Życie codzienne w Tel Awiwie i na okupowanych terenach palestyńskich. ‚Tu nigdy nie będzie pokoju’

| 1 komentarz|
image_pdfimage_print

Tel Awiw zupełnie nie nadaje się na wojnę. Jest wesoły, kosmopolityczny, liberalny. Otwarty na morze jak Barcelona, z dziesiątkami kawiarni na piasku.

Nigdy jeszcze rakiety Hamasu nie doleciały tak daleko, jesteśmy od granic Gazy dobre 50 kilometrów – specjalnie dla „Gazety Wyborczej” pisze z Tel Awiwu Piotr Pacewicz. W środę, gdy izrealeski pocisk zabił lidera Hamasu, nasz reporter był na okupowanych przez Izrael terenach palestyńskich. – Z perspektywy wioski Zanuta wojna w Gazie i cały konflikt wygląda inaczej niż ze słonecznego Tel Awiwu.

Sobota, godz. 8.00 rano. Tel Awiw budzi się z szabasowego snu. Nowych wojennych wiadomości nie ma. Ehud Barak, minister obrony Benjamina Netaniahu (premier w latach 1999-2001) jeszcze nie dostał zgody na mobilizację 75 tysięcy żołnierzy, ale telewizja pokazuje, jak czołgi wjeżdżają na platformy ciężarówek. Inwazja wojsk lądowych na Gazę wisi na włosku.

Publiczne radio co chwila przerywa poranny program i ogłasza, gdzie jest alarm rakietowy. Według piątkowego „Haaretz” (w sobotę gazety się nie ukazują) obrona przeciwlotnicza strąciła w pierwszych dwóch dniach walk 130 rakiet Hamasu, ale 274 dotarło na terytorium Izraela.

Bilans ofiar nie zmienia się, 29 Palestyńczyków, w tym kilkoro dzieci, kontra troje Izraelczyków. Nie ma jeszcze danych z ponurego żniwa nalotów na Gazę tej nocy. Taka jest dysproporcja cierpienia, choć każda śmierć boli tak samo.

Telewizja BBC pokazywała wczoraj na przemian swego palestyńskiego korespondenta, którego 11 miesięczne dziecko spłonęło w Gazie po uderzeniu izraelskiego pocisku („W czym ono zawiniło?” – płakał do kamery trzymając zwłoki owinięte chustą) i innego korespondenta, który nadawał sprzed budynku w Kiryat Malakhy, gdzie zginęła Izraelka, w dziewiątym miesiącu ciąży. Specjalnie wróciła z Indii, by urodzić dziecko w ojczyźnie. Dziś media podały, że trójka mieszkańców budynku w Kiryat Malakhy nie zeszła do piwnicy czy choćby na parter, może zlekceważyli alarm.

Telewizja pokazuje zdjęcia z Gazy pogrążonej w strachu. Ludzie wykupują, co się da, tankują na zapas, śmierć dosłownie czyha tu na każdego, nawet jeżeli jest w tych telewizyjnych migawkach przesadna ekspresja. Jak pisze niepokorna dziennikarka Amira Haas w piątkowym Haaretz, strach przed atakami Izraela i „chirurgiczne” zabójstwo Ahmeda Al Dżabari, tylko radykalizuje postawy Palestyńczyków i zwiększa poparcie dla Hamasu, choć jego twarde i skorumpowane rządy w Gazie budzą mieszane uczucia.

Alarm bombowy

Godz. 9.30. W Tel Awiwie morze jest dziś bez jednej fali. Ciepło jak w naszym lipcu. Miasto bieli się w porannym słońcu, bo Tel Awiw jest cały biały – białe budynki, białe samochody. Ale jest uderzająco pusto. Kąpie się trochę Rosjan, prawie nikt nie biega, na ścieżce rowerowej minimalny ruch. Tel Awiw jednak trochę się przestraszył.

Pierwszy alarm bombowy był w czwartek o 18.45. Usłyszeliśmy wycie syreny. Wychowani na wierszu Słonimskiego („Alarm”) i całej mitologii II wojny i powstania warszawskiego, od razu wiedzieliśmy, że trzeba do schronu, do podziemi… Ale w naszej kamienicy, przy najładniejszym placyku w Tel Awiwie, na końcu malowniczej uliczki imienia poety Bialika, nie ma nawet piwnic. Dwudziestka mieszkańców tłoczyła się więc na parterze, upewniając się wzajemnie, że miejsce miedzy skrzynkami na listy a kilkoma rowerami jest najbezpieczniejsze.
Więcej na:  wyborcza.pl

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze