Przewidywania i prowokacje o Bliskim Wschodzie

McDonald's w Arabii Saudyjskiej
Saudi women wait in line in the "women section" at of a fast food resturant in the 'Faysalia' mall in Riyadh City, on September 26, 2011, a day after Saudi Arabia's King Abdullah bin Abdulaziz al-Saud granted women the right to vote and run in municipal elections, in a historic first for the ultra-conservative country where women are subjected to many restrictions.AFP PHOTO/FAYEZ NURELDINE
| 3 komentarzy|
image_pdfimage_print

Daniel Pipes

McDonald's w Arabii Saudyjskiej
McDonald’s w Arabii Saudyjskiej

Bliski Wschód to jeden z najbardziej wybuchowych, niestabilnych i dręczonych problemami regionów; z tego też powodu jest on powodem wielu najintensywniejszych debat politycznych – wystarczy wspomnieć o konflikcie izraelsko-arabskim czy umowie z Iranem.

Poniższy przegląd problemów jest zbiorem spekulacji i interpretacji problemów Iranu, ISIS, Syrii i Iraku, Kurdów, Turcji, Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Izraela i islamizmu, a zakończony jest moimi przemyśleniami w kwestii wyborów strategicznych. W skrócie, pod całą masą pomyłek, błędów i tragedii znaleźć można też i iskierkę nadziei.

Iran

Iran to temat numer jeden, w szczególności po podpisaniu umowy nuklearnej w Wiedniu 14 lipca. Umowa ma przywrócić Teheranowi miejsce na arenie międzynarodowej i zakończyć dekady wrogości, skłaniając Iran do przekształcenia w normalne państwo. Jest to jak najbardziej szczytny cel.

Problem jednak leży w wykonaniu, którego efekty są tragiczne. Agresywny rząd jest nagradzany uznaniem międzynarodowym i dodatkowymi funduszami bez żadnych gwarancji dotyczących programu zbrojeniowego. Dodatkowo umowa zezwala na rozwój tego programu za około dekadę. W dziejach dyplomacji nigdy jeszcze nie odnotowano takiej kapitulacji mocarstw wobec słabego, izolowanego kraju.

Irańscy przywódcy mają apokaliptyczne zapatrywania, których brak było Korei Północnej, Stalinowi, Mao, Pakistanowi czy komukolwiek innemu. Najwyższy przywódca Ali Chamenei może chcieć użyć broni nuklearnej poza normalnym kontekstem militarnym. /Tym bardziej powinien zostać powstrzymany.

Jednak sankcje ekonomiczne są tylko na pokaz. Irański rząd może równać się z Koreą Północną w oddaniu jakie poświęca budowie tej broni i gotowości poświęcenia wszystkiego, co niezbędne by osiągnąć swój cel. Dlatego, niezależnie od tego jak silne będą sankcje wyłącznie utrudnią one irańskim przywódcom budowę bomby, ale ich nie powstrzymają.

Jedynym sposobem powstrzymania ich jest użycie siły. Mam nadzieję, że rząd izraelski – jedyny, który może podjąć odpowiednie kroki – zdecyduje się wykonać tą trudną i niewdzięczną robotę. Może to zrobić przez bombardowanie, operacje specjalne lub broń atomową, przy czym opcja numer dwa jest najatrakcyjniejsza i najtrudniejsza jednocześnie.

Jeśli Izraelczycy nie powstrzymają bomby, to może to mieć straszne konsekwencje dla Bliskiego Wschodu i poza nim, w tym dla Ameryki Północnej, gdzie trzeba będzie liczyć się z atakami elektromagnetycznymi.

Jeśli Irańczycy nie zdołają zbudować bomby to jest możliwe, że zwiększony kontakt ze światem zachodnim i polityka państw Zachodu może obalić reżim.

ISIS

Państwo Islamskie (znane jako ISIS, ISIL, Daesz) jest jednym z najgorętszych tematów, zaraz po Iranie. Zgadzam się z Ronem Dermerem, izraelskim ambasadorem w Waszyngtonie, że Iran jest znacznie bardziej niebezpieczny niż ISIS. Jednak ISIS jest bytem bardziej interesującym. Co więcej, administracja Obamy używa go jako straszaka, który ma usprawiedliwić konszachty z Teheranem.

ISIS pojawiło się jakby znikąd, oparte na islamskiej nostalgii posuniętej poza granice rozsądku. Saudowie, ajatollahowie, Taliban, Boko Haram i Szabaab narzucały swoją wersję średniowiecznego porządku. Jednak ISIS poszło jeszcze dalej, starając się odtworzyć islamski świat z siódmego wieku, włączając w to niewolnictwo i publiczne ścięcia.

Sprowokowało to dwa rodzaje reakcji ze strony muzułmanów. Jedna jest pełna poparcia i manifestuje się poprzez rzesze muzułmanów z Tunezji i Zachodu spieszących dla wsparcia ISIS. Jednak drugi rodzaj reakcji, znacznie ważniejszy, był negatywny. Przytłaczająca większość muzułmanów (nie mówiąc już o nie muzułmanach) sprzeciwia się brutalnemu fenomenowi, jakim jest ISIS. W dłuższej perspektywie ISIS zaszkodzi ruchowi islamistycznemu (który chce stosowania prawa islamskiego w całej jego rozciągłości) a nawet samemu islamowi, bowiem duża część muzułmanów sprzeciwia się ISIS.

Jednak po ISIS może pozostać jeden element: pojęcie kalifatu. Ostatni kalif, który faktycznie dzierżył władzę, rządził około roku 940. Ponad tysiąc lat temu. Ponowne pojawienie się kalifa o realnej władzy, po całej serii figurantów, wielce podekscytowało islamistów. Z punktu widzenia Zachodu to tak, jakby ktoś odnowił Cesarstwo Rzymskie w oparciu o fragment terytorium Europy: z pewnością przyciągnęłoby to uwagę każdego. Spodziewam się, że kalifat będzie miał długotrwały i negatywny wpływ.

Syria, Irak i Kurdowie

W pewnych kręgach, Syria i Irak znane są jako Suraqija. Granica między tymi krajami załamała się, a jednocześnie zostały one podzielone na trzy główne regiony: szyicki rządz centralny, sunnicką rebelię arabską i część kurdyjską, która chce niepodległości.

Jest to dobry znak: w brytyjsko-francuskiej umowie Sykesa-Picota z 1916 roku nie ma nic świętego, a te dwa państwa powstały właśnie w jej wyniku. Umowa ta okazała się być absolutną porażką; wystarczy przypomnieć sobie Hafeza al-Assada i Saddama Husajna by zrozumieć dlaczego. Państwa te istnieją dla ich władców, którzy mordują własnych obywateli. Niech więc się rozpadną, z dobrym skutkiem zarówno dla miejscowych jak i dla całego świata.

W czasie, gdy wspierani przez Turcję sunnicy dżihadyści walczą z wspieranymi przez Iran szyickimi dżihadystami, Zachód powinien trzymać się z dala: to nie jest nasza wojna. Walka między tymi dwoma siłami może ograniczyć ich szanse agresji w innych częściach świata. Jeśli chcemy pomóc, to po pierwsze musimy pomóc ofiarom tej wojny domowej; jeśli chcemy myśleć strategicznie, powinniśmy pomóc stronie, która przegrywa (by nikt nie wygrał).

Jeśli chodzi o wielki napływ uchodźców z Syrii: zachodnie rządy nie powinny przyjmować aż takiej ich liczby, a zamiast tego zmusić Arabię Saudyjską i inne bogate państwa Zatoki, by ich przyjęły. Dlaczego Saudyjczycy mają być zwolnieni z przyjmowania uchodźców, podczas gdy są ku temu o wiele lepszym miejscem niż, powiedzmy, Szwecja: panuje tam podobna kultura, język i religia, Arabia Saudyjska leży bliżej i ma podobny klimat.

Nagłe pojawienie się państwa kurdyjskiego w Iraku, a później w Syrii a także silniejsza postawa Kurdów w Turcji i w Iranie to dobry znak. Kurdowie okazali się być odpowiedzialni, znacznie bardziej niż ich sąsiedzi. Mówię to jako ktoś, kto 25 lat temu sprzeciwiał się kurdyjskiej autonomii. Pomóżmy Kurdom, którzy są naszą najlepszą szansą na sojuszników w muzułmańskim Bliskim Wschodzie. Powinien powstać zjednoczony Kurdystan, składający się ze wszystkich czterech kurdyjskich regionów. Nie możemy przejmować się integralnością terytorialną okolicznych państw, bowiem i tak nie funkcjonują one prawidłowo.

Turcja

Wybory z czerwca 2015 roku nie okazały się wielkim sukcesem dla Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkinma Partisi, AKP), która rządziła Turcja samodzielnie od 2002 roku. Jest to partia islamistyczna, lecz co ważniejsze, od niedawna również dyktatorska. Recep Tayyip Erdoğan, jej przywódca, robi co chce i rozpościera swoje wpływy na banki, media, szkoły, sądy, policję, wywiad i wojsko. Obala zwyczaje, zasady, regulacje a nawet konstytucję, budując krok po kroku swoją pozycję. Jest bliskowschodnią wersją Hugo Chaveza z Wenezueli.

Przez większość czasu Erdoğan grał zgodnie z zasadami demokratycznymi, poprzez parlament i wybory, co dobrze mu służyło. Jednak wybory z czerwca mogą być znakiem końca tej polityki. Już dawno, jeszcze jako burmistrz Stambułu, dawał do zrozumienia, że nie zgadza się z wynikami wyborów, mówiąc, że demokracja jest jak autobus: „jedziesz aż do swojego przystanku, a potem wysiadasz”. Zdaje się, że dojechał do swojego przystanku i jest gotów wysiąść. Rozpoczął starcia z kurdyjską PKK, co jest wyjątkowo podłą taktyką wyborczą (by przeciągnąć na swoją stronę tureckich nacjonalistów): może nawet zacząć wojnę przed 1 listopada, gdy będą miały miejsce wcześniejsze wybory. Da mu to szansę odwlec wybory ze względu na stan wojny.

Erdoğan Pasza z The Economist
Erdoğan Pasza z The Economist

Wynik z czerwca nie będzie poważniejszym problemem dla Erdoğana – jego droga do dyktatury zdaje się być otwarta.

Jego główne kłopoty będą nie będą miały miejsca na arenie wewnętrznej i nie będą dotyczyły wyborów; dotyczyć będą spraw zagranicznych i znacznie poważniejszych kwestii. Właśnie dlatego, że poradził sobie tak dobrze na arenie wewnętrznej, wierzy, że jest wybitnym politykiem i że może prowadzić równie agresywną politykę zagraniczną. A jednak po początkowych sukcesach polityki „zero problemów z sąsiadami”, turecka pozycja międzynarodowa sięgnęła dna. Ankara ma złe stosunki i problemy z niemal każdym sąsiadem: Rosją, Azerbejdżanem, Iranem, Syrią, Irakiem, Egiptem, Greckim Cyprem, Tureckim Cyprem i Grecją a także z USA i Chinami. Któraś z zagranicznych eskapad będzie przyczynkiem do jego upadku.

Arabia Saudyjska

Arabia Saudyjska to jeden z najbardziej niezwykłych krajów na świecie. Nawet jeśli pochodzicie z Kataru lub Abu Dhabi to panujące tam zwyczaje i instytucje rządowe uznacie za dziwne. Nie ma tam ani jednego kina. Kobiety i mężczyźni muszą używać oddzielnych wind. Nie-muzułmanom nie wolno podróżować do Mekki i Medyny. Strażnicy moralności terroryzują lokalną populację. Chrześcijanie mogą wpaść w kłopoty za modlenie się, a Żydom, poza nielicznymi wyjątkami, w ogóle nie wolno tam przebywać.

Rząd prowadzi potężne i niezwykle sprawne państwo policyjne, w którym nawet nie udaje, że panuje demokracja czy istnieje konstytucja. Obserwuje, cenzuruje i interweniuje. Wszędzie pełno policyjnych punktów kontrolnych. Rząd korzysta z trzech rodzajów służb zbrojnych – pakistańskich najemników, którzy pilnują pól naftowych, narodowej armii, która chroni granice i plemiennej straży, która chroni monarchię. Monarchie na świecie liczą sobie 10, 20 czy nawet 50 członków rodziny królewskiej. Rodzina al Saud liczy 10 000 mężczyzn (kobiety w tym kraju nie liczą się politycznie) i stanowią nomenklaturę kraju. Członkowie rodziny rządzą krajem, który nazwany został jedyną rodzinną firmą z członkostwem w ONZ.

Jednak struktura ta jest obecnie zagrożona. Przez 70 lat monarchia spoglądała w stronę rządu USA, by ten zapewnił jej zewnętrzne bezpieczeństwo. Teraz, po raz pierwszy, w epoce Obamy, te zapewnienia już nie istnieją, w szczególności po wejściu w życie umowy z Iranem, w ramach której Waszyngton stoi teraz bliżej Teheranu niż Rijadu. Przywódcy Saudów starają się chronić sami siebie, czego przykładem jest zbliżenie z Izraelem. To logiczny krok, lecz nadal szokujący. Przewiduję, że to tylko tymczasowy ruch, który nie przetrwa kryzysu. Jeśli Republikanin zostanie prezydentem w 2017 roku, związki z Izraelem ustaną.

Egipt

Abdel Fattah el-Sisi rządzi od dwóch lat, od lipca 2013 roku. Do władzy dostał się w wyniku potężnych demonstracji przeciw prezydentowi wywodzącemu się z Bractwa Muzułmańskiego, Mohamedowi Morsiemu. Sisi ma dobre priorytety: walka z islamistami i naprawa ekonomii. Jednak obawiam się, że daleko mu do sukcesu na którymkolwiek z tych pól.

Walczę z islamizmem i popieram twarde kroki podejmowane, żeby walczyć z tym totalitarnym ruchem, jak odrzucanie stosowania islamskiego prawa, odgradzanie islamistów od ważnych instytucji i blokowanie ich startu w wyborach. Jednak polityka Sisiego idzie za daleko i jest nieproduktywna. Dla przykładu, skazanie niemal 600 ludzi na śmierć za morderstwo policjanta, a w miesiąc później skazanie niemal 700 za to samo morderstwo, jest nie tylko nieproporcjonalne do popełnionego czynu, ale co więcej przysporzy islamistom sympatii.

Ekonomia to kolejny poważny problem. W latach pięćdziesiątych, Gamal Abdel Nasser, także oficer, wprowadził w kraju socjalistyczny reżim, także typowy dla tej ery, z wielkimi, podobnymi do sowieckich fabrykami, które miały zastąpić import towarów. Nie tylko ten system nadal funkcjonuje, lecz co więcej rola państwa w ekonomii wzrosła pod rządami Mubaraka i nadal rośnie pod rządami Sisiego. Obaj prezydenci utrzymują wysokie morale wśród swoich kolegów dając im synekury. „Jesteś emerytowanym pułkownikiem? Świetnie, przejmij tą fabrykę bawełny”. lub „Zbuduj to pustynne miasto”. Szacuje się, że 25 do 40 procent egipskiej ekonomii leży w rękach wojska.

Zaniedbanie rolnictwa prowadzi do ogromnych problemów. Egipt, zarówno w absolutnych jak i relatywnych wskaźnikach importuje więcej kalorii niż jakikolwiek inny kraj. Dla przykładu dane z roku podatkowego 2013-2014 wskazują, że Egipt zaimportował 5,46 milionów ton pszenicy, czyli 60 procent spożycia kraju, co uczyniło kraj największym importerem pszenicy na świecie. Dawniej dar Nilu, Egipt nie może się sam wyżywić i opiera się na Saudyjczykach i innych subwencjach, by móc kupować żywność zagranicą. Niedawne odkrycie pola gazu ziemnego na Morzu Śródziemnym pomoże, jednak nie rozwiąże tego problemu.

Sisi wydaje się być nieprzygotowanym do roli prezydenta Egiptu, podobnie jak nieprzygotowany był inny wojskowy, Gamal Abdel Nasser, 60 lat temu. Jak wskazuje amerykański analityk Lee Smith:

„Nie jest przypadkiem, że Egipt w kryzysie wybrał kogoś takiego jak Sisi. Dumny i niekompetentny, Sisi stoi w szeregu wielkich egipskich przywódców, takich jak Nasser i Anwar al-Sadat. Sisi powiedział dziennikarzowi w nieoficjalnym wywiadzie, który dostał się do mediów, że marzył o swojej wielkości od 35 lat. Jednak wiele z jego wyborów pokazuje, że jest zupełnie nieprzygotowany.

Nadal jest jeszcze na fali, z pokaźnymi wynikami w sondażach (wystarczy wspomnieć o ciasteczkach i piżamach z jego twarzą), jednak jeśli popełni jakiś błąd, jego popularność natychmiast spadnie. Islamiści wykorzystają jego niekompetencję, podobnie jak on wykorzystał ich pomyłki. Ciągły cykl zamachów stanu będzie się powtarzał, a Egipt będzie zapadał się coraz bardziej – sytuację pogarszać będzie widmo masowej emigracji. Życzę Sisiemu jak najlepiej, jednak jestem gotów na najgorsze.

Izrael

W listopadzie 2000 roku Ehud Barak powiedział, że Izrael przypomina „willę w dżungli”. Bardzo podoba mi się ten zwrot: jest on jeszcze bardziej prawdziwy dzisiaj, gdy Izrael otoczony jest przez ISIS, Liban i Jordania uginają się pod napływem uchodźców, a Zachodni Brzeg pogrążony jest w anarchii, podobnie jak i Gaza.

Wszyscy znają technologiczne i militarne możliwości Izraela. Jednak wiele więcej powinno nas fascynować w tym kraju.

Demografia:

Cały nowoczesny, uprzemysłowiony świat od Korei Południowej po Szwecję nie może wytworzyć nadwyżki demograficznej, z wyjątkiem Izraela. Społeczeństwa potrzebują około 2.1 dziecka na jedną kobietę, by utrzymać poziom populacji. Islandia, Francja i Irlandia znajdują się tuż pod tym progiem, jednak na drugim końcu skali znajdziemy kraje takie jak Hong Kong z zaledwie 1.1 dziecka na kobietę, czyli nieco powyżej połowy tego, co jest potrzebne. W Izraelu wskaźnik ten wynosi 3.0. Oczywiście, częściowo odpowiedzialni za to są Arabowie i Haredim, jednak zależny jest on także od świeckich mieszkańców Tel Awiwu. Jest to wyjątkowy przypadek wśród rozwiniętych krajów.

Energia:

Wszyscy znają stary dowcip o Mojżeszu, który pomylił kierunki przy wyjściu z Egiptu. Jak się okazuje, to nieprawda. Izrael ma równie duże zasoby energii, co Arabia Saudyjska. Nie są one tak łatwo dostępne, więc ich wydobycie jest znacznie droższe i trudniejsze, jednak Izraelczycy kiedyś z tej rezerwy skorzystają.

Nielegalna imigracja:

Jest to poważny problem w Europie, w szczególności latem, gdy Morze Śródziemne i Bałkany stają się drogami przerzutu z Bliskiego Wschodu. Izrael przeciwdziała temu budując mury i zwiększając kontrole na granicach.

Woda:

Dwadzieścia lat temu, podobnie jak wszystkie inne kraje na Bliskim Wschodzie, Izrael musiał radzić sobie z brakami wody. Problem ten rozwiązano przez oszczędzanie, nawadnianie kropelkowe, nowe metody odsalania i intensywny recykling. Oto przykład: Izrael wykorzystuje ponownie 90 procent swojej wody – druga na liście Hiszpania wykorzystuje 18 procent, pięć razy mniej. Izrael ma teraz tyle wody, że eksportuje ją sąsiadom.

Generalnie Izrael radzi sobie bardzo dobrze. Oczywiście, znajduje się pod groźbą broni masowego rażenia i procesu delegitymizacji. Jednak sądzę, że jego osiągnięcia pozwolą mu przetrwać te kłopoty.

Ideologia islamistyczna: trzy typy

Islamistów można podzielić na trzy główne typy:

Szyiccy rewolucjoniści: prowadzeni prze reżim irański znajdują się na wojennej ścieżce, opierając się na pomocy Teheranu, apokaliptycznej ideologii, podstępach i (w którymś momencie) broni nuklearnej. Chcą obalić istniejący porządek świata i zamienić go na porządek islamistyczny, zgodnie z planami ajatollaha Chomeiniego. Siła rewolucjonistów polega na ich determinacji; ich słabością jest przynależność do mniejszości, bowiem szyici stanowią tylko 10 procent wszystkich muzułmanów, a sami także dzielą się na wiele mniejszych grup.

Sunnicy rewizjoniści: stosują różne taktyki we wspólnym wysiłku, by obalić istniejący porządek. Po jednej stronie stoją szaleńcy: ISIS, Al-Kaida, Boko Haram, Szabaab i Taliban, wypełnieni nienawiścią i bardziej rewolucyjni niż ich szyiccy odpowiednicy. Bractwo Muzułmańskie i powiązane z nim organizacje i osoby (jak prezydent Turcji Erdoğan) znajdują się w środku tego spektrum, używając przemocy tylko wtedy, gdy uważają to za konieczne, lecz woląc funkcjonować w ramach systemu. „Miękcy” islamiści tacy jak Fethulah Gülen, przebywający w Pensylwanii turecki kaznodzieja, starają się przekazywać swoje idee przez edukację i przedsiębiorczość, pracując ściśle w ramach systemu. Ich cele jednak są równie ambitne.

Sunnicy zwolennicy status quo: państwo Saudów przewodzi blokowi rządów (członków GCC, Egiptowi, Jordanii, Algierii i Maroku), z których tylko niektóre są islamistyczne i które chcą utrzymać swój stan posiadania i postawić tamę rewolucjonistom i rewizjonistom.

Islamistyczna taktyka: przemoc kontra rządy prawa

Stosujący przemoc islamiści, szyici i sunnici, nie mają szans. Ich ataki na muzułmanów czynią ich niepopularnymi wśród współwyznawców. Walczą z nie-muzułmanami dokładnie w tych obszarach, w których ci są najsilniejsi; połączone siły wojska, policji i wywiadu mogą zmiażdżyć każde islamistyczne powstanie.

Islamistyczna przemoc jest kontrproduktywna. Wpływa bardzo silnie na opinię publiczną. Mordercze ataki nie wpływają na analityków, media czy polityków, lecz właśnie na opinię publiczną. Incydenty takie jak masakra „Charlie Hebdo” w Paryżu skłaniają głosujących do popierania partii antyislamistycznych. Krew na ulicach to straszna lekcja.

Z drugiej strony islamiści funkcjonujący w ramach systemu są bardzo niebezpieczni. Uważani są za część politycznego systemu, pojawiają się w telewizji, w salach sądowych, uczą na uniwersytetach. Zachodnie rządy często błędnie uważają ich za sojuszników. Według mnie im bardziej brutalny jest islamista tym bardziej jest niebezpieczny.

Dlatego, gdybym był strategiem islamistów, powiedziałbym: „pracujcie w ramach systemu, ograniczcie przemoc poza tymi sytuacjami, gdy służy ona zastraszaniu i pomaga w osiągnięciu celu”. Islamiści tak nie postępują, czyniąc poważny błąd i bardzo nam pomagając.

Islamizm w kryzysie?

Ruch islamistyczny może powoli wkraczać w okres kryzysu z powodu walk wewnętrznych i braku popularności.

Jeszcze w 2012 roku wydawało się, że będzie w stanie pokonać wiele wewnętrznych problemów – podział na odłamy (sunnicki, szyicki), różnice polityczne (monarchia, republika), taktyczne (polityka i przemoc) oraz podejścia wobec nowoczesności (salafici, Bractwo Muzułmańskie) oraz różnice osobiste (Fethulah Gülen, Recep Tayyip Erdoğan). Jednak od tego czasu islamiści nie mogą przestać ze sobą walczyć. Zgodne jest to z tradycją tego typu sporów na Bliskim Wschodzie, w którym zwycięskie stronnictwa przechodzą poważne rozłamy. Sprzeczności, przyklepane w czasach opozycyjnych, wychodzą na wierzch po zwycięstwie.

Po drugie, doświadczenie rządów islamistów prowadzi do ich odrzucenia. Potężne egipskie demonstracje po roku rządów Bractwa Muzułmańskiego są najlepszym tego przykładem. Inne widzimy w Iranie (gdzie większość społeczeństwa nie znosi rządu) czy Turcji (gdzie poparcie dla rządzącej partii islamistycznej właśnie spadło o 20 procent).

Jeśli te tendencje się utrzymają, ruch islamistyczny nie ma szans się utrzymać. Niektórzy już widzą nadejście ery „postislamistycznej”. Oto co mówi Haidar Ibrahim Ali z Sudanu:

Jesteśmy świadkami końca politycznej ery islamu, która zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych. Zostanie ona zastąpiona przez, jak to określił Asef Bayat, erę „postislamistyczną”, kiedy to pod względem politycznym i społecznym, po okresie prób, witalność politycznego islamu i jego atrakcyjność wyczerpią się nawet wśród najzagorzalszych zwolenników i entuzjastów.

Problemy te dają nam szansę na odrobinę optymizmu, lecz nie możemy spocząć na laurach, bowiem wszystko może się jeszcze zmienić. Nadal trzeba walczyć o marginalizację islamizmu.

Trzy polityczne siły na Bliskim Wschodzie

Z zachodniego punktu widzenia bliskowschodnie siły polityczne można podzielić na trzy rodzaje: islamistyczne, liberalne i chciwe. Wobec każdej trzeba stosować inne podejście.

Musimy odrzucać wszystkie siły islamistyczne. Oznacza to zaprzestanie wszelkiej pomocy dla islamistów, nawet tych postępujących wydawałoby się wedle demokratycznych zasad, jak rządząca partia w Turcji. Dążą one bowiem do tego samego celu co ISIS – narzucenia islamskiego prawa. Podobnie jak jesteśmy antyfaszystowscy tak też powinniśmy być antyislamistyczni. Jednak musimy oczywiście pamiętać, że mamy określone interesy w Turcji, Arabii Saudyjskiej i innych państwach, więc musimy podejmować taktyczne kompromisy.

Zawsze powinniśmy popierać liberałów, nowoczesnych, świeckich, takich jak z placu Tahrir; chcą by Bliski Wschód był lepszym miejscem i są nadzieją regionu. Zachód jest ich modelem; spoglądają na nas w nadziei na pomoc. Zachód musi przy nich stać, bowiem jakkolwiek daleko im od korytarzy władzy i jakkolwiek im ciężko, to oni są nadzieją na lepszą przyszłość.

Trzecią grupą są chciwi królowie, emirowie, prezydenci i inni dyktatorzy i tu trzeba być ostrożniejszym. Powinniśmy z nimi współpracować, lecz także ciągle wywierać na nich presję. Dla przykładu, poza okresem dwóch lat, 2005-2006, zachodnie rządy nie naciskały na Hosniego Mubaraka, tyrana, który rządził Egiptem przez 30 lat; nie popieraliśmy rozluźnienia sceny politycznej, rządów prawa ani też nie walczyliśmy o wolności osobiste. Gdybyśmy to zrobili, to Egipt dziś byłby znacznie lepszym miejscem.

W skrócie: odrzucajmy islamistów, popierajmy liberałów, bądźmy ostrożni w stosunku do dyktatorów.

Polityka Ameryki

Amerykańska polityka zagraniczna była wyjątkowo niespójna przez ostatnie piętnaście lat.

George W. Bush próbował osiągnąć zbyt wiele na Bliskim Wschodzie – wolny i sprawnie działający Irak, odmieniony Afganistan, rozwiązanie arabsko-izraelskiego konfliktu, powszechną demokrację. Poniósł porażkę w starciu z twardą rzeczywistością regionu.

Barack Obama zwrócił się w przeciwną stronę i także poniósł porażkę. Jego polityka opierała się na „zaniechaniu amerykańskich interesów, odwróceniu się od przyjaciół i poszukiwaniu konsensusu”. Zignorował irańskie powstanie, porzucił dawnych sojuszników i próbował odwrócić się od regionu i zwrócić w stronę Azji.

Tego typu podejście jest charakterystyczne dla amerykańskiej lewicy. Chociaż donoszono, że został wychowany jako muzułmanin, to nie ma to przecież żadnego wpływu na jego politykę. Za jego postępowanie odpowiedzialne są jego poglądy.

Iran to jedyny (i trudny do wytłumaczenia) wyjątek od tej reguły: przez ostatnie sześć i pół roku Iran – a nie Chiny, Rosja, Meksyk, Syria czy Izrael – był priorytetem polityki zagranicznej Obamy.

Sugerowałbym amerykańską politykę pomiędzy tymi podejściami: definiowaną poprzez ochronę amerykańskich interesów i Amerykanów. Dzięki temu łatwo można zadecydować gdzie należy się angażować a gdzie nie. Ma to także dobry wpływ na kraje sojusznicze, takie jak Kanada.

Podsumowanie

Region znany ze swoich problemów przynosi także dobre wieści. Tyrania nie ma się już tak dobrze jak pięć lat temu. Islamiści są osłabieni wewnętrznymi walkami i utratą popularności. Syria i Irak przechodzą państwową transformację, Kurdystan znów pojawia się na scenie, Izrael radzi sobie świetnie. Kraje Zatoki, w szczególności Dubaj i Abu Dhabi, powoli eksperymentują z nowymi drogami w stronę nowoczesności. Wśród morza tragedii widać więc także ślady nadziei. Politycy powinni je zauważyć i na nich budować.

Tłumaczenie: Mateusz J. Fafiński

Mackenzie Institute
9 września 2015
http://pl.danielpipes.org/

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze