„Charlie Hebdo” 2017: wolność w kagańcu

Zineb El Rhazoui odeszła z "Charlie Hebdo" na znak protestu
Zineb El Rhazoui odeszła z "Charlie Hebdo" na znak protestu
| Brak komentarzy|
image_pdfimage_print

Douglas Murray

Siódmego stycznia minęły dwa lata od dnia, w którym dwaj uzbrojeni mężczyźni weszli do biura satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo” w Paryżu i zamordowali dwanaście osób.

Okres ten wyznacza również drugą rocznicę godziny, podczas której duża część wolnego świata ogłosiła, że „jest Charlie” oraz próbowała pokazać całemu światu, uczestnicząc w ulicznych pochodach, zachowując chwilę ciszy czy powielając hashtag „#Je Suis Charlie” na Tweeterze, że nie da się stłumić wolności i że pióro jest potężniejsze od kałasznikowa.

Dwa lata to dobry czas na podsumowanie tej sytuacji. Jak poszło? Czy wszystkie te deklaracje „Je suis…” sprowadzają się tylko do wzmożonej aktywności na Twitterze? Każdy, kto stara się odpowiedzieć na takie pytanie, może zacząć od spojrzenia na stan czasopisma, o które wszyscy się tak martwili. Jak mu idzie w ciągu tych ostatnich dwóch lat, po tym, jak większość najważniejszych członków redakcji została zastrzelona przez islamską inkwizycję?

Nie jest dobrze, jeśli testem na dobre samopoczucie czasopisma jest to, czy jest ono skłonne do powtarzania „zbrodni”, za którą zostało zaatakowane. Sześć miesięcy po rzezi, w lipcu 2015 roku, nowy redaktor naczelny tygodnika, Laurent Sourisseau, ogłosił, że „Charlie Hebdo” nie będzie już publikować wizerunków islamskiego proroka. Stwierdził, że Charlie Hebdo „zrobił swoje” i „bronił prawa do karykatury”. Pismo opublikowało przecież kolejne karykatury Mahometa natychmiast po masowym morderstwie w swojej redakcji oraz jakiś czas później. Ale w opinii Sourissseau, nie muszą tego dalej robić.

Luz

„Wszystko wybaczone” – Luz, rysownik „Charlie Hebdo” z okładką pierwszego numeru po zamachu

Niewiele osób mogłoby krytykować jego i jego kolegów za podjęcie takiej decyzji. Kiedy praktycznie żaden inny magazyn w wolnym świecie nie stoi na straży wolności słowa oraz prawa do karykatury i kpiny, któż mógłby oczekiwać, że grupa karykaturzystów i autorów, którzy już zapłacili tak wysoką cenę, będzie utrzymywać to samo stanowisko wobec tych wolności i to w dodatku w pojedynkę?

Teraz, w drugą rocznicę zbrodni, jedna z najwybitniejszych redaktorek magazynu, Zineb El Rhazoui, ogłosiła, że opuszcza redakcję. El Rhazoui, opisywana jako „najbardziej chroniona kobieta we Francji”, ze względu na prywatną ochronę, którą zapewnia jej państwo francuskie, oznajmiła, że „Charlie Hebdo” zaczął przyjmować zbyt łagodne stanowisko wobec radykalizmu islamskiego. W wypowiedzi dla Agence France Presse stwierdziła że „Charlie Hebdo zmarł [7 stycznia 2015]”. Dodała też, że tygodnik „niósł pochodnię buntu i absolutnej wolności”. „To, co mi się podobało w ‚Charlie Hebdo’, to wolność za wszelką cenę. Pracując tam, mierzyłam się z ogromnymi przeciwnościami” – powiedziała El Rhazoui.

Oczywiście, Zineb El Rhazoui jest niezwykłą osobą; rzadko spotyka się takie w Europie XXI wieku. Dlatego potrzebuje prywatnej ochrony. Większość z tych, którzy deklarowali, że zależy im na prawie do mówienia, co chcą, kiedy chcą, o wszystkim i o niczym – w tym o jednej szczególnie surowej i poważnej religii – była gotowi poprzeć słowa czynami, to znaczy, że ludzie ci byli gotowi iść przez Paryż, trzymając nad głową ołówek lub deklarując „Je suis Charlie”. Jednakże prawie nikt nie robił tego na poważnie. Gdyby było inaczej, to te tłumy ludzi w Paryżu nie paradowałyby przez miasto z ołówkami w dłoniach, tylko trzymałyby karykatury Mahometa. Ich przesłanie brzmiałoby tak: „Będziecie musieli dopaść nas wszystkich”.

To samo dotyczy przywódców. Gdyby prezydent Hollande i kanclerz Merkel naprawdę wierzyli w obronę wolności słowa, to zamiast maszerować przez Paryż ramię w ramię z takimi postaciami, jak lider Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas, wznieśliby w górę okładki „Charlie Hebdo” i oświadczyli: „Tak właśnie wygląda wolne społeczeństwo i to właśnie popieramy: przywódcy polityczni, bogowie, prorocy, partie – mogą być ośmieszani, a jeśli się to komuś nie podoba, to powinien zmiatać do swojej wymarzonej zapadłej dziury. Europa nie jest odpowiednim kontynentem dla takich ludzi”.

Hipokryci

Karykatura: Wirtualna Polonia

Tymczasem w przeciągu dwóch lat od tych wystąpień społeczeństwo europejskie ucichło. Oczywiście od czasu do czasu pojawiały się możliwości, aby zaprezentować nowoczesną koncepcję cnoty, często przy użyciu „Charlie Hebdo” jako worka treningowego. Od kiedy bandyci skierowali uwagę świata na fakt istnienia takiego czasopisma, krytycy, których niemało w naszym społeczeństwie, (i którzy prawdopodobnie nawet ani nie kupują, ani nie czytają czasopism) regularnie wypowiadają się w mediach społecznościowych, sprzeciwiając się temu, na co zwrócono ich uwagę w związku z tygodnikiem.

Tak więc niepoprawny i satyryczny magazyn znalazł się pod wielokrotnym ostrzałem ze strony policji moralności naszych czasów i często uznawano, że reaguje na różne wydarzenia na świecie bez odpowiedniego szacunku. Opublikowane w „Charlie Hebdo” rysunki satyryczne o sylwestrowych napaściach seksualnych w Kolonii uznano za niesmaczne. Z kolei odpowiedź redakcji na trzęsienie ziemi we Włoszech w oczach niektórych nie-czytelników była utrzymana nie w takim tonie, w jakim być powinna. Również komentarze dotyczące katastrofy rosyjskiego samolotu i inne artykuły zostały uznane za zbyt frywolne.

Tymczasem, jak skomentował sytuację po skandalu z „Szatańskimi Wersetami” brytyjski pisarz i uczony Kenan Malik, zdążyliśmy już sobie „przyswoić” zbrodnię. Prasa na całym świecie – a może przede wszystkim w wolnych krajach – „przyswoiła” już to, co wydarzyło się z „Charlie Hebdo”, jednak zamiast się zjednoczyć, zdecydowała spokojnie w zaciszu własnych redakcji, że nigdy nie będzie się narażać na podobną sytuację.

Ta nowa uległość wobec żądań islamistycznych terrorystów najprawdopodobniej tłumaczy, dlaczego w 2016 roku, kiedy sportowiec Louis Smith https://euroislam.pl/mamy-prawo-wysmiewac-sie-z-islamu/ nie mający nic wspólnego z polityką, religią czy satyrą, został przyłapany na robieniu czegoś, co mogło być postrzegane jako brak pełnego szacunku dla islamu, nikt nie stanął w jego obronie. Nawet premier Wielkiej Brytanii Theresa May, kiedy zwróciła się do Izby Gmin, starając się nie dopuścić, żeby kariera Smitha się załamała z powodu jednego pijackiego wygłupu, wyraziła się niejasno:

„Musimy znaleźć równowagę. Cenimy swobodę wypowiedzi i wolność słowa w tym kraju – stanowi to absolutnie niezbędną podstawę naszej demokracji. Jednak cenimy także tolerancję w stosunku do innych. Cenimy również tolerancję w stosunku do religii. Jest to jedna z kwestii, na które zwracamy uwagę w przyjętej przez rząd strategii walki z ekstremizmem. Uważam, że powinniśmy zapewnić ludziom swobodę wypowiedzi, ale jednocześnie, korzystając z tego prawa, musimy mieć też poczucie odpowiedzialności, odpowiedzialności za przestrzeganie zasad tolerancji wobec innych”.

W ciągu ostatnich dwóch lat nabraliśmy pewności, że taka tolerancja jest jednostronna. Nasze społeczeństwo stosuje się do jej zasad, jednakże inne podejście pokazała ekipa z kałasznikowami, której wystarczyło wystrzelić tylko raz. W odpowiedzi cały cywilizowany świat wybrał opcję zawrócenia na pięcie i uciekł w przeciwnym kierunku.

policja
Policja ISIS

Allahowi inkwizytorzy byliby idiotami, gdyby nie wykorzystali przewagi, którą taka kapitulacja daje im na wiele miesięcy, a nawet lat w przyszłość.

Tłum. Agaxs, na podst.: https://www.gatestoneinstitute.org/9753/tolerance
Tytuł zmieniony – red. Euroislamu
Artykuł ukazał się – w innej wersji polskiego tłumaczenia – także na https://pl.gatestoneinstitute.org/9844/tolerancja

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze