Wiadomość

Musimy pokonać „Taliban” we własnym domu

Meczet w Dearborn (Michigan), islamskiej "stolicy" USA. (flickr.com)

Prawa człowieka to nie sposób rządzenia, lecz kultura. Ameryka powstała na tym prostym założeniu. Zawarte w Deklaracji Niepodległości przeświadczenie o równości ludzi, prawach jednostki i o tym, że władza rządów wynika ze zgody rządzonych, opierały się na „oczywistych” prawdach.

Te prawdy są „oczywiste” dla Amerykanów w taki sposób, że nie są oczywiste dla przeciętnego Afgańczyka, Pakistańczyka, Irakijczyka, Rosjanina, Chińczyka czy obywatela Południowej Afryki. Mają oni własne prawa, które są równie „oczywiste” dla nich w oparciu o ich własny światopogląd i kulturę.

Taliban, podobnie jak zdecydowana większość muzułmanów, twierdzi, że wierzący w Allaha są lepsi od niewierzących, że mężczyźni muszą mieć zwierzchność nad kobietami a przywódcy nad ludźmi.

Część świata zarządzana według modelu hierarchicznego jest większa niż ta zarządzana według tego, co myśmy zaproponowali. Nawet w Ameryce podnoszą się głosy za rezygnacją z Deklaracji Niepodległości oraz Konstytucji i powrotem do modelu hierarchicznego. Począwszy od marksistów na lewicy po neoreakcjonistów na prawicy, istnieją tacy, którzy chętnie cofnęliby zegar ku feudalizmowi, z oświeconymi królami-filozofami narzucającymi „idealne społeczeństwo” podrzędnej klasie ludzi.

Gdy mówimy, że coś jest oczywiste, wypływa to w naturalny sposób z naszych wartości i z tego, w co wierzymy. Rozważmy dwa radykalnie różne punkty widzenia: Pierwszy Benjamina Franklina: „Deszcz spadający z nieba na nasze winnice” jest „ciągłym dowodem na to, że Bóg nas kocha i kocha widzieć nas szczęśliwymi”. Drugi Ajatollaha Chomeiniego proklamującego: “Allah nie stworzył człowieka, aby ten się bawił” i dlatego nie ma „zabawy w islamie”.

Zarówno Franklin jak i Chomeini wyrażają oczywisty dla siebie światopogląd.

“Życie, wolność i poszukiwanie szczęścia” pochodzą od ludzi, którzy wierzyli, że Bóg kocha nas i chce, żebyśmy cieszyli się życiem. Ścinanie głów, rzezie, burki – przyszły od islamistów, którzy wierzą, że Allah nie lubi nas za bardzo i że zasługujemy, żeby być nieszczęśliwymi.

Rządy Ameryki i rządy świata muzułmańskiego jedynie wyrażają te teologie.

Amerykańskie podejście do indywidualnej wolności oraz merytokratycznego rządu pochodzi z szerszych angielskich i europejskich trendów intelektualnych. Kraje Zachodu w większości doszły do przekonania, przynajmniej po dwóch wojnach światowych, że szczęśliwi ludzie to dobra sytuacja ekonomiczna i stabilność.

Azjatyckie kraje Pierwszego Świata również doszły do swoich wersji wolnego społeczeństwa, wciąż jednak podkreślając hierarchiczność i moralność kolektywną. To były historie sukcesu.

Większość pozostałego świata jest zaśmiecona porażkami.

Amerykańska idea została z powodzeniem eksportowana poprzez kontakt z naszą kulturą, która zawierała jej indywidualistyczne, moralne oraz aspiracyjne DNA. Obecnie jest to znacznie mniej prawdziwe niż kiedyś. Ale prawdą jest, że nasze wysiłki, żeby bezpośrednio eksportować nasze ideały, boleśnie zawiodły. Czy były to próby objaśnienia Ojców Założycieli Irakijczykom, czy tworzenie studiów dotyczących kobiet w Afganistanie, wysiłki te wpłynęły na niewielu ludzi, za to wielu uległo pomieszaniu, poczuło irytację lub lekkie rozbawienie.

Tworzenie „rządów z pudełka” w Iraku czy Afganistanie nigdy nie odpowiadało ich kulturze. Eksportowanie praw człowieka poprzez wyjaśnianie naszych oczywistych wierzeń w indywidualne prawa nie dawało rezultatów w kulturach wierzących nie w to, że ludzie przede wszystkim są swobodnie działającymi jednostkami, ale w to, że są członkami grupy, których prawa pochodzą z ich roli, pełnionej w sztywnej hierarchii etnicznej, rasowej czy zależnej od płci.

Nasze własne elity polityczne i kulturowe przyjęły ten światopogląd, co szczególnie uniemożliwiło im propagowanie praw człowieka i wolności jednostki za granicą, zwłaszcza gdy eliminują je na własnym podwórku.

Jak może Biden, który wybrał Afroamerykankę na swoją wiceprezydent, zanim zapadła decyzja co do nazwiska konkretnej osoby do zajęcia tego stanowiska, w wiarygodny sposób powiedzieć Irakijczykom czy Afgańczykom, że nie powinni wybierać przywódców w oparciu o ich płeć, przynależność plemienną lub o to, czy są szyitami czy sunnitami?

Zanim wyjaśnimy wolności i prawa człowieka Afgańczykom i Irakijczykom, sami potrzebujemy kursu odświeżającego. Nasz biznes eksportowania demokracji opiera się na serii błędów intelektualnych datujących się od dwóch wojen światowych zdefiniowanych jako walka o demokrację przeciwko tyranii w Europie.

Od tego czasu nasze elity intelektualne i kulturalne kierują się przeświadczeniem, że cały świat działa w znacznym stopniu tak jak Europa. Każdy kraj, w Azji, w Afryce, czy na Bliskim Wschodzie, jest w trakcie walki pomiędzy liberalnymi demokratami a reakcyjnymi tyranami. Musimy jedynie obalić ich Hitlera czy też Mussoliniego, a liberalna demokracja wyłoni się z popiołów. Ten mit osiągnął swoją kulminację przy upieraniu się, że Arabska Wiosna to Europa z 1848 roku.

Reszta świata to jednak nie Europa z ostatnich trzech stuleci. Tamtejsze nurty intelektualne, światopogląd i kultura mają z Europą niewiele wspólnego. Podczas gdy zachodnim lewicowcom udało się wyeksportować socjalizm do większości świata, przyjmuje on wiele różnych postaci w miejscach takich, jak Korea Północna czy Irak. „Oczywiste” założenia idei politycznych są nieprzetłumaczalne i nie nadają się do wprowadzenia w wielu różnych kulturach.

Problem z eksportem naszych „oczywistych” idei polega na tym, że są one oparte na wierze w kochającego i miłosiernego Boga, w wartość jednostkowego życia i geniusz jednostkowej innowacji. Większość kultur światowych nie tylko nie jest indywidualistyczna, lecz wiele z nich, jak choćby Chińska Republika Ludowa czy świat muzułmański, jest aktywnie antyindywidualistycznych i wierzy, że moralność pochodzi z hierarchii.

Czy moralność ma charakter indywidualny czy zbiorowy? Czy rolą rządu jest zapewnienie ludziom swobody do samodzielnych wyborów moralnych, czy raczej zmuszanie ich do dokonywania właściwych wyborów? Rodzaj wybranej odpowiedzi będzie determinował to, jakiego rodzaju społeczeństwa i rządu będziesz chciał i o jakie będziesz walczył.

Jeśli jesteś członkiem Talibanu lub Komunistycznej Partii Chin albo wierzysz w krytyczną teorię rasy lub ideologię neo-reakcjonistyczną, tym większe są szanse, że znajdziesz się po stronie kolektywnej. I po stronie tyranii.

Czy życie jest z gruntu dobre czy złe? Czy większość ludzi jest dobrych czy złych? Czy Bóg nas kocha czy nienawidzi? Nie można po prostu eksportować naszych fundamentalnych założeń, leżących u podstaw praw człowieka, do kultur odpowiadających zdecydowanie inaczej na te pytania.

My wszyscy, w tej bardziej plemiennej Ameryce, doświadczyliśmy frustracji wzajemnego niezrozumienia w rozmowach z naszymi współobywatelami na tematy noszenia maseczek, ruchu Black Lives Matter czy też aborcji, które właściwie dotyczą kultury i wartości.

Skoro niemożliwe jest ustalenie wspólnego stanowiska na temat praw i wolności z innymi Amerykanami, jakie są szanse na osiągnięcie tego z Afgańczykami czy Irakijczykami?

Ameryka może i powinna eksportować prawa człowieka. Ale najlepiej robić to przez przykład.

Czy są to rodzice wpływający na dzieci, czy nauczyciele modelujący jakieś zachowania, czy jakaś relacja mentorska, to najważniejsze lekcje nie mają charakteru dydaktycznego, lecz osobisty. Od naszych najmłodszych lat uczymy się naśladując i stajemy się tacy jak ludzie, którymi chcemy być. W rzeczy samej zarówno w judaizmie jak i w chrześcijaństwie dobroć pochodzi z tego, że imitujemy boskie metody i staramy się z tego uczyć.

Co znamienne, ta koncepcja działa inaczej w islamie, gdzie muzułmanie naśladują Mahometa.

Gdy kraje i ludzie na całym świecie usiłowali naśladować Amerykę, działo się tak, ponieważ podziwiali to co mieliśmy, co osiągnęliśmy i jak żyliśmy. Większość ludzi wierzy, że sukces jest rezultatem wartości i zachowań. To, jak ludzie postrzegają zwycięską grupę – czy to będą Amerykanie, Żydzi czy Azjaci – sprowadza się do pytania o to, czy osiągnęli swój sukces sprawiedliwie przez dyscyplinę i ciężką pracę, czy niesprawiedliwie, poprzez nadużycia i złodziejstwo. Odpowiedź na to pytanie określi, czy ktoś jest antyamerykański albo jest antysemitą lub przeciwnikiem dowolnej grupy.

W tych dniach najgłośniejsze stwierdzenia o tym, że Ameryka jest złem, a wszystko osiągnęliśmy poprzez kolonializm i niewolnictwo, pochodzą z naszych własnych politycznych i kulturalnych elit. Czemu ktoś miałby nas podziwiać lub naśladować, skoro sami dobitnie obwieszczamy, że jesteśmy kłamcami i złodziejami?

Eksport praw człowieka nie polega na wyszukiwaniu dyktatorów do obalenia. Świat muzułmański to nie Europa. Nie znajduje się w stanie konfliktu między tyranią a wolnością, ale pomiędzy różnymi odcieniami tyranii, a wszystkie one podzielają bazowe założenia o wyższości hierarchii nad indywidualizmem.

Zmiana reżimu nie naprawi kultury.

Zdarzają się sytuacje, gdy może zaistnieć potrzeba interwencji Ameryki w innych krajach, gdy trzeba przeciwstawić się zagrożeniu lub zapobiec ekstremalnemu złu, takiemu jak ludobójstwo, ale nie możemy, ani nie będziemy naprawiać świata.  Zdecydowana większość planety dalej będzie żyła pod autorytarnymi reżimami. Kobiety w krajach muzułmańskich będą cierpiały. Podobnie będzie z etnicznymi i religijnymi mniejszościami pod ich władzą.

Powinniśmy potępić zło tam gdzie je widzimy, bez zakładania, że możemy sprawić iż ono zniknie, i to powinno skłaniać nas do budowania przymierzy z krajami podzielającymi naszą kulturę, dziedzictwo i wartości. Zamiast wydawać miliony na rekonstrukcję wrogów, lepiej będzie wzmacniać przyjaciół. Ponad wszystko powinniśmy pokazać, że nasze wartości prowadzą do dobrego życia. Przykład, który damy reszcie świata, uczyni więcej dla sprawy praw człowieka niż interwencje wojskowe. Tak zawsze było.

Po stuleciu zimnych wojen ideologicznych, po przeciwstawianiu się komunizmowi a potem islamizmowi, mamy za sobą wiele wojskowych interwencji, ale nie jesteśmy lepsi w przedstawianiu własnym obywatelom argumentów przemawiających za naszym stylem życia. Podczas gdy próbujemy przekonać Afrykanów, że marksizm nie jest dla nich, uczelnie Ivy League go przyjęły. A kiedy próbowaliśmy namówić Afgańczyków i Irakijczyków do odrzucenia islamistycznej teokracji, nasze własne miasta, instytucje i rządy wypełniły się islamistami.

Jeżeli chcemy pokonać islamizm i obronić prawa człowieka oraz wolność, to powinniśmy zacząć od własnego domu.

Chodzi nie tylko o Afganistan, gdzie młode kobiety są niewolone lub seksualnie wykorzystywane przez islamistów. W 2019 roku informowałem, że zatwierdzono ponad 2000 wiz dla nieletnich „panien młodych” z krajów muzułmańskich. Dwa lata wcześniej pisałem o siatce dokonującej obrzezania kobiet (FGM) w Michigan. Wielokrotnie zdarzały się przypadki niewolnictwa, w które zaangażowane były muzułmańskie rodziny w Ameryce. Znaczny napływ Afgańczyków do Ameryki tylko te liczby zwiększy, nie odwrotnie.

Fundamentalna lekcja płynąca z tych odkryć jest taka, że nie będziemy w stanie bronić naszych praw bez obrony naszej kultury. Oczywiste prawdy, na których oparto nasze prawa, już nie są dziś takie oczywiste na naszych uniwersyteckich kampusach, nie mówiąc o islamistycznych enklawach, takich jak Dearborn czy Little Mogadishu. Jeśli chcemy zachować nasze prawa będziemy musieli pokonać Taliban we własnym domu.

Daniel Greenfield

Tłumaczenie Grażyna Jackowska na podst.: frontpagemag.com

Tytuł – Euroislam.pl

Udostępnij na
Video signVideo signVideo signVideo sign