Indonezja na drodze do arabskiego fundamentalizmu

„Arabisasi” czyli „arabizacja” to w Indonezji określenie oznaczające rosnący wpływ politycznego islamu, burek i hidżabów, częstsze stosowanie przepisów o bluźnierstwie, rozwój nowych meczetów i szkół religijnych oraz prześladowania mniejszości.

Indonezja uważana była za przykład „tolerancyjnego islamu” i oficjalnie jest krajem sześciu religii, a ideologią państwową jest Pancasila („Pięć zasad”) a nie islam, lecz pod wpływem Arabii Saudyjskiej staje się coraz bardziej religijnie konserwatywna.

To kraj o największej liczbie muzułmańskiej ludności na świecie – mieszka tam ponad 220 milionów muzułmanów; stanowią około 87% ludności. Przez 150 lat, do roku 1949, Indonezja była kolonią holenderską, po uzyskaniu niepodległości miała silną partię komunistyczną, a od 1965 roku przez kolejne trzydzieści lat była dyktaturą świecką – wszystko to sprawiło, że islam był tam raczej sprawą prywatną i  musiał współistnieć z innymi religiami i ideologiami.

Przemiany w duchu wahhabizmu

Dla Arabii Saudyjskiej Indonezja jest jednym z głównych obszarów jej wieloletniego projektu przekształcania islamu na świecie na bardziej fundamentalistyczny, zbliżony do panującego w Arabii wahhabizmu. Saudyjczycy zaczęli wspierać indonezyjskie organizacje muzułmańskie od roku 1967, a na szerszą skalę od 1972/73, gdy po pierwszym „szoku naftowym” zaczęli mieć znacznie więcej pieniędzy.

Pierwszą organizacją, która rozwinęła się dzięki saudyjskim pieniądzom, była DDII, Dakwah Islamiyah Indonesia (Indonezjska Islamska Rada Nawracania), założona przez duchownego i byłego premiera Mohammada Natsira. Przez dziesięciolecia organizacja prowadziła szkoły, kształciła duchownych, prowadziła działalność charytatywną wśród ubogich muzułmanów, zmieniając powoli oblicze indonezyjskiego islamu.

Z czasem jednak zaangażowanie Arabii Saudyjskiej przybierało bezpośrednie formy. W ambasadzie w Dżakarcie jest specjalny „attache religijny”, a głównym ośrodkiem rozprzestrzeniania wahhabizmu jest dzisiaj uczelnia w skrócie nazywana Lipia, co jest indonezyjskim skrótem od nazwy Islamski i Arabski College Indonezji.

Zajęcia prowadzone są tam wyłącznie po arabsku, mężczyźni i kobiety uczą się osobno, a jednym z głównych przedmiotów jest studiowanie pisma twórcy fundamentalistycznej wersji islamu, Muhammada Ibn Abd al-Wahhabiego, Nauka jest darmowa, studenci dostają stypendia, a najlepsi mogą kontynuować studia w Arabii Saudyjskiej.

Rizieq Syihab

Jednym z absolwentów Lipii jest duchowny Rizieq Shihab, założyciel islamistycznej organizacji Front Obrony Islamu (FPI), która w 2016 zorganizowała trzy wielkie wiece w stolicy kraju, na których domagała się postawienia przed sądem za bluźnierstwo burmistrza Dżakarty, walczącego o powtórny wybór, grożąc rewolucją w kraju i zabiciem winnego, jeśli jej żądania nie będą spełnione. Udało się – burmistrz, chińskiego pochodzenia chrześcijanin, przegrał wybory, a następnie został skazany na dwa lata za bluźnierstwo (odczytał na wiecu fragment z Koranu).

Islamizm wkracza we wszystkie obszary życia

Nauka jest darmowa nie tylko na prowadzonej przez Saudyjczyków uczelni, lecz także w tysiącach szkół religijnych, często z internatem, do których biedniejsi posyłają swoje dzieci, ale w których uczą się też osoby dorosłe. Jedną z takich szkół jest al-Mukmin na Jawie, założona przez Arabię Saudyjską w 1972; to tam właśnie kształcili się zamachowcy, którzy zorganizowali zamach na Bali w 2002 roku, kiedy zginęło ponad 200 osób.

Saudyjskie pieniądze to nie tylko fundusze rządowe, lecz również środki fundacji religijnych i biznesmenów. Arabia troszczy się nie tylko o dusze, ale i o ciała indonezyjskich muzułmanów. Finansowane są nie tylko działania edukacyjne i religijne lecz także charytatywne, na przykład odbudowa wyspy Aceh po tsunami w 2004 roku.

Saudyjczycy zasilają zarówno grupy politycznego islamu, zbliżone często do Bractwa Muzułmańskiego (z którym Arabia Saudyjska u siebie walczy), jak i salafickie, które dążą do odtworzenia historycznego islamu w życiu ludzi, nie starając się o przejęcie władzy. Rijad wspiera nie tylko studiowanie islamu, ale również naukę arabskiego, który jest konieczny do czytania i recytowania Koranu.

Coraz więcej religii w polityce

Efekty tych działań to radykalizacja Indonezyjczyków (prawie 700 osób walczyło w szeregach ISIS, a odłamy tej organizacji przeprowadzają zamachy również w Indonezji), ataki na wyznawców innych odłamów islamu (szyitów, Ahmadija) i chrześcijan, oraz wzrastająca rola religii w indonezyjskiej polityce.

Prezydent Joko Widodo, tu z indonezyjskimi olimpijczykami (Wikipedia)

Na drugim z wieców organizowanych przez Front Obrony Islamu pojawił się prezydent kraju i modlił się wraz z fanatykami, chociaż wzywali do zabicia burmistrza stolicy. W ostatnich wyborach prezydenckich obaj kandydaci podkreślali swoje muzułmańskie zalety; zwyciężył powtórnie Joko Widodo, który jako kandydata na wiceprezydenta miał Marufa Amina, byłego głównego duchownego Indonezji.

Finansowanie saudyjskie – którego dokładnych sum nie znamy – szczyt miało prawdopodobnie kilka lat temu. Jednak w coraz większym stopniu te same działania finansowane są obecnie przez indonezyjskie fundacje i biznes. W miarę, jak rośnie konserwatyzm społeczeństwa, coraz więcej środków można zbierać na miejscu. Pieniądze saudyjskie nie są już tak konieczne, żeby Indonezja stawała się coraz mniej tolerancyjna.

Grzegorz Lindenberg

Na podst. „The Guardian”

Więcej o saudyjskich wpływach w Indonezji i o indonezyjskim islamie:

https://euroislam.pl/w-indonezji-rosnie-w-sile-saudyjski-salafizm

https://euroislam.pl/sa-muzulmanie-ktorzy-nie-chca-nienawisci-w-kazaniach

https://euroislam.pl/trzeba-przyznac-ze-istnieje-problem-z-islamem




Turcja przerzuca Al-Kaidę do Libii, Zachód przymyka oko

Trzonem tureckiego zaangażowania w konflikt toczący się w Libii są syryjscy najemnicy. Część z nich związana jest z dżihadem. Zachód wydaje się być obojętny wobec współpracy członka NATO z terrorystami.

Z Turcji do Libii dotarło prawie 9000 najemników zrekrutowanych w Syrii, dalsze 3500 przechodzi szkolenie wojskowe w Turcji. To efekt tureckiego zaangażowania po stronie tymczasowego rządu w Libii, GNA, uznawanego przez społeczność międzynarodową. W samym konflikcie zbrojnym GNA wspierane jest przez już sprawdzony duet Turcji i Kataru. Ta pierwsza dostarcza najemników i broń, Katar finansowanie.

Po drugiej stronie znajduje się Libijska Armia Narodowa (LNA) marszałka Khalifa Haftara, wspierana przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, Rosję, Egipt i Francję. Rosja, która ściągnęła do Libii najemników z kontrolowanej przez Kreml prywatnej Grupy Wagnera, teraz wzmacnia Haftara najemnikami… także z Syrii.

Psy i szczenięta wojny

Turcja i Katar mają płacić najemnikom nawet do dwóch tysięcy dolarów miesięcznie. To łamie i embarga na dostawy broni, i obietnice Turcji złożone na międzynarodowej konferencji dotyczącej Libii w Berlinie.

„Turcja powinna się wstydzić, że wykorzystuje biedę tych Syryjczyków, a rząd libijski, uznany przez międzynarodową wspólnotę, tego, że naraża te dzieciaki na niebezpieczeństwo i służenie terrorystom”, uważa libijsko-amerykański wykładowca nauk politycznych na University of Texas, dr Mansour El-Kikhia. Wzmianka o dzieciach nie jest gołosłowna, bo media cytują raporty organizacji praw człowieka, które zauważyły rekrutację 15-latków do działań zbrojnych w Libii.

Intensywne zaangażowanie najemników w Libii zmienia profil wojny. Coś, co było postrzegane jako zjawisko polityczne, staje się sprawą ekonomiczną. „Mamy udających się tam bojowników każdego rodzaju, walczących dla zysku, wywołujących te rodzaje wojen, o jakich Machiavelli dyskutował w XVI wieku” – stwierdza były najemnik, doradca Atlantic Council, Sean McFate.

Wśród najemników, jak zauważa „Foreign Policy”, są ludzie, którzy długo walczyli z reżimem Asada, jak chociażby pewien mechanik z Homs, torturowany przez rządowe służby i od 2012 roku walczący po stronie rebeliantów, który w czasie długotrwałej wojny domowej przekształcił się w najemnika. Już w 2018 został najęty przez Turcję wraz z innymi rebeliantami do „wyczyszczenia” syryjskiej prowincji Afrin z setek tysięcy kurdyjskich cywilów.

Syryjscy dżihadyści – przez Libię do Europy

Być może w jego przypadku to, co eufemistycznie „Foreign Policy” określa jako najemników, jest tak naprawdę ugrupowaniem Hayat Tahrir as Szam, które reprezentuje w tamtym rejonie Al-Kaidę, a powstało po przekształceniu się terrorystycznej organizacji Dżabhat an-Nusra.

Już wcześniej pojawiały się raporty o angażowaniu związanych z dżihadystami rebeliantów. Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka (SOHR) przejęło nawet listę 37 terrorystów związanych z ISIS, którzy zostali wysłani do Libii. Nadzorującym akcje tureckich najemników w tym kraju ma być, zdaniem Maat Foundation for Peace, Development and Human Rights, dowódca lojalny wobec Al-Kaidy, Khaled al-Sharif.

Jak się okazuje, rebeliantów, najemników i terrorystów motywują nie tylko pieniądze i nie jest to także ideologia, jak twierdzi Elizabeth Tsurkov z Foreign Policy Research Institute. Dla części z nich to sposób na otrzymanie tureckiego obywatelstwa lub dotarcie do Europy. „Żaden nie angażuje się w walkę w Libii z powodu osobistych przekonań czy ideologii”, informuje Tsurkov. Takie informacje podawała też LNA, która miała schwytać syryjskich najemników na próbie ucieczki do Europy. Według tej strony libijskiego konfliktu prawie 150 z nich wpłaciło przemytnikom zaliczki za transport do Europy.

Turcja liczy na osiągnięcie kilku celów: zwiększenie wpływów na obszarze wschodniego basenu Morza Śródziemnego, co ma przełożyć się na kontrolę nad wydobycie i przesyłem gazu ziemnego; rozwój współpracy gospodarczej, także energetycznej, z Libią, oraz wsparcie ideologicznie Ankarze bliskich rządów islamistów związanych z GNA, i wreszcie, kontynuację wojny proxy po stronie Kataru z ZEA, Arabią Saudyjską i Egiptem.

Sposób realizacji tych celów przez Turcję, członka NATO, poprzez angażowanie wrogów NATO i Zachodu, jakimi są dżihadyści, powinien budzić zainteresowanie państw zachodnich. Niestety Zachód na razie odwraca głowę w drugą stronę. Może dlatego, że nie wie, jak poradzić sobie z Libią, bo po drugiej stronie konfliktu stoi Rosja, która teraz wprowadza na teren wojny wsparcie lotnicze dla LNA. (jw)

Źródła: Jerusalem Post, NYT, Foreign Policy, Egypt Today, AP, Middle East Monitor




ISIS się odradza, ale nie dzięki pandemii

ISIS podnosi głowę, ISIS się odradza – czytamy w mediach, które zauważają zwiększoną ostatnio aktywność terrorystów. Wbrew tym doniesieniom nie jest to jednak efekt pandemii, lecz skutek dłuższych procesów zachodzących w tym samym czasie.

Na początku globalnego rozprzestrzeniania się wirusa, w marcu,  ISIS i inne organizacje terrorystyczne wzywały, żeby terroryści unikali miejsc, gdzie następowały wybuchy epidemii. Powoływano się na hadisy, słowa Mahometa, zalecające odpowiednie w takiej sytuacji zachowanie, czyli na przykład izolację.

Wkrótce jednak ustąpiło to terrorystycznej propagandzie, obwiniającej Zachód, czy Chiny, wzywającej do ataków i wykorzystania epidemii dla zbrojnego dżihadu, a wręcz do złagodzenia gniewu Allaha poprzez udział w nim. Łatwo jest więc postawić tezę, z jaką spotykamy się w nagłówkach CNN, Asia Times, czy Onetu, że oto ISIS wykorzystuje pandemię, a nawet dzięki niej się odradza.

Jeżeli przyjrzeć się procesom zwiększonej aktywności terrorystów szerzej, to można zauważyć inne, istotniejsze czynniki, niż pandemia.

To jednak błąd mylenia koincydencji z relacją przyczynowo-skutkową. Jeżeli przyjrzeć się procesom zwiększonej aktywności terrorystów szerzej, to można zauważyć inne, istotniejsze czynniki, niż pandemia. Jednocześnie, pomimo marcowych oświadczeń sanitarnych, terroryści w pandemii prowadzą „business as usual”, wykorzystując wszystkie nadarzające się okazje.

Zachód się wycofuje, przestrzeń dla ISIS rośnie

Wiele pisze się o odradzaniu się Państwa Islamskiego na pograniczu Syrii i Iraku. Tu jednak, przytomnie odchodząc od narracji o pandemii, Piotr Jendroszczyk z „Rzeczpospolitej” wskazuje na istotne przyczyny tego zjawiska. Mowa tu o stopniowym wycofywaniu się USA, które teraz udzielają mniejszego wsparcia kurdyjskim Syrian Democratic Forces, głównej naziemnej armii zwalczającej ISIS. SDF zostało dodatkowo związane przez konflikt z Turcją na północy Syrii.

Z kolei w Iraku mamy do czynienia ze zmniejszeniem amerykańskiej aktywości po zabiciu irańskiego dowódcy generała Sulejmaniego i z rosnącym wewnętrznym sporem szyicko-sunnickim oraz falą społecznych protestów. To wszystko powoduje, że przeprowadzanie ataków czy to na reżim Asada, czy na szyickie milicje, Siły Mobilizacji Ludowej w Iraku, staje się łatwiejsze.

Zwiększa się też aktywność terrorystycznych organizacji na Sahelu. Wcześniej w tym roku mówiło się o współpracy Al-Kaidy i Państwa Islamskiego, ale obecnie te organizacje informują o konfliktach między nimi. Niemniej jednak zadają one coraz większe ciosy czy to wojsku poszczególnych państw, czy organizacjom międzynarodowym, jak misja wojskowa Unii Afrykańskej i ONZ.

Powodem także i tutaj nie jest epidemia koronawirusa, a wycofywanie się Amerykanów z Afryki, niedostateczna obecność Europy, rosnące konflikty plemienne i brak przekonania o zdolności władzy centralnej do zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom. Prowadzi to w efekcie do takiej sytuacji, że rząd Mali skłonny jest negocjować z organizacjami Al-Kaidy.

W Afryce wzrasta też aktywność dżihadystów na terenie Mozambiku, kolejnego słabego państwa, którego destabilizacja daje szanse na rozwój struktur ISIS, wykorzystanie lokalnego niezadowolenia i przejęcie bogatych zasobów, jakie zasilą budżet działalności terrorystycznej. To także jest typowy element strategii terrorystów, a nie szczególne okoliczności pandemii.

W Europie, być może z powodu ograniczeń w przemieszczaniu się i braku tłumów, mamy do czynienia jedynie z atakami o małej skali. Nie oznacza to, że terroryści zaniechali swoich planów. Świadczy o tym chociażby aresztowanie komórki Państwa Islamskiego złożonej z Tadżyków, którzy planowali w Niemczech zamachy na amerykańskie bazy. Aresztowano także kolejnego poszukiwanego terrorystę, który próbował dostać się do Europy z Syrii udając uchodźcę. W naszym rejonie świata także, jak w pozostałych miejscach, proceder terrorystyczny jest po prostu kontynuowany.

Działania militarne to nie panaceum na terroryzm

O wielu z wymienionych przyczyn informowaliśmy wcześniej. Pojawiały się już ostrzeżenia, że takie zjawiska, jak osłabienie Kurdów, brak odpowiedzi na sunnickie problemy w Iraku, czy wycofywanie się wojsk zachodnich, będą kreowały szanse dla terrorystów, pozostawią próżnię, którą oni wypełnią.

Być może główną przesłanką, skłaniającą do stawiania tezy, że koronawirus powoduje odbudowę ISIS, jest przekonanie, że problem terroryzmu można rozwiązać wyłącznie dzięki zastosowaniu środków militarnych. To prawda, zdecydowanie osłabiono dzięki nim aktywność terrorystów, a kontrola terytorium ogranicza ich zdolności przeprowadzania ataków czy gromadzenia środków. To jednak nie jest panaceum na problemy, które leżą u podłoża terroryzmu.

Osłabienie zaangażowania militarnego, czy wzrost niezadowolenia wśród społeczeństw na zagrożonych terenach, będą faktycznie powodować, że aktywność terrorystów się zwiększy. Ta aktywność, zwłaszcza w Syrii i Iraku, jest jednak na razie nieporównywalnie mniejsza od znanej nam sprzed kilku zaledwie lat. Jeżeli jednak wielorakie problemy dotyczące społeczeństw, gospodarki, funkcjonowania państw, nie zostaną rozwiązane, to religijna radykalizacja będzie zyskiwała przestrzeń do zwiększonego rozwoju.

Jan Wójcik

źródła: Rp.pl, Defense One




Hakimijja : muzułmanie jako zakładnicy władzy Allaha

Hakimijja to słowo arabskie oznaczające najwyższą władzę prawną i rządową, co w interpretacji islamistów oznacza najwyższą władzę Allaha, a odejście od niej zagrożone jest uznaniem za niewiernego (takfir) i wszelkimi związanymi z tym konsekwencjami.

W ten sposób hakimijja staje się narzędziem utrzymującym muzułmanów w roli zakładników, twierdzi Wasiq Wasiq, ekspert w sprawach terroryzmu i ekstremizmu z organizacji Muslims Against Anti-Semitism (Muzułmanie Przeciwko Antysemityzmowi). 

Jest to nie tylko koncepcja grożąca potępieniem muzułmanom nie postępującym zgodnie z islamistyczną zasadą – to także narzędzie polityczne obmyślone przez jednego z założycieli Bractwa Muzułmańskiego Sajida Kutba. “Ktokolwiek nie sądzi zgodnie z tym, co objawił Allah — takimi są niewierzący” [5:44] – argumentował za pomocą Koranu Kutb. Prawdziwym muzułmaninem nie jest ten, kto identyfikuje się z religią, ale ten, kto jest posłuszny nakazom Allaha.

Dzięki tak wprowadzonemu ideologicznemu rozróżnieniu pomiędzy muzułmanami a niemuzułmanami stało się możliwe uznawanie odstępców od wiary – tych, którzy w pełni nie wprowadzają tej zasady pod swoimi rządami – za uprawnione cele do eliminacji. Dało to usprawiedliwienie dla zamachu na prezydenta Egiptu Anwara Al-Sadata. Stworzyło też ideologiczne podstawy dla działalności Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego. To ostatnie zwłaszcza przez muzułmanów oskarżane jest o takfiryzm, czyli częste uznawanie innych muzułmanów za niewiernych – a tym samym będących uprawnionym celem ataku.

Sprawa nie ogranicza się tylko do tych, którzy podejmują działania zbrojne w imię islamu. Hakimijja jest też podstawą radykalizacji. W ten sposób przez lata działał brytyjski kaznodzieja nienawiści Anjem Choudary, unikając aresztowań i zasłaniając się głoszeniem słowa bożego. Mówił o islamie, co dla postronnych osób może być nieszkodliwe, ale w wersji islamistycznej islam jest nieoddzielny od wprowadzenia nakazów Allaha, czyli prawa szariatu.

Jednocześnie muzułmanie, którzy nie uznają zwierzchności tego prawa, stawiani są wobec prostej logiki: nie uznajesz tych nakazów, które głosimy, to stajesz się niewiernym. W domyśle, w państwie zarządzanym zgodnie z szariatem taka apostazja kończy się karą śmierci.

Wasiq Wasiq zauważa, że nawet ci, którzy odrzucają terroryzm, posługują się taką logiką dzielenia ludzi na wiernych i niewiernych, przez co wzmacniają oni radykalizację i stają po stronie islamistów, nawet jeżeli robią to nieświadomie.

Oprac. JW.
Źródło: eeradicalization.com
Pełny tekst w polskim przekładzie: europeanissues.org




Walka Europy z islamizmem wzmacnia Erdogana

Rządy zachodnich państw, które podjęły działania ograniczające aktywność tureckich organizacji religijnych związanych z ministerstwem religii, Diyanetem, wzmocniły popularność prezydenta Turcji Erdogana wśród tureckiej diaspory. Czy był to błąd w działaniach?

Od lat z niepokojem służby różnych państw obserwowały aktywność organizacji religijnych będących w rzeczywistości agendami tureckiego rządu. O międzynarodowych działaniach i zniecierpliwieniu europejskich rządów aktywnością tureckich urzędników religijnych pisaliśmy w analizie „Diyanet: religia w służbie polityki i polityka w służbie religii„.

W Niemczech Turecko-Islamski Związek Spraw Religijnych, DITIB, jest największą islamską organizacją i wpływa na to, jaki przekaz idzie z zarządzanych przez niego meczetów. W landzie Hesja zakończono współpracę z DITIB jeżeli chodzi o nauczanie religii w szkołach, ze względu za jego zależność od Turcji.

Profesor nauk społecznych i politycznych Kemal Bozay z Dusseldorfu uważa, że zarzut dotyczy tylko tożsamości organizacji jako reprezentanta tureckiego państwa, „a nie praktyk religijnych”. Jednak zarzutów jest więcej. Opublikowany przez Urząd Ochrony Konstytucji (BfV) raport wymieniał nacjonalistyczne i niekonstytucyjne działania organizacji. Pytanie, na ile można mieć zaufanie do organizacji zależnej od tureckiego ministerstwa, które w tureckich meczetach interwencję w obcym państwie traktuje jak wojnę religijną, dżihad?

Podobne zastrzeżenia wobec islamistów związanych czy to z Turcją, czy z Bractwem Muzułmańskim, wysuwają Austria, Holandia i Francja. Austriacy coraz uważniej przyglądają się podobnej do DITIB Turecko Islamskiej Unii w Austrii ATIB. Padają zarzuty nie tylko o związki z tureckim rządem, ale i z Bractwem.

Dyrektor programu badań nad ekstremizmem z George Washington University, Lorenzo Vidino, twierdzi, że DITIB zmieniło się przez lata rządów Erdogana i stało się bardzo podobne do nacjonalistyczno-islamistycznej Milli Gorus, będącej obiektem zainteresowania niemieckich służb.

Dla prezydenta Turcji takie organizacje jak DITIB są narzędziem budowania popularności wśród diaspory, która z kolei staje się coraz istotniejszą grupą wyborców.

“Nie wszyscy, ale większość przedstawicieli DITIB zachęca do antysemityzmu, nienawiści wobec gejów, wyśmiewania wartości chrześcijańskich i donoszenia na sąsiadów, którzy nie przestrzegają islamskich zasad lub są krytyczni wobec Erdogana”, powiedział turecko-niemiecki naukowiec związany ze środowiskiem LGBT w rozmowie z „Al-Monitor”, prosząc o zachowanie anonimowości.

Jeżeli chodzi o turecką diasporę, działania rządów ograniczające współpracę z tureckimi agendami Diyanetu są przeciwskuteczne. Po takich decyzjach „rząd Erdogana przypuszcza zjadliwą retorykę, włączając w to drażliwe oskarżenia o nazizm czy faszyzm” – opisuje dynamikę problemu Vidino. Wybór nie jest jego zdaniem łatwy. Tolerancja da im przestrzeń rozwoju i może prowadzić do radykalizacji, zaś zerwanie relacji i osłabianie spotka się z krytyką Ankary, a nawet oskarżeniami o „islamofobię”.

W Niemczech też nie wszyscy przekonani są, że problem radykalizacji to skutek działalności DITIB. Urzędnicy zapytani przez „Al-Monitor” wskazują na ataki na meczety i marginalizację. Takie postawy wspierają przedstawiciele tureckiego rządu. „Islam nie może być germanizowany czy europeizowany”, twierdzi jeden z nich. Wśród polityków w Ankarze wierzy się, że jakikolwiek ruch przeciwko organizacjom Diyanetu spowoduje jeszcze większe poparcie dla Erdogana, a szkoleni przez Niemcy imamowie nie zgromadzą tłumów jeżeli odwrócą się od prawdziwego islamu, takiego jaki Erdogan reprezentuje.

Komentarz:

To ryzyko nie jest wydumane. Niemniej jednak, odnosząc się do alternatywy stawianej przez Vidino, to jaki mamy naprawdę wybór? Skoro Erdogan lubi stosować tak często retorykę związaną z nazizmem, to dylemat pomiędzy apaeasmentem a konfliktem został już kiedyś rozwiązany przez Churchilla, który tak skomentował postawę Brytyjczyków w Monachium wobec Hitlera : „Anglia miała wybór pomiędzy wojną i hańbą. Wybrała hańbę, ale będzie miała wojnę”.

Jan Wójcik

Na podst. Al-Monitor




Kraje islamskie w czołówce łamiących wolność religijną

Doroczny, dwudziesty już raport o krajach najbardziej naruszających wolność religijną, opublikowała amerykańska Commission on International Religious Freedom.

Komisja jest niepartyjnym ciałem doradczym powołanym przez Kongres w 1999 roku, przekazującym swoje raporty zarówno Departamentowi Stanu, Białemu Domowi, jak i Kongresowi. W odróżnieniu od raportów Departamentu Stanu, komisja nie ocenia wszystkich krajów na świecie, a tylko wybrane, podzielone na dwie kategorie.

Grupa państw bardzo poważnie naruszających prawo do swobody wyznawania lub niewyznawania religii to kraje „szczególnego niepokoju” (Countries of Particular Concern). Natomiast „wymagające uwagi” (Special Watch) to takie, które naruszają wolność religii w mniejszym stopniu.

Do pierwszej grupy czternastu krajów „szczególnego niepokoju” zaliczono w 2019 roku Arabię Saudyjską, Birmę, Chiny, Erytreę, Indie, Iran, Koreę Północną,  Nigerię, Pakistan, Rosję, Syrię, Tadżykistan, Turkmenistan i Wietnam.

Do piętnastu „wymagających uwagi” należą: Afganistan, Algieria, Azerbejdżan, Bahrajn, Republika Środkowoafrykańska, Kuba, Egipt, Indonezja, Irak, Kazachstan, Malezja, Nikaragua, Sudan, Turcja, Uzbekistan.

Komisja wyróżniła dwa kraje, Sudan – pozytywnie i Indie – negatywnie. Sudan po raz pierwszy w historii przesunął się do mniej poważnej kategorii, dzięki zmianom wprowadzanym przez nowe władze po obaleniu długoletniego dyktatora Omara al Bashira w 2019 r. (pisaliśmy o tym tutaj, tutaj i tutaj).

Indie natomiast znalazły się na liście, ponieważ wprowadziły przepisy, które uniemożliwiają imigrantom z sąsiednich krajów muzułmańskich otrzymanie obywatelstwa (pisaliśmy o tym tutaj) oraz za politykę władz krajowych i regionalnych, pozwalającą na bezkarne atakowanie przez hindusów mniejszości muzułmańskiej i zachęcające do „mowy nienawiści”.

Wśród dwudziestu dziewięciu krajów, które Komisja uznała za najgorsze pod względem wolności religijnej, wyróżnić można trzy grupy: komunistyczne (Chiny, Kuba, Korea Północna, Wietnam), post-sowieckie republiki z Azji, a dzisiaj świeckie dyktatury (Azerbejdżan, Kazachstan, Tadżykistan,  Turkmenistan, Uzbekistan), państwa o muzułmańskich większościach i mniej lub bardziej religijnych rządach (Arabia Saudyjska, Iran, Pakistan, Afganistan, Algieria, Bahrajn, Egipt, Indonezja, Irak, Malezja, Sudan, Turcja).

Pozostałe to kraje o silnych konfliktach wewnętrznych, graniczących z wojną domową (Birma, Nigeria, Republika Środkowoafrykańska, Syria) oraz świeckie dyktatury lub niby-demokracje (Erytrea, Nikaragua, Rosja).

Nas interesują niektóre kraje z trzeciej grupy – omówimy sytuację w  Arabii Saudyjskiej, Iranie, Pakistanie, Turcji oraz Indonezji i Malezji.

Arabia Saudyjska

Zniesiono tam albo zmieniono niektóre przepisy ograniczające prawa obywateli, które wcześniej uzasadniano religijnie: wprowadzono minimalny wiek na zawieranie małżeństw (15 lat), pozwolono kobietom na prowadzenie samochodów i otrzymywanie paszportów bez zgody „męskich opiekunów”, ograniczono działania „Komitetu Promowania Cnoty i Zapobiegania Występkom” (policji religijnej).

Nadal jednak pozostaje w mocy „Saudi Basic Law of Governance” (rodzaj konstytucji) z 1992 roku, określające Koran i sunnę (tradycje z życia Mahometa) jako podstawę prawa krajowego. System „męskiej opieki dla kobiet” nie został zniesiony – mogą dostawać paszporty, ale „męski opiekun” może zapobiec podróży kobiety zgłaszając na policję jej „ucieczkę”, po czym schwytana kobieta może zostać bezterminowo osadzona w specjalnych ośrodkach odosobnienia.

Prawo karne oparte jest na szariacie i przewiduje karę śmierci za porzucenie islamu (apostazję), homoseksualizm i pokojową działalność polityczną (łącznie z walką o prawa kobiet). Ateizm uznawany jest za terroryzm i zagrożony karą śmierci.

Praktykowanie jakiejkolwiek religii prócz islamu jest zakazane, ale nawet wyznawanie szyickiej odmiany islamu jest utrudniane: wyznawcy są dyskryminowani, budowa meczetów blokowana, szyiccy imamowie prześladowani, a spotkania religijne w prywatnych domach zabronione.

W 2019 r. Arabia Saudyjska przeprowadziła zbiorową egzekucję 32 osób, w tym osób nieletnich, za „prowokowanie konfliktów wyznaniowych”, „szerzenie chaosu” i „zakłócanie bezpieczeństwa”. Jeden z zabitych, szyicki duchowny, szejk Mohammed al-Atiya, oskarżony był o „szerzenie szyickiego wyznania”.

W więzieniach przebywają ateiści i osoby krytykujące islam (najbardziej znany z nich to Raif Badawi, o którym pisaliśmy, a który oskarżony jest o „obrazę islamu”). W więzieniu jest również jego prawnik. Palestyński poeta Ashraf Fayadh od 2013 roku jest w więzieniu; początkowo skazany był na karę śmierci zamienioną na 8 lat więzienia i 800 batów za „kwestionowanie religii” w wierszach i obronę ateizmu podczas kłótni w kawiarni.

Podręczniki saudyjskie, stwierdza raport, zostały nieco poprawione, ale nawet nowe twierdzą, że „chrześcijanie i Żydzi są wrogami islamu i jego ludu”, a homoseksualiści będą „uderzeni tak, jak działo się to w Sodomie”. Stare podręczniki, jeszcze bardziej wrogie wobec wyznawców innych religii i osób LGBT, nadal są szeroko stosowane.

Iran

Teokratyczny reżim irański, na którego czele stoi ajatollah Ali Khamenei, nadal prześladował osoby wyznań innych, niż szyicka wersja islamu i przypisywał religijne przestępstwa tym, których zachowanie uznawano za niezgodne z szariatem. W irańskim kodeksie karnym występują zagrożone karą śmierci przestępstwa „wrogości wobec Boga” i „obrażania Proroka”, które są używane wobec przeciwników politycznych.

Porzucenie islamu jest traktowane jako przestępstwo, chociaż nie mówi o nim kodeks karny, bo zgodnie z irańską konstytucją czyny uznawane za przestępstwa przez szariat, a nie uwzględnione w kodeksie, są z definicji przestępstwami. Dlatego minister spraw zagranicznych Iranu bronił egzekucji osób ze środowiska LGBT jako opartych „na zasadach moralnych”.

Ze zdwojoną siłą prześladowani byli wyznawcy bahaizmu, których władze bez dowodów oskarżały o wywoływanie masowych demonstracji we współpracy z Izraelem. Twitter zamknął konta kilku irańskim oficjelom za podżeganie do nienawiści w stosunku do wyznawców tej religii. Prześladowano też zwolenników sufizmu, mistycznej odmiany islamu, uznając ich za „sektę dewiantów”. Jeden z przywódców irańskiego sufizmu zmarł w areszcie domowym w grudniu 2019 z powodu wadliwego leczenia.

Kościół św. Marii w Isfahanie, Iran (Wikimedia)

Stałemu prześladowaniu podlegali chrześcijanie, szczególnie osoby, które nawróciły się z islamu. Władze zniszczyły grób pastora, straconego za apostazję; bez wyroku trzymały nadal w więzieniu (od roku 2013) asyryjskiego pastora, jego żonę i troje wyznawców, konwertytów z islamu. Inni konwertyci są aresztowani i bez procesów wsadzani do izolatek w więzieniach..

Setki kobiet zostały aresztowane za prowadzenie samochodu bez chusty na głowie i zmuszone do złożenia przyrzeczenia, że będą prowadziły w chustach. Prawnik, który bronił w sądach kobiet oskarżanych o publiczne zdejmowanie hidżabów, sam został skazany na 38 lat więzienia i 148 batów.

Pakistan

W Pakistanie zła sytuacja dotycząca mniejszości religijnych nie tylko nie poprawiła się, ale nawet pogorszyła. Nadal obowiązują przepisy przewidujące karę śmierci za bluźnierstwo i w więzieniach przebywa co najmniej 80 osób skazanych za to przestępstwo, z czego połowa skazana jest na kary dożywocia lub śmierci (Pakistan nie wykonał jednak nigdy kary śmierci za bluźnierstwo).

Aresztowany w 2013 roku wykładowca uniwersytecki Junaid Hafeez skazany został w 2019 na karę śmierci (pisaliśmy o tym), od kilku lat trzymany jest w odosobnieniu w obawie przed zabiciem go przez innych więźniów. Bezkarne pozostają morderstwa i ataki tłumów na osoby oskarżane o bluźnierstwa, na przykład zamordowanie przez studenta profesora Khalida Hameeda za „antyislamskie wypowiedzi” czy atak na wspólnotę chrześcijańską w Karaczi, gdzie 300 chrześcijańskich rodzin musiało uciekać po fałszywym oskarżeniu czterech kobiet o bluźnierstwo.

Bezkarne są również porwania młodych kobiet, często nieletnich, należących do mniejszości religijnych (chrześcijan, hindusów, sikhów), gwałcenie ich i zmuszanie do przejścia na islam i poślubienia porywacza. Ocenia się, że około 1000 dziewcząt rocznie jest porywanych, przy całkowitym braku reakcji albo współdziałaniu lokalnych władz.

Prześladowana i dyskryminowana  przez państwo jest przede wszystkim sekta muzułmanów Ahmadijja, uważana za heretycką. Jej członkowie nie mają prawa do nazywania się muzułmanami, rozpowszechniania swojej religijnej literatury i nazywania miejsc kultu meczetami. Sąd Najwyższy orzekł w 2019 roku, że dla otrzymania dokumentu tożsamości ludzie muszą deklarować swoją religię, co ma zmuszać wyznawców Ahmadijja do ujawnienia się.

W kraju działają też ekstremistyczne ugrupowania islamistyczne, takie jak pakistańscy talibowie i Lashkar-eJhangvi, które atakują nie tylko mniejszości religijne ale także szyitów i sufich, przeprowadzając zamachy bombowe na ich meczety. Te działania pozostają na ogół bezkarne.

Pakistańskie chrześcijanki

Do pozytywnych zjawisk raport Komisji zalicza: zwolnienie z więzienia uniewinnionej od zarzutu bluźnierstwa chrześcijanki Asi Bibi (wyjechała do Kanady, pisaliśmy o tym); uniewinnienie po 18 latach w celi śmierci Wajih-ul-Hassana skazanego za bluźnierstwo; wcześniejsze zwolnienie z więzienia wyznawcy Ahmadijja, Abdula Shakoora, skazanego w 2015 roku za terroryzm (rozpowszechnianie literatury religijnej); renowację i otwarcie hinduistycznej świątyni i zapowiedź poddania rządowej kontroli 30 tysięcy szkół religijnych, aby walczyć z ekstremizmem (pisaliśmy o tym).

Turcja

Turcja, która oficjalnie nadal jest kandydatem do Unii Europejskiej, spośród krajów kandydujących jest jedynym umieszczonym w raporcie amerykańskiej Komisji, która stwierdza: „Warunki dotyczące wolności religijnej w Turcji nadal wzbudzają niepokój, w związku z utrzymywaniem się restrykcyjnej i inwazyjnej polityki rządowej w zakresie praktyk religijnych i znacznym wzrostem przypadków wandalizmu i przemocy społecznej wobec osób z religijnych mniejszości”. Władze uniemożliwiały wybory władz w niemuzułmańskich fundacjach religijnych i wybór następcy zmarłego patriarchy kościoła ormiańskiego.

Prawosławne seminarium duchowne na tureckiej wyspie Heybeliada, zamknięte decyzją władz w 1971r. (Wikipedia)

Ormiańskie, asyryjskie i prawosławne cmentarze i miejsca historyczne były wielokrotnie niszczone nie tylko przez wandali, ale i przez państwo, poprzez prowadzenie różnych projektów budowlanych na ich miejscu. Na różne sposoby władze starały się ograniczać ich działania, na przykład uniemożliwiając edukację duchownych ortodoksyjnych w seminarium na Heybeliadzie.

Prezydent Erdogan wzywał do zamiany muzeum mieszczącego się od 1935 roku w dawnej chrześcijańskiej bazylice Hagia Sofia na meczet (bazylika była zamieniona na meczet po podbiciu Konstantynopola w 1453 roku). Sąd Najwyższy zezwolił na zamianę innego muzeum, Kariye Museum, na meczet, stwarzając precedens, z którego władze mogą chcieć skorzystać w przypadku dawnej bazyliki.

Przez kolejny rok prześladowane były osoby powiązane z kaznodzieją Fetullahem Gulenem, oskarżanym przez władze tureckie o organizację nieudanego zamachu stanu w 2016.

Alewici, wywodząca się z szyizmu sekta muzułmańska, której wyznawcy stanowią 20-30 procent ludności Turcji, nadal byli dyskryminowani. Ich świątynie nie są uznawane za miejsca kultu a dzieci muszą brać udział w przymusowych lekcjach religii. Święte miejsca Alewitów w prowincji Sivas zostaną prawdopodobnie zniszczone, bo mają tam powstać kopalnie.

Tolerowane są ataki przeciwko mniejszościom religijnym – nie tylko groźby wypisywane na ścianach domów alewitów i chrześcijan, ale nawet morderstwa, których kilka zdarzyło się w 2019 r.

W kodeksie karnym nadal istnieje przepis dotyczący bluźnierstwa, czyli „otwartego znieważania wartości religijnych ważnych dla części społeczeństwa” i władze kilkakrotnie czyniły z niego użytek w 2019 r., ale aresztowane osoby (aktorka Berna Lacin, dwóch pracowników ambasady amerykańskiej) zostały uniewinnione.

Indonezja i Malezja

Kraje te omawiamy łącznie, bo obydwa uważane były dawniej za przykłady tolerancyjnego islamu, który bezkonfliktowo współistnieje z innymi religiami (hinduizmem, chrześcijaństwem i taoizmem). Jednak wpływ wahabizmu z Arabii Saudyjskiej zmienił te kraje: na ich islam oddziałują kształceni w Arabii imamowie i byli studenci, Arabia finansuje też edukację religijną przy meczetach w tych krajach.

W Indonezji konstytucja zapewnia każdemu obywatelowi prawo „do wyznawania i praktykowania dowolnej religii zgodnej z jego religią i wiarą”, ale jednocześnie uznaje tylko sześć religii: islam, buddyzm, hinduizm, konfucjanizm, katolicyzm i protestantyzm”, a wyznanie jest obowiązkowo wpisywane do dowodu osobistego. Zmusza to wyznawców innych religii do fałszywej deklaracji wyznania albo pozostawiania miejsca pustym, co prowadzi do dyskryminacji przy wydawaniu różnych zezwoleń, edukacji i posadach rządowych.

W Indonezji „wolność religijna zmierzała w kierunku większych ograniczeń niż w latach poprzednich”, a winne temu były zarówno władze, jak i oddolne działania społeczne. W trzech głównych prowincjach na Jawie „zwiększyła się liczba incydentów nietolerancji religijnej, w tym dyskryminacji, mowy nienawiści, aktów przemocy i odmów budowy świątyń dla religijnych mniejszości”.

Rząd oskarżył kilka osób o bluźnierstwa, w tym dwie kobiety z zaburzeniami psychicznymi (jedna weszła do meczetu z psem). Sąd najwyższy odrzucił też apelację od wyroku więzienia buddystki, która skarżyła się na zbyt głośne nawoływania do modlitwy z lokalnego meczetu (ale została zwolniona warunkowo).

W prowincji Aceh, która ma autonomię, obowiązuje szariat, stosowane są kary chłosty, a kobiety muszą nosić hidżaby. Dwoje nastolatków zostało wychłostanych za publiczne obejmowanie się; mężczyzna i kobieta, którzy dopuścili się cudzołóstwa, zostali wychłostani do nieprzytomności.

Ahamad Mosaddeq, uwięziony przywódca sekty Milah Abraham, prześladowanej w Indonezji (detik.com)

Wyznawcy religii, o których nie wspomina konstytucja, są prześladowani, w tym wyznawcy islamskich sekt uważanych za „heretyckie” – szyici, Ahmadijja i Milah Abraham. Ta ostatnia to zwolennicy Ahmada Mushaddeqa, odbywającego karę pięciu lat więzienia, który twierdzi, że jest synem Boga i nowym prorokiem, ponieważ Bóg zsyła proroków na Ziemię w czasach trudnych.

W Malezji pogorszyła się wolność religijna dotycząca zarówno wyznawców religii mniejszościowych jak i sunnickiego islamu, który ma być praktykowany zgodnie z coraz bardziej sztywnymi zasadami. Na przykład w prowincji Terengganu sześciu mężczyzn zostało skazanych na miesiąc więzienia i grzywnę za nieuczestniczenie w piątkowych modlitwach. Wszyscy uczniowie muszą chodzić na lekcje religii, podręczniki potępiają nie-sunnitów, a pisane przez władze kazania piątkowe ostrzegają wiernych przed „dewiantami” z innych sekt islamskich. Przynajmniej 50 osób z sekty Milah Abraham ma procesy o apostazję.

Konstytucja Malezji uznaje ją za kraj świecki, ale jednocześnie głosi, że islam jest religią państwową, a malajska większość (61% społeczeństwa) to muzułmanie. Dlatego Malaje, którzy opuszczają islam, oskarżani są o apostazję. Wyznanie wpisane jest do dowodu tożsamości, a zmiana wyznania (dla niemuzułmanów na inną religię niemuzułmańską) jest bardzo utrudniona.

Koalicja rządząca Malezją od początku 2020 roku, jeszcze będąc w opozycji stosowała retorykę religijno – nacjonalistyczną, oskarżając ówczesną władzę o działania antyislamskie i antymalajskie, wzywała do bojkotu firm prowadzonych przez inne osoby niż etniczni Malaje. Chrześcijanie oskarżani są o wrogość wobec Malajów (inne niż muzułmanie wyznania są wyznaniami mniejszości etnicznych, Hindusów i Chińczyków). Politycy wykorzystują i podsycają wrogość wobec mniejszości religijnych i polityków innych wyznań.

Malezja ma podwójny system prawny; muzułmanie podporządkowani są zarówno prawom państwowym jak i religijnym, ustalanym przez poszczególne prowincje. Wiek zawierania małżeństw jest różny w różnych prowincjach i muzułmańskie dzieci mogą zawierać związki wcześniej niż niemuzułmańskie. Małżeństwa między muzułmanami a niemuzułmanami są zabronione, a od 2019 r. zabroniony jest także udział muzułmanów we wspólnych modlitwach z osobami innych wyznań.

W prowincjach obowiązują fatwy wydawane przez Komitet Fatw Dotyczących Spraw Religijnych, jeśli zostaną przyjęte przez władze prowincjonalne. Na przykład 11 prowincji uznało za obowiązującą fatwę, zabraniającą wyznawania i propagowania szyizmu. W prowincji Selangor od 1975 roku obowiązuje fatwa orzekająca, że Ahmadijja nie są muzułmanami.

Prześladowani są wyznawcy innych wyznań. W ostatnich latach setki hinduistycznych świątyń zostały zburzone przez lokalne władze, świątynie buddyjskie nie mogą być wyższe niż miejscowe meczety, a świątynie sikhijskie nie mogą mieć kopuł, bo te zarezerwowane są dla meczetów. Mniejszościom nie wolno używać 31 słów, bo to „narusza porządek publiczny” – na przykład w tekstach chrześcijańskich na określenie Boga nie wolno używać słowa „Allah”.

Malezyjski pastor, konwertyta z islamu, Joshua Hilmy, z żoną. Oboje zaginęli bez wieści.

Pomimo powołania specjalnej komisji państwowej, która miała prowadzić dochodzenie w sprawie porwań i zniknięć osób z mniejszości religijnych, nie ustalono, co stało się z pastorem Joshuą Hilmy i jego żoną, a także z pastorem Raymondem Kohem i konwertytą na szyizm o nazwisku Amri Che Mat.

Grzegorz Lindenberg

Źródło: Annual report of the U.S. Commission on International Religious Freedom




Islamiści z Tadżykistanu jako uchodźcy w Polsce

Coraz częściej dowiadujemy się o próbach zamachów ze strony muzułmanów pochodzących z Azji Środkowej. W Polsce osiedliła się diaspora polityczna z tłamszonej przez dyktatora, prezydenta Emomaliego Rahmona, Partii Islamskiego Odrodzenia Tadżykistanu (PIOT). Czy mamy powody do obaw? 

Tadżycy wśród terrorystów

W Niemczech komórka ISIS planowała zamach na byłego muzułmanina i krytyka islamu oraz atak na amerykańskie siły zbrojne. Składała się ona z obywateli Tadżykistanu, jak podała policja, która w kwietniu udaremniła ich plany. W Polsce, gdy w grudniu ABW aresztowała muzułmanina z Ukrainy planującego zamach bombowy, okazało się, że wśród osób zaangażowanych w proces jego radykalizacji, poza imigrantami z północnego Kaukazu, są także Tadżykowie.

Powyższe informacje skłaniają do zwrócenia uwagi na postsowieckie państwa Azji Środkowej, stawiając uzasadnione pytanie, czy osoby z nich pochodzące stanowią dla nas zagrożenie. W szerszej świadomości byłe republiki ZSRR kojarzą się z zeświecczonym, umiarkowanym, a także sufickim islamem. Wydawałoby się, że te przesłanki mogą uspokajać, a jednak tak nie jest, bowiem islamistyczny terroryzm także i tam się pojawił i będzie stanowił zagrożenie, o czym pisał chociażby w ubiegłym roku w raporcie dla Ośrodka Analiz Strategicznych dr hab. Daniel Boćkowski.

Niemieckie służby od jakiegoś czasu spodziewały się ataku ze strony tadżyckiej. Wskazuje na to fakt, że w 2019 roku, kiedy pochodzący z Tadżykistanu kierowca wjechał na pełnej prędkości na pasy w Essen, prewencyjnie aresztowano 11 osób, w większości Tadżyków, obawiając się sekwencji zamachów terrorystycznych. Wszyscy aresztowani podejrzani byli o związki z ISIS.

Środkowa Azja, warto pamiętać, była też trzecim pod względem liczebności regionem wysyłającym dżihadystów do walki w szeregach ISIS. Szacuje się, że od 2012 roku do ISIS w Syrii i Iraku wyjechało ich 4 500. Z samego Tadżykistanu – najbiedniejszej byłej republiki sowieckiej – wyjechało nawet do 1900 terrorystów. Padają także dane wskazujące na mniejszą liczbę dżihadystów, ale te wyższe tłumaczone są tym, że uwzględniają też tadżycką emigrację w Rosji. Ten trop potwierdzają inne opracowania na temat  radykalizacji obywateli państw Środkowej Azji, która ma miejsce często nie w domu, a podczas zarobkowej emigracji już w samej Rosji.

Ewolucja tadżyckiego islamizmu

Sytuacja Tadżykistanu jest jednak zniuansowana na tyle, że analitycy w Stanach Zjednoczonych zastanawiają się do jakiego stopnia wspierać antyterrorystyczne działania rządu prezydenta Emomaliego Rahmona. Rządzący od 1994 roku dyktator twardą ręką tłamsi radykalny islam, ale przy okazji umiarkowaną opozycję. Jedną z przyjętych przez niego metod walki z radykalizacją było przymusowe golenie bród, co raczej odnosi skutek przeciwny. Z kolei w 2015 roku skrytykował hidżab jako obcą naleciałość wobec kolorowych, tradycyjnych sukien noszonych przez kobiety w kraju.

Tadżycki dyktator Emomali Rahmon w otoczeniu rodziny (Wikipedia)

Wypowiedzi tej, jakkolwiek uzasadnionej, towarzyszył emitowany przez rządową telewizję artykuł o prostytutkach w hidżabach, zakrywających twarz, by żądać wyższych stawek od klientów. Takie działania więc nie tyle ingerują w radykalizację, ale mogą nawet jej sprzyjać ograniczając prawa wolności wyznania.

Kolejnym elementem komplikującym ocenę radykalizacji w Tadżykistanie jest zakaz nałożony na umiarkowaną islamistyczną partię PIOT. We wrześniu 2015 roku została ona uznana przez władze za organizację terrorystyczną i zdelegalizowana. W ślad za tym za organizację ekstremistyczną uznały ją pozostałe państwa Azji Środkowej, Rosja, Indie, Chiny i Pakistan. Wielu obserwatorów jednak uważa, że rząd przypisał partii udział w nieudanym zamachu stanu, a także zrzucał na nią odpowiedzialność za późniejsze ataki terrorystyczne, po to, żeby pozbyć się islamistycznej opozycji, a całość religii islamu koncesjonować przez państwo.

W roku 2016 w Tadżykistanie zakazano w ogóle powoływania partii budowanych na fundamentach religijnych. Co dziwne, do zakazania tej partii doszło, kiedy miała już za sobą kolejne etapy ewolucji w kierunku umiarkowanym, a jej baza wyborców, w związku także z rozwojem takich wydarzeń międzynarodowych, jak rozwój terroryzmu i fiasko Arabskiej Wiosny, skurczyła się istotnie.

„Islam jest rozwiązaniem”?

Problem oceny działalności PIOT dobrze obrazuje zamach dokonany w Tadżykistanie na siedmiu rowerzystach ze Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Holandii w 2018 roku. Za atak odpowiedzialność wzięło ISIS, ale rząd obwinił za to PIOT. Żadna ze stron nie jest jednak do końca wiarygodna i ma motywy, żeby podawać nieprawdę. ISIS w ramach swojej propagandy gotowe jest przyznać się do autorstwa wielu zamachów, a rząd z kolei zbyt chętnie obarczyłby odpowiedzialnością za terroryzm opozycję.

Powiedzieć jednak, że rząd wziął się za umiarkowaną, demokratyczną opozycję, to znowu powiedzieć niecałą prawdę. PIOT powstała w latach 90. w odpowiedzi na sowietyzację kraju i deklarowała odrodzenie islamskości Tadżykistanu. Według pierwotnych zasad miało się to odbyć przez islamizację społeczeństwa, odrodzenie duchowe Tadżyków, walkę o prawa polityczne i zasady zgodne z duchem islamu oraz udział w kulturalnym, społeczno-politycznym i gospodarczym życiu kraju w zgodzie z zasadami islamu. W swoim manifeście partia zawarła stwierdzenie wyjęte wprost z ideologii Bractwa Muzułmańskiego: „Islam jest rozwiązaniem”.

PIOT głosiła, że „rozwija swój program bazując na czystej islamskiej religii: „Islam jest dla nas prawem i przewodnikiem dla wszystkich politycznych zagadnień”. W praktycznym życiu, w początkach działalności domagała się zamknięcia sklepów sprzedających wieprzowinę, zakazu sprzedaży alkoholu, zwiększenia  liczby meczetów.

Flaga partii PIOT

W latach 1992-97 PIOT była rdzeniem opozycji w wojnie domowej z prezydentem. Po przegranej w 1992 roku opozycja zreorganizowała się i była zbrojona w Afganistanie przez mudżahedina Ahmada Szaha Masuda („Lwa Panczisziru”), z pochodzenia Tadżyka. To z tego okresu pochodzą najbardziej niepokojące kontakty PIOT, jak chociażby z czeczeńskim terrorystą Szamilem Basajewem, (chociaż Baszajew wprost skrytykował w liście zawarcie pokoju przez opozycję tadżycką).

Z frakcji pochodzących z tamtego konfliktu wyłamała się jedna z głównych organizacji terrorystycznych Środkowej Azji – Islamski Ruch Uzbekistanu. Liderzy IRU także nie zaakceptowali pokojowych układów z prezydentem Rahmonem i zbyt ich zdaniem daleko idących ustępstw, jakie PIOT poczyniła, by zawrzeć pokój. W ten sposób sam ten konflikt zaważył na przyszłym rozwoju ruchu terrorystycznego w Azji Środkowej.

Ważną, formatywną postacią dla ruchu islamistycznego w Tadżykistanie, był Sayid Abdullo Nuri. W latach 1993-2006 kierował partią, a więc w okresie wojny domowej, kiedy pomogły mu znajomości i uznanie w Afganistanie, ale także w okresie po 1997 roku, kiedy zawarto pokój z prezydentem. Celem życiowym jego działalności politycznej było utworzenie państwa islamskiego w Tadżykistanie.

Sayid Abdullo Nuri, ojciec tadżyckiego islamizmu (Wikipedia)

Badacz islamu Olivier Roy podkreślał wpływ literatury Bractwa Muzułmańskiego na ideologię głoszoną przez Nuriego. Po roku 1997 przyjął on pokojową, stopniową drogę zmiany i twierdził, że chce dokonać jej za zgodą obywateli i w ramach konstytucji.

Partia potępiała działania terrorystów, a z jej deklarowanych celów pozostała jedynie promocja islamskich wartości. Zaczęła przedstawiać się jako odpowiednik europejskiej chadecji. Nuri i inni liderzy odrzucali także wzorce państwa szariackiego, jakie zaprowadzano w Afganistanie, a także republiki islamskiej w Iranie. Partia krytykowała również przybywający do Tadżykistanu wahhabizm czy panislamistyczną aktywność ugrupowania Hizb ut-Tahrir.

Jeżeli PIOT szczerze odrzuca radykalizację, jej członkowie mogą nie tylko nie stanowić zagrożenia, ale stać się elementem jemu przeciwdziałającym.

Po roku 2006 liderem partii, przebywającym obecnie na uchodźstwie w Unii Europejskiej, został Muhiddin Kabiri. Nuri promował go na to stanowisko wbrew konserwatywnym członkom partii, prowadząc ją jeszcze bardziej w stronę modernizacji. Chociaż partia traciła poparcie przez ostatnie lata przed delegalizacją, Kabiri opowiada w wywiadach, że nie żałuje „ścieżki tolerancji i ograniczenia się”.

PIOT na imigracji w Polsce

Po delegalizacji PIOT wzrosła liczba wniosków o azyl w Unii Europejskiej, chociaż, jak podaje Ośrodek Studiów Wschodnich, liczba rzeczywiście prześladowanych członków partii jest dużo niższa niż złożonych aplikacji. Rzeczywistym powodem pięciokrotnego (stan na 2017) zwiększenia liczby osób poszukujących azylu jest pogarszająca się sytuacja gospodarcza w Rosji, będącej głównym miejscem zarobkowej pracy imigrantów ze Środkowej Azji.

Faktem jest jednak, że część liderów islamistyczej opozycji schroniła się także w Polsce. Przebywa tu około 200 osób związanych z tadżycką opozycją. Są wśród nich osoby działające dalej na wygnaniu w PIOT, jak i luźno związane z partią, a prześladowane za powiązania, na przykład małżeństwo przebywające w gościnie u byłego prezydenta Warszawy Marcina Święcickiego. Sądząc ze zdjęć, opublikowanych przez UNHCR i przytaczanych opowieści, ci ludzie raczej nie przypominają wzorcowych zwolenników politycznego islamu. Ich obecność powoduje jednak, że pytanie o stosunek do partii islamistycznych nie jest dla nas jedynie pytaniem egzotycznym.

Przyjmując nawet założenie, że PIOT odeszła od przemocy i podążała drogą walki politycznej, pozostajemy z pytaniem, czy realizacja takiego programu jest problemem dla demokracji. Analizując problem szerszego islamskiego świata analityk Brookings Institution Shadi Hamid przedstawia dość niepokojącą alternatywę. Uważa, że ceną za ustanawianie liberalnych wartości w świecie muzułmańskim będą zawsze represje wobec ekstremistów. Z drugiej strony, ceną demokratycznej partycypacji islamistów we władzy są represje wobec mniejszości. Wystarczy rzut oka na islamizującą się Indonezję, czy Turcję skręcającą w kierunku autorytaryzmu.

Liberałowie będą ulegali pokusie wspierania autorytarnych systemów, jeżeli zagwarantują one bezpieczeństwo liberalnych wolności w konfrontacji z pobożnymi masami, a islamiści z kolei wprowadzają swoje ideały, z gruntu rzeczy nietolerancyjne wobec mniejszości religijnych, praw kobiet czy nieheteronormatywnych orientacji seksualnych.

Na korzyść wyjątkowej jednak pozycji PIOT wśród ugrupowań określanych jako islamistyczne świadczy to, że miała elastyczność wchodzenia w koalicje z partiami świeckimi w Tadżykistanie, także na uchodźstwie. W Polsce jest częścią opozycyjnej koalicji wspólnie z Forum Tadżyckich Wolnomyślicieli. To w świecie islamistycznym zbliża tę partię bardziej do tunezyjskiej Ennahdy, która po Arabskiej Wiośnie wydaje się jak dotąd w pełni akceptować reguły gry demokratycznej, i nawet zdobywając władzę wykazuje tendencje do samoograniczania się.

Z drugiej strony wątpliwości budzą argumenty, że islamiści są odzwierciedleniem europejskich partii chadeckich w kwestii wnoszenia do polityki wartości religijnych. Słyszano je także ze strony tureckiej AKP – a jak wyżej wspomniano, działania AKP zupełnie nie przypominają polityki prowadzonej przez chadeków. Poza tym problematyczne nie jest samo odnoszenie się do religii, ale to, co jest tej religii zawartością. W przypadku chadecji da się wywieść odwołania do świeckości i rozdziału państwa i religii, natomiast nie bardzo da się to zrobić w przypadku partii islamistycznych.

Czy tadżyccy islamiści są dla nas zagrożeniem?

Wobec tak skomplikowanej sytuacji warto spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy przebywanie liderów islamistycznej opozycji z Tadżykistanu stanowi dla nas zagrożenie. Pytanie jest uzasadnione, ponieważ islamiści w Europie Zachodniej zbudowali silne struktury i indoktrynują społeczność muzułmańską w Europie, przyczyniając się do narastania podziałów w społeczeństwie, a także, poprzez przedstawianie w islamistycznej narracji Zachodu jako wroga, a z muzułmanów jako jego ofiar, tworzą  podatny grunt dla dalszej radykalizacji.

W przypadku Tadżyków należy zauważyć przede wszystkim, że jest to grupa nieliczna i wydaje się być skoncentrowana raczej na działalności politycznej związanej z krajem pochodzenia, niż na aktywności wśród imigracji. Biorąc to pod uwagę można oczekiwać, że będzie raczej zainteresowana spokojnym przebiegiem działalności na uchodźstwie.

Świadczy o tym chociażby uspokajający ton wypowiedzi jednego z opozycjonistów, Muhamadjona Kabirowa, w rozmowie z Wirtualną Polską na temat wspomnianego na początku procesu radykalizacji z udziałem tadżyckich emigrantów. Kabirowowi bardzo zależy na dobrym wizerunku tadżyckiej imigracji w Polsce i raczej nie będzie chciał, żeby działalność związana z terroryzmem szkodziła działalności opozycyjnej wobec dyktatora.

Znak „rabia” to symbol powszechnie używany przez członków i sympatyków Bractwa Muzułmańskiego. Tu pokazuje go b. lider Labour Party, Jeremy Corbyn (Wikimedia)

Dodatkowo, jeżeli PIOT rzeczywiście szczerze odrzuca radykalizację, jej członkowie mogą nie tylko nie stanowić zagrożenia, ale stać się elementem jemu przeciwdziałającym. Mogą mieć nawet motywację do współpracy ze służbami państwa w ochronie Polski przed ewentualnymi radykałami pochodzącymi z Tadżykistanu.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę islamistyczne źródła partii, okazjonalne wyrażanie przez nią sympatii dla sprawy Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, chociażby w postaci używania znaku Rabia, czy też publikację w internecie zdjęć takich postaci, jak duchowy lider Hamasu szejk Jassin, należy uważnie obserwować, czy jej członkowie nie angażują się w głoszenie ideologii antydemokratycznej. Udzielanie ochrony międzynarodowej powinno być obwarowane zaprzestaniem promowania ideologii wrogiej zasadom państwa prawa i demokracji.

Jan Wójcik
obserwuj autora na Twitterze @jankwojcik

Źródła:

Mniejszość muzułmańska w Polsce. Jak zmniejszyć ryzyko radykalizacji oraz kontrolować wpływy salafickie. – OAS

The “Tajik Plot” Represents Continuity in Germany’s History of Terrorism – Jamestown

https://ndupress.ndu.edu/Portals/68/Documents/stratperspective/inss/Strategic-Perspectives-21.pdf

Discussing Violence and Terrorism in Tajikistan – The Diplomat

The Dilemma of “Normalization”: Can Islamists Participate without Polarizing Politics? | ACW

Central Asia: the crisis of the migration model and its potential impact on the EU | OSW Centre for Eastern Studies

ISIS-claimed Tajikistan attack that killed 4 tourists led by opposition member: police

Islamic Renaissance Party of Tajikistan: Past, Present and Future on JSTOR

Lider legalnej islamskiej opozycji Tadżykistanu w Teheranie | OSW Centre for Eastern Studies

Zamach terrorystyczny w Puławach. Domniemany zamachowiec Maksym S. był bezdomny? – WP Wiadomości

http://press-files.anu.edu.au/downloads/press/p258341/pdf/ch08.pdf

https://jamestown.org/wp-content/uploads/2013/03/Jamestown_articles_-_Terrorism_in_Central_Asia_February_2013.pdf




Wdowa z ISIS na procesie w Hamburgu

W Hamburgu rozpoczął się proces Omaimy Abdi, 35-letniej podwójnej wdowy po terrorystach z Państwa Islamskiego. Urodzona i wychowana w Hamburgu w rodzinie tunezyjskich imigrantów, wyjechała do Syrii w 2015 roku i oskarżona jest o wspieranie  organizacji terrorystycznej, handel ludźmi i zaniedbywanie dzieci.

Mąż, z którym wyjechała do Syrii i z którym miała dwoje dzieci, zginął w ciągu kilku tygodni po ich przyjeździe do Syrii. Wyszła za mąż za przyjaciela zabitego męża, tym razem za pochodzącego z afrykańskiej rodziny w Niemczech byłego rapera, Denisa Cuperta aka Desso Dog,  również członka ISIS.

Przypuszczalnie z powodu nieporozumień z mężem na jesieni 2016 roku wróciła do Niemiec z trójką dzieci i w ciąży z czwartym. W Hamburgu żyła nie niepokojona przez nikogo, pracując dorywczo jako tłumaczka i przy organizacji przyjęć.

Zainteresowała się nią dziennikarka telewizji Al Arabiya Jenan Moussa, która ujawniła w 2019 jej historię w filmie dokumentalnym, w którym pokazano też zawartość telefonu kobiety. Były tam nie tylko zdjęcia dzieci pozujących z bronią w strojach ISIS, ale również jej zdjęcia z bronią i sms-y, w których zachęcała swoich mężów do męczeństwa. W Państwie Islamskim otrzymywała zapomogę na dzieci i dostała zasiłek po śmierci pierwszego męża.

Oskarżona jest o udział i wspieranie organizacji terrorystycznej – rozpowszechniała online propagandę Państwa Islamskiego, zachęcając kobiety do przybycia do Syrii – a także do posiadania trzynastoletniej niewolnicy Jazydów. Wiadomo, że od roku 2011 była w obszarze zainteresowania służb specjalnych jako osoba propagująca ideologię fundamentalistycznego islamu. Nie wiadomo, dlaczego nie została przez trzy lata pociągnięta do odpowiedzialności za przynależność do ISIS; być może służby nie dysponowały odpowiednimi dowodami, dopóki nie ujawniono zawartości jej telefonu.

Przypadek Omaimy Abdi pokazuje problemy, jakie rządy zachodnie mają ze swoimi obywatelami, którzy pojechali walczyć w szeregach Państwa Islamskiego, a szczególnie z kobietami. W więzieniach i obozach kontrolowanych przez władze kurdyjskiej enklawy w Syrii przebywa od 800 do 1100 mężczyzn pochodzących z Europy oraz przypuszczalnie około 5 tysięcy kobiet i dzieci. Dalsze 2 tysiące mężczyzn z ISIS jest trzymanych w tureckich więzieniach.

Kraje europejskie nie chcą repatriacji tych osób, ponieważ z braku dowodów większości z nich nie byłyby w stanie wytoczyć procesu zakończonego skazaniem – pomimo, że wiadomo, że są fanatykami i brali udział w zbrodniach Państwa Islamskiego. Ich swoboda w Europie zwiększałaby natomiast zagrożenie zamachami terrorystycznymi i rozprzestrzenianie się islamistycznego fanatyzmu.

Szczególna trudność dotyczy kobiet. Proces Omaimy Abdi jest precedensowy i pokaże, do jakiego stopnia można zgromadzić dowody wskazujące na współudział kobiet w działaniach Państwa Islamskiego. Oskarżona twierdzi, podobnie jak wiele innych z ISIS, że nie miała nic wspólnego z działaniami ISIS, a do Syrii pojechała wyłącznie z miłości do męża.

Ogromna większość kobiet, przebywających w obozach kurdyjskich to jednak islamistyczne fanatyczki, które nadal noszą nikaby zakrywające całe ciało i twarz, i wychowują dzieci na przyszłych ekstremistów islamskich.

W samym Hamburgu mieszka ponad 700 salafitów, fundamentalistycznych muzułmanów, którzy chcą islamu takiego, jak był praktykowany w czasach Mahometa. Do Syrii wyjechało 86 osób, czego około 30 wróciło, w tym Omaima Abdi. W więzieniach w Turcji, Syrii i Iraku przebywa przynajmniej 95 innych osób pochodzenia niemieckiego. Władze niemieckie twierdzą, że nie mogą zastosować rozwiązania brytyjskiego i duńskiego – pozbawienia obywatelstwa tych osób z ISIS, które mają obywatelstwo jeszcze innego kraju. (GL)

Źródła: Die Welt, Spiegel, Guardian

 




Niemcy: siła arabskich gangów, bezsilność państwa

Setki policjantów, zamknięte ulice, dziesiątki samochodów, a nawet helikopter. Jakie wydarzenie było powodem tak dużej mobilizacji policji w Berlinie?

Liczne siły policyjne zostały zaangażowane w utrzymanie porządku na uroczystościach pogrzebowych matki szefa słynnej rodziny, choć lepiej powiedzieć klanu, Remmo. Do Berlina zjechało się dużo więcej osób niż pozwalają na to przepisy wprowadzone w związku z koronawirusem.

Pogrzebowi kobiety towarzyszyła duża operacja policyjna – 250 funkcjonariuszy, 20 wozów załogowych, 20 wozów patrolowych.

Policjantów było więc dwa razy więcej niż uczestników pogrzebu, gdyż wzięło w nim udział ponad 100 żałobników. Przepisy wprowadzone w związku z epidemią  dopuszczają uroczystości z udziałem nie więcej niż 20 osób i nakazują zachowanie odpowiedniego dystansu między nimi.

Zablokowany ruch drogowy

Z tego powodu, że policja spodziewała się większej liczby krewnych, do działań operacyjnych został włączony helikopter, który miał robić zdjęcia zarówno na cmentarzu, jak i w okolicach meczetu. Policjanci ustawili specjalne blokady drogowe, które umożliwiły im kierowanie ruchem ulicznym na drogach prowadzących na cmentarz. Przed pogrzebem kilka ulic zostało zupełnie wyłączonych z ruchu, a niektóre były dostępne jedynie dla pieszych i rowerzystów. Decyzja ta wzbudziła kontrowersje wśród mieszkańców i niektórzy z nich głośno protestowali. Można powiedzieć, że ruch w sporej części dzielnicy Berlina Schöneberg na kilka godzin został de facto wstrzymany.

Policjanci czuwali także nad tym, żeby na teren meczetu, w którym odbywały się uroczystości pogrzebowe nie dostały się osoby niepożądane, w tym dziennikarze. Kontrolowali też dostęp do cmentarza. Przez szlaban wpuszczano tylko osoby, których nazwisko widniało na specjalnej liście 60 najbliższych członków rodziny. Żałobników wpuszczano w grupach dwudziestoosobowych; wszystkiemu towarzyszyły płynące z głośników komunikaty na temat zasad higieny. Policjanci prosili obecnych o przetłumaczenie ogłoszeń tym z zebranych, którzy nie posługują się niemieckim. Same uroczystości przebiegły spokojnie. Policja odnotowała jeden incydent – oplucie reportera przez jednego z żałobników.

Klan Remmo – modelowy gang

Członkowie klanu są doskonale znani niemieckiej policji. Mimo że ich nazwiska trafiły na pierwsze strony gazet, nadal sprawiają problemy. W ostatnim czasie doszło do dwóch zdarzeń z ich udziałem. Wokół domu mężczyzny uchodzącego za głowę klanu zebrało się ponad 40 osób, łamiąc przepisy epidemiologiczne. Kiedy do szpitala trafiła jedna z krewnych Remmo, pod szpitalem zebrało się ponad stu członków klanu, domagając się odwiedzin u chorej, chociaż wizyty z zewnątrz zostały zawieszone.

Ostentacyjne łamanie przepisów epidemiologicznych wpisuje się w model działania klanów arabskich w Niemczech. Mają one na swoich kontach włamania, wymuszenia, kradzieże. Wielu ich członków trafiło do więzienia. Zdarzało się również, że sąd orzekał przepadek mienia (licznych domów, mieszkań i działek) należącego do rodziny Remmo, gdyż, jak się udało ustalić, pochodziło ono z działalności przestępczej.

Arabskie klany wyzwaniem dla policji

Ostatnio tygodnik „Spiegel” poinformował, że arabskie gangi na dużą skalę próbują wyłudzić pomoc finansową od państwa, wprowadzoną w związku z epidemią koronawirusa. Służby kryminalne trafiły na setki takich wniosków. W proceder ten zaangażowane są także firmy zajmujące się obsługą schronisk dla uchodźców. Śledczym udało się ustalić, że we wnioskach pomocowych przewija się kilka adresów kontrolowanych przez arabskie klany.

Środowisko imigrantów stanowi jedno z ważnych źródeł rekrutacji ludzi do organizacji przestępczych. Jednych kusi wizją szybkiego wzbogacania się, innych pociąga stwarzana przez arabskie gangi swoista subkultura kultu przemocy i działań poza prawem.

Arabskie klany gangsterskie zajmują się handlem narkotykami, napadami rabunkowymi oraz praniem brudnych pieniędzy. Rodzina Remmo na swoim koncie ma głośny napad na bank, z którego udało się ukraść 10 milionów euro.

Skuteczność wymiaru sprawiedliwości w zwalczaniu przestępstw klanowych trudno uznać za wysoką. Po pierwsze, klany stosują strategię zastraszania świadków, stąd też często przestępcy z braku dowodów wypuszczani są na wolność.

Po drugie, ich przestępczą działalność wspiera zasada swoiście pojętej lojalności – współpraca z instytucjami niemieckiego państwa uznawana jest w tych środowiskach za zdradę.

Po trzecie w końcu, w kulturze arabskiej rodzinę traktuję się znacznie szerzej niż w Europie, dlatego też nie powinno dziwić to, że do członków najbliższej rodziny zalicza się dziesiątki osób, do dalszej – setki, zaś liczbę członków klanu liczy się w tysiącach.

Szacuje się, że gang Remmo liczy co najmniej 500 osób, choć w Niemczech działają i takie, które liczą sobie nawet 10 tysięcy członków.

Dłużej nie dało się udawać

Problem arabskich gangów trafiał do świadomości społecznej stopniowo. Na początku poprawność polityczna kazała milczeć na temat zorganizowanej przestępczości imigrantów. Jednak coraz odważniejsze i bardziej agresywne działania przestępców sprawiły, że trudno było nie dostrzec problemu.

W październiku 2018 roku niemiecki dziennikarz urodzony w Libanie, Ralph Ghadban, napisał książkę „Arabische Clans – Die unterschätzte Gefahr” (Arabskie klany – niedoceniane niebezpieczeństwo) demaskującą motywy i sposób działania tych organizacji. Zarzucił im świadome wybieranie Niemców jako ofiar przestępstw, brak szacunku do prawa oraz niechęć wobec integracji. Oskarżeni odpowiedzieli groźbami. „Znajdziemy cię bez względu na to, gdzie jesteś. I zdepczemy twoją głowę” – wiadomości o takiej treści trafiały do reportera. Sprawa została potraktowana poważnie, a pisarzowi przydzielono ochronę.

Zapobiegawczość czy bezsilność państwa?

Sposób przeprowadzenia uroczystości pogrzebowych, w które angażuje się setki policjantów, a nawet zamyka się ulice, to w ocenie służb i władz Berlina dowód na zapobiegawczość w działaniu. Rzeczniczka prasowa berlińskiej policji Barbara Slowik przekonuje, że zabezpieczając pogrzeb funkcjonariusze demonstrują siłę państwa.

Możliwa jest jednak zupełnie inna interpretacja – widok zbiorowego zgromadzenia żałobników w czasie pandemii i policji zabezpieczającej tę uroczystość kojarzy się raczej z uległością i świadczy bardziej o bezradności państwa, niż o jego sile.

Piotr Ślusarczyk

www.spiegel.dewww.tagesspiegel.de; tagesspiegel.de/berlin

Polecamy także:

euroislam.pl/arabskie-klany-w-niemczech-wyzwanie-dla-panstwa

euroislam.pl/dopadniemy-cie-arabskie-klany-groza-pisarzowi

euroislam.pl/berlinskie-gangi-arabow-rekrutuja-uchodzcow




Repatriacja terrorystów: zagrożenie czy szansa?

Jeżeli nie nastąpi repatriacja terrorystów z Syrii i Europa nie osądzi europejskich dżihadystów własnymi siłami, poskutkuje to osłabieniem nie tylko praworządności, ale i zagrożeniem dla bezpieczeństwa jej obywateli, twierdzą eksperci.

Na indolencję europejskich państw w zakresie skutecznego sądzenia terrorystów, którzy z Europy wyjechali na dżihad do Syrii, wskazuje analityk magazynu „Lawfare” Jacob Schultz. Utworzone przez Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF) przetrzymują obecnie w obozach około 800 europejskich terrorystów. Do tego dochodzą ich żony i dzieci przetrzymywane oddzielnie. Europa jednak nie ma skutecznego pomysłu co z nimi zrobić, a kolejne inicjatywy upadają. Jedynym wspólnym pomysłem jest to, żeby nie wrócili oni na europejskie terytorium.

Zresztą to nie tylko europejski problem i podejście do sprawy. W lutym Indonezja ogłosiła, że nie pozwoli na powrót prawie 700 terrorystów, którzy uciekli z kraju, by walczyć w szeregach ISIS. Z kolei USA podejmuje się tego procesu, jednak terroryści robią co mogą, żeby nie skończyć na rozprawie w amerykańskim sądzie, gdzie grozi im kara śmierci. Niedawno Euroislam.pl pisał o dwóch członkach grupy nazywanej Beatlesami, którzy mają ciągle nadzieję na proces w Wielkiej Brytanii.

Jakiś czas temu planowano międzynarodowy trybunał, który osądziłby zbrodniarzy z ISIS. Jednak żadna odpowiednia do tego koalicja nie powstała. Potem, przypomina Schultz, padła propozycja, żeby Irak osądził terrorystów, ale w międzyczasie kraj ten pochłonęły zamieszki cywilne. Od lutego można było żywić nadzieję, że kurdyjskie władze lokalne wymierzą sprawiedliwość dżihadystom. Jednak kwietniowe protesty i zamieszki w więzieniach obnażyły brak odpowiedniej organizacji, która mogłaby podjąć się tego zadania. Sprawę sądów zakończyła globalna pandemia, która spowodowała wstrzymanie wszelkich procesów.

Kobiety w obozie Al-Hol (foto: commons.wikimedia; Y. Boechat/VOA)

Europa ogłosiła, że wstrzymuje działania repatriacyjne dotyczące terrorystów, a także kobiet i dzieci związanych z Państwem Islamskim, z powodu braku zasobów do ich przeprowadzenia. Jak podaje Schultz, trwają obecnie jedynie rozmowy Belgów i Francuzów, jak ściągnąć do kraju dzieci, zakładając, że uda się odseparować je od rodzin.

Brak reakcji ze strony rządów i niepewność wywołują coraz większy niepokój i agresję wśród osadzonych. Bunty dotyczyły nie tylko więzień terrorystów, ale też obozów, gdzie przebywają kobiety i dzieci. W trakcie zamachów dwie rodziny prominentnych francuskich terrorystów próbowały uciec z obozów. W przepełnionym obozie Al-Hol przebywa prawie 70 tysięcy osób. Rosną obawy o możliwość pojawienia się i rozprzestrzenienia epidemii w obozie. Prawnicy europejskich osadzonych starają się w sądach o ich jak najszybszą repatriację.

Celem Europy jest uniknięcie ataków na jej terytorium, co miało chociażby miejsce w Paryżu w 2015 roku ze strony powracających dżihadystów, którzy przedostali się wraz z przelewającą się przez Bałkany falą uchodźców. Jednak obecnie przyjęta strategia niereagowania na jakiekolwiek próby sprowadzenia ich, a jednocześnie niemożność przeprowadzenia procesów sądowych tworzą dwa poważne zagrożenia.

Po pierwsze, śledzenie terrorystów będzie łatwiejsze, jeżeli znajdą się w rękach europejskich wymiarów sprawiedliwości. Jeśli jednak uda im się uciec z obozów w Syrii, łatwo znikną z radarów europejskich służb i wtedy mogą przeniknąć do Europy. Tu jednak nie ma prostej odpowiedzi, zaznacza autor analizy w „Lawfare”. Europejskie więzienia także są miejscem radykalizacji terrorystów, na którą nie znaleziono jeszcze rady.

Drugim problemem jest radykalizacja dzieci dorastających w dżihadystycznym środowisku w obozach takich, jak Al-Hol. Podobno niektórzy z osadzonych mówią już o nim „Camp Bucca II”, co nawiązuje do obozu amerykańskiego w Iraku, który uformował pokolenie terrorystów Państwa Islamskiego.

Repatriacja terrorystów do Europy jest wyzwaniem logistycznym, prawnym i zagrożeniem dla bezpieczeństwa, lecz może się okazać rozwiązaniem bardziej skutecznym i trwałym niż pozostawienie ich w Syrii.

Jan Wójcik, na podst. Lawfare, CSIS, South China Morning Post