Punkt widzenia muzułmańskiego ateisty

| 4 komentarzy|
image_pdfimage_print

Ali A. Rizvi

„Ambasador odpowiedział nam, że [ich prawo] zasadza się na Prawach Proroka, że jest zapisane w Koranie, że wszystkie narody, które nie poddają się temu autorytetowi, są grzeszne, że jest ich prawem i obowiązkiem prowadzenie z nimi wojny, gdziekolwiek się znajdują, i uczynienie niewolników ze wszystkich, których wezmą jako więźniów i że każdy muzułmanin, który zostanie zabity w walce, z pewnością pójdzie do raju.„

Powyższa wypowiedź nie mówi o deklaracji przedstawiciela Al-Kaidy ani jakiejś fatwie irańskiej. Są to słowa Thomasa Jeffersona, wówczas ambasadora USA we Francji, którymi informował sekretarza stanu Johna Jaya o rozmowie, jaką przeprowadził z Sidim Hadżim Abdulem Rahmanem Addżą, wysłańcem Trypolisu w Londynie w 1786 r. — ponad dwa stulecia temu.

Było to przed Al-Kaidą i talibami, przed utworzeniem Izraela i konfliktem arabsko-izraelskim, przed Chomenim, przed Arabią Saudyjską, przed dronami, zanim większość Amerykanów w ogóle wiedziała, co to jest dżihad i islam i, co najważniejsze, było to na długo zanim Stany Zjednoczone przeprowadziły choćby jedną interwencję militarną za granicą, a nawet zanim określiły swoją politykę zagraniczną. W tym czasie na tysiące amerykańskich i europejskich statków handlowych, wpływających na Morze Śródziemne, napadali piraci z muzułmańskich państw Berberii (współczesnej Afryki północnej). Porwali, uwięzili i zniewolili ponad milion ludzi Zachodu. Centrum tych działań był Trypolis. Próby negocjacji Jeffersona zakończyły się impasem i dowiedział się, że porwania i branie do niewoli niewiernych będzie kontynuowane, co mu zwięźle zakomunikował Addża w rozmowie opisanej powyżej.

Stanowisko Addżi nie było wyjątkowe ani przypadkowe. Ten konflikt trwał przez lata i jego wynikiem był Traktat z Trypolis, podpisany jako prawo przez prezydenta Johna Adamsa w 1797 r. Artykuł 11 tego dokumentu, bezpośredniego produktu pierwszego konfliktu zagranicznego Stanów Zjednoczonych, zawierał te słynne słowa, cementujące fundamentalne zobowiązanie Ameryki do świeckości:

„Jako że rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki nie jest w żadnym sensie oparty na religii chrześcijańskiej; jako że nie ma żadnego rysu wrogości wobec praw, religii lub spokoju muzułmanów; i jako że rzeczone państwo nigdy nie wkroczyło w żadną wojnę lub akt wrogości przeciwko żadnemu narodowi mahometańskiemu, strony oznajmiają, że żaden pretekst wywodzący się z opinii religijnych, nigdy nie przerwie harmonii istniejącej między tymi dwoma krajami.”

Tak, ustanowienie sekularyzmu w Ameryce w XVIII wieku było w dużej mierze związane z konfliktem z islamskim dżihadyzmem. Skąd więc wzięły się te tak podobne do bin Ladena słowa Abdula Rahmana Addżi? Nie mogły być one reakcją na imperializm amerykański (początek konfliktu poprzedza prezydenturę George’a Washingtona), na politykę zagraniczną USA, globalizację, AIPAC lub islamofobię. Niemniej jego słowa są identyczne ze słowami, które codziennie ad nauseum wylewają z siebie dżihadyści, twierdząc, że ich wojowniczość jest reakcją na związane z USA czynniki, które nie istniały w czasach Addży.

Jak można to zrozumieć? No cóż, tak się składa, że wspólny mianownik jest oczywisty.

W następstwie zamachu na maraton bostoński i nieudanego spisku w Toronto, wspieranego przez Al-Kaidę, brygada głosząca: „wszystko, tylko nie dżihad” wystąpiła znowu w pełnym składzie. Kiedy sprawcy takich zamachów mówią, że wpłynęła na nich polityka, nacjonalizm, pieniądze, gry wideo lub hip-hop, przyjmujemy ich odpowiedzi za dobrą monetę. Kiedy jednak wielokrotnie i konsekwentnie podają swoją wiarę religijną jako zasadniczą motywację, cofamy się, podpieramy podbródki i podejrzewamy, że musi tam być coś głębszego, jakaś „zasadnicza przyczyna”.

Zakaz krytykowania religii jest nadal zdumiewająco wszechobecny, a stulecia ostrych nauczek nie otworzyły nam oczu na to, co cały czas było oczywiste: zasadniczą przyczyną jest często sama religia, nie zaś „wypaczenia”, „porwanie”, „fałszywe przedstawianie” lub „polityzacja” religii.

Niedawne ataki na „nowych ateistów, takich jak Richard Dawkins, Sam Harris i nieżyjący Christopher Hitchens, Nathana Leana i Murtazy Hussaina poparli znani autorzy liberalni, jak Glenn Greenwald, który dołączył niedawno do chóru negacjonistów, przekonanych, że dżihad i zapał religijny nie mają nic wspólnego z motywacją braci Carnajewów, mimo obfitości dowodów, że jest wręcz odwrotnie. (HuffPost Live miał niedawno znakomitą dyskusję, w której wzywano Murtazę Hussaina do odpowiedzialności za swoje twierdzenia.)

W pewien sposób te ataki na Dawkinsa i innych są czymś dobrym. Na ogół uciekanie się do ataków ad hominem lub przyklejanie etykietki „bigot”, pozostaje oponentowi wtedy, kiedy nie potrafi przedstawić kontrargumentu.

Ten fenomen reprezentują w pełni naładowane określenia, takie jak „islamofobia”. Jako muzułmański ateista (nie jestem wierzący, ale kocham Eid, uczty w ramadan oraz moją muzułmańską rodzinę i przyjaciół) mógłbym za napisanie tego artykułu zostać uwięziony lub stracony zarówno w kraju mojego urodzenia, kraju, w którym się wychowywałem jak i w innych krajach muzułmańskich na świecie. Oczywiście, jest to niepokojące, przerażające uczucie. Można ten strach opisać jako bardzo dosłowną postać „islamofobii” Ale czy jest to tym samym, co antymuzułmańska bigoteria? Nie.

Semantyka ma tutaj znaczenie. Choć mam poważny problem z treścią kanonicznych tekstów islamskich, wiem, że większość muzułmanów to dobrzy pokojowi ludzie, którzy ledwo co liznęli Koranu i rzadko podporządkowują się jego nakazom, wybierając to, co lubią, podobnie jak wyznawcy każdej innej religii. Większość z ponad miliarda muzułmanów na świecie (włącznie z największymi populacjami w Indonezji, Indiach, Pakistanie i Bangladeszu) nawet nie rozumie arabskiego.

Rozumiem także, że ekstremizm w każdej ideologii nie jest tylko wypaczeniem tej ideologii. Jest przemyślanym, niezłomnym trzymaniem się jej fundamentów, stąd też nazwa „fundamentalizm”. Kiedy myślisz o lewicowym ekstremiście, czy myślisz o chciwym kapitaliście? Czy możesz wyobrazić sobie, że prawicowy ekstremista będzie żarliwie popierał finansowany przez rząd program socjalny? „Ekstremiści” i ściśle trzymający się wiary dżinizmu, która ceni życie każdej istoty, włącznie z owadami, nie zabijają więcej niż ich przeciętni współwyznawcy. Zamiast tego unikają jedzenia żywności przechowywanej przez noc, żeby nie zabić mikroorganizmów, które mogły się tam zebrać w tym czasie. W prawdziwej religii pokoju „ekstremistą” będzie pacyfista aż do skrajnego (i być może irytującego) stopnia, nie zaś jego przeciwność.

Zbyt często po takich tragediach, czy dzieją się w Bostonie, czy w Karaczi, widzę ludzi, którzy zamiast współczuć ofiarom, rzucają się do obrony wiary przed osądem. Jeśli rozważa się lub odkrywa powiązanie, wszyscy — od mediów na Zachodzie do Hollywood — uznają, że człowiek wiążący islam z terroryzmem jest „islamofobem”.

Najważniejszą jednak przyczyną tego, że terroryzm wiąże się z islamem, nie są ani media, ani „islamofobi”. Terroryści-dżihadyści sami wiążą się z islamem. Timothy McVeigh (także terrorysta w dowolnej definicji tego słowa) nie krzyczał „Jezus jest wielki!”, kiedy dokonywał zamachu w Oklahoma City. Jego gatunek terroryzmu nie był powiązany z chrześcijaństwem, bo nie był prowadzony w imieniu chrześcijaństwa. (W odróżnieniu od tego zamachy na kliniki aborcyjne są terroryzmem powszechnie uznanym za związane z chrześcijańskim ekstremizmem religijnym.)

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma antymuzułmańskiej bigoterii. Jako człowiek urodzony w Pakistanie i wychowywany w Libii i Arabii Saudyjskiej pierwszy przyznaję, że istnieje. Tak, są rasiści i bigoci, nie tylko atakujący pokojowych muzułmanów, wpychający Hindusów pod pociąg lub mordujący Sikhów, bo noszą turbany, albo mają brody jak jacyś muzułmanie. Ignorancja ma czasami tragiczne konsekwencje.

Jednak negacjonizm nie temu się przeciwstawia. Jak odważnie i skutecznie argumentuje Asra Nomani w artykule chwalącym postawę wujka Carnajewów, na społeczności muzułmańskiej, nie tylko tu ale na całym świecie, spoczywa obowiązek uczciwego rozprawienia się z tymi częściami swojej religii, które niezaprzeczalnie propagują zbrojny dżihad.

Nie pozbawia to ludzi ich muzułmańskiej tożsamości. Żydzi często wyznają swoją wiarę bez uzasadniania lub bronienia fragmentów Starego Testamentu, które wzywają do kamienowania homoseksualistów, panien młodych, które nie są dziewicami lub bluźnierców. W rzeczywistości, większość z nich potępia te idee. Religijni katolicy nadal identyfikują się ze swoją wiarą bez zgadzania się z papieżem w sprawie środków antykoncepcyjnych, aborcji lub seksu przedmałżeńskiego. Podobnie jak oni także muzułmanie wybierają rodzynki ze swojej wiary. Dlaczego nie mówić uczciwie o częściach, które ci się nie podobają? Jeśli cię dyskryminują, dlaczego nie bronić najpierw swoich ludzi zamiast rzucać się do obrony twojej wiary, ksiąg lub religii za każdym razem, kiedy ktoś pod ich wpływem popełnia masowe morderstwo?

Na tym polega kluczowa różnica z „nowymi ateistami”. Dla nas walka przeciwko ideologii religijnej nie jest walką przeciwko prawom człowieka, ale walką o nie. Ludzie mają prawa i są uprawnieni do szacunku. Książki i przekonania nie mają praw i nie są świętością.

Zamiast sądzić te religie według czynów nielicznych, sądźmy je bardziej obiektywnie: według treści ich świętych tekstów (czczonych zarówno przez fundamentalistów, jak umiarkowanych). Dla nas zwykła lektura świętych ksiąg abrahamowych ujawnia znajdujące się w nich poparcie dla dosłownie wszystkich form dyskryminacji, które ruchy na rzecz  praw obywatelskich i praw człowieka próbują zdemontować, jest tu: patriarchat, mizoginia, niewolnictwo, plemienność, ksenofobia, totalitaryzm i homofobia, wszystko zebrane razem w całość.

Nasze krytyczne słowa nie są atakiem na ludzi. Są kwestionowaniem tego, co uważamy za złe idee, które powodują złe zachowanie. Powiedzenie: „palenie jest złe” nie przekłada się na: „wszyscy palacze to źli ludzie”.

Ważne jest także zrozumienie, dlaczego krytyka, satyra lub drwiny z jakiejkolwiek ideologii nie są ani bigoterią, ani rasizmem. Krytykowanie kapitalizmu nie robi z człowieka antykapitalistycznego „bigota”. Krytykowanie religii nie jest inne. Nikt nie rodzi się obrzezany lub ochrzczony, z hidżabem albo jarmułką przyrośniętymi do głowy. Jest obecnie jasne, tak jak to zresztą było jasne od początku, że pochodzenie etniczne, płeć, wiek, narodowość, wykształcenie, status finansowy, obywatelstwo, stan cywilny i pochodzenie rodziny nie mają wiele wspólnego z terroryzmem islamskim. Przed rosyjskimi braćmi Carnajew z północnego Kaukazu mieliśmy Richarda Reida, Latynosa Jose Padilla, nigeryjskiego zamachowca z bombą w kalesonach, kalifornijskiego Adama Gadahna i innych. Jedynym wspólnym dla nich mianownikiem jest wiara islamska i zapał religijny, a to nie jest ani rasą ani pochodzeniem etnicznym.

Przez długi czas Arabowie i inni muzułmanie słusznie protestowali przeciw nazywaniu ich antysemitami za uzasadnione krytykowanie izraelskiej polityki, uważając, że jest to wybieg izraelskiego rządy by uchylić się od odpowiedzialności. Dzisiaj muzułmanie (wraz z liberalnymi apologetami, takimi jak Greenwald) robią to samo swoim nadużyciem etykietki „islamofobia” przeciwko ludziom takim jak Dawkins i Harris, którzy występowali równie ostro przeciwko wszystkim religiom, nawet jeśli twierdzili (słusznie), że islam stanowi w obecnych czasach wyjątkowe zagrożenie, ponieważ niezmiernie wzrósł jego wpływ na politykę światową, tak jak przez stulecia wpływało na nią chrześcijaństwo w Europie.

Najbardziej rewolucyjne walki o prawa człowieka napotykały gwałtowną opozycję, ostracyzm, alienację, obrazę, a często tortury i śmierć zaangażowanych w nią ludzi. Walka o prawa kobiet wymagała znacznie większej odwagi od kobiet w wieku XIX niż od tych, które urodziły się w XXI wieku. Działacze na rzecz praw obywatelskich, którzy przemawiali w czasach, kiedy lincz był akceptowany i powszechny, mieli znacznie trudniejsze zadanie niż ci, urodzeni w Ameryce Baracka Obamy. Na przestrzeni dziejów działacze LGBT spotykali się z dyskryminacją i okrucieństwem (a trwa to do dzisiaj) za odważne opowiadanie się za tym, co 70 procent amerykańskiej młodzieży uważa teraz za słusznie, niezależnie od tego, co powiada Księga Kapłańska 20:13.

Ogólnie, „nowi ateiści” myślą o religii w taki właśnie sposób. Religia nadal uważana jest za świętą i nietykalną, podobnie jak niespełna stulecie temu uważano supremację białych i patriarchat. Konsekwencje występowania przeciwko religii są często równie tragiczne, jak były wtedy dla tych, którzy występowali przeciwko władzy białych lub dominacji mężczyzn. Ale walka sekularystów przynosi owoce, tutaj i gdzie indziej, szczególnie wśród młodzieży amerykańskiej.

Dla nas „podstawowe przyczyny” terroryzmu dżihadystycznego są dzisiaj te same, jak były, kiedy Sidi Hadżi Abdul Rahman Addża wypowiedział swoje historyczne słowa do Thomasa Jeffersona. Chcemy uczciwie o tym mówić, żebyśmy mogli rzeczywiście coś z tym zrobić.

Dla szybko rosnącego ruchu sekularystów/humanistów krytyka religii nie jest pokazem bigoterii, ale walką z bigoterią. Dla nas zaangażowanie przeciwko bigoterii nie jest bigoterią, a nietolerancja dla nietolerancji nie jest nietolerancją.

Tłumaczenie Małgorzata Koraszewska

Tekst ukazał się na portalu Racjonalista.pl http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,8950

 

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze