego kalibru i o wielkiej erudycji. Dehlawi, uznany przez Muhammada Iqbala za ostatniego wielkiego uczonego klasycznego islamu, pod koniec lat 1730. napisał słynny traktat pt. „Rozstrzygający argument Boga”. W swoim wielkim dziele jako pierwszy islamski dialektyk wysunął ideę panislamizmu.

Idea panislamizmu, stworzona jako wszechogarniająca polityczna wizja zjednoczenia wszystkich krajów islamskich pod rządami jednego imperium, była następnie rozwijana przez ruch Młodoturków w Imperium Osmańskim. Kolejnym jej zagorzałym propagatorem był afgański działacz polityczny i ideolog Dżamal ad-Din al-Afgani. Urodzony w irańskim Asadabadzie i wykształcony w północnych Indiach, Afgani był w swoich czasach wyjątkowo błyskotliwym metafizykiem. Amerykańska badaczka Nikkie Keddie w książce pt. „Syed Jamaal uddin Afghani: A Political Biography” pisze, że Afgani wykorzystał swoją intelektualną energię do szerzenia wizji islamskiego odrodzenia. Panislamizm stał się integralną częścią polityki zagranicznej Imperium Osmańskiego, prowadzonej przez sułtana Abdulhamida II. Sułtan wraz z Afganim promowali panislamizm, jako skuteczne narzędzie rozpowszechniania idei zwierzchnictwa Imperium Osmańskiego jako jedynego rzecznika islamskiej jedności pod koniec XIX w.

Wielkie powstanie arabskie z 1916 r. okazało się wyzwaniem dla kluczowych dogmatów panislamizmu. Gwoździem do trumny tej idei były decyzje Wielkiego Zgromadzenia Narodowego Turcji o zniesieniu sułtanatu (z 1922 r.) oraz kalifatu (z 1924 r.). Pojawiła się wtedy całkowicie nowa polityczna wizja islamu. W 1925 r. libański uczony Rashid Rida napisał traktat naukowy, w którym rozważał opcje polityczne możliwe do zrealizowania po rozpadzie kalifatu. Po raz pierwszy w historii islamu użył terminu „państwo islamskie” czy też „Dawlat-al-Islamia”, odnosząc się do idei państwa określonego poprzez terytorium, ale rządzonego zgodnie z kodeksem religijnym. Idea państwa islamskiego, będąca w traktacie Ridy jeszcze w zalążku, została udoskonalona i poddana filozoficznym rozważaniom przez Muhammada Asada i Syeda Abula A’la Maududiego. Błyskotliwy samouk Maududi stał się architektem współczesnego islamskiego odrodzenia.

Vali Nasr, amerykańsko-irański naukowiec specjalizujący się w tematyce bliskowschodniej, jest zdania, że wizja Maududiego wpłynęła na Hassana al-Bannę i Saida Kutba w Egipcie, Muhammada Bakira as-Sadra w Libanie i ajatollaha Chomeiniego w Iranie. Wypracowana przez Maududiego i spisana w jego książce pt. „Four Basic Quranic Terms” (Cztery podstawowe pojęcia koraniczne) koncepcja suwerenności pochodzącej jedynie od Boga, stała się lejtmotywem współczesnego islamskiego dyskursu politycznego.

Termin „islamizm” w języku angielskim został użyty w latach 1960. przez pakistańskiego polityka Fazlura Rahmana do opisania wizji politycznej Maududiego i Kutba. Zdaniem amerykańskiego autora i analityka Grahama Fullera, islamizm to „przekonanie, że islam ma coś szczególnego do powiedzenia w kwestii polityki i rządów politycznych”. Islamizm to polityczna teologia, której celem jest ustanowienie państwa zakotwiczonego w tradycyjnym systemie wierzeń. Islam, jak możemy przeczytać w tekstach powyższych islamistów, oferuje kompleksowy program zawierający wizję polityczną, której celem jest uzyskanie dominacji nad innymi systemami politycznymi. Polityka, zgodnie z islamistyczną literaturą, nie jest środkiem prowadzącym do celu, ale celem samym w sobie.

* * *

Co ciekawe, w rok po zniesieniu kalifatu kompleksowy traktat poświęcony polityce napisał również Ali Abd ar-Razik, egipski profesor prawa. Ali T. Souad, autorka książki pt. „A religion, not a state”, uznaje Razika za pierwszego islamskiego zwolennika sekularyzmu. Razik zdobył wykształcenie w seminarium uniwersytetu Al-Azhar i spędził dużo czasu ucząc się pod okiem orientalistów na Uniwersytecie Oksfordzkim. Jego książka pt. „Islam and the foundations of islamic rule” (Islam i podstawy islamskich rządów), opublikowana w 1925 r., okazała się punktem zwrotnym we współczesnej historii intelektualnej islamu. Razik przeanalizował traktaty polityczne wcześniejszych islamskich teoretyków i stwierdził, że niewłaściwie zinterpretowali oni przekaz islamu. Jego zdaniem państwo Medyna nie zostało powołane do życia przez proroka islamu jako część jego „boskiego projektu”, ale powstało jako rezultat wymagań politycznych. Razik uważał, że prorok, ustanawiając Medynę państwem w 622 r., „skorzystał ze swojej swobody decyzyjnej”.

Uczony wyjaśniał następnie, że państwo i kalifat to dwie oddzielne koncepcje. Jego zdaniem islam wymaga od muzułmanów ustanowienia państwa, ale nie narzuca żadnej formy ani stylu rządzenia. Państwo z definicji ma być świecką instytucją mającą niwelować różnice między ludźmi. Kalifat natomiast był formą rządów ustanowioną przez wczesną islamską społeczność w ramach próby prowadzenia tradycyjnego system politycznego w zgodzie z wymaganiami tamtych czasów.

Razik zdecydowanie twierdził, że kalifat nie był częścią islamskiej wiary. Wykorzystał całą swą szeroką wiedzę na temat tradycyjnych islamskich nauk (zwłaszcza teologii i prawa stanowionego), żeby obalić teorie dawnych islamskich teoretyków, takich jak Al-Mawardi, Al-Baqillani, Al-Ghazali, Ibn Tajmijja czy Waliullah Dehlawi. Jego pomysłowość polegała na zdolności wykazania błędów logicznych w pismach teologicznych dawnych islamskich uczonych.

Razik utrzymywał, że religia islamu nie wskazuje żadnej konkretnej formy rządów. Jego zdaniem Bóg i Prorok powierzyli społeczności muzułmanów zadanie nakreślenia planu systemu politycznego. Sekularyzm Razika opiera się na promowanym przez niego założeniu, że religia nie narzuca nic polityce i nie definiuje jej. Jego świeckie poglądy rozwijali Khalid Muhammad Khalid i Husajn w Egipcie, Kasravi i Abdel Karim Soroush w Iranie, Muhammad Arkoun w Algierii, Mehmoud Muhammad Taha i Naim Abdullahi w Sudanie oraz Javed Ahmed Ghamidi w Pakistanie.

Sekularyzm i islamizm to dwie rywalizujące wizje polityczne w islamskim świecie. Pierwsza z nich naciska na elastyczny, demokratyczny system polityczny, druga zaś żąda bezwzględnego przestrzegania islamskich nakazów i zasad. Warto pamiętać jednak o tym, że obie pojawiły się w latach 1920. jako odpowiedź na obalenie kalifatu w roku 1924.

Rehan Khan jest absolwentem Uniwersytetu Nowojorskiego, gdzie uzyskał tytuł magistra historii i filozofii. Obecnie robi na tej uczelni doktorat.

Tłumaczenie Bohun, na podst. https://www.eurasiareview.com




KE wzywa: przyjmujcie Libijczyków. A w Grecji kolejny kryzys

Jan Wójcik

Podczas gdy migracyjny komisarz UE z Grecji Dimitris Avramopoulos zachęca Europę, żeby przyjmować jak najwięcej uchodźców z Afryki, rząd Grecji zastanawia się, jak się pozbyć nielegalnych imigrantów przybywających coraz częściej z Turcji.

Turcja tymczasem straszy, że wypuści ich od siebie coraz więcej. Od 2015 roku minęły cztery lata, witajcie w tym samym miejscu.

Grecki komisarz swoje…

Kończący powoli kadencję Avramopoulos wezwał do zwiększenia bezpośredniego przesiedlania uchodźców z obozów w krajach poza UE, informuje „Welt am Sontag”. Do tego wzywa też Komisja Europejska, oczekując od państw Europy ochrony i integracji tychże. Mowa między innymi o uchodźcach z Libii, którzy znaleźli się w Nigrze i potrzebują „natychmiastowego przeniesienia”, ponieważ im więcej kraje Unii przyjmą imigrantów, tym więcej nowych uchodźców z Libii będzie mógł przyjąć Niger. Trwają też rozmowy ONZ z Rwandą, która ma przyjmować Libijczyków szukających schronienia.

W ramach dobrowolnej, bezpośredniej relokacji, do Europy sprowadzono w ciągu ostatnich dwóch lat 35 tysięcy osób, podaje Avramopoulos – to więcej niż kiedykolwiek. „Ale nie powinniśmy być zadowoleni – stwierdza. – Relokacje powinny zostać najważniejszym sposobem wjazdu na teren Unii Europejskiej dla potrzebujących ochrony”. To także jego zdaniem sposób, żeby ci, którzy chcą dostać się do Europy, dotarli w sposób bezpieczny, a nie podejmowali ryzykownych podróży organizowanych przez przemytników.

Poglądy komisarza ds. migracji są spójne. Dwa lata temu zdobył się na szczerość i mówił, że według jego wizji imigranci mają pozostać w Europie, fale imigracyjne nie są do zatrzymania i trzeba się z tym pogodzić.

A grecki rząd swoje…

Tymczasem w Grecji wybuchł kolejny kryzys związany z przeciążeniem imigracyjnym. Po nagłym lądowaniu na wyspie Lesbos 600 imigrantów z Turcji grecka Rada Bezpieczeństwa podjęła decyzję o przyspieszonym ich odsyłaniu, wzmocnieniu straży przybrzeżnej i zwróceniu się o pomoc do NATO. Połowa z 80 tysięcy imigrantów powinna zostać odesłana do Turcji. Na razie, na mocy porozumień z Turcją z 2016 roku, odesłano ich 1800. W samym sierpniu, jak podaje „Ekathimerini”, na greckie wyspy dotarło 6 tysięcy osób, które zgłaszają się jako poszukujące azylu.

W greckich urzędach migracyjnych zalega 67 tysięcy aplikacji azylowych, czekających na rozpatrzenie. Urzędnicy mogą przerobić 2400 miesięcznie. Procedury zajmą dwa i pół roku, a tymczasem codziennie średnio przybywa około 250 nowych wniosków.

Zdaniem „Ekathimerini” to objaw presji wywieranej przez Turcję na Unię Europejską. 22 lipca turecki minister spraw wewnętrznych Suleyman Soylu miał powiedzieć, że żaden europejski rząd nie poradzi sobie, jeżeli Turcja otworzy wrota imigracyjne. A powodów do nacisków jest coraz więcej. Poza tureckimi próbami coraz większej aktywności w Syrii, jest stara kwestia sporu z Grecją o strefę przybrzeżną wokół wysp, czy przymiarki do wydobycia węglowodorów we wschodniej części Morza Śródziemnego, gdzie konkurują Turcja, Grecja, Cypr i Izrael.

I Turcja też swoje

Soylu odrzuca jednak oskarżenia Grecji i twierdzi, że to z nią jest problem, a liczba imigrantów przedostających się z Turcji na wyspy spadła rok do roku. Władze tureckie przyznają, że wzrasta liczba osób próbujących dostać się do Unii Europejskiej, ale pokazują też, że liczba przechwyconych przez turecką straż przybrzeżną imigrantów również znacznie wzrosła. W sierpniu zatrzymano około 7800, a w tym samym miesiącu 2018 roku tylko 1300.

Pomimo deklaracji Turcji o współpracy i realizacji porozumień o zatrzymywaniu imigracji, kwestia ta pozostaje dalej narzędziem szantażu. Prezydent Turcji Erdogan w czwartek 05.09 ponownie domagał się wsparcia od Unii Europejskiej grożąc, że wpuści 3,6 miliona osób szukających azylu. Domaga się nie tylko wsparcia finansowego, ale także zgody na strefę buforową na granicy turecko-syryjskiej, która de facto wypchnie syryjskich Kurdów z zamieszkałych przez nich terenów. 

Istnieje więc ryzyko, że pomimo upływu prawie całej kadencji Parlamentu i Komisji Europejskiej przeżyjemy deja vu. Czyli masową imigrację od strony Turcji, bezradną Grecję i Komisję, której jedynym działaniem są naciski, żeby kraje UE przyjmowały jak najwięcej szukających azylu, z których mniejszość ten azyl otrzyma, a reszta nie zostanie deportowana.




Erdogan: Turcja powinna mieć broń atomową

Turcja może chcieć rozwinąć własny militarny program nuklearny, zasugerował prezydent Recep Tayyip Erdogan na Forum Ekonomicznym Środkowej Anatolii.

„Niektórzy mają rakiety nuklearne, [ale mówią nam, że] my nie powinniśmy mieć nuklearnych rakiet. Nie akceptuję tego”, powiedział w swoim wystąpieniu prezydent Erdogan. „Stany Zjednoczone i Rosja mają je. Każdy rozwinięty kraj ma je”, kontynuował. Powołał się też na przykład Izraela: „Mamy w pobliżu Izrael, prawie sąsiada. Oni straszą  [inne narody] posiadaniem broni nuklearnej. Nikt nie jest w stanie ich tknąć”.

Pogarszają się relacje Turcji z USA

Czy chęć dołączenia do klubu mocarstw nuklearnych związana jest z pogarszającymi się relacjami pomiędzy Turcją i Stanami Zjednoczonymi? Z jednej strony USA nie chcą dać swobodnej ręki Turcji w działaniach na terytorium Syrii, wymierzonych przede wszystkim przeciwko sojusznikom USA, Kurdom. Z drugiej następuje zbliżenie Turcji z Rosją, od której kupuje rakietowe systemy przeciwlotnicze S-400, co z kolei grozi zamknięciem dostępu do amerykańskich samolotów F-35 i innych nowoczesnych technologii wojskowych. Rosja jednak nie przyzwala też prezydentowi Erdoganowi na swobodne działanie w Syrii, wspierając w prowincji Idlib wojska Assada przeciwko rebeliantom, milicjom i terrorystom popieranym przez Turcję.

Możliwe więc, że w ten sposób Turcja będzie próbowała zagwarantować sobie bezpieczeństwo w świecie – który odchodzi od zimnowojennego układu – poprzez posiadanie głowic nuklearnych. Kierunek ten potwierdza też turecki analityk polityczny prorządowej  telewizji TRT World. „Nie widzę powodu, dlaczego USA lub NATO miałyby mieć coś przeciwko rozwijaniu broni nuklearnej przez członka sojuszu, Turcję, jeżeli tak postanowi. W końcu USA przez dekady przechowywała bomby atomowe B61 w bazie lotniczej Incirlik”, napisał na Twitterze.

Retoryka czy zmiana układu sił

Ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Karol Wasilewski uważa, że to między innymi „ofensywa w tureckiej‚ wewnętrznej polityce zagranicznej’”. Jak pisze, Erdogan dzień wcześniej „zasugerował ambicje nuklearne, a dziś straszy Europę napływem syryjskich uchodźców i informuje, że ‚strefa bezpieczeństwa’ we wschodniej Syrii musi powstać do ost. tygodnia września”. Ta retoryka, niezależnie od tego, czy kryją się za nią rzeczywiste nuklearne ambicje, ma związek z gorszymi notowaniami prezydenta. Według ostatniego sondażu spadły o 10 punktów procentowych, a wśród nacjonalistów wzrosła znacząco negatywna ocena jego prezydentury.

Wasilewski jednak podaje też informacje od innych ekspertów. Przyczyną może być wycofanie się Stanów Zjednoczonych z „Układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu” (INF) zawartego w 1987 między I sekretarzem KC KPZR Michaiłem Gorbaczowem, a prezydentem USA Ronaldem Reganem. INF zakazywał rakiet o zasięgu od 500 do 5 500 km. USA wycofały się w sierpniu tego roku, bo [z materiałów uzyskanych przez NATO wynikało, że] Rosja zasadniczo złamała zakaz rozmieszczając takie rakiety. To z kolei zwiększa zagrożenie dla „krajów frontowych” NATO jak Turcja czy także Polska.

Z takim poglądem nie zgadza się z kolei Aaron Stein z Foreign Policy Research Institute. Twierdzi, że to tylko retoryka. Turecka obrona przed bronią średniego zasięgu w regionie opierała się na konwencjonalnym przeciwdziałaniu i pozyskaniu systemów obrony przeciwko rakietom balistycznym. To, co robi Turcja, zdaniem Steina, to próba wyjścia poza zachodni system zbrojenia i zabezpieczenie się na trwające – w percepcji Erdogana – osłabienie Zachodu, który do tej pory gwarantował tureckie bezpieczeństwo. Coraz bardziej widoczny brak zakorzeniania Turcji w zachodnim, liberalnym porządku demokratycznym, przy jednoczesnej zmianie układu sił, może sugerować, że kraj ten będzie się starał zapewnić sobie nuklearne gwarancje bezpieczeństwa samodzielnie.

Deklaracja Erdogana może rozpocząć wyścig zbrojeń nuklearnych na Bliskim Wschodzie.

Pojawiały się też, po puczu przeciwko Erdoganowi w 2016r., informacje, że Stany Zjednoczone przeniosą z Turcji (a nawet może już zabrały) składowaną tam broń nuklearną, będącą pod kontrolą USA, ale jednak także chroniącą kraj. Wezwania do likwidacji programu dzielenia się głowicami atomowymi z Turcją pojawiły się także w tym roku. Nic więc dziwnego, że Turcja odbiera to jako zagrożenie dla swojego obecnego potencjału.

Bliskowschodni wyścig nuklearny?

Deklaracja Erdogana może rozpocząć wyścig zbrojeń nuklearnych na Bliskim Wschodzie. Broń taką posiada Izrael, ale od lat stara się ją uzyskać Iran. Z kolei Arabia Saudyjska, rywalizująca z Turcją o prymat w świecie muzułmańskim, zapowiadała już, że jeżeli broń nuklearna znajdzie się w posiadaniu Iranu, sama też ją szybko zdobędzie. Nie mówiąc już o wojnach proxy, jakie Turcja toczy z krajami Zatoki Perskiej na terenie Syrii czy Libii.

Potencjał nuklearny Turcji

Podstawowe pytanie brzmi, na ile Turcja jest w stanie wejść w posiadanie głowic nuklearnych? Czy są to tylko deklaracje Erdogana dla zjednania sobie elektoratu? Turcja buduje elektrownię jądrową w Akkuyu. Buduje ją przy pomocy rosyjskiego Rosatomu i jej ukończenie ma trwać pięć lat, wobec rekomendowanych przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej IAEA 10-15 lat. Największe zaniepokojenie budzi to, że Turcja nie chce umowy na dostarczanie uranu i odbiór zużytych rdzeni, a chce sama dostarczać i przetwarzać potem paliwo. Oznacza to, że będzie mogła też zająć się jego wzbogacaniem. Co więcej, deklaruje chęć zwiększenia liczby reaktorów z planowanych ośmiu do dwudziestu. To droga, którą obrał Iran. Drugim elementem jest rozwijający się coraz szybciej własny program rakiet balistycznych. Trzeci, na który zwracają uwagę Izraelczycy, to rozwijanie programu kosmicznego, w tym wojskowych satelitów komunikacyjnych, które będą umieszczane na orbicie począwszy od 2023 roku.

IAEA nie znalazła jak do tej pory świadectw na ukryte działania zmierzające do uzyskania broni nuklearnej, ani też Turcja nie posiada, według ekspertów, wystarczającej technologii, jednakże są to dane z 2015 roku.

Trzeba pamiętać też, że Turcja to nie izolowana Korea Północna i nie Iran, funkcjonujący przez długi czas na obrzeżach systemu międzynarodowego. Tym bardziej więc dojście do poziomu posiadania własnych głowic nuklearnych, w sytuacji relatywnej bliskości z Zachodem, zwiększonej przez to kontroli i ewentualnej presji ze strony partnerów, takich jak NATO i UE, będzie dla Turków niezwykle trudne.

Jan Wójcik

Analiza pochodzi z Instytutu Spraw Europejskich projekt monitorowania Turcji.