To nie bojownicy i nie islam. To wojujący islam

Premier Izraela
| 25 komentarzy|
image_pdfimage_print

Przedstawiamy wystąpienie premiera Izraela, Benjamina Netanjahu, w ONZ, 29 września 2014.

Panie Prezydencie, Szanowni Delagaci. Przyjechałem z Izraela, aby mówić w imieniu mego ludu, ludu Izraela. Przyjechałem, aby mówić o zagrożeniach, którym stawiamy czoła i o możliwościach, które w związku z nimi widzimy. Przyjechałem tu, aby obnażyć bezczelne kłamstwa, wypowiadane z tego miejsca pod adresem mojego kraju i przeciw odważnym, broniącym go żołnierzom.

Szanowni Państwo, ludność Izraela modli się o pokój.

Nasze nadzieje i nadzieje świata na pokój są jednak zagrożone. Dzieje się tak, ponieważ gdziekolwiek byśmy nie spojrzeli, wojujący islam toruje sobie drogę naprzód.

To nie są bojownicy. To nie jest islam. To jest wojujący islam. Zazwyczaj jego pierwszymi ofiarami są sami muzułmanie, ale nie oszczędza on nikogo. Chrześcijanie, żydzi, jazydzi, Kurdowie – żadna wiara, żadna religia, żadna grupa etniczna nie może czuć się bezpieczna. Rozprzestrzenia się on w każdym zakątku świata. Znacie państwo słynne amerykańskie powiedzenie: „Każda polityka jest lokalna”? Dla wojujących islamistów „każda polityka jest globalna”, ponieważ ich ostatecznym celem jest dominacja na świecie.

Niektórym zagrożenie to może wydawać się wyolbrzymione, ponieważ wszystko zaczęło się na małą skalę, niczym rak atakujący poszczególne części ciała. Bez postawionej diagnozy, rak jednak rozrasta sję, przerzucając się na coraz to liczniejsze obszary. Jeśli chcemy zachować pokój i bezpieczeństwo na świecie, musimy usunąć raka, nim będzie za późno.

W ubiegłym tygodniu, wiele spośród obecnych tu państw przyjęło brawami prezydenta Obamę, gratulując mu przewództwa w walce z ISIS. A jednocześnie te same kraje – te same, które wspierają teraz walkę z ISIS – wyraziły sprzeciw wobec walki Izraela z Hamasem. Państwa te w oczywisty sposób nie rozumieją, że ISIS i Hamas to gałęzie tego samego, trującego drzewa.

ISIS i Hamas dzielą fanatyczną wiarę, którą starają się narzucić na obszarach daleko wykraczających poza kontrolowane przez nich terytoria.

Posłuchajcie samozwańczego kalifa ISIS, Abu Bakr Al-Baghdadiego. Oto, co powiedział dwa miesiące temu: „Wkrótce nadejdzie dzień, gdy muzułmanie będą maszerować jako władcy (…). Muzułmanie sprawią, że świat usłyszy i zrozumie, czym jest terroryzm (…) i zniszczą bożka demokracji”. Teraz posłuchajcie Khalida Meshaala, lidera Hamasu. Prezentuje on podobną wizję przyszłości: „Kierujemy do Zachodu następujące słowa. Przez Allacha zostaniecie pokonani. Jutro nasz naród będzie siedział na tronie świata”.

Premier IzraelaJak jasno wynika z deklaracji Hamasu, priorytetem tej organizacji jest zniszczenia Izraela. Hamas ma jednak dalsze perspektywy. Oni również chcą kalifatu. Hamas dzieli globalne ambicje z wojującymi islamistami. Dlatego też jego zwolennicy tak licznie świętowali na ulicach śmierć tysięcy Amerykanów w atakach z 11 września. Dlatego właśnie jego przywódcy potępili Stany Zjednoczone za zabicie Osamy bin Laden, którego gloryfikowali jako świętego bojownika.

Kiedy więc mówimy o ostatecznych celach, Hamas to ISIS, a ISIS to Hamas.

To, co ich łączy, jest wspólne dla wszystkich wojujących islamistów: Boko Haram w Nigerii, Asz-Szabab w Somalii, Hezbollahu w Libanie, Al-Nusry w Syrii, Armii Mahdiego w Iraku i odłamów Al-Kaidy w Jemenie, Libii, Indiach, na Filipinach, i w innych miejscach na całym świecie.

Niektórzy z nich to radykalni sunnici, inni są radykalnymi szyitami. Niektórzy chcą odbudowy wczesnośredniowiecznego kalifatu z VII wieku, inni pragną doprowadzić do apokaliptycznego powrotu imama z wieku IX. Działają w innych rejonach, upatrują sobie inne ofiary, nawet siebie nawzajem zabijają w walce o dominację. Wszyscy jednak podzielają tę samą fanatyczną ideologię. Wszyscy pragną stworzyć kolejne enklawy wojującego islamu, w którym nie ma wolności i nie ma tolerancji – gdzie kobiety traktuje się jak ruchomy dobytek, gdzie dziesiątkuje się chrześcijan, prześladuje mniejszości, niekiedy dając im wybór: konwersja na islam lub śmierć. Dla nich wszyscy mogą być niewiernymi, nawet sami muzułmanie.

Szanowni państwo, chęć zdominowania świata przez wojujący islam może wydawać się czymś szalonym. Podobnie myślano o światowych ambicjach innej fanatycznej ideologii, której prorocy doszli do władzy osiemdziesiąt lat temu.

Naziści wierzyli w rasę panów. Wojujący islamiści wierzą w religię panów. Nie zgadzają się tylko co do tego, kto z nich miałby być tym panem… panującej religii. Właśnie co do tego nie mogą osiągnąć porozumienia. Powinniśmy więc zadać sobie pytanie, czy wojujący islam będzie miał wystarczającą siłę, aby zrealizować swe nieokiełznane ambicje.

Jest jedno miejsce, w którym wkrótce może do tego dość – to Państwo Islamskie Iranu. Przez 35 lat Iran nieugięcie kontynuował światową misję, którą jego ojciec założyciel, ajatollah Chomeini, wyraził następującymi słowami: „Wyeksportujemy naszą rewolucję na cały świat”.

Póki okrzyk: „Nie ma Boga prócz Allaha” nie odbije się echem na całym świecie, brutalni Strażnicy Rewolucji Islamskiej będą postępować dokładnie wedle tej dewizy.

Posłuchajcie obecnego wojskowego przywódcy Iranu, generała Mohammada Al Jafariego, który jasno określił ten cel: „Nasz imam nie ograniczył Islamskiej Rewolucji do tego kraju (…). Naszym obowiązkiem jest utorowanie drogi światowemu islamskiemu rządowi”. W ubiegłym tygodniu stał w tym miejscu Prezydent Iranu, Hasan Rouhani i ronił krokodyle łzy nad tym, co określił mianem „globalizacji terroryzmu”. Być może mógłby oszczędzić nam tych łez i w zamian zamienić słowo z dowódcami Strażników Rewolucji Islamskiej. Mógłby poprosić ich o odwołanie irańskiej światowej kampanii terroru, w ramach której od 2011 roku dokonano ataków terrorystycznych w ponad dwudziestu krajach na pięciu kontynentach. Mówić o tym, że Iran nie zajmuje się terroryzmem, to tak jakby powiedzieć, że Derek Jeter nigdy nie zdobył punktu dla New York Yankees.

Ubolewanie Prezydenta Iranu nad rozprzestrzenianiem się terroryzmu jest jednym z najlepszych przykładów hipokryzji w dziejach.

Niektórzy wciąż twierdzą, że irańska światowa kampania terroru – ich działalność wywrotowa na Bliskim Wschodzie i wykraczająca też poza ten obszar – to sprawka ekstremistów. Niektórzy mówią, że sytuacja się zmienia. Wskazują na ubiegłoroczne wybory w Iranie. Żywią przekonanie, że złotousty prezydent i minister spraw zagranicznych zmienili nie tylko ton irańskiej polityki zagranicznej, ale także jej treść. Wierzą, że Rouhani i Zarif szczerze pragną pojednania z Zachodem; że porzucili światową misję Islamskiej Rewolucji.

Czy aby na pewno? Spójrzmy, co minister spraw zagranicznych Zarif pisał zaledwie kilka lat temu w swojej książce: „Mamy zasadniczy problem z Zachodem, a zwłaszcza z Ameryką. Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy spadkobiercami światowej misji, która jest nieodłączna od naszej racji bytu. Misji, która związana jest z podstawą naszego istnienia”.

Następnie Zarif stawia pytanie, moim zdaniem bardzo interesujące: „Jak to możliwe, że Malezja [tu Zarif odnosi się do kraju w przeważającym stopniu muzułmańskiego] nie zmaga się z podobnymi problemami?”. Po czym odpowiada: „Ponieważ Malezja nie stara się zmienić światowego porządku”.

Oto wasi umiarkowani. Nie dajcie się zmanipulować czarującą ofensywą Iranu. Jest obliczona na jeden, jedyny cel: na zniesienie sankcji i usunięcie przeszkód na irańskiej drodze do skonstruowania bomby. Islamska Republika stara się teraz podstępnie utorować sobie drogę do porozumienia znoszącego sankcje, z którymi kraj ten wciąż musi się zmagać, dzięki czemu będzie miała do dyspozycji tysiące wirówek do wzbogacania Iranu. To skutecznie przypieczętuje pozycję Iranu jako państwa u progu militarnej potęgi atomowej. W przyszłości, w wybranym przez siebie czasie, Iran, najbardziej niebezpieczne państwo świata w najbardziej niebezpiecznym rejonie świata, uzyska najbardziej niebezpieczną broń świata.

Przyzwolenie na realizację takiego scenariusza sprowadziłoby na nas wszystkich najpoważniejsze zagrożenie. Walka z islamistami przemieszczającymi się na ciężarówkach to jedno; stawianie czoła islamistom dysponującym bronią masowego rażenia to zupełnie coś innego. Doskonale pamiętam, jak rok temu wszyscy tutaj zgromadzeni słusznie wyrazili obawy związane z użyciem broni chemicznej w Syrii, włącznie z niepokojem, że narzędzie to może trafić w ręce terrorystów. Nie doszło do tego. Prezydentowi Obamie należą się wielkie wyrazy uznania za przewodnictwo w dyplomatycznych wysiłkach, mających na celu faktyczne pozbywienie Syrii dostępu do broni chemicznej.

Wyobraźmy sobie teraz, o ile bardziej niebezpieczne byłoby Państwo Islamskie, gdyby weszło w posiadanie broni chemicznej. Szanowni Państwo, czy pozwolilibyście ISIS na wzbogacanie uranu? Pozwolilibyście ISIS na budowę reaktora ciężkowodnego? Pozwolilibyście ISIS na rozwój rakietowych pocisków balistycznych międzykontynentalnego zasięgu? Oczywiście, nie pozwolilibyście na to. Dlatego też nie możecie pozwolić na którekolwiek z tych działań również Islamskiemu Państwu Iranu.

W przeciwnym razie, oto, co się stanie. Gdy tylko Iran wyprodukuje bomby atomowe, cały czar pryśnie i wszystkie uśmiechy nagle znikną. Po prostu się rozpłyną. Wtedy ajatollahowie pokażą swą prawdziwą twarz i przeleją swój agresywny fanatyzm na cały świat. Jest tylko jeden odpowiedzialny sposób, w jaki możemy stawić czoła temu zagrożeniu: wojskowy potencjał nuklearny Iranu musi zostać całkowicie wyłączony. Nie popełnijcie błędu – ISIS musi ponieść porażkę. Niemniej jednak, pokonanie ISIS przy jednoczesnym przyzwoleniu, by Iran stał się nuklearną potęgą, będzie jak wygranie bitwy i przegranie wojny.

Szanowni państwo, walki z wojującym islamem nie można prowadzić w sposób wybiórczy. Gdziekolwiek wojujący islam odniesie sukces, echo zwycięstwa rozejdzie się po całym świecie. Wystarczy, że poniesie klęskę w jednym miejscu, znajdą się kolejne, w których się odrodzi. Dlatego właśnie walka Izraela z Hamasem nie jest tylko naszą walką. To również wasza walka. Dziś Izrael walczy z fanatyzmem, z którym jutro może przyjdzie walczyć waszym krajom.

Przez 50 dni ostatniego lata Hamas odpalił w stronę Izraela tysiące rakiet, spośród których wiele dostarczył mu Iran. Zastanówcie się nad tym, co zrobiłyby wasze kraje, gdyby ktoś wystrzelił w kierunku waszych miast tysiące rakiet. Wyobraźcie sobie miliony waszych obywateli, mających zaledwie kilka sekund na dotarcie do najbliższych schronów. I tak dzień w dzień.

Nie pozwolilibyście terrorystom bezkarnie odpalać rakiet w stronę waszych miast. Nie pozwolilibyście, aby terroryści kopali dziesiątki tuneli pod waszymi granicami po to, aby dostać się do waszych miast oraz zabić i porwać waszych obywateli. Izrael miał prawo bronić się zarówno przez atakami rakietowymi, jak i tunelami terrorystów. Przed Izraelem stanęło jednak jeszcze jedno wyzwanie. Musieliśmy stawić czoła wojnie propagandowej. Doszło do tego, ponieważ Hamas, chcąc zdobyć na świecie współczucie, w sposób cyniczny wykorzystał palestyńskich obywateli jako żywe tarcze. Wykorzystał szkoły, nie tylko zwyczajne szkoły – ale też szkoły ONZ, prywatne domy, meczety, a nawet szpitale – wszystko jako miejsca przeznaczone do składowania rakiet i wystrzeliwania ich w kierunku Izraela.

Ponieważ Izrael z precyzją chirurga uderzył w wyrzutnie rakiet i tunele, w sposób tragiczny, ale nieumyślny, doszło do śmierci palestyńskiej ludności cywilnej. W konsekwencji świat obiegły rozdzierające serce obrazy, które uruchomiły falę oszczerczych oskarżeń, sugerujących, że Izrael umyślnie obrał za cel ludność cywilną.

To nie jest prawda. Głęboko żałujemy każdej ofiary cywilnej. Prawda jest następująca: Izrael zrobił wszystko, by zminimalizować straty wśród palestyńskich cywilów. Hamas zrobił wszystko, by zmaksymalizować liczbę ofiar wśród cywilów izraelskich i palestyńskich. Izrael zrzucał ulotki, wykonywał telefony, wysyłał wiadomości tekstowe, emitował ostrzeżenia w języku arabskim w palestyńskich stacjach telewizyjnych – wszystko, aby umożliwić Palestyńczykom ewakuację z atakowanych obszarów.

Żaden kraj i żadna armia w historii nie posunęły się dalej w celu uniknięcia strat wśród ludności cywilnej wroga. Ta troska o życie Palestyńczyków warta jest podkreślenia tym bardziej, że izraelscy cywile bombardowani byli każdego dnia i każdej nocy. Podczas gdy Hamas zrzucał rakiety na ich rodziny, armia obywatelska Izraela – dzielni żołnierze Sił Obronnych Izraela, nasi młodzi chłopcy i dziewczęta – wszycy oni podtrzymywali wyższe wartości moralne, niż jakakolwiek inna armia świata. Izraelscy żołnierze zasługują nie na potępienie, lecz na podziw. Podziw ze strony przyzwoitych ludzi na całym świecie.

A oto, co zrobił Hamas: Hamas umieścił systemy rakietowe w dzielnicach mieszkaniowych i powiedział Palestyńczykom, aby nie słuchali nawoływań Izraela do opuszczenia domów. Aby upewnić się, że wszyscy dobrze zrozumieli ich przekaz, Hamas rostrzeliwał w Strefie Gazy każdego palestyńskiego cywila, który ośmielił się zaprotestować.

Co jeszcze bardziej godne potępienia, Hamas celowo umieszczał rakiety w miejscach, gdzie żyły i bawiły się palestyńskie dzieci. Pozwólcie, że pokażę wam zdjęcie. Zostało ono zrobione przez reporterów portalu France24 w trakcie ostatniego konfliktu. Przedstawia dwie wyrzutnie rakiet, które wykorzystano do zaatakowania Izraela. Przy wyrzutniach widać troje bawiących się nieopodal dzieci. Hamas celowo umieszcza w ten sposób swoje rakiety w setkach dzielnic mieszkaniowych.

Szanowni Państwo. To jest zbrodnia wojenna. I jak powiedziałem prezydentowi Abbasowi, są to zbrodnie wojenne popełniane przez jego partnerów z Hamasu w rządzie jedności narodowej, na czele którego stoi, i za który jest odpowiedzialny. I są to prawdziwe zbrodnie wojenne, którymi powinien się zająć, lub którym powinien się przeciwstawić w przemówieniu, które wygłosił z tego miejsca w ubiegłym tygodniu.

Szanowni Państwo. Kiedy izraelskie dzieci gromadziły się w schronach, a izraelski system obrony powietrznej Żelazna Kopuła strącał z nieba rakiety Hamasu, różnica moralna pomiędzy Izraelem a Hamasem widoczna była lepiej, niż kiedykolwiek – podczas gdy Izrael używał swoich rakiet do obrony swych dzieci, Hamas używał dzieci do obrony swoich rakiet.

Prowadząc śledztwo w sprawie zbrodni wojennych przeciw Izraelowi, a nie przeciwko Hamasowi, Rada Praw Człowieka ONZ zdradziła swą szlachetną misję, polegającą na obronie niewinnych. W rzeczywistości jej działania polegają na wywracaniu do góry nogami praw wojennych. Izrael, który podjął bezprecedensowe środki w celu obrony ludności cywilnej, jest potępiany. Hamas, który nie tylko obrał za cel ludność cywilną, ale i krył się za nią – dopuszczając się tym samym podwójnej zbrodni wojennej – otrzymuje taryfę ulgową.

Rada Praw Człowieka ONZ wysyła tym samym jednoznaczną wiadomość terrorystom na całym świecie: używajcie cywilów jako żywych tarcz. Wykorzystujcie je raz za razem i od nowa. Wiecie dlaczego. Ponieważ – mówiąc ze smutkiem – to po prostu działa.

Udzielając międzynarodowego przyzwolenia na wykorzystanie żywych tarcz, Rada Praw Człowieka ONZ stała się tym samym Radą Praw Terrorysty, a to będzie miało swoje następstwa. Prawdopodobnie już ma, w postaci wykorzystania ludności cywilnej jako żywe tarcze.

To są nie tylko nasze interesy. Nie tylko nasze wartości są atakowane. To również wasze interesy i wasze wartości.

Szanowni państwo. Żyjemy w świecie pogrążonym w tyranii i terrorze; w świecie, gdzie w Teheranie wiesza się gejów na dźwigach, w Gazie dokonuje egzekucji więźniów politycznych, w Nigerii masowo uprowadza się młode dziewczęta, a w Syrii, Libii i Iraku zarzyna się setki i tysiące ludzi. A mimo tego połowa, niemalże połowa rezolucji Rady Praw Człowieka ONZ skupiających się na jednym państwie, skierowana była przeciw Izraelowi, jedynej prawdziwej demokracji na Bliskim Wschodzie. Izraelowi, gdzie o wszystkich kwestiach debatuje się w hałaśliwym parlamencie, gdzie prawa człowieka chronione są przez niezależne sądy i gdzie kobiety, geje i mniejszości żyją w prawdziwie wolnym społeczeństwie.

Rada Praw Człowieka… (nazwa tej rady to oksymoron, ale po prostu będę ją tak nazywał), tendencyjne podejście Rady do Izraela jest po prostu przejawem powrotu do najstarszych przesądów świata. Podczas manifestacji w Europie słyszymy nawoływania do wysłania Żydów do gazu. Słyszymy, jak niektórzy narodowi przywódcy porównują Izrael do nazistów. To nie wina izraelskiej polityki. To wina chorych umysłów. A choroba ta ma swoją nazwę. To antysemityzm.

Choroba ta szerzy się obecnie w kulturalnych społeczeństwach, gdzie podszywa się pod uprawniony krytycyzm pod adresem Izraela. Na przestrzeni wieków demonizowano Żydów, oskarżając ich o rozlew krwi i bogobójstwo. Dziś państwo żydowskie demonizuje się, wysuwając oskarżenia o wprowadzanie apartheidu i ludobójstwo. Ludobójstwo? W jakim moralnym świecie za ludobójstwo uznaje się nakłanianie ludności cywilnej wroga do ucieczki z zagrożonego terytorium? Albo zapewnianie im dziesiątek ton pomocy humanitarnej każdego dnia, nawet w sytuacji, gdy w naszym kierunku lecą tysiące rakiet? Albo zakładanie szpitali polowych dla rannych? Takie rzeczy możliwe są chyba tylko w świecie, gdzie człowiek – człowiek, który napisał pełną kłamstw rozprawę doktorską na temat Holocaustu, i który postuluje istnienie Palestyny wolnej od Żydów (judenrein) – może stać na tej mównicy i bezwstydnie oskarżać Izrael o ludobójstwo i czystki etniczne.

W przeszłości obrzydliwe kłamstwa o Żydach zwiastowały masową rzeź naszej ludności.

Te czasy dawno minęły.

Dziś my, Żydzi, jesteśmy wystarczająco silni, by się bronić. Będziemy bronić się na polu bitwy przed naszymi wrogami. Będziemy obnażać ich kłamstwa przed opinią publicznej. Izrael będzie trwał dumny i nieugięty.

Szanowni Państwo. Pomimo ogromnego wyzwania myślę, że stoimy przed historyczną szansą.

Po dziesięcioleciach postrzegania Izraela jako państwo wrogie, czołowe kraje w świecie arabskim coraz częściej dostrzegają, że zarówno one, jak i my, stoimy przed tymi samymi zagrożeniami: ogólnie rzecz ujmując, przed dysponującym bronią nuklearną Iranem i ruchami wojującego islamizmu, zyskującymi na sile w świecie sunnickim.

Naszym celem jest przekształcenie wspólnych interesów w owocne partnerstwo. Takie, które przyczyni się do powstania bezpieczniejszego, bardziej pokojowego, cieszącego się większym dobrobytem Bliskiego Wschodu.

Razem możemy wzmocnić bezpieczeństwo regionu. Możemy doprowadzić do postępu w dziedzinie gospodarki wodnej, rolnictwa, transportu, zdrowia, energii i wielu innych.

Wierzę, że nasze partnerstwo może również przyczynić się do budowania pokoju pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Przez długi czas wielu uważało, że pokój między Izraelczykami i Palestyńczykami umożliwi zbliżenie pomiędzy Izraelem a światem arabskim. Dziś uważam, że może być odwrotnie: mianowicie, że zbliżenie pomiędzy Izraelem a światem arabskim może ułatwić szerzenie pokoju w stosunkach między Izraelczykami a Palestyńczykami.

Dlatego też, aby osiągnąć pokój, musimy patrzeć nie tylko na Jerozolimę i Ramallah, ale również na Kair, Amman, Abu Dhabi, Rijjad i inne arabskie miasta. Wierzę, że pokój można osiągnąć wraz z aktywnym zaangażowaniem państw arabskich, tych, które gotowe są dostarczyć polityczne, materialne i inne niezbędne rodzaje wsparcia. Jestem gotów doprowadzić do historycznego kompromisu nie dlatego, że Izrael okupuje cudze ziemie. Ludność Izraela nie jest okupantem Ziemi Izraela. Historia, archeologia i zdrowy rozsądek nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że od trzech tysięcy lat byliśmy w szczególny sposób związani z tą ziemią.

Pragnę pokoju, ponieważ chcę zapewnić lepszą przyszłość mojemu narodowi. Musi to być jednak uczciwy pokój, oparty na wzajemnym uznaniu i wspólnych wysiłkach, dających gwarancję solidnego i trwałego niczym skała bezpieczeństwa. A przecież doskonale widać, że wycofanie się Izraela z Libanu i ze Strefy Gazy doprowadziło do powstania na naszych granicach zbrojnych, islamistycznych enklaw, z których w kierunku Izraela wystrzeliwuje się dziesiątki tysięcy rakiet.

Te otrzeźwiające doświadczenia zwiększyły obawy Izraela w stosunku do potencjalnych ustępstw terytorialnych w przyszłości. Dziś, te związane z bezpieczeństwem obawy są jeszcze bardziej znaczące. Wystarczy rozejrzeć się dookoła.

Bliski Wschód pogrążony jest w chaosie. Państwa ulegają rozpadowi. Pustkę zapełniają wojujący islamiści. Izrael nie może wycofać się z terytoriów, które w jego miejsce zajęliby ponownie wojujący islamiści, tak jak miało to miejsce w Strefie Gazy i w Libanie. To sprawiłoby, że ugrupowania podobne ISIS znalazłyby się w śmiercionośnym zasięgu – zaledwie kilku mil – od 80 % naszej ludności.

Zastanówcie się nad tym dobrze. Odległość pomiędzy granicami z 1967 roku a Tel Awiwem odpowiada odległości pomiędzy budynkiem ONZ, w którym właśnie się znajdujemy, a Times Square. Izrael jest niewielkim krajem. Dlatego też w przypadku jakiegokolwiek pokojowego porozumienia, które oczywiście wymagać będzie ustępstw terytorialnych, zawsze będę nalegał na to, aby Izrael był w stanie sam obronić się przed jakimkolwiek zagrożeniem. A jednak, pomimo wszystkiego, co już się wydarzyło, niektórzy wciąż nie biorą izraelskich obaw związanych z bezpieczeństwem poważnie. Ja traktuję je poważnie i zawsze będę traktował je w ten sposób. Podjąłem taką decyzję, ponieważ – jako premierowi Izraela – powierzono mi niezwykle odpowiedzialną misję zapewnienia przyszłości żydowskiej ludności i żydowskiemu państwo.

I jakiejkolwiek nie wywierano by na mnie presji, nigdy nie spocznę w wypełnianiu tego obowiązku.

Wierzę, że wraz z nowym podejściem ze strony naszych sąsiadów, pomimo wszystkich trudności, z jakimi się zmagamy, możemy dokonać postępu na ścieżce pokoju,.

Izrael jest rekordzistą pod względem dokonywania rzeczy niemożliwych. Sprawiliśmy, że opustoszała kraina rozkwitła. Mając tak niewiele zasobów naturalnych, wykorzystaliśmy płodne umysły naszych obywateli do przekształcenia Izraela w światowe centrum technologii i innowacji.

Oczywiście, dzięki pokojowi Izrael będzie mógł w pełni zrealizować swój potencjał, a także zapewnić obiecującą przyszłość nie tylko swoim mieszkańcom, nie tylko Palestyńczykom, ale także wielu, wielu innym ludziom w naszym regionie.

Nadszedł jednak czas, by uaktualnić stary schemat pokoju. Należy uwzględnić w nim nowe realia oraz nowe role i obowiązki arabskich sąsiadów. Szanowni państwo, przed nami nowy Bliski Wschód. Wiąże się on z nowymi zagrożeniami, ale także nowymi możliwościami. Izrael gotów jest współpracować z arabskimi partnerami i ze społecznością międzynarodową, aby stawić czoła tym zagrożeniom i skorzystać z nowych możliwości. Razem musimy zdać sobie sprawę ze światowego zagrożenia ze strony wojującego islamu, z konieczności natychmiastowego zatrzymania potencjału nuklearnego Iranu i z istotnej roli, jaką państwa arabskie muszą odegrać w postępach na ścieżce pokoju w kontaktach z Palestyńczykami.

Wszystko to może wydawać się sprzeczne z konwencjonalną mądrością, ale to prawda. A prawdę zawsze należy głośno wypowiadać, zwłaszcza tutaj, w siedzibie Narodów Zjednoczonych.

Izajasz, nasz wielki prorok pokoju, nauczał nas trzy tysiące lat temu w Jerozolimie, aby zawsze przedkładać prawdę nad strach przed władzą i nigdy nie wahać się o niej mówić, gdy sytuacja tego wymaga. לְמַעַן צִיּוֹן לֹא אֶחֱשֶׁה וּלְמַעַן יְרוּשָׁלִַם לֹא אֶשְׁקוֹט עַד-יֵצֵא כַּנֹּגַהּ צִדְקָהּ וִישׁוּעָתָהּ כְּלַפִּיד יִבְעָר.

Ku chwale Syjonu, nie będę milczał,

Ku chwale Jeruzalem, nie pozostanę bierny.

Póki sprawiedliwość nie zapanuje w pełni, a jej ocalenia nie rozświetli blask pochodni.

Szanowni Państwo, zapalmy pochodnię prawdy i sprawiedliwości, aby ochronić naszą wspólną przyszłość.

Tłumaczenie Bohun

Źródło: http://www.jihadwatch.org/2014/09/netanyahu-its-not-militants-its-not-islam-its-militant-islam?utm_source=Jihad+Watch+Daily+Digest&utm_campaign=9c1bac5a45-RSS_EMAIL_CAMPAIGN&utm_medium=email&utm_term=0_ffcbf57bbb-9c1bac5a45-123488069

Bądź na bieżąco. Polub euroislam.pl na Facebook

Komentarze