Wiadomość

Niemcy przygarnęły bogactwo… problemów

Napis w szkole w Hamburgu, 2016 r. Zdj.ilustracyjne, Flickr.)

Walki imigranckich ganów, bójki na basenach i antysemicka przemoc w szkołach. Niemcy nadal nie rozwiązali problemów multikulturowego społeczeństwa. Prasa coraz częściej uderza w tony alarmistyczne.

Wielu nauczycieli zaprzecza temu, że w niemieckich szkołach uczniowie pochodzący najczęściej z imigranckich środowisk muzułmańskich wygłaszają antysemickie tezy. Problemu niechęci do Żydów nie da się jednak ominąć i udawać, że on nad Renem nie istnieje.

Niemiecki publicysta Christoph Giesa razem z żydowskim raperem Benem Salomo prowadzi w szkołach spotkania na temat rozmaitych form antysemityzmu; swoje doświadczenia opisał na łamach tygodnika „Der Spiegel”. Po jednym z takich spotkań podeszła do nich dziewczyna, która określiła się jako Żydówka. Ze łzami w oczach opowiadała, jak była jedynym w swojej szkole dzieckiem przyznającym się otwarcie do żydowskich korzeni. Koledzy zastraszali ją niemal codziennie. Nie chodziło o Holokaust, ale o konflikt między Izraelczykami a Palestyńczykami. Jak potwierdził obecny na sali nauczyciel, część grona pedagogicznego nie postrzega tego mobbingu jako dużego problemu i nic z tym nie robi.

Przypadek dziewczynki nie jest odosobniony. Jest to wynik tego, jak w Niemczech postępuje się z antysemityzmem i w jaki sposób prowadzi się debatę na temat antysemityzmu w Niemczech. Dręczycielami są często młodzi ludzie z arabską historią migracyjną. Religia może odgrywać w tym rolę, ale nie musi. Uczniowie, którzy angażują się przeciwko niesprawiedliwości i rasizmowi, odwracają wzrok, gdy chodzi o antysemityzm związany z Izraelem. Problemem zajmują się nauczyciele, którzy prawdopodobnie określiliby się jako lewicowi lub lewicowo-liberalni i którzy niestrudzenie podkreślają „Nigdy więcej!” na lekcjach historii i podczas spotkań z ocalałymi z Holokaustu.

Działania przeciwko antyżydowskiej nienawiści nie powinny być uzależnione od tego, jakiej stronie konfliktu izraelsko-palestyńskiego się kibicuje.

Gdy w niemieckich szkołach atakowani są niemieccy Żydzi, powodem jest konflikt na Bliskim Wschodzie – trudno podjąć przeciwko temu działania, ponieważ często przypadki te nie są rozpoznawane jako antysemickie. Spora część kadry nauczycielskiej żywi sympatię dla „sprawy palestyńskiej”. Nie jest to samo w sobie naganne, ale w połączeniu z powierzchowną wiedzą prowadzi często do trudności w odróżnieniu uzasadnionych obaw od antyizraelskiej i antyżydowskiej propagandy.

Uporanie się z nowymi formami antysemityzmu wymaga ukształtowania nowego paradygmatu. Dzisiaj niemieccy Żydzi nie są zagrożeni masową eksterminacją, zmagają się za to z przemocą fizyczną i psychiczną. Scenerią prześladowań są dziś podwórka w tzw. wrażliwych dzielnicach czy szkoły z dużym odsetkiem imigrantów z krajów arabskich.

Raz po raz syryjskie dzieci uchodźcy wyrażają swoją nienawiść do Żydów i jako oczywisty traktują postulat zniszczenia Izraela. Dzieci z korzeniami libańskimi nazywają islamską organizację terrorystyczną Hezbollah, zakazaną między innymi w Niemczech, „bojownikami o wolność”. Opinie te wspierają koledzy, a nierzadko i nauczyciele. Do tego dochodzi do przypadków banalizacji, a czasem nawet gloryfikacji Holocaustu, Hitlera i SS przez uczniów z arabskim tłem migracyjnym.

W tych środowiskach publikowane w sieci filmiki, w których nawołuje się do zabijania Żydów, zyskują znaczną popularność. Odbiorcami tego rodzaju treści jest także młodzież. Rodzice wywodzący się z krajów arabskich nie tylko nie próbują chronić własnych dzieci przed tego rodzaju przekazem, ale przeciwnie – chętnie udostępniają i rozpowszechniają odezwy do stosowania wobec Żydów przemocy.

Pilnie, jak po konsultacjach ze stroną izraelską przekonuje Christoph Giesa, należy oddzielić prawo do krytyki polityki państwa Izrael od nienawiści do Żydów. Uzasadniona krytyka polityki izraelskiego rządu nie powinna być uznawana automatycznie za antysemityzm, zaś antysemityzm nie może udawać, że jest konstruktywną krytyką polityki Izraela.

Zwolennicy prawicy w Niemczech często mówią o „importowanym antysemityzmie”, ale termin ten jest mylący choćby dlatego, że wielu, którzy żywią antysemickie postawy, urodziło się i wychowało w Niemczech. Środowiska lewicowe dostrzegają prawicowy antysemityzm, a jednocześnie we własnych szeregach są gotowe polityką Izraela usprawiedliwiać antysemickie wystąpienia. Tymczasem współczesne Niemcy potrzebują, jak mówi wspomniany publicysta, „wszechstronnej krytyki antysemityzmu bez oglądania się na względy środowiskowe”.

Presja zorientowania na zwalczanie antysemityzmu rozłożona jest nierówno. Kościół, organy bezpieczeństwa i partie polityczne słusznie od lat występują przeciwko prawicowemu antysemityzmowi, zaniedbując jednocześnie antysemityzm motywowany ideologią lewicową. Działania przeciwko antyżydowskiej nienawiści nie powinny być uzależnione od tego, jakiej stronie konfliktu izraelsko-palestyńskiego się kibicuje.

To, czego potrzebuje niemieckie społeczeństwo, to zdolność politycznej prawicy do dyskutowania o antysemityzmie obecnym w kręgach migracyjnych, ale bez używania rasistowskich kategorii. Jednocześnie polityczna lewica powinna być zdolna do tego, by nazywać antysemickie postawy po imieniu, nawet jeżeli wywodzą się one z jej własnych szeregów lub z grup, które określa się mianem wykluczonych czy zmarginalizowanych. Lewica nie powinna etykietować każdego, kto dostrzega problem antysemityzmu w kręgach migracyjnych, jako rasisty. Przed Niemcami jako państwem i społeczeństwem stoi dziś poważne wyzwanie: uczynić szkoły – i szerzej, publiczną przestrzeń – bezpieczną dla żydowskich dzieci i żydowskiej młodzieży.

Kłopoty z wychowaniem młodego pokolenia w multikulturowej rzeczywistości, nie ograniczają się jedynie do problemu antysemityzmu. Heinz-Peter Meidinger, prezes Stowarzyszenia Nauczycieli, na łamach dziennika „Bild” przyznaje, że problemem Berlina i innych dużych niemieckich miast z wysokim odsetkiem imigrantów pochodzenia arabskiego i tureckiego jest działalność przestępczych klanów, która przenika do szkół.

Zagrożeni są nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele. W klasach dochodzi często do konfliktów między imigranckimi dziećmi pochodzącymi z różnych klanów. Spory rozwiązywane są zazwyczaj przy użyciu przemocy. Znaczna część uczniów przyjmuje postawy i wartości sprzeczne z porządkiem aksjologicznym obowiązującym w niemieckim systemie edukacyjnym. Taka sytuacja znacząco utrudnia „zdrową koegzystencję”.

„Nauczycielom często bardzo trudno jest przekonać dzieci, że edukacja jest dla nich wielką szansą, a wysiłek ponoszony w szkole jest tego warty, skoro starszy brat bez ukończonej szkoły biega z Rolexem na nadgarstku, a ojciec, oficjalnie bezrobotny, jeździ wypasionym SUV-em” – mówi Meidinger. „Trudno też przekonać dzieci, że konflikty można rozwiązywać bez użycia przemocy, jeśli na co dzień doświadczają one różnych, brutalnych metod rozwiązywania problemów w swoim otoczeniu” – podkreśla działacz oświatowy.

Meidinger przekonuje, że państwo powinno podjąć odpowiednie działania profilaktyczne, gdyż bez nich problem będzie narastał. „Główny problem polega na tym, że w wielu klasach większość stanowią dzieci z klanów. W efekcie dzieci te narzucają klimat, mają też małe możliwości poznania dzieci z innych klas i grup społecznych. Nie możemy stać bezczynnie i obserwować rozwoju tej sytuacji!” – apeluje prezes Stowarzyszenia Nauczycieli, postulując jednocześnie zwiększenie etatów pracowników socjalnych władających językiem arabskim. Dziś ich w niemieckich placówkach oświatowych brakuje.

Aktywność młodych chuliganów ze środowisk migracyjnych rozlewa się poza ramy szkół. W wywiadzie dla telewizji BILD szefowa MSW Nancy Faeser poruszyła problem bijatyk z udziałem setek osób na odkrytych basenach. Gorszące sceny z Berlina skomentowała jako „oczywistą przemoc ze strony środowisk migracyjnych”. – „Rodziny i dzieci muszą mieć możliwość pójścia na basen w Niemczech bez żadnych obaw” – podkreśliła. Rząd ma zamiar zwiększyć policyjną ochronę miejsc użyteczności publicznej, w tym również obiektów sportowych i rekreacyjnych.

〉 O fali antysemityzmu w Niemczech mówił m.in. muzułmański uczony Bassam Tibi. 

〉 Tytuł powyższego tekstu jest parafrazą wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat Szwecji

 

Udostępnij na
Video signVideo signVideo signVideo sign
Avatar photo

Piotr S. Ślusarczyk

Doktorant UKSW, badacz islamu politycznego, doktor polonistyki UW; współprowadzący portal Euroislam.pl; dziennikarz telewizyjny i radiowy.

Inne artykuły autora:

Widmo terroryzmu wisi nad olimpiadą

Francja: „islamizacja” czy „islamofobia” ?

Niemcy: narasta zagrożenie islamskim terroryzmem