„Twierdza Europa” nie pomaga w debacie o imigracji

„Twierdza Europa” to określenie, które ma objąć jedną – negatywną – etykietką wszystkich przeciwników niekontrolowanej imigracji, obojętnie czy chcą całkowitego zamknięcia Europy przed imigrantami, czy raczej domagają się procedur identyfikacji, analizy i ewentualnej deportacji osób niemających tytułu do pobytu na terenie Unii Europejskiej.

Z pewnością jest część osób i organizacji, których działania odpowiadają takiemu określeniu, jak chociażby Die Rechte z Niemiec, Szturmowcy z Polski, Les Nationalistes z Francji czy Légió Hungária z Węgier. Organizacje te na zaproszenie Bułgarskiego Związku Narodowego założyły wspólnie organizację parasolową pod nazwą właśnie „Twierdza Europa”.

Hasło jest tak jednak nośne, że używane jest do opisania skrajnie przeciwstawnych postaw, kiedy pojawia się kolejny kryzys imigracyjny. Dziennikarze, aktywiści i politycy próbują postawić nas przed wyborem „otwarte granice” czy „Twierdza Europa”?

Zwolennicy otwartych granic unikają dyskusji o zdolności do wchłonięcia niewykształconej siły roboczej przez rynek pracy, nie odpowiadają na pytania o drenaż mózgów z obszarów, które powinny rozwijać się poza Europą, a pojęcie integracji woleliby omijać szerokim łukiem

Z jednej strony bezmyślni fanatycy otwierania granic…

Amnesty International identyfikuje zamykanie granic z „Twierdzą Europa”. Dziennikarz „Wprost” Jakub Mielnik od 2015 roku do dzisiaj pisze o lęku przed imigracją, który buduje twierdzę, „żeby tylko z Bliskiego Wschodu nawet mysz nie przedostała się do UE”.

Z drugiej strony bezmyślni fanatycy rasizmu i ksenofobii…

Carnegie Endownment for International Peace przestrzegało w 2016 roku przed „Twierdzą Europa”, która ma oznaczać większą obecność służb na granicach i skuteczność deportacji, przeciwstawiając to, nie wiedzieć czemu, wspólnej europejskiej aktywności w krajach źródłowych migracji.

Rada Europejska w 2019 roku użyła tej formułki ze znakiem zapytania – „Twierdza Europa?” – w tytule raportu dotyczącym migracji, która zdaniem autorów jest prostą konsekwencją globalizacji. Benjamin Ward z Human Rights Watch uważa szczelniejszą kontrolę granic za iluzję twierdzy, która nie przyniesie spodziewanych skutków i za populistyczne kreowanie kryzysu.

Twierdza jest więc synonimem czegoś nieprzyjaznego, związanego z przemocą, grubymi murami, wartownikami i dzieleniem. Dodatkowo w języku niemieckim, na co zwraca uwagę mój redakcyjny kolega Piotr S. Ślusarczyk, „Festung Europa” kojarzy się z nazistowską determinacją obrony do samego końca. Więc nie będzie chyba wielkim nadużyciem stwierdzić, że nazwa ta nie ma charakteru opisowego dotyczącego rzeczywistości lub projektu, lecz charakter propagandowy.

I z reguły używana jest przez zwolenników otwartych granic i niekontrolowanej imgiracji, żeby przykleić osobom oczekującym zapewnienia bezpieczeństwa łatkę ksenofobii, zamknięcia się i mrocznych poglądów. Podczas gdy to właśnie osoby namawiające do braku kontroli, otwarcia granic, a nawet czasami zniesienia granic w ogóle, widzące w masowej migracji same korzyści, prezentują stanowisko skrajnie nieracjonalne. Czasem ulegają też emocjonalnemu fatalizmowi, że masowa imigracja jest nową normalnością i nic nie da się z tym zrobić.

„Twierdza Europa” potrzebna jest im do stworzenia wrażenia, że prezentowane przez nich propozycje są zdroworozsądkowym rozwiązaniem, mieszczącym się w centrum debaty politycznej. Tak nie jest. Zwolennicy otwartych granic zwykle unikają odpowiedzi o granice zdolności recepcyjnej Europy, unikają dyskusji o zdolności do wchłonięcia niewykształconej siły roboczej przez coraz bardziej wymagający rynek pracy, nie odpowiadają na pytania o drenaż mózgów z obszarów, które powinny rozwijać się poza Europą, a pojęcie integracji woleliby omijać szerokim łukiem, żyjąc jeszcze w paradygmacie wielokulturowości.

Priorytetem stała się dla zwolenników otwarcia walka ze skleconym przez nich ad hoc, nacjonalistycznym chochołem pod nazwą „Twierdza Europa”. Ma on więcej wspólnego z dystopijnymi wizjami ściśle kontrolowanego miasta przyszłości otoczonego obszarem bezprawia, niż z rzeczywistym obrazem funkcjonowania państw w dzisiejszej Europie.

Nietrudno zauważyć, że pojęcie twierdzy zostało wypaczone w opinii publicznej kontynentu, który tworzył się w Średniowieczu, a liczne twierdze świadczą o tym, że w burzliwych czasach możliwość schronienia się za murami traktowana była jako szansa, a nie zagrożenie. Nie bezpodstawnie obawiano się tego, kto twierdzę atakował, a czarnym charakterem nie był ten, kto w twierdzy się schronił.

Twierdzami były ufortyfikowane miasta, klasztory czy grody. Twierdza była też symbolem władzy i stanowiła prawo. To raczej w obrębie twierdzy i w jej bliskości było bezpieczniej (promieniowała na okolicę), a bezprawie panowało na oddalonych szlakach. Piszę to bez romantyzowania tamtejszych czasów, ale miarę należy przyłożyć do ówczesnej epoki, a nie do tego, jak prawo i poczucie bezpieczeństwa pojmowane jest współcześnie.

Twierdza, gwarantując bezpieczeństwo, ściągała w swoją okolicę przedstawicieli pożądanych zawodów, intelektualistów, eksperymentatorów, prowadząc do rozkwitu miasta. Dzisiaj twierdza to synonim zamknięcia, strachu, zacofania i pozbawienia szans na rozwój. Gwałtowny rozwój Europy istotnie nastąpił, gdy twierdze odeszły w zapomnienie, ale jest to raczej zbieżność w czasie, niż relacja przyczynowo-skutkowa. Twierdza została zastąpiona przez inne, adekwatne środki gwarantujące bezpieczeństwo, dlaczego więc mielibyśmy z nich dzisiaj rezygnować?

Osoby nazbyt palące się do niwelowania granic przestrzega dr Monika Gabriela Bartoszewicz, która w „Teologii Politycznej” w 2017 roku cytuje amerykańskiego filozofa Johna Rawlsa: „Zburzenie murów państwa nie jest (…) stworzeniem świata bez murów, a raczej stworzeniem świata, w którym znajdą się tysiące drobnych fortec”. Chciałoby się rzec, wypisz wymaluj Europa, gdzie pewne dzielnice są imigranckie, a bogatsi mieszkańcy kryją się za ogrodzeniami strzeżonych osiedli. Ludzie żyjący obok siebie, pozornie blisko, a jednocześnie w różnych przestrzeniach, coraz większa obecność uzbrojonych i umundurowanych służb we wrażliwych miejscach.

I nieszczęsne słowa europosła Janusza Lewandowskiego, kiedy zamachowiec zaatakował jarmark świąteczny w Strasbourgu: „Kolędy, życzenia i nagle zagrały smartfony: strzelanina w mieście, są ofiary, Europarlament zablokowany. Jarmark świąteczny, ściągający 2 mln gości – cel wymarzony! Na szczęście my daleko”. Byli niecałe trzy kilometry stamtąd, pieszo 30 minut – „Forteca Parlament”…

Właściwie to skrajne pozycje w debacie na temat polityki migracyjnej zajmują zwolennicy całkowitej izolacji, którzy mają poczucie „twierdzy oblężonej”, a na drugim biegunie są ci skoncentrowani prawie wyłącznie na aspekcie humanitarnym – zwolennicy „otwartych drzwi”. Przedstawianie tego jednak jako jedynej dostępnej alternatywy to upraszczanie debaty w celu podgrzewania emocji i unikania dyskusji na poziomie argumentów, których zazwyczaj brakuje tak stronom biorącym udział w takiej polaryzacji, jak i niestety mediom.

Spektrum leżące pomiędzy tymi skrajnościami „otwartych granic” i „Twierdzy Europa” zajmują wszyscy, którzy akceptują dwa brzegowe założenia dla debaty na temat imigracji. Czyli: Europa nie ma nieograniczonych możliwości przyjmowania masowej imigracji, w dodatku w krótkim czasie i jednocześnie należy zrozumieć to, że ludzie, którzy do niej zmierzają, chcą poprawić swoje życie.

Pierwszy element jest aspektem racjonalnym, odwołującym się do ekonomicznych, organizacyjnych oraz społecznych ograniczeń, drugi do humanitarnej części naszej natury, potrafiącej postawić się w sytuacji drugiego człowieka.

Rozumiejąc te ograniczenia, mamy do dyspozycji pewien arsenał środków, których celem jest zagwarantowanie bezpieczeństwa Europejczykom oraz odpowiedź na potrzeby humanitarne osób spoza kontynentu.

Odrzucenie któregokolwiek z tych warunków będzie prowadziło albo do masowej imigracji, rosnących napięć społecznych, wyrastania granic wewnątrz Unii – w przypadku pierwszego, albo też do coraz bardziej narastającej presji imigracyjnej, dramatycznych prób dotarcia do Europy i humanitarnej katastrofy – w przypadku drugiego.

Kluczowe wydaje się więc pytanie: jak połączyć racjonalne zrozumienie sytuacji z ludzkim otwarciem się na sytuację innych osób? Próbę tego pozornego połączenia wody z ogniem podejmę w kolejnym artykule.

Jan Wójcik / obserwuj autora na Twitterze @jankwojcik




Islamiści z Tadżykistanu jako uchodźcy w Polsce

Coraz częściej dowiadujemy się o próbach zamachów ze strony muzułmanów pochodzących z Azji Środkowej. W Polsce osiedliła się diaspora polityczna z tłamszonej przez dyktatora, prezydenta Emomaliego Rahmona, Partii Islamskiego Odrodzenia Tadżykistanu (PIOT). Czy mamy powody do obaw? 

Tadżycy wśród terrorystów

W Niemczech komórka ISIS planowała zamach na byłego muzułmanina i krytyka islamu oraz atak na amerykańskie siły zbrojne. Składała się ona z obywateli Tadżykistanu, jak podała policja, która w kwietniu udaremniła ich plany. W Polsce, gdy w grudniu ABW aresztowała muzułmanina z Ukrainy planującego zamach bombowy, okazało się, że wśród osób zaangażowanych w proces jego radykalizacji, poza imigrantami z północnego Kaukazu, są także Tadżykowie.

Powyższe informacje skłaniają do zwrócenia uwagi na postsowieckie państwa Azji Środkowej, stawiając uzasadnione pytanie, czy osoby z nich pochodzące stanowią dla nas zagrożenie. W szerszej świadomości byłe republiki ZSRR kojarzą się z zeświecczonym, umiarkowanym, a także sufickim islamem. Wydawałoby się, że te przesłanki mogą uspokajać, a jednak tak nie jest, bowiem islamistyczny terroryzm także i tam się pojawił i będzie stanowił zagrożenie, o czym pisał chociażby w ubiegłym roku w raporcie dla Ośrodka Analiz Strategicznych dr hab. Daniel Boćkowski.

Niemieckie służby od jakiegoś czasu spodziewały się ataku ze strony tadżyckiej. Wskazuje na to fakt, że w 2019 roku, kiedy pochodzący z Tadżykistanu kierowca wjechał na pełnej prędkości na pasy w Essen, prewencyjnie aresztowano 11 osób, w większości Tadżyków, obawiając się sekwencji zamachów terrorystycznych. Wszyscy aresztowani podejrzani byli o związki z ISIS.

Środkowa Azja, warto pamiętać, była też trzecim pod względem liczebności regionem wysyłającym dżihadystów do walki w szeregach ISIS. Szacuje się, że od 2012 roku do ISIS w Syrii i Iraku wyjechało ich 4 500. Z samego Tadżykistanu – najbiedniejszej byłej republiki sowieckiej – wyjechało nawet do 1900 terrorystów. Padają także dane wskazujące na mniejszą liczbę dżihadystów, ale te wyższe tłumaczone są tym, że uwzględniają też tadżycką emigrację w Rosji. Ten trop potwierdzają inne opracowania na temat  radykalizacji obywateli państw Środkowej Azji, która ma miejsce często nie w domu, a podczas zarobkowej emigracji już w samej Rosji.

Ewolucja tadżyckiego islamizmu

Sytuacja Tadżykistanu jest jednak zniuansowana na tyle, że analitycy w Stanach Zjednoczonych zastanawiają się do jakiego stopnia wspierać antyterrorystyczne działania rządu prezydenta Emomaliego Rahmona. Rządzący od 1994 roku dyktator twardą ręką tłamsi radykalny islam, ale przy okazji umiarkowaną opozycję. Jedną z przyjętych przez niego metod walki z radykalizacją było przymusowe golenie bród, co raczej odnosi skutek przeciwny. Z kolei w 2015 roku skrytykował hidżab jako obcą naleciałość wobec kolorowych, tradycyjnych sukien noszonych przez kobiety w kraju.

Tadżycki dyktator Emomali Rahmon w otoczeniu rodziny (Wikipedia)

Wypowiedzi tej, jakkolwiek uzasadnionej, towarzyszył emitowany przez rządową telewizję artykuł o prostytutkach w hidżabach, zakrywających twarz, by żądać wyższych stawek od klientów. Takie działania więc nie tyle ingerują w radykalizację, ale mogą nawet jej sprzyjać ograniczając prawa wolności wyznania.

Kolejnym elementem komplikującym ocenę radykalizacji w Tadżykistanie jest zakaz nałożony na umiarkowaną islamistyczną partię PIOT. We wrześniu 2015 roku została ona uznana przez władze za organizację terrorystyczną i zdelegalizowana. W ślad za tym za organizację ekstremistyczną uznały ją pozostałe państwa Azji Środkowej, Rosja, Indie, Chiny i Pakistan. Wielu obserwatorów jednak uważa, że rząd przypisał partii udział w nieudanym zamachu stanu, a także zrzucał na nią odpowiedzialność za późniejsze ataki terrorystyczne, po to, żeby pozbyć się islamistycznej opozycji, a całość religii islamu koncesjonować przez państwo.

W roku 2016 w Tadżykistanie zakazano w ogóle powoływania partii budowanych na fundamentach religijnych. Co dziwne, do zakazania tej partii doszło, kiedy miała już za sobą kolejne etapy ewolucji w kierunku umiarkowanym, a jej baza wyborców, w związku także z rozwojem takich wydarzeń międzynarodowych, jak rozwój terroryzmu i fiasko Arabskiej Wiosny, skurczyła się istotnie.

„Islam jest rozwiązaniem”?

Problem oceny działalności PIOT dobrze obrazuje zamach dokonany w Tadżykistanie na siedmiu rowerzystach ze Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Holandii w 2018 roku. Za atak odpowiedzialność wzięło ISIS, ale rząd obwinił za to PIOT. Żadna ze stron nie jest jednak do końca wiarygodna i ma motywy, żeby podawać nieprawdę. ISIS w ramach swojej propagandy gotowe jest przyznać się do autorstwa wielu zamachów, a rząd z kolei zbyt chętnie obarczyłby odpowiedzialnością za terroryzm opozycję.

Powiedzieć jednak, że rząd wziął się za umiarkowaną, demokratyczną opozycję, to znowu powiedzieć niecałą prawdę. PIOT powstała w latach 90. w odpowiedzi na sowietyzację kraju i deklarowała odrodzenie islamskości Tadżykistanu. Według pierwotnych zasad miało się to odbyć przez islamizację społeczeństwa, odrodzenie duchowe Tadżyków, walkę o prawa polityczne i zasady zgodne z duchem islamu oraz udział w kulturalnym, społeczno-politycznym i gospodarczym życiu kraju w zgodzie z zasadami islamu. W swoim manifeście partia zawarła stwierdzenie wyjęte wprost z ideologii Bractwa Muzułmańskiego: „Islam jest rozwiązaniem”.

PIOT głosiła, że „rozwija swój program bazując na czystej islamskiej religii: „Islam jest dla nas prawem i przewodnikiem dla wszystkich politycznych zagadnień”. W praktycznym życiu, w początkach działalności domagała się zamknięcia sklepów sprzedających wieprzowinę, zakazu sprzedaży alkoholu, zwiększenia  liczby meczetów.

Flaga partii PIOT

W latach 1992-97 PIOT była rdzeniem opozycji w wojnie domowej z prezydentem. Po przegranej w 1992 roku opozycja zreorganizowała się i była zbrojona w Afganistanie przez mudżahedina Ahmada Szaha Masuda („Lwa Panczisziru”), z pochodzenia Tadżyka. To z tego okresu pochodzą najbardziej niepokojące kontakty PIOT, jak chociażby z czeczeńskim terrorystą Szamilem Basajewem, (chociaż Baszajew wprost skrytykował w liście zawarcie pokoju przez opozycję tadżycką).

Z frakcji pochodzących z tamtego konfliktu wyłamała się jedna z głównych organizacji terrorystycznych Środkowej Azji – Islamski Ruch Uzbekistanu. Liderzy IRU także nie zaakceptowali pokojowych układów z prezydentem Rahmonem i zbyt ich zdaniem daleko idących ustępstw, jakie PIOT poczyniła, by zawrzeć pokój. W ten sposób sam ten konflikt zaważył na przyszłym rozwoju ruchu terrorystycznego w Azji Środkowej.

Ważną, formatywną postacią dla ruchu islamistycznego w Tadżykistanie, był Sayid Abdullo Nuri. W latach 1993-2006 kierował partią, a więc w okresie wojny domowej, kiedy pomogły mu znajomości i uznanie w Afganistanie, ale także w okresie po 1997 roku, kiedy zawarto pokój z prezydentem. Celem życiowym jego działalności politycznej było utworzenie państwa islamskiego w Tadżykistanie.

Sayid Abdullo Nuri, ojciec tadżyckiego islamizmu (Wikipedia)

Badacz islamu Olivier Roy podkreślał wpływ literatury Bractwa Muzułmańskiego na ideologię głoszoną przez Nuriego. Po roku 1997 przyjął on pokojową, stopniową drogę zmiany i twierdził, że chce dokonać jej za zgodą obywateli i w ramach konstytucji.

Partia potępiała działania terrorystów, a z jej deklarowanych celów pozostała jedynie promocja islamskich wartości. Zaczęła przedstawiać się jako odpowiednik europejskiej chadecji. Nuri i inni liderzy odrzucali także wzorce państwa szariackiego, jakie zaprowadzano w Afganistanie, a także republiki islamskiej w Iranie. Partia krytykowała również przybywający do Tadżykistanu wahhabizm czy panislamistyczną aktywność ugrupowania Hizb ut-Tahrir.

Jeżeli PIOT szczerze odrzuca radykalizację, jej członkowie mogą nie tylko nie stanowić zagrożenia, ale stać się elementem jemu przeciwdziałającym.

Po roku 2006 liderem partii, przebywającym obecnie na uchodźstwie w Unii Europejskiej, został Muhiddin Kabiri. Nuri promował go na to stanowisko wbrew konserwatywnym członkom partii, prowadząc ją jeszcze bardziej w stronę modernizacji. Chociaż partia traciła poparcie przez ostatnie lata przed delegalizacją, Kabiri opowiada w wywiadach, że nie żałuje „ścieżki tolerancji i ograniczenia się”.

PIOT na imigracji w Polsce

Po delegalizacji PIOT wzrosła liczba wniosków o azyl w Unii Europejskiej, chociaż, jak podaje Ośrodek Studiów Wschodnich, liczba rzeczywiście prześladowanych członków partii jest dużo niższa niż złożonych aplikacji. Rzeczywistym powodem pięciokrotnego (stan na 2017) zwiększenia liczby osób poszukujących azylu jest pogarszająca się sytuacja gospodarcza w Rosji, będącej głównym miejscem zarobkowej pracy imigrantów ze Środkowej Azji.

Faktem jest jednak, że część liderów islamistyczej opozycji schroniła się także w Polsce. Przebywa tu około 200 osób związanych z tadżycką opozycją. Są wśród nich osoby działające dalej na wygnaniu w PIOT, jak i luźno związane z partią, a prześladowane za powiązania, na przykład małżeństwo przebywające w gościnie u byłego prezydenta Warszawy Marcina Święcickiego. Sądząc ze zdjęć, opublikowanych przez UNHCR i przytaczanych opowieści, ci ludzie raczej nie przypominają wzorcowych zwolenników politycznego islamu. Ich obecność powoduje jednak, że pytanie o stosunek do partii islamistycznych nie jest dla nas jedynie pytaniem egzotycznym.

Przyjmując nawet założenie, że PIOT odeszła od przemocy i podążała drogą walki politycznej, pozostajemy z pytaniem, czy realizacja takiego programu jest problemem dla demokracji. Analizując problem szerszego islamskiego świata analityk Brookings Institution Shadi Hamid przedstawia dość niepokojącą alternatywę. Uważa, że ceną za ustanawianie liberalnych wartości w świecie muzułmańskim będą zawsze represje wobec ekstremistów. Z drugiej strony, ceną demokratycznej partycypacji islamistów we władzy są represje wobec mniejszości. Wystarczy rzut oka na islamizującą się Indonezję, czy Turcję skręcającą w kierunku autorytaryzmu.

Liberałowie będą ulegali pokusie wspierania autorytarnych systemów, jeżeli zagwarantują one bezpieczeństwo liberalnych wolności w konfrontacji z pobożnymi masami, a islamiści z kolei wprowadzają swoje ideały, z gruntu rzeczy nietolerancyjne wobec mniejszości religijnych, praw kobiet czy nieheteronormatywnych orientacji seksualnych.

Na korzyść wyjątkowej jednak pozycji PIOT wśród ugrupowań określanych jako islamistyczne świadczy to, że miała elastyczność wchodzenia w koalicje z partiami świeckimi w Tadżykistanie, także na uchodźstwie. W Polsce jest częścią opozycyjnej koalicji wspólnie z Forum Tadżyckich Wolnomyślicieli. To w świecie islamistycznym zbliża tę partię bardziej do tunezyjskiej Ennahdy, która po Arabskiej Wiośnie wydaje się jak dotąd w pełni akceptować reguły gry demokratycznej, i nawet zdobywając władzę wykazuje tendencje do samoograniczania się.

Z drugiej strony wątpliwości budzą argumenty, że islamiści są odzwierciedleniem europejskich partii chadeckich w kwestii wnoszenia do polityki wartości religijnych. Słyszano je także ze strony tureckiej AKP – a jak wyżej wspomniano, działania AKP zupełnie nie przypominają polityki prowadzonej przez chadeków. Poza tym problematyczne nie jest samo odnoszenie się do religii, ale to, co jest tej religii zawartością. W przypadku chadecji da się wywieść odwołania do świeckości i rozdziału państwa i religii, natomiast nie bardzo da się to zrobić w przypadku partii islamistycznych.

Czy tadżyccy islamiści są dla nas zagrożeniem?

Wobec tak skomplikowanej sytuacji warto spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy przebywanie liderów islamistycznej opozycji z Tadżykistanu stanowi dla nas zagrożenie. Pytanie jest uzasadnione, ponieważ islamiści w Europie Zachodniej zbudowali silne struktury i indoktrynują społeczność muzułmańską w Europie, przyczyniając się do narastania podziałów w społeczeństwie, a także, poprzez przedstawianie w islamistycznej narracji Zachodu jako wroga, a z muzułmanów jako jego ofiar, tworzą  podatny grunt dla dalszej radykalizacji.

W przypadku Tadżyków należy zauważyć przede wszystkim, że jest to grupa nieliczna i wydaje się być skoncentrowana raczej na działalności politycznej związanej z krajem pochodzenia, niż na aktywności wśród imigracji. Biorąc to pod uwagę można oczekiwać, że będzie raczej zainteresowana spokojnym przebiegiem działalności na uchodźstwie.

Świadczy o tym chociażby uspokajający ton wypowiedzi jednego z opozycjonistów, Muhamadjona Kabirowa, w rozmowie z Wirtualną Polską na temat wspomnianego na początku procesu radykalizacji z udziałem tadżyckich emigrantów. Kabirowowi bardzo zależy na dobrym wizerunku tadżyckiej imigracji w Polsce i raczej nie będzie chciał, żeby działalność związana z terroryzmem szkodziła działalności opozycyjnej wobec dyktatora.

Znak „rabia” to symbol powszechnie używany przez członków i sympatyków Bractwa Muzułmańskiego. Tu pokazuje go b. lider Labour Party, Jeremy Corbyn (Wikimedia)

Dodatkowo, jeżeli PIOT rzeczywiście szczerze odrzuca radykalizację, jej członkowie mogą nie tylko nie stanowić zagrożenia, ale stać się elementem jemu przeciwdziałającym. Mogą mieć nawet motywację do współpracy ze służbami państwa w ochronie Polski przed ewentualnymi radykałami pochodzącymi z Tadżykistanu.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę islamistyczne źródła partii, okazjonalne wyrażanie przez nią sympatii dla sprawy Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, chociażby w postaci używania znaku Rabia, czy też publikację w internecie zdjęć takich postaci, jak duchowy lider Hamasu szejk Jassin, należy uważnie obserwować, czy jej członkowie nie angażują się w głoszenie ideologii antydemokratycznej. Udzielanie ochrony międzynarodowej powinno być obwarowane zaprzestaniem promowania ideologii wrogiej zasadom państwa prawa i demokracji.

Jan Wójcik
obserwuj autora na Twitterze @jankwojcik

Źródła:

Mniejszość muzułmańska w Polsce. Jak zmniejszyć ryzyko radykalizacji oraz kontrolować wpływy salafickie. – OAS

The “Tajik Plot” Represents Continuity in Germany’s History of Terrorism – Jamestown

https://ndupress.ndu.edu/Portals/68/Documents/stratperspective/inss/Strategic-Perspectives-21.pdf

Discussing Violence and Terrorism in Tajikistan – The Diplomat

The Dilemma of “Normalization”: Can Islamists Participate without Polarizing Politics? | ACW

Central Asia: the crisis of the migration model and its potential impact on the EU | OSW Centre for Eastern Studies

ISIS-claimed Tajikistan attack that killed 4 tourists led by opposition member: police

Islamic Renaissance Party of Tajikistan: Past, Present and Future on JSTOR

Lider legalnej islamskiej opozycji Tadżykistanu w Teheranie | OSW Centre for Eastern Studies

Zamach terrorystyczny w Puławach. Domniemany zamachowiec Maksym S. był bezdomny? – WP Wiadomości

http://press-files.anu.edu.au/downloads/press/p258341/pdf/ch08.pdf

https://jamestown.org/wp-content/uploads/2013/03/Jamestown_articles_-_Terrorism_in_Central_Asia_February_2013.pdf




Islamistyczny ekstremizm to nie tylko terroryzm

Rozmowa Euroislamu z profesorem Ruudem Koopmansem, holenderskim socjologiem, ekspertem w sprawach migracji, integracji i transnacjonalizacji. Czy islamistyczny ekstremizm to tylko terroryzm? Jakie szanse mają liberałowie muzułmańscy? Czy reforma islamu może ograniczyć się tylko do Europy? Rozmawiał Jan Wójcik.

Jan Wójcik: Od lat zajmuje się pan badaniem mniejszości muzułmańskich w Europie. Wyniki tych badań sugerują, że ogromną część tych mniejszości można określić jako fundamentalistyczne. W jaki sposób definiuje pan fundamentalizm?

Ruud Koopmans: Posługuję się tą samą definicją, której używa się w literaturze poświęconej fundamentalizmowi religijnemu. Nie jest to więc definicja, którą wymyśliłem na własne potrzeby. Składają się na nią trzy elementy. Po pierwsze, fundamentalizm oznacza chęć powrotu do korzeni konkretnej tradycji religijnej. Stąd też wzięła się jego nazwa. Następnym elementem jest dosłowna interpretacja świętych tekstów, wiążąca dla wszystkich wierzących. Mamy więc do czynienia z pozbawioną pluralizmu koncepcją tradycji religijnej. Trzecim aspektem jest relacja pomiędzy świeckimi i religijnymi prawami oraz zasadami, przy czym fundamentaliści utrzymują, że prawo religijne powinno mieć pierwszeństwo względem prawa świeckiego. Prowadziłem badania w sześciu krajach, w dwóch najbardziej dominujących grupach, czyli wśród osób pochodzenia tureckiego i marokańskiego. W krajach tych fundamentaliści stanowili średnio czterdzieści pięć procent badanych.

JW: W porównaniu do tych grup, relatywnie mniejszy odsetek muzułmanów angażuje się w działalność ekstremistyczną.

RK: Tak.

JW: Może więc nie ma w takim podejściu nic złego? Czy ekstremizm nie uciekający się do przemocy stanowi jednak problem?

RK: To tak jakbyśmy powiedzieli, że rasizm nie jest problemem, ponieważ nie wszyscy rasiści uciekają się do przemocy. Postawy rasistowska i fundamentalistyczna są same w sobie problematyczne dlatego, że w dużym stopniu wiążą się z wrogością w stosunku do innych grup. Jeśli na przykład przyjrzymy się wrogości wobec Żydów, zobaczymy, że fundamentaliści mają silnie antysemickie poglądy. Są również wrogo nastawieni do homoseksualistów, do ludzi, którzy nie są częścią ich grupy, a także do tych, którzy porzucają ich tradycję, np. do byłych muzułmanów oraz do ateistów. Powinniśmy pamiętać o tym, że gdy mówimy o przemocy, nie należy brać pod uwagę jedynie terroryzmu.

Oczywiście, w każdej tradycji religijnej i politycznej zawsze znajdzie się mała grupa, która rzeczywiście dokonuje aktów przemocy. Niemniej jednak, jeśli przyjrzymy się przemocy w stosunku do wyżej wymienionych grup, okaże się, że nie jest to terroryzm w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Jest to codzienna przemoc domowa wymierzona w kobiety w rodzinach, są to tak zwane honorowe zabójstwa, uliczne ataki na homoseksualistów, Żydów itp. Ludzie trafiają za to do aresztu, ale nie jest to zorganizowana przemoc w ramach struktur ISIS czy Al-Kaidy. Jednak i w tej formie przemocy konserwatywni, fundamentalistyczni muzułmanie są wysoce nadreprezentowani. Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej z siedzibą w Wiedniu przeprowadziła badania dotyczące przemocy wobec Żydów. Pokazały one, że we wszystkich krajach, w których Żydzi spotykają się z przemocą, najczęściej wymienianymi sprawcami są radykalni muzułmanie – wskazywani nawet częściej niż prawicowi ekstremiści.

JW: Kiedy możemy mówić o radykalizacji? Wydaje się, że nie dotyczy ona jedynie sytuacji, w której ktoś działa w konspiracji albo obraca się w kręgach ugrupowań terrorystycznych.

RK: O radykalizacji mówi się zazwyczaj w nawiązaniu do terroryzmu. Co jednak z sytuacją, w której ktoś atakuje na ulicach ludzi noszących jarmułkę lub mężczyzn trzymających się za ręce, czyli homoseksualistów? Czy to również oznaka radykalizacji? Owszem, stanowi to część skrajnej, fundamentalistycznej, religijnej ideologii, która prowadzi ludzi do tego typu wrogości wobec innych grup ludzi.

JW: Wciąż jest to pewien rodzaj przemocy, ale mamy też ugrupowania islamistyczne, które niekoniecznie są brutalne w stosunku do kogokolwiek. Islamiści nie atakują nikogo na ulicy za noszenie jarmułki. Czy ich również określiłby pan mianem radykałów?

RK: Oczywiście. Nazwałbym ich ekstremistami i antydemokratami. Obecnie zauważamy problem z konserwatywną, fundamentalistyczną religijnością dopiero wtedy, gdy ktoś złamie prawo. Problem, zwłaszcza w przypadku islamskich fundamentalistów, polega jednak na tym, że w fundamentalistycznych meczetach naucza się w ten sposób, że już samo kazanie można uznać za nawoływanie do przemocy. Kiedy kaznodzieje i imamowie informują, że w krajach muzułmańskich skazywanie na śmierć apostatów i homoseksualistów oraz wycinanie kobietom łechtaczek jest uzasadnione, kiedy mówią: „Tak, jesteśmy za szariatem, ale oczywiście tylko w kontekście państw islamskich” – wtedy wciąż szerzą ideologię, za sprawą której ludzie przychodzący do meczetów myślą, że bicie homoseksualistów jest w porządku i że mężczyźni są lepsi od kobiet.

JW: Jak ocenia pan europejskie wysiłki na rzecz walki z ekstremizmem? Z moich rozmów z ludźmi z kręgów antyterrorystycznych wynika, że skupiamy się przede wszystkim na ekstremizmie posługującym się przemocą. Czy to błąd?

RK: To duży błąd. Gdybyśmy rozmawiali na temat ksenofobii i rasizmu, nikt nie wpadłby na pomysł, że problemem są tylko ci ludzie, którzy dokonują fizycznej napaści na imigrantów i obcokrajowców, a samą ksenofobię i rasizm powinniśmy zaakceptować, ponieważ niektórzy mają takie poglądy. Nie możemy myśleć, że szerzenie ideologii nienawiści nie znajduje konsekwencji w życiu codziennym. Jeśli przyjrzymy się statystykom przemocy w stosunku do kobiet, zauważymy wyraźnie, że przemoc jest silnie skorelowana z ortodoksyjną, fundamentalistyczną religijnością.

JW: Czyli istnieje zależność pomiędzy brutalną radykalizacją i działaniami fundamentalistów, islamistów, czasem po prostu muzułmańskich aktywistów, którzy nastawiają muzułmanów przeciwko Zachodowi i działają jak nawóz na podatnym gruncie radykalizacji?

RK: Zgadzam się z tym. W moim badaniu zawarte było pytanie, które odnosiło się do stwierdzenia: „Kraje zachodnie mają na celu zniszczenie islamu”. Muzułmańscy fundamentaliści wierzą w tego typu teorie spiskowe. Kiedy radykalne islamistyczne organizacje, meczety oraz imamowie szerzą ideę walki Zachodu i nieislamskich sił z islamem, niektórzy mogą pomyśleć, że tak rzeczywiście jest i że może warto bronić swojej wiary. Nie powinno nas więc dziwić, że niektórzy odpowiadają na to wyzwanie i dokonują aktów przemocy.

JW: W jaki sposób radykalizacja, która nie posługuje się przemocą, wpływa na nasze społeczności?

RK: Tak jak wspominałem, ludzie zmagają się z przemocą w życiu codziennym. Żydzi w niektórych europejskich miastach, bojąc się, że ktoś dowie się, iż są Żydami, nie ośmielają się wyjść na spacer po określonych ulicach i dzielnicach. W wielkim stopniu ma to również wpływ na ludzi wewnątrz społeczności muzułmańskich, na przykład na kobiety i liberalnych muzułmanów, którzy chcą się odciąć od islamskiego fundamentalizmu lub od islamu w całości. Muszą w tajemnicy zrzekać się swojej religii, nie powiedzą o tym rodzinie, zaprzeczają temu sami przed sobą.

Wpływa to również negatywnie na integrację społeczności muzułmańskich. Dzieje się tak, ponieważ fundamentalistyczna religijność prowadzi często do segregacji. Ze względu na wrogość wobec świata zewnętrznego, religijni fundamentaliści będą unikać kontakt z ludźmi o odmiennych wierzeniach. Konserwatywni muzułmanie nawiązują w związku z tym bardzo nieliczne kontakty z niemuzułmanami, żyją w środowisku poddanym segregacji. Jeśli zaś rzadko nawiązujesz kontakt z resztą społeczeństwa, działa to ze szkodą dla integracji twojej własnej grupy.

Bez kontaktów społecznych nie można uzyskać informacji i zasobów, które są niezbędne do osiągnięcia sukcesu w społeczeństwie. Przykładem może być rynek pracy albo edukacja dzieci. Jest to, jak wynika z jednego z moich badań, jedna z przyczyn, dla których konserwatywni muzułmanie mają tak słabą pozycję na rynku pracy. Ograniczone kontakty z większą częścią społeczeństwa dają efekt w postaci problemów z językiem. Brak kontaktów społecznych oznacza też mniejsze szanse na znalezienie pracy. Małżeństwa wewnątrz społeczności prowadzą do zachowania dużej homogeniczności w kręgu rodzinnym.

Europejskie rządy mają bardzo naiwne podejście do organizacji islamskich i nie śledzą uważnie, co tak naprawdę się za nimi kryje.

Kolejny aspekt to konserwatywny pogląd na rolę kobiety, prowadzący do niskiego poziomu zatrudnienia wśród kobiet z muzułmańskich środowisk konserwatywnych, co z kolei ma negatywny wpływ na przychody w rodzinie, na edukację dzieci itd. To błędne koło prowadzi do segregacji i niewystarczającej integracji, które napędzają fundamentalistyczną religijność. Bardzo trudno wydostać się z tego błędnego koła.

JW: W swoim badaniu pokazuje pan zakres wpływów fundamentalizmu. Na portalu Qantara.de przeczytałem, że pana książka pt. „Das verfallene Haus des Islam.” (Rozpadający się dom islamu) oskarża islam o wsteczność i lekceważy wpływ innych czynników, takich jak kolonializm.

Ksiązka Ruuda Koopmansa "Rozpadający się dom islamu"
Ksiązka Ruuda Koopmansa „Rozpadający się dom islamu”

RK: To absolutnie nieprawda. Po pierwsze, nie uważam, że fundamentalizm jest czymś typowym jedynie dla islamu. Bardzo jasno podkreślam, że każda religia – czy to islam, czy chrześcijaństwo, czy jakakolwiek inna wiara – może być interpretowana w sposób pokojowy i tolerancyjny, ale także w sposób nietolerancyjny i przemocowy. Na początku książki stwierdzam, że przez pierwsze stulecia islam cieszył się większymi sukcesami oraz był religią bardziej tolerancyjną niż ówczesne chrześcijaństwo. W mojej książce nie znajdziemy żadnego fragmentu, w którym twierdziłbym, że islam ma wrodzony problem. Twierdzę, że fundamentalizm pojawił się jako nurt w islamie, szczególnie dominujący po 1979 r., i że miał szkodliwy wpływ na rozwój w świecie islamskim.

Recenzja na Qantara.de to typowy przykład strategii wykorzystywanej przez ludzi, którzy nie chcą słyszeć o tym, że istnieje jakikolwiek religijny wymiar problemu. Każdego, kto krytyczniej wypowiada się na temat islamu, nawet jeśli dotyczy to tylko islamskiego fundamentalizmu, nazywają przeciwnikiem islamu..

JW: Czy na Bliskim Wschodzie mamy coraz mniej islamizmu i fundamentalizmu? Ludzie są tam coraz bardziej sceptycznie nastawieni wobec sloganu: „Islam stanowi rozwiązanie”. Daniel Pipes, z którym rozmawiałem, jest właśnie takiego zdania. Czy według pana w Europie zaobserwujemy podobną tendencję?

RK: Trudno powiedzieć. ISIS poniosło porażkę w Syrii i w Iraku, co miało pozytywny wpływ na Europę. Zagrożenie jest teraz mniejsze. W innych regionach natomiast, na przykład w Afryce Zachodniej, fundamentalizm rozprzestrzenia się i widzimy coraz więcej przemocy ze strony islamskich fundamentalistów. Nie sądzę też, żeby sytuacja rozwijała się w dobrym kierunku w Pakistanie. Problem zdaje się nie ustawać.

Oczywiście trzeba mieć nadzieję i staram się ją pokazywać pod koniec mojej książki, ale wątpię, żeby islamski fundamentalizm był w odwrocie. Na początku Arabskiej Wiosny widzieliśmy młodych ludzi, którzy wychodzili na ulice i żądali demokracji, jednak w wyborach, które miały miejsce w Tunezji, Egipcie lub w Algierii w latach 1990., wygrywali fundamentaliści.

Kiedy widzę ludzi, którzy mobilizują się teraz w Libanie i w Iraku protestując przeciwko lokalnym reżimom, nie mam powodu, żeby nie wierzyć, iż protestują oni przeciwko fundamentalizmowi i opowiadają się za demokracją. To ludzie z liberalnym podejściem, którzy chcą innego życia. Wątpliwe jednak, czy stanowią oni większość w poszczególnych krajach i czy będą w stanie wygrać wybory. Kwestia ta pozostaje otwarta, a jedyne, co możemy zrobić, to wspierać reformatorów i liberalnych muzułmanów, na tyle, na ile tylko możemy. Nie uda nam się to, jeśli będziemy zaprzeczać, że istnieje problem z islamskim fundamentalizmem.

JW.: Jaką rolę mogą odegrać islamscy reformatorzy i liberałowie?

RK: W mojej książce podkreślam, że zarówno w islamskich krajach, jak i w społecznościach muzułmańskich w Europie, reforma będzie musiała przyjść od wewnątrz. Oczywiście są ludzie, którzy starają się skierować europejski islam na bardziej liberalne tory. Ruchy te wydają się jednak relatywnie małe. Nie cieszą się dużym wsparciem ze strony społeczności muzułmańskich. Wielu muzułmanów należących do tych społeczności ma dosyć fundamentalistycznego islamu i decyduje się zostać osobami świeckimi. Niektórzy z nich dokonują tego nie mówiąc o tym, że są ateistami albo byłymi muzułmanami. Inni całkowicie porzucają religię. Są to liberałowie, ale już nie religijni. Nie uczestniczą w debatach mających na celu zreformowanie islamu – po prostu go porzucili. Być może w sensie kulturowym wciąż postrzegają siebie jako muzułmanów, ale nie są już nimi w sensie religijnym.

Muzułmanie, którzy uważają się za religijnych i jednocześnie walczą o liberalny islam, stanowią nieliczną grupę. Myślę, że właśnie tę grupę powinniśmy aktywnie wspierać, żeby rosła w siłę. Tymczasem europejskie rządy mają bardzo naiwne podejście do organizacji islamskich i nie śledzą uważnie, co tak naprawdę się za nimi kryje.

W książce podaję przykład Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech (z niem. Zentralrat der Muslime im Deutschland, w skrócie ZMD – przyp. JW). Za sprawą obecności medialnej Anyama Mazyeka, jest ona bardzo widoczna w debacie publicznej. Mazyek jest niezwykle elokwentnym mówcą i ma powiązania w kręgach politycznych, szczególnie w Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). W publicznych wystąpieniach jest bardzo liberalny, tolerancyjny i opowiada się za dialogiem religijnym. Nie mam powodu, żeby wątpić, iż jest taki sam jako osoba prywatna.

Kiedy jednak zapraszamy kogoś takiego do mediów jako rzecznika społeczności muzułmańskiej w Niemczech, prosząc, żeby w imieniu muzułmanów wypowiadał się na temat polityki, powinniśmy w krytyczny sposób przyjrzeć się organizacji, która za nim stoi. Niektórzy członkowie tej organizacji w Hamburgu powiązani są z irańskim reżimem. Inne ugrupowania mają kontakty z Bractwem Muzułmańskim. Widzimy też skrajnie nacjonalistyczne ugrupowania tureckie. Tak więc organizacje, które Mazyek reprezentuje, nie są w żadnej mierze tolerancyjne, a niektóre są wręcz antydemokratyczne. Moim zdaniem udzielanie głosu im – czy też Turecko-Islamskiej Unii ds. Religijnych (z niem. Türkisch-Islamische Union der Anstalt für Religion, w skrócie DITIB), która reprezentuje państwo tureckie w Niemczech –  a nie liberalnym muzułmanom, jest dużym błędem.

JW: W tej samej sytuacji jest rząd Macrona, który imamów chce wysłać na szkolenia do Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego (z fr. Conseil français du culte musulman, CFCM), również zdominowanej przez islamistów.

RK: Sytuacji we Francji nie znam tak dobrze, więc nie chcę się wypowiadać na jej temat. Rozumiem dylemat, przed którym stoją rządy, chcące z jednej strony rozmawiać z przedstawicielami dużej grupy muzułmanów, a z drugiej preferujące kontakty z tymi, który reprezentują liberalną wersję islamu. Czasami nie jest łatwo, ponieważ w Niemczech największą organizacją jest DITIB, będąca tak naprawdę głosem tureckiego państwowego islamu.

Niemcy starali się szkolić imamów na uniwersytetach, niezależnie od takich organizacji, ale studiujących tam imamów nie akceptowały meczety, za którymi stały organizacje uważające, że tego typu islam nie jest ich islamem. Trzeba znaleźć drogę środka. Nie twierdzę, że z ZMD czy DITIB nie należy w ogóle rozmawiać, ale z pewnością błędem jest dawanie właśnie im tak dużo przestrzeni i nie zapewnianie jej liberalnym muzułmanom.

JW: Od dziesięciu lat obserwuję ruchy reformatorskie i mogę powiedzieć, że od trzech lat coraz głośniej wyrażają one swoje opinie. Niemniej jednak, wciąż są to małe grupki lub jednostki. Dlaczego nie tworzą one sieci, wspólnej platformy?

RK: Według mnie jedną z przyczyn jest to, że sekciarstwo nie ogranicza się tylko do kręgów fundamentalistów i ekstremistów. Swego rodzaju sekciarstwo i indywidualizm znajdziemy również wśród liberalnych muzułmanów. Nie chcą ze sobą rozmawiać, nie chcą współpracować. Z powodu relatywnie niewielkich różnic w poglądach trudno jednostkom dojść do porozumienia. Myślę, że dobrze pan opisał to zjawisko. Są to jednostki, bardzo małe grupy. Nie ma dużych, potężnych platform i sieci. A to z pewnością jest konieczne.

W tej kwestii w Niemczech władze mogłyby być pomocne. Jeśli chce się tam uzyskać prawo do bycia organizacją religijną, wymagany jest pewien poziom zorganizowania. Jeśli chcesz uczyć religii w szkołach, potrzebujesz pewnego poziomu organizacyjnej infrastruktury. Konserwatyści ją mają, więc uzyskują przywileje. Liberałom tego brakuje, więc państwo mogłoby podejść do jednostek i małych ugrupowań w następujący sposób: „Możecie utworzyć organizację religijną, ale tylko jeśli zbierzecie się i utworzycie bardziej spójną, silniejszą sieć, która będzie reprezentatywna dla szerszych nurtów wśród liberalnych muzułmanów”. Byłaby to swego rodzaju marchewka, która mogłaby połączyć środowiska liberalne.

JW: Czy według pana idea europejskiego islamu wolnego od dżihadu, szariatu i dawah, opracowana przez Bassama Tibiego, jest wciąż możliwa do zrealizowania?

RK: Moim zdaniem tego potrzebuje islam na całym świecie. Wątpię jednak, żeby była szansa na realizację tego jako czysto europejskiej idei. W ten sposób oddzielilibyśmy tylko islam europejski od islamu światowego, a to by nie zadziałało. Wpływ finansowy i medialny krajów islamskich jest tak duży, że nie uda się wypracować specyficznej, europejskiej odmiany islamu, innej od islamu i islamskiego świata. Tego rodzaju reforma musiałaby się wydarzyć na całym świecie. Nie oznacza to oczywiście, że europejscy muzułmanie nie mogą starać się zostać awangardą takiego ruchu. Uważam natomiast, że używanie logo „europejski islam” mogłoby odnieść odwrotne skutki.

——-

Ruud Koopmans jest holenderskim socjologiem i profesorem na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Jest kierownikiem badań na wydziale ds. migracji, integracji i transnacjonalizacji na WZB Berlin Social Science Center. Wśród jego licznych publikacji znajdziemy książki pt. „Das verfallene Haus des Islam: Die religiösen Ursachen von Unfreiheit, Stagnation und Gewalt” (Rozpadający się dom islamu. Religijne przyczyny zniewolenia, stagnacji i przemocy) oraz „Assimilation or multiculturalism? Conditions for successful integration” (Asymilacja czy wielokulturowość? Warunki konieczne dla udanej integracji).

Tłumaczenie Bohun




Koronawirus i zderzenie fundamentalizmów

Relacje hindusko – muzułmańskie pozostają napięte. Pandemia koronawirusa pogłębiła podziały w indyjskim społeczeństwie. Wpływowa organizacja muzułmańska zlekceważyła zagrożenie. Dziś cenę za to płacą wszyscy muzułmanie.

Wpływowa, międzynarodowa organizacja islamistyczna Tablighi Dżamaat zorganizowała w Delhi spotkanie swoich zwolenników, w którym wzięło udział kilka tysięcy osób, w tym wielu zagranicznych gości. Odbyło się ono między 13., a 15. marca. Wydarzenie to stało się jednym z ognisk epidemii. „New York Times” podaje, że według szacunków indyjskiego rządu, w ubiegłym tygodniu ponad jedna trzecia przypadków zarażenia koronawirusem (ponad 8000) w Indiach ma związek z działalnością Tablighi Dżamaat.

15 marca rząd zakazał zgromadzeń publicznych powyżej 50 osób, a kilka dni później wprowadził całkowitą blokadę kraju. Zalecenia te zostały zlekceważone. Przywódca Tablighi Dżamaat, Maulana Saad Kandhalvi, 19 marca wygłosił kazanie, w którym przekonywał, że koronawirus jest karą bożą wymierzoną niewiernym i że nie należy się go obawiać.

Krótko po tym kontrola przeprowadzona przez służby sanitarne wykazała, że w siedzibie organizacji wbrew prawu przebywało około 1300 osób bez maseczek i innych środków ochrony zdrowia. Pozostali uczestnicy zgromadzenia opuścili tymczasem ośrodek, a część z nich skorzystała z transportu publicznego, co przyczyniło się do rozprzestrzenienia się wirusa do ponad połowy stanów w Indiach. Niemal wszystkich, którzy mogli mieć kontakt z uczestnikami kongregacji objęto kwarantanną.

Udało się m.in. zatrzymać na lotnisku malezyjskich misjonarzy, zanim zdążyli wejść na pokład samolotu ewakuacyjnego. Wykorzystano do tego celu dane z telefonów komórkowych. 31 marca władze wytoczyły sprawę karną przeciwko Kandhalviemu za świadome i uporczywe narażenie zdrowia publicznego na niebezpieczeństwo. Jednocześnie siedzibę Tablighi Dżamaat opieczętowano, zaś Kandhalviego pozbawiono tytułu uczonego muzułmańskiego.

Zwykli muzułmanie nie po raz pierwszy płacą cenę za groźne dla społeczeństwa zachowania fundamentalistów i radykałów.

Tahir Iqbal, absolwent uniwersytetu w Kaszmirze, był jedną z około 4000 osób zebranych w siedzibie głównej Tablighi Dżamaat, gdzie na początku marca odbył szkolenie misjonarskie. Przyznał, że  ludzie spali, jedli i modlili się w krótkich odstępach czasu, nie obawiając się koronawirusa. „Nie traktowaliśmy wtedy tego poważnie” – dodał.

Od tego czasu ponad 25 000 osób, które miały kontakt z członkami Tablighi, zostało poddanych kwarantannie. Niektóre pielęgniarki skarżyły się, że członkowie tej organizacji umieszczeni w izolatkach zachowywali się agresywnie. Nie obyło się bez tragedii – muzułmanin, u którego zdiagnozowano koronawirusa, popełnił samobójstwo.

O zachowaniu członków Tablighi Dżamaat w czasie epidemii zrobiło się głośno. Część hinduskich nacjonalistów postanowiła wykorzystać antymuzułmańskie nastroje. Raj Thackeray, przywódca skrajnie prawicowej partii Maharashtra Navnirman Sena, powiedział lokalnym mediom, że członkowie Tablighi Dżamaat „powinni zostać zastrzeleni”, inny polityk tego ugrupowania nazwał ich „ludzkimi bombami”,

W wiosce Harewali, niedaleko Delhi, doszło do publicznego linczu młodego muzułmanina Mehbooba Alego, który brał udział w wydarzeniach organizowanych przez Tablighi Dżamaat. Incydent został sfilmowany. „Przedstaw nam swój plan!” – krzyczy ktoś na nagraniu. „Czy planowałeś rozpowszechniać wirusa?”. Ofiara, zakrwawiona i skulona, przecząco kręci głową. Młodzi muzułmanie, rozdający żywność biednym, zostali zaatakowani kijami do krykieta. Innych muzułmanów atakowano w islamskich dzielnicach i meczetach.

W stanie Pendżab głośniki umieszczone na budynku sikhijskich świątyń nadają komunikaty, wzywające do tego, by nie kupować mleka od muzułmanów, ponieważ jest ono zainfekowane koronawirusem. W Internecie zaroiło się od skrajnie antymuzułmańskich haseł. Nastroje podsycali rządzący, którzy mówili o „wirusowym dżihadzie”.

W sieci dostępne są przekazy wzywające muzułmanów, żeby nie nosili maseczek, nie zachowywali niezbędnych odstępów i w ogólnie nie martwili się wirusem. Można podejrzewać, że działania te obliczone są na zdziesiątkowanie populacji muzułmańskiej przez chorobę.

Po fali antymuzułmańskich wystąpień indyjscy urzędnicy przestali obwiniać muzułmanów za wybuch epidemii. W Indiach żyje obecnie ok. 200 milionów muzułmanów, pozostałą część populacji, liczącej 1,3 miliarda, stanowią głównie hindusi. Od momentu objęcia rządów przez nacjonalistę Narendę Modiego wyznawcy Allaha padają ofiarą dyskryminacji, jak również zorganizowanych pogromów. Politycy wzywają do bojkotu sklepów prowadzonych przez muzułmanów. Zdarzają się także przypadki zmuszania muzułmanów do porzucania islamu i przechodzenia na hinduizm. W niektórych indyjskich miastach pojawiły się plakaty zakazujące muzułmanom wstępu do niektórych dzielnic.

Organizacja Tablighi Dżamaat bez wątpienia reprezentuje fundamentalistyczny islam. W obliczu zagrożenia koronawirusem jej władze zachowały się więcej niż nieodpowiedzialnie. Niektórzy członkowie organizacji zachowywali się agresywnie i napastliwie wobec przedstawicieli służb sanitarnych i medycznych. Zwykli muzułmanie nie po raz pierwszy płacą cenę za groźne dla społeczeństwa zachowania fundamentalistów i radykałów.

Piotr Ślusarczyk

https://www.nytimes.comwww.newslaundry.com




Nikab: romantyczny czy ekstremistyczny?

Zachwyt nad romantycznymi islamskimi obrazami prezentowanymi w zachodniej prasie może wspierać radykalizację, nawet jeżeli stoją za tym intencje wspierania wielokulturowości i różnorodności.

„Tylko oczy jeźdźca były widoczne pod zasłoną twarzy. Z łukiem w lewej ręce i strzałą w prawej skierowała konia w kierunku celu”, takim romantycznym obrazem zaczyna „The New York Times” artykuł o indonezyjskim fanklubie nikabu, zwanym „niqab squad”. Nie tylko strój, ale i sport powinien być miły Allahowi, a łucznictwo uważane jest za jeden z ulubionych sportów proroka Mahometa. To pozwoli im, jak twierdzą, zbliżyć się do nieba. [1]

Wschodnia Jawa, gdzie powstała moda na nikab, to także miejsce gdzie niechciane awanse męskiej części populacji i molestowanie występują często. Więc zasłona nie tylko ma zbliżyć do nieba, ale również oddalić od „piekła” na Ziemi. Bohaterki artykułu protestują też przeciwko wizerunkowi kobiety jako słabszej płci. „Możemy stać się silnymi muzułmankami przez ćwiczenie łucznictwa i jeździectwa”, opowiada nauczycielka w islamskiej szkole Idhanur.

I chociaż autor artykułu zauważa narastającą radykalizację w Indonezji, to stara się podkreślić różnice między terroryzmem, a skrajnym konserwatyzmem islamskim oraz pokojowy charakter „nikab squad”. Poświęcenie jego członkiń dla Allaha ma oznaczać ukrycie swojej urody i przywdzianie stroju zgodnego z islamem. „To znaczący przykład ruchu, gdzie ubiór może być bardzo mylący”, wypowiada się w artykule dyrektor Instytutu Politycznej Analizy Konfliktu w Dżakarcie, Sidney Jones.

Społeczne normy pielęgnowane przez indonezyjskie „zamaskowane amazonki” nie są nowe. Podobne są do działań salafickiej grupy Tablighi Dżamaat („Towarzystwo krzewienia wiary”), uprawiającej globalny prozelityzm promujący fundamentalistyczne wartości islamu. Grupa powstała w Indiach w roku 1927 jako odłam szerszego ruchu Deobandi, łączącego islam suficki z wahabbickimi wpływami. Rozpowszechniła się głównie w Azji Południowo-Wschodniej.

Tablighi Dżamaat, chociaż uchodzi za bardzo konserwatywną, a jednocześnie głoszącą pokojową drogę, wyprodukowała także terrorystów. Szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie ze względu na kolonialne powiązania jest popularnym ruchem. [2] Stanowi przedmiot coraz większego zaniepokojenia europejskich środowisk zajmujących się zwalczaniem terroryzmu.

Nawet jeżeli do tej pory nie udowodniono Tablighi Dżamaat bezpośrednich związków z terroryzmem i głoszenia przesłań wzywających do dżihadu, to jej doktryna odrzuca wszystko co niemuzułmańskie, prowadzi do podziałów nie tylko w społeczeństwach mieszanych, ale także wśród samych muzułmanów. Przedstawianie świata jako czarno-białego podziału na muzułmanów i niemuzułmanów stanowi pożywną glebę dla radykalizacji i dalszego procesu rekrutacyjnego dla terroryzmu. Nie mówiąc o bardzo negatywym wpływie na spójność społeczną.

Przedstawianie świata jako czarno-białego podziału na muzułmanów i niemuzułmanów stanowi pożywną glebę dla radykalizacji i dalszego procesu rekrutacyjnego dla terroryzmu.

Problem nie dotyczy tylko Wielkiej Brytanii. We Francji także uważa się, że ugrupowanie miało istotny wkład w proces radykalizacji w poszczególnych obszarach, gdzie rekrutacja okazała się skuteczna. Przykładem tego jest Lunel, miejscowość nazywana francuskim Molenbeek, gdzie miejscowy meczet został zinfiltrowany przez Tablighi Dżamaat. [3]

Wyzwanie dla społeczeństw zachodnich przez tworzenie się społeczności równoległych i domaganie się uznania dla konserwatywnego islamskiego stylu życia opisywał też sędzia Sądu Najwyższego, profesor Mirosław Sadowski z Pracowni Badań Prawa Orientalnego UWr. W jego opinii stopniowa zmiana społeczna, jaka dokona się za sprawą tej i podobnych dobrze zorganizowanych grup, może być zagrożeniem o wiele większym niż terroryzm. [4]

Tymczasem artykuł „NYT” nie jest jedynym, łączącym podporządkowanie z romantycznym obrazem. Trzy lata wcześniej o indonezyjskich miłośniczkach nikabu pisała australijska prasa. Dziennikarka Jewel Topsfield zachwycała się tym, że nikab, kojarzony zwykle z czernią, ma teraz elementy w kropeczki, które dzielą się radością ze światem. A do tego bejsbolówka z napisem: „Noszę nikab i nie jestem terrorystką”. [5]

„Nikab Challenge”, do którego zaproszono Topsfield, to inicjatywa mająca przekonać do nikabu. Kobiety mają się przekonać, że nikab to nie jest duszna zasłona. Przeciwnie, jak donoszą relacje „czują się bardziej spokojne, czują się chronione”, po założeniu zasłony obejmującej całe ciało. Zafascynowana różnorodnością nikabu, różnymi społecznymi aktywnościami nikabistek i brakiem przeszkód w robieniu kariery, dziennikarka „Sydney Morning Herald” nie stawia jednak pytania o podstawowy cel fizycznego odgrodzenia się od świata i potrzebę podkreślania odmienności.

Ten proces pokazuje za to serial szwedzkiej telewizji dostępny na Netflixie – „Kalifat”. Chociaż platforma streamingowa oskarżana jest często o lewicowe skrzywienie, tutaj nie występuje kolorowe zabarwienie fascynacji chustą. W „Kalifiacie” potrzeba podkreślenia odmienności, bycia muzułmanką, w opozycji do szwedzkiego państwa i własnej zsekularyzowanej rodziny, oraz poszukiwanie tożsamości, wykorzystywane są bez skrupułów przez rekrutera z konsekwencjami dla całej rodziny, a nawet społeczeństwa.

A wszystko zaczyna się od tej samej narracji, którą można usłyszeć od Tablighi Dżamaat i przeczytać w wymienionych gazetach. Chusta jest cool, zachodnie społeczeństwo opresyjne i dyskryminujące. Ci, którzy nie praktykują islamu zgodnie z konserwatywną doktryną i nie interpretują ksiąg dosłownie, to niemuzułmanie. Można jednocześnie być zasłoniętą i prowadzić nowoczesne życie, twierdzą propagatorzy zasłon, chociaż utrzymując dystans i wstręt do wszystkiego, co nieislamskie.

To nie jest tylko wymysł fantazji twórców filmu, to także zdanie specjalistów. Jemeńsko-szwajcarska politolog, dr Elham Manea, w wywiadzie opublikowanym po polsku na stronie Euroislam.pl, mówi bez ogródek o dużo mniej zauważalnym muzułmańskim symbolu, hidżabie, że „służy islamistom do oznaczania terytorium”. [6]

W ten sposób znaczenie islamskiego stroju dla rozwoju Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie i poza nim rozumiał jego lider Muhammad Badi. Opowiadał jak strój ten doprowadza stopniowo do zmiany społecznej, w której poprzez widoczny symbol społeczeństwo stopniowo akceptuje konserwatywne islamskie wartości. A rzecznikami tych wartości stają się takie ruchy, jak Bractwo Muzułmańskie czy Tablighi Dżamaat.

I tak też paradoksalnie kończy się artykuł „New York Timesa”: „Kiedy zaczynałam tutaj, bardzo rzadko widziało się kobiety i dziewczęta w nikabach. Ale teraz jest już nas wiele” – mówi trendesetterka nikabu.

[1] https://www.nytimes.com/2020/03/23/world/asia/indonesia-niqab-veil-islam-women.html

[2] http://www.listyznaszegosadu.pl/dawa-sianie-nasion-nienawisci

[3] https://euroislam.pl/burmistrz-francuskiego-molenbeek-prosi-rzad-o-pomoc/

[4] https://www.rp.pl/article/20150920/OPINION/309209911?preview=3&remainingPreview=2&grantedBy=preview&

[5] https://www.smh.com.au/world/meet-indonesias-niqab-squad-working-to-destigmatise-the-full-face-covering-20171123-gzr8de.html

[6] https://euroislam.pl/hidzab-sluzy-islamistom-do-oznaczania-terytorium/




Turcja, Kurdowie, USA, Rosja, Syria… a gdzie jest Europa?

W obliczu tureckiego ataku na terytorium Syrii zamieszkałe przez syryjskich Kurdów pojawia się wiele pytań. Czy Stany Zjednoczone zdradziły sojusznicze Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF)? Na ile można polegać na USA jako sojuszniku? Czy Turcja słusznie obawia się zagrożenia ze strony Rożawy? Jakie kolejne problemy wywoła ten konflikt? Czy zagraniczni terroryści uciekną z obozów kurdyjskich i wrócą do Europy?

Prawie w ogóle nie dyskutuje się jednak o najważniejszym dla Europejczyka pytaniu: Jak to się dzieje, że Unia Europejska i europejska część NATO jest po raz kolejny bezradna wobec konfliktu toczącego się u naszych granic i bezpośrednio wpływającego na nasze bezpieczeństwo?

Czego mogłaby chcieć Europa?

Każda ze stron tego konfliktu jest w stanie wyłuszczyć swoje interesy, obojętne, jak ocenimy ich prawdziwość bądź zasadność. Trump, który dał „zielone światło”, usuwając z drogi tureckiej armii jednostki amerykańskiego wojska, twierdzi że Ameryka kończy z rolą „światowego policjanta”. Nie ma zamiaru ponosić wysokich kosztów obecności militarnej w wojnach, które jej nie dotyczą. Turcja przekonuje do prawa do bezpieczeństwa swojego terytorium i konieczności repatriacji syryjskich uchodźców, których chce przesiedlić do strefy bezpieczeństwa. Kurdowie chcą zagwarantować sobie autonomię i bezpieczeństwo oraz przeciwdziałać siłowej zmianie struktury etnicznej na zamieszkałych przez siebie terenach. Syria, która na prośbę osamotnionych Kurdów włączyła się do wojny, chce przeciwdziałać rozpadowi terytorialnemu i utrzymać władzę Asada. Rosja z kolei chce powrotu status quo sprzed rewolucji, a dodatkowo psuje szyki NATO wikłając Turcję w zależność od siebie.

Unia Europejska w ostatnich dniach uchwaliła co prawda sankcje na dostawy broni z krajów UE do Turcji i potępiła inwazję, ale sposób realizacji sankcji ma pozostawać w gestii poszczególnych krajów. A tu już są różnice, bo na przykład Niemcy wprowadziły zakaz, ale tylko na tą broń, która może zostać użyta w toczącym się konflikcie. Wielka Brytania jeszcze w ostatniej chwili w ogóle próbowała storpedować jakiekolwiek wspólne stanowisko ministrów spraw zagranicznych UE w tej kwestii. Co jednak chce uzyskać UE poza wyrażeniem zaniepokojenia, ubolewania, czy wręcz potępienia?

Nie jest tak, że nie mamy interesów na Bliskim Wschodzie i nie jesteśmy, jak to może powiedzieć o USA Donald Trump, oddaleni od niego o „7 tysięcy mil”. Interesuje nas przede wszystkim bezpieczeństwo naszych granic, które nie będzie generowało niekontrolowanej imigracji finansowo obciążającej państwo. Istnienie konfliktów w pobliżu Europy, których elementem jest islamski radykalizm, prowadzi do przenikania dżihadystów na teren UE oraz do radykalizacji imigrantów pochodzących ze stref tego konfliktu. Kurdowie z Syrii i Iraku, w przeciwieństwie do Turcji, byli w tym przypadku naszymi sprzymierzeńcami. Zwalczali dżihadystów oraz oferowali bezpieczne terytorium dla wewnętrznych uchodźców w Syrii. Wsparci przez Zachód mogliby być istotną przeciwwagą dla strony rządowej w dyskusji o kształcie Syrii. Dlatego potępienie tureckiej agresji i działanie na rzecz uspokojenia konfliktu jest w naszym żywotnym interesie.

Agresywne zapędy Turcji wobec Kurdów i rozpalanie na nowo konfliktu w Syrii to nie jedyna oś sporu UE z Turcją. Na ostatnim posiedzeniu ministrów, w słowach prezydenta Rady Europejskiej Donalda Tuska został wyrażony sprzeciw wobec tureckich planów wiertniczych w okolicach Cypru, które naruszają prawa Cypru i Grecji do znajdujących się tam złóż gazu.

Mamy też problem udziału Turcji w schemacie omijającym sankcje nałożone na Iran za prowadzenie programu wzbogacania materiałów radioaktywnych w celu wybudowania broni atomowej. Właśnie rozpoczyna się postępowanie sądowe przeciwko tureckiemu bankowi, przez amerykańską prokuraturę oskarżanemu o udział w wielomiliardowym przedsięwzięciu, które za pomocą sieci podstawionych firm, fałszywych transakcji w złocie, żywności i lekach omijało  sankcje. W procederze mieli brać udział także tureccy urzędnicy państwowi włącznie z prezydentem Erdoganem. Wreszcie groźby zalania krajów europejskich imigrantami, którzy traktowani są przez rząd Turcji jako straszak na Unię Europejską, nijak nie przypominają postępowania, jakiego można spodziewać się po sojuszniku.

Dlaczego Europa boi się działać?

W tej sytuacji głosy krytyki europejskich publicystów i polityków wobec prezydenta USA ujawniają nic innego jak europejską słabość. Od dłuższego czasu Europa nie jest w stanie zadbać o swoje najbliższe sąsiedztwo i staje się przedmiotem, a nie podmiotem polityki międzynarodowej. Wodzona jest za nos i szantażowana przez prezydenta Turcji – państwa siedmiokrotnie mniejszego, o dwudziestokrotnie mniejszym PKB.

Problemom UE z masową imigracją, czy Turcją, nie podoła Europa biurokratów i polityków zsyłanych na margines polityki krajowej.

Dlaczego więc tak niewiele robimy? Głównym powodem geostrategicznym jest członkostwo Turcji w NATO. Formalnie Turcja jest sojusznikiem, chociaż część jej działań nie mieści się już w kategorii działań sojuszniczych. Podobne napięcie wewnątrz NATO nie jest niczym nowym. Do tej pory jednak istniało głównie na linii Turcja – Grecja, która w 1974 zawiesiła członkostwo, domagając się także zapisów w traktacie dotyczących sojuszu obronnego w przypadku agresji jednego członka NATO wobec drugiego.

Teraz jednak działania Turcji dotyczą nie tylko samej Grecji, ale większości członków sojuszu, a na to nakłada się jej flirt z Rosją i plany zakupu od niej systemów obrony rakietowej S-400 oraz  samolotów. Dowodem na to, że Turcja oddala się stopniowo od NATO jest też fakt, że próbuje stworzyć niezależny przemysł zbrojeniowy we współpracy z Malezją i Pakistanem, co ma też być kamieniem węgielnym powstania islamskiego bloku. Retoryka prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, który opiera swoje rządy na mariażu islamizmu i nacjonalizmu, jest jawnie antyzachodnia. Bezprecedensowe były też sytuacje, w których w związku z czystkami po puczu w 2016 roku, tureccy oficerowie w NATO występowali o azyl za granicą.

To wszystko powoduje, że Turcja, chociaż jest drugą armią NATO, chociaż jest jego południową flanką i umożliwia dostęp do Morza Czarnego i Bliskiego Wschodu, coraz bardziej szkodzi samemu sojuszowi. W związku z tym należy, nawet jeśli z punktu widzenia strategii wygląda to na tragiczną sytuację, przygotować się na powolne opuszczanie NATO przez Turcję, o ile nic w jej polityce się nie zmieni. I chociaż w takiej sytuacji część ekspertów doradza przyjmowanie ostrożnego kursu, by nie doprowadzić do gwałtownego zerwania z NATO, to właśnie taka postawa będzie oznaką słabości i będzie zachęcać prezydenta Erdogana do dalszego szantażu. Należy zauważyć, że UE posiada instrumenty ekonomiczne, które w obecnej sytuacji gospodarczej Turcji stawiają ją w sytuacji wrażliwej na naciski. A jeżeli Turcja w końcu zerwie swoje związki z Zachodem, powinna zrobić to maksymalnie osłabiona.

Drugim problemem jest ryzyko zemsty Turcji i realizacji gróźb, w postaci wywołania kolejnej fali imigracyjnej. To jest też sytuacja, z którą Unia do tej pory sobie nie radziła, a jedynym krótkowzrocznym rozwiązaniem, które wzmacnia tylko czynniki przyciągające imigrantów, jest ponawiane pytanie, ilu komu należy przekazać imigrantów. Należy więc opracować i wdrożyć plany ich powstrzymywania i zawracania, bo obecnie nie są oni jedynie osobami szukającymi schronienia, ale także narzędziem polityki wrogiej siły. W połączeniu z zagrożeniem terrorystycznym, manipulowanie nimi jest formą prowadzenia wojny proxy przy użyciu najbardziej pokrzywdzonych osób, uchodźców. Jeżeli Turcja jest w stanie powierzyć bandom dżihadystów przeprowadzenie czystek na terenach zamieszkałych przez Kurdów, nie będzie zaskoczeniem podobne wykorzystanie ich w Europie.

Nie można dłużej ulegać szantażowi i trzeba zmienić narrację z „rozwiązywania kryzysu imigracyjnego” na „obronę przed niegodziwym traktowaniem ludzi, zbrodnią humanitarną i celową destabilizacją UE”. Prezydent Turcji musi mieć świadomość, że w przypadku realizacji zapowiadanego szantażu spotka się ze zdecydowaną odpowiedzią Zachodu, a biorąc pod uwagę wskaźniki gospodarcze Turcji, może być to bardzo dla niego dotkliwe.

Rozwiązania problemów Europy leżą w Europie

I tu dochodzimy to sprawy kluczowej: UE powinna działać bardziej solidarnie. Z współczesnymi wyzwaniami pojedyncze kraje Europy na dłuższą metę sobie nie poradzą. Solidarność ta jednak powinna dotyczyć rozwiązywania problemów, a nie pogrążania się w nich coraz bardziej i skupianiu się jedynie na dzieleniu obciążeń. Nie podoła temu UE biurokratów i polityków wypychanych na margines polityki krajowej. Nie dadzą sobie z tym rady przesiąknięci pięknoduchostwem politycy, którzy lecieli do Libii po obaleniu Kadafiego, żeby obiecywać tam transfer polskich doświadczeń z 1989 roku. Unia stała się zbyt zachowawcza. Może dzieje się tak z powodu trudności uzyskania konsensusu w sprawach zagranicznych, może przez wewnętrzną opozycję w państwach i utopie wielokulturowości, świata bez granic i konieczności uwzględniania każdej perspektywy. Może przez niechęć polityków do konfrontacji, która spotka się z krytyką mediów.

Kiedy dla miesięcznika „Układ Sił” porównywałem reakcje świata muzułmańskiego na przetrzymywanie Ujgurów w chińskich obozach reedukacyjnych z reakcją na takie wydarzenia jak duńskie karykatury Mahometa, nie mogło ujść uwadze, że to Zachód Erdogan na potrzeby swojej retoryki obrał sobie za przysłowiowego chłopca do bicia, a wobec Chin przyjmuje postawę milczącą bądź służalczą. A jednak to my mamy z Turcją bliższe relacje i silniejsze powiązania gospodarcze i to ostatecznie my moglibyśmy bardziej jej zaszkodzić niż Chiny.

Na chwilę obecną wydaje się więc raczej, że w obliczu wspólnych wyzwań dotyczących wielu krajów, prędzej do takiego porozumienia dojdzie na szczeblu Rady Europejskiej niż na poziomie Komisji i Parlamentu. Oczywiście można krytycznie wskazywać na różnice interesów, partykularyzmy i kierowanie się polityką krajową, ale jednak to na tym szczeblu prędzej nastąpi zrozumienie wspólnego interesu w takich dziedzinach jak obronność, przeciwdziałanie nielegalnej imigracji i współpraca w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego. Jeżeli Unia ma być liczącą się siłą w polityce międzynarodowej, zapewniając bezpieczeństwo i dobrobyt swoim członkom, musi działać w sprawie promowania wspólnego interesu i rozwiązań, które ten interes zabezpieczają.

Jan Wójcik




Była muzułmanka ostrzega Zachód

Yasmine Mohammed wytyka krajom Zachodu naiwność w stosunku do islamu. Ta była muzułmanka działa na rzecz praw kobiet w krajach islamskich, a także wspiera walkę z fundamentalizmem.

Prowadzi fundację Free Hearts – Free Minds, która pomaga tym, którzy porzucili islam, a jednocześnie nadal żyją w kraju muzułmańskim. Na stałe mieszka w Kanadzie.

Historia Yasmine

Yasmine Mohammed urodziła się i wychowała w Ameryce Północnej. Mimo tego jej biografia przypomina losy kobiet żyjących w miejscach, w których panuje religijny fundamentalizm. Autorka „Wyznań byłej muzułmanki” opisuje swoje dzieciństwo jako traumatyczne. Została pobita za to, że nie nauczyła się Koranu na pamięć. Jako nastolatka została zmuszona do zawarcia zaaranżowanego małżeństwa z członkiem organizacji terrorystycznej. Próbowała uratować córkę przed okaleczeniem narządów płciowych.

Zachodnie demokracje cierpią z powodu toksycznej mieszanki arogancji i naiwności, skutkujących samozadowoleniem. Nie doceniają potęgi islamu

Jak sama mówi: „Przeżyłam każdy aspekt islamu z dżihadem włącznie”, a jednocześnie dodaje: „Byłam ucieleśnieniem muzułmańskiego ekstremizmu. To, że ktoś taki jak ja zmienia się w tak zdecydowany sposób w osobę, która pod wieloma względami jest przeciwieństwem tego, kim była, dowodzi siły ludzkiej odporności”.

Punkt zwrotny

Momentem zwrotnym w jej działalności publicznej były reakcje amerykańskiej publiczności na dyskusję między Benem Affleckiem i Samem Harrisem w 2014 roku w programie „The Bill Maher Show”, w którym goście dyskutowali o radykalnym islamie. Jej strona na Facebooku została zalana wpisami ludzi chwalącymi Afflecka, któremu udało się uciszyć „rasistowskiego Sama Harrisa”. Wtedy zdecydowała się przemówić publicznie.

Toksyczny sojusz lewicy i fundamentalistów islamskich

Feministka i działaczka na rzecz praw człowieka stawia Zachodowi zarzut naiwności i arogancji. „Zachodnie demokracje cierpią z powodu toksycznej mieszanki arogancji i naiwności, skutkujących samozadowoleniem. Nie doceniają potęgi islamu, patrzą na to, co islamiści zrobili w innych krajach i arogancko myślą: „To się nam nie przydarzy””. Feministkę niepokoi sojusz lewicy i islamistów, nazywa go „toksycznym partnerstwem”. Hipokryzja lewicy jest – jej zdaniem – najbardziej wyraźna w kwestii związanej z noszeniem hidżabu, który jest „narzędziem ucisku – ubiorem utrwalającym kulturę gwałtu”. Dziwi się zachodnim feministkom, które chcąc uchodzić za postępowe bronią hidżabu.

„Chcą wolności dla siebie, ale chętnie popierają podporządkowanie innych kobiet. Gdyby im zależało na prawach kobiet, sławiłyby kobiety w Iranie, które są aresztowane za łamanie obowiązku noszenia chusty” – tak ocenia część lewicowych aktywistek Yasmine Mohammad. Proponuje stworzenie nowej inicjatywy – „Dnia bez hidżabu”. Tak chce uczcić w ten sposób kobiety, które ryzykując zdrowie, życie oraz wolność osobistą zdejmują chustę. „Na całej planecie kobiety są zmuszane do noszenia hidżabu przez własne rodziny, które, jak to było w moim przypadku, grożą śmiercią za zdjęcie go. Zdarzają się także przypadki śmierci za nienoszenie go” – przekonuje kanadyjska działaczka.

Obama wspierał Bractwo Muzułmańskie

Yasimne Mohammad potępiła politykę byłego prezydenta USA Baracka Obamę za wspieranie Bractwa Muzułmańskiego, chociażby przez to, że wystosowywał zaproszenia dla tych, którzy promowali prawo szariatu. „Światowi przywódcy powinni poświęcić czas na studiowanie historii islamu, a także przyjrzeć się wzrostowi islamizmu powodowanemu przez takie organizacje, jak Bractwo Muzułmańskie” – kwituje Mohammad.

Islamski antysemityzm

Kanadyjska aktywistka zwraca uwagę na problem antysemityzmu rozpowszechnionego przez muzułmanów. „Istnieje wszechobecna nienawiść do Żydów – i jej uczymy się od najmłodszych lat. W społecznościach muzułmańskich słowo ‚Żyd’ jest używane nie tylko jako określenie pejoratywne, ale również jako przekleństwo. Jest to nienawiść, która przenika tak bardzo, że jest niewidzialna. Jest ona po prostu akceptowana” – konstatuje.

Zdjęcie ze strony www.yasminemohammed.com

„Nigdy, jako muzułmanka, nie przestałam myśleć o tym, dlaczego powinniśmy tak bardzo nienawidzić Żydów. To jak pytanie dziecka, dlaczego nienawidzi potworów. To wyuczone zachowanie, które rzadko się kwestionuje, a nienawiść do Izraela jest tego przedłużeniem. Nadzieja na unicestwienie wszystkich Żydów opiera się na religii, która naucza, że na ziemi zapanuje pokój tylko wtedy, gdy wszyscy Żydzi zostaną zabici przez sprawiedliwych muzułmanów. Istnieje hadis [uświęcona opowieść o życiu Mahometa], który stwierdza, że Żydzi nie będą w stanie się ukryć, ponieważ nawet skały i drzewa będą wołały: Och, muzułmaninie, za mną ukrywa się Żyd”.

Yasmine nie jest sama

Yasmine Mohammed współpracuje z innymi działaczami na rzecz praw człowieka, którzy otwarcie krytykują islam za dyskryminację kobiet, antysemityzm i wrogość wobec wartości humanistycznych oraz demokratycznych. Na stronie Yasminemohammed.com można znaleźć informację o tym, że współpracuje między innymi z publicystką i intelektualistką somalijskiego pochodzenia Ayaan Hirsi Ali oraz byłym fundamentalistą, który obecnie zwalcza islamski ekstremizm w Wielkiej Brytanii, Maaijdem Nawazem.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: https://www.yasminemohammed.com/ ; https://www.freeheartsfreeminds.com/

Warto obejrzeć (wypowiedź o „fetyszyzacji hidżabu”):

 

 




„Nie należy wymagać, żeby wszyscy byli identyczni”

W swojej najnowszej książce „Identity: The Demand for Dignity and the Politics of Resentment”  („Tożsamość: potrzeba godności i polityka urazy”), politolog i filozof polityki Francis Fukuyama analizuje zaskakujące podobieństwa pomiędzy tak odmiennymi ugrupowaniami, jak Black Lives Matter i białymi nacjonalistami.

Zdaniem naukowca, oba stanowią „poważne zagrożenie dla nowoczesnej, liberalnej demokracji”. Rozmowę z Fukuyamą przeprowadził Andrew Coyne, kanadyjski dziennikarz, komentator „National Post” i telewizji CBC (publikacja: 09.2018).

Andrew Coyne: Główna teza twojej książki mówi, że polityka tożsamości lewicy, populistyczny nacjonalizm prawicy, islamizm i nawet prezydent Trump we własnej osobie, kierują się potrzebą godności, uznania i szacunku. Dlaczego wszyscy muszą być aktywni w tym samym czasie?

Francis Fukuyama: Myślę, że te ruchy są konsekwencją rozwoju gospodarczego i globalizacji. Ten neoliberalny okres wzmożonego przepływu dóbr, usług, handlu i inwestycji przynosi korzyści niewielu osobom, kosztem znacznie większej grupy ludzi. Nie chodzi tu jedynie o deindustrializację i poszukiwanie zagranicznej siły roboczej – do Europy i Stanów Zjednoczonych przyjeżdżają całe rzesze ludzi urodzonych poza ich granicami. Poczucie zagrożenia spowodowane zmianami ekonomicznymi oraz gwałtowne zmiany kulturowe rodzą potrzebę bycia dostrzeżonym, która została podchwycona przez populistycznych polityków.

Niektórzy, jak prezydent Trump, patrzą pod kątem opłacalności pewnych działań, ale to nie takie proste, prawda?

Polityka tożsamości narodziła się na lewicy. W latach 60. powstały wielkie ruchy społeczne, definiowane przez rasę, płeć, preferencje seksualne, które domagały się równości społecznej, ponieważ czuły się zmarginalizowane i miały ku temu powody. Program lewicy głównego nurtu, jakim była ogromna klasa robotnicza, zaczął przemieszczać się w stronę roszczeń mniejszości. Myślę, że z czasem przeobrażenie lewicy wywołało reakcję prawicy, której biali członkowie obecnie mówią: „Tak naprawdę to my jesteśmy uciskaną mniejszością, niewidzialną dla elit, o której wszyscy zapomnieli”.

Jak wielkie znaczenie ma prezydent Trump w procesie polaryzacji amerykańskiej polityki?

Trump poniekąd wzmocnił polaryzację, ale nawet bez jego pomysłów mielibyśmy problem, który będzie się ciągnął również po jego odejściu, mam nadzieję dość rychłym.

Z ostrożnością przyznajesz, że pretensje wielu zwolenników Trumpa są uzasadnione. 

To, co spotkało białą klasę robotniczą, to nic innego jak społeczna katastrofa. Niejedna wiejska społeczność cierpi na epidemię [używania] opiatów. Najnowsze dane mówią, że w ubiegłym roku zabiły one 72 tysiące Amerykanów.  Kryzys widoczny jest w liczbie samotnych rodziców i dzieci, żyjących w skrajnej biedzie. Myślę, że przed wyborami w 2016 r. ten problem w ogóle nie był dostrzegany. W trakcie prawyborów przeprowadzonych w New Hampshire, stanie zamieszkanym prawie całkowicie przez białych mieszkańców, okazało się, że głównym problemem społecznym jest uzależnienie od heroiny. Do tego czasu w ogóle nie poruszano tematu dramatu amerykańskiej klasy robotniczej.

Twierdzisz, że zanim zmierzymy się z negatywnymi aspektami lewicowej polityki tożsamości, musimy uznać zasadność roszczeń zmarginalizowanych grup społecznych.

To nie ulega wątpliwości. Organizację Black Lives Matter oraz #Metoo zbudowano na fundamencie faktycznych nadużyć, którym trzeba zadośćuczynić.

Polityka tożsamości może prowadzić do podziałów na przekór tradycyjnym wartościom, takim jak powszechność praw człowieka jako jednostki w roli komórki społecznej.

Tak. Oto konkretny przykład: Martin Luther King powiedział: “Czarni ludzie są tacy sami jak biali. Chcemy tych samych praw. Nie chcemy niczego wyjątkowego. Chcemy jedynie być traktowani tak, jak należy traktować Amerykanów”. Jednak pewne frakcje ruchu black power ewoluowały i teraz rozumują w następujący sposób: ”Nie. Czarni ludzie wcale nie są tacy jak biali. Mamy własną kulturę i własne wartości. Mamy odrębny styl życia. Domagamy się, by to szanować”. Podobne podejście przejawiają inne grupy. Problem polega na tym, że definiują one swoją odrębność w oparciu o aspekty biologiczne, cechy wrodzone, na które nie ma się wpływu – jak na przykład religia, w której jest się wychowanym. W pewnym sensie cofa nas to do tradycjonalistycznego pomysłu, że różnimy się od siebie w sposób fundamentalny.

Wydaje się, że w polityce tożsamości między tymi dwoma podejściami istnieje duże napięcie. Z jednej strony mamy dużą potrzebę integracji w jakąś większą całość. Z drugiej, nacisk na odrębność, niemal na separatyzm.

Uważam, że w społeczeństwie liberalnym nie należy wymagać, by wszyscy byli identyczni. Jednak są pewne odmiany wielokulturowości, gdzie odrębność zaczyna stanowić pewne wyzwanie dla głęboko liberalnych wartości. Za typowy przejaw tego zjawiska można uznać muzułmańską rodzinę, w której córka pragnie poślubić osobę, którą sama wybierze, a rodzina postanawia wysłać ją z powrotem do Maroka lub Pakistanu, żeby wzięła udział w zaaranżowanym małżeństwie. Widać tu wyraźny konflikt pomiędzy wartościami kulturowymi społeczności imigranckich, a  fundamentalną zasadą, wedle której każdy, wliczając w to kobiety, ma prawo sam zdecydować, kogo chce poślubić. W tym przypadku uważam, że nakaz poszanowania wartości poszczególnych społeczności, a nie jednostki mieszkającej w liberalnym społeczeństwie, jest złą interpretacją liberalizmu.

Uderza mnie, jak często to, co nazywamy “różnorodnością”, polega w rzeczywistości na podkreślaniu podobieństw między jednostkami wewnątrz grupy, na konformizmie.

To kolejny problem z pewnymi interpretacjami polityki tożsamości, które mówią, że grupa, w której się urodziłeś, determinuje to, co myślisz o polityce, kulturze i wielu innych sprawach. To pewne nieporozumienie. Ludzie są w rzeczywistości zdolni wznieść się wyżej niż ich nadana tożsamość i [potrafią] myśleć niezależnie.

Kiedy podkreśla się różnice między ludźmi, nie da się uniknąć tworzenia stereotypów i fałszywych archetypów.

Zgadza się. Za przykład może posłużyć pogląd, że istnieje coś takiego, jak “przywileje białych”. Kiedy przyjrzysz się temu, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, aż trudno uwierzyć, jak wielka może być różnica w poziomie życia między wykształconymi białymi i tymi z klasy pracującej. Przez ostatnich 30 lat ich losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Jesteś dość krytyczny względem lewicy z powodu jej skupienia się głównie na coraz mniejszych grupach społecznych, zamiast walki o interesy ubogich i niższych warstw społeczeństwa.

Łatwiej jest dyskutować na tematy związane z tożsamością, niż zrobić coś konkretnego dla poprawy sytuacji całych zmarginalizowanych grup. Moim zdaniem w Stanach Zjednoczonych (w odróżnieniu od Kanady) już dawno przestaliśmy na poważnie myśleć o polityce społecznej. O wiele łatwiej, na przykład, jest walczyć o finansowanie etnicznych wydziałów na uniwersytetach niż zastanawiać się, jak poprawić konkretną sytuację socjoekonomiczną danej grupy jako całości.

Porozmawiajmy o sposobach wyjścia z tego impasu. Kładziesz duży nacisk na możliwość odbudowania narodowej tożsamości, odnosisz się jednak do konkretnego jej rodzaju, nazywanego przez nas nacjonalizmem obywatelskim – w odróżnieniu od nacjonalizmu kulturowego.

Zgadza się. W Europie jest wiele krajów, które definiują swoją tożsamość w oparciu o kwestie etniczne. Uważam, że to błędne podejście w społeczeństwie multikulturowym. Potrzeba w nim tożsamości opartej na wartościach politycznych, a nie etnicznych, czy religijnych. W USA jest to wiara w konstytucję, w literę prawa, w zasadę równości między ludźmi. Potrzeba nam obywatelskiego zrozumienia nacjonalizmu.

Mówisz, że potrzeba jeszcze czegoś. Czego dokładnie?

Myślę, że im bardziej intensywna jest dana kultura, tym mocniej ogranicza mieszkańców. Uważam, że należy kultywować również inne wartości, takie jak obowiązki obywatelskie. Jestem zwolennikiem powszechnej służby wojskowej, dzięki której obywatel demokratycznego społeczeństwa nie tylko posiada pewne prawa i dostaje przywileje od rządu, ale również coś z siebie daje.

Jak udaje ci się kultywowanie tej odmiany nacjonalizmu i jednoczesne unikanie wyłączania innych kultur w dobie problemów o charakterze globalnym?

Współpraca międzynarodowa musi być oparta o narody. Naród nadal stanowi o odrębności danej grupy, do której nie należą narodowe podgrupy lub organizacje ponadpaństwowe. Może używać siły, by egzekwować prawo i chronić obywateli. Musimy się tego trzymać. Nie oznacza to jednak, że narody nie mogą dobrowolnie ze sobą współpracować. Gospodarka światowa nie mogłaby funkcjonować bez warstwy międzynarodowych porozumień i wspólnych organizacji. Uważam, że nie należy rezygnować z ważnych aspektów suwerenności po to, żeby rozwiązywać problemy, które są skutkiem globalizacji.

Pozwolę sobie zakończyć obowiązkowym pytaniem. Dlaczego uważasz Kanadę za wyjątek w kontekście omawianych trendów kulturowych? Mieliśmy tu do czynienia z polityką tożsamości, chociaż nie doświadczyliśmy populistycznego nacjonalizmu w większej skali.

Miałem nadzieję, że do tego dojdziemy. Odpowiedź na to pytanie leży w dużej mierze w waszym podejściu do imigracji. Wasza polityka w tym zakresie opiera się na umiejętnościach i daleko wam do skali nielegalnej imigracji obecnej w USA. Myślę, że część sprzeciwu wobec imigracji oparta jest na ksenofobii, rasizmie itd., ale większa jego część spowodowana jest poczuciem, że imigracja wymknęła się spod kontroli, a my nie panujemy nad własnymi granicami. W Kanadzie nie widać tego tak wyraźnie.

Francis Fukuyama (ur. 1952) – jeden z najbardziej znanych i najczęściej cytowanych politologów i filozofów polityki. Doktorat z nauk politycznych obronił na Uniwersytecie Harvarda. Wcześniej studiował literaturę porównawczą. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Stanforda. Jest uznawany za twórcę intelektualnych podstaw neokonserwatyzmu, choć dziś się od niego dystansuje. Jego najbardziej znaną koncepcją pozostaje idea końca historii. Zgodnie z nią, po upadku komunizmu w Europie i upadku ZSRR demokracja liberalna staje się dominującą formą rządów i stanowi szczytowe osiągnięcie rozwoju społeczeństw i kultury Zachodu. „To, czego możemy być świadkami, to nie tylko koniec zimnej wojny lub upływ określonego okresu powojennej historii, ale koniec historii jako takiej … To znaczy punkt końcowy ideologicznej ewolucji ludzkości i uniwersalizacji zachodniej liberalnej demokracji jako ostatecznej formy ludzkiego rządu” – pisał. Uczony poparł prezydenturę Baracka Obamy i sprzeciwiał się interwencji wojsk amerykańskich w Iraku. Jego myśl zwykle przeciwstawia się poglądom Huntingtona (kolegi Fukuyamy z czasów studiów na Harwardzie).

Tłumaczenie Borsuk. Źródło: nationalpost.com

Tytuł – redakcja Euroislamu




Ilu będzie muzułmanów w Polsce za 40 lat?

Polska znalazła się w kwestii imigracji w podobnym momencie, jak 50 lat temu te państwa zachodnie, które nie posiadały kolonii, twierdzi Jan Wójcik, autor raportu na temat migracji z krajów muzułmańskich do naszego kraju.

Coraz częściej w debacie publicznej pojawia się pytanie, czy PiS „oszukał wyborców w sprawie uchodźców i imigrantów”. Niektórzy wskazują na coraz większość obecność osób obcego pochodzenia w Polsce. Obrońcy działań rządu twierdzą, że obiecywano tylko nie stosować się do unijnego mechanizmu relokacji uchodźców. Ze strony ugrupowań nacjonalistycznych jest też obecna narracja, że nie chcą żadnej zwiększonej imigracji – także Ukraińców czy Filipińczyków. Wtórują temu media związane z opozycją, które twierdzą, że to właśnie dowód na oszustwo PiS-u.

Jak wygląda naprawdę migracja z krajów muzułmańskich do Polski? Na to pytanie stara się odpowiedzieć raport Fundacji Instytutu Spraw Europejskich sporządzony na podstawie oficjalnych danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Raport skupia się na migracji z krajów muzułmańskich ze względu na to, że to ta grupa jest obiektem zaniepokojenia Polaków; wobec innych kierunków migracyjnych obywatele Polski są bardziej otwarci.

Liczba legalnych imigrantów z krajów grupy Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC) urosła czterokrotnie, głównie ze względu na wzrost liczby osób przebywających z tymczasowym prawem pobytu – z ponad 5 do ponad 20 tysięcy. To jednak tylko 8-9% całości migracji do Polski. Wśród muzułmanów najliczniejsi są obywatele Turcji, Pakistanu, Uzbekistanu, Bangladeszu.

Najczęściej imigranci z krajów muzułmańskich przyjeżdżają do Polski w poszukiwaniu pracy (ponad połowa z nich), około jedna piąta przyjeżdża w celu studiowania. Występują jednak różnice pomiędzy krajami pochodzenia. Do pracy przyjeżdżają obywatele Turcji, Pakistanu, Uzbekistanu, Bangladeszu, a z kolei Arabia Saudyjska i Kazachstan w większym stopniu wysyłają swych obywateli stopniu na studia. Nieproporcjonalnie wielu mieszkańców Afryki Północnej i Nigerii przyjeżdża do Polski w celu definiowanym jako „pobyt z obywatelem RP”, co prawdopodobnie będzie prowadziło do legalizacji pobytu poprzez zawarcie związku małżeńskiego.

Analiza nie dotyczy jedynie zdarzeń przeszłych. Najbardziej intrygującym jej elementem jest próba oszacowania potencjalnej przyszłej imigracji, w oparciu o stały ilościowy wzrost liczby imigrantów lub jako górną granicę przyjmując utrzymanie tempa przyrostu populacji muzułmańskiej w Polsce. Założona w raporcie górna granica prawie miliona imigrantów z krajów muzułmańskich w naszym kraju za 40 lat (niecałe 2,5% populacji) wydawać się może przesadzona. Porównana jednak do wykresów, pokazujących rozwój takich społeczności w tych krajach zachodnich, które jak Polska nie posiadały kolonii w świecie islamu, począwszy od roku 1960 do dziś, nie wygląda już tak zaskakująco. A nasza gospodarka i demografia generują potrzeby znalezienia pracowników.

Wzrost społeczności muzułmańskiej w poszczególnych krajach europejskich w latach 1950-2010, a potencjał wzrostu tej społeczności w Polsce w latach 2000-2060
Wzrost społeczności muzułmańskiej w poszczególnych krajach europejskich w latach 1950-2010, a potencjał wzrostu tej społeczności w Polsce w latach 2000-2060

Problemem w dokładnym określeniu liczby imigrantów jest szara strefa osób, które mimo decyzji odmowy pobytu lub przeterminowania zezwolenia nie opuściły terytorium RP, jak i tych, które dostają się do Polski nielegalnie. Z rozmów z byłymi pracownikami operacyjnymi Straży Granicznej wynika, że rzeczywista liczba imigrantów może być dwukrotnie wyższa.

Pełny raport




Pakt migracyjny ONZ: ideologia zamiast faktów

Jan Wójcik, Piotr Ślusarczyk,

W Europie trwa debata nad paktem ONZ w sprawie migracji. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom dokument ten nie będzie stanowił punktu wyjścia do rozwiązania kryzysu migracyjnego. Wiele rządów go nie poprze.

Sprzeciw wobec paktu stał się okazją do zamanifestowania suwerenności poszczególnych państw oraz aktem lojalności wobec własnych obywateli. Poniżej przedstawiamy analizę tej umowy.

Fiasko jednomyślności

Część niemieckich mediów pisała o „historycznej szansie”, jaką miało być podpisanie paktu migracyjnego. Pierwszym państwem, które odrzuciło zapisy dokumentu, były Stany Zjednoczone, które jednocześnie podkreślały, że będą opracowywać i wdrażać wewnętrzne rozwiązania dotyczące polityki migracyjnej. Wśród tych krajów znalazły się też Austria, Węgry, Australia, Czechy, Chorwacja, a także Polska. Być może zabraknie również podpisów  przedstawicieli Danii, Japonii, Izraela, Włoch. Waha się Szwajcaria, której Rada Federacji uznała umowę za zgodną z ich polityką migracyjną, ale poszczególne partie oczekują debaty i być może ten kraj też nie podpisze paktu w grudniu.

Czym jest „Global Compact for safe, orderly and regular migration” (GCM)?

Pakt, który ma zostać podpisany 10-11 grudnia przez większość państw członkowskich ONZ, jest umową międzynarodową, której deklarowanym celem jest regulacja problemu imigracji. Wiele osób podkreśla, że jest to dokument, jak zapisano w jego treści, nie wiążący prawnie („legally non-biding”). Może to uspokajać wszelkich zwolenników suwerenności państw w kształtowaniu niezależnej polityki migracyjnej. Jednak trzeba pamiętać o tym, że jest to dokument Organizacji Narodów Zjednoczonych i większość z takowych jest zwyczajowo określana jako „niewiążące”, ponieważ bardzo rzadko dochodzi do sytuacji, w której niemalże wszystkie kraje świata podpisują umowy międzynarodowe traktowane jako bezwzględnie wiążące.

Nie oznacza to jednak, że dokumenty klasyfikowane jako „legally non-biding” nie mają znaczenia. W taki sposób tworzy się tak zwane „miękkie prawo”, które służy ugruntowywaniu i upowszechnianiu zwyczajów prawnych. Z czasem wiele „niewiążących dokumentów” staje się normą prawa międzynarodowego. Innymi słowy, GCM może być później traktowany jako coś oczywistego, czemu państwa mają się podporządkowywać. Zgodna na zapisy tego dokumentu daje narzędzie nacisku nie tylko innym podmiotom prawa międzynarodowego, lecz także organizacjom międzynarodowym i pozarządowym, które już dziś wywierają proimigracyjne naciski.

Niemiecki prawnik, ekspert prawa międzynarodowego Matthias Herdegen, który chce zastąpić Angelę Merkel jako szefa CDU, ostrzega, że takie wiążące – niewiążące umowy mogą doprowadzić do rozbudzenia oczekiwań po stronie imigrantów, poprzez tworzenie fałszywej percepcji, że państwa zastosują się bezwzględnie do zapisów paktu. Co w efekcie będzie prowadzić do zwiększonej migracji, a z drugiej strony do odpowiedzi ze strony tych państw, która pozostawi migrantów w dramatycznym położeniu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego pakt jest prawnie niewiążący. Jako umowa wiążąca prawnie, w wielu krajach ze względu na zakres ingerencji w prawo krajowe musiałby zostać ratyfikowany za zgodą parlamentu. Dlaczego przy tak ważnej umowie miałoby komuś zależeć na uniknięciu debaty publicznej?

Podpiszą wszyscy, przestrzegać będą niektórzy

Pojawiają się także głosy, że umowa będzie zobowiązywać tylko bogate, demokratyczne kraje. Znaczna część sygnatariuszy to państwa autokratyczne, o niskim poszanowaniu prawa, więc trudno oczekiwać, że będą podporządkowywać się przepisom, stawiającym wysokie wymagania w dziedzinie praw człowieka. Z kolei państwa Globalnej Północy, do których udają się imigranci, dołożą sobie kolejne obciążenia, z realizacji których będą rozliczane.

Geneza dokumentu

Prace w kierunku skonstruowania GCM rozpoczęły się po przyjęciu Deklaracji Nowojorskiej w Sprawie Uchodźców i Imigrantów 19 września 2016 roku. Wtedy to przywódcy światowi dyskutowali na temat projektu dokumentu. Debata nad proponowanymi rozwiązaniami odbywała się w atmosferze sprzyjającej procesowi migracyjnemu.

Sekretarz Generalny ONZ mówił wówczas: „Musimy stanąć po stronie milionów mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy każdego roku uciekają ze swoich domów, musimy zapewnić ochronę ich praw i godności gdziekolwiek przebywają, wyrażać solidarność i współczucie, które są w sercu naszych kolektywnych działań”.

Antonio Guterres, sekretarz generalny ONZ
Antonio Guterres, sekretarz generalny ONZ

Oficjalnie nominowana wówczas na stanowisko Specjalnego Doradcy ONZ ds. Masowych Przemieszczeń Ludności amerykańska dyplomatka Karen Abu Zayd zwracała uwagę na korzyści płynące „z mobilności ludności” oraz otwartości „na uchodźców i migrantów”. Ton dyskusji wpisywał się w narrację znaną z wystąpień europejskich polityków z roku 2015. Akcentowano obowiązek ochrony praw „uchodźców i imigrantów”.

Pakt odnosi się też bardzo często do Agendy 2030 na rzecz Zrównoważonego Rozwoju, innego programu ONZ, który migrację traktuje jako pomniejszanie nierówności pomiędzy krajami. W celu numer 10 owej Agendy mówi się wprost o ułatwianiu migracji.

Niekontrowersyjne zapisy paktu

Pakt zawiera także cele, z którymi trudno się nie zgodzić – takie jak tworzenie dobrobytu w krajach źródłowych imigracji, w celu minimalizowania konieczności migracji (cel 2). Jednym z elementów tego działania ma być umożliwienie diasporom wspierania swoich krajów (cel 20) (o tym celu niżej). Nie budzi wątpliwości także zapewnianie imigrantom legalnych, niedyskryminujących warunków pracy (cel 6), co po wprowadzeniu w życie minimalizowałoby efekt wypierania pracowników rdzennych przez tańszą migrację. Bez dyskusji pozostają także zapisy o ratowaniu życia (8), przeciwdziałaniu przemytowi ludzi (cel 9) i zwalczaniu handlu ludźmi (cel 10).

Założenia ideologiczne Paktu

Jako podstawę do dyskusji nad GCM wybrano koncepcję powszechnych praw człowieka. Na oficjalnej stronie Ośrodka Informacji ONZ możemy przeczytać o „zobowiązaniach”, jakie mają podjąć sygnatariusze paktu migracyjnego. Wśród nich znajdziemy:

  • ochronę praw człowieka wszystkich migrantów i uchodźców;
  • stanowcze potępienie ksenofobii wobec uchodźców i imigrantów oraz wspieranie globalnej kampanii zwalczającej zachowania ksenofobiczne;
  • podkreślenie pozytywnego wkładu, jaki wnoszą migranci do rozwoju ekonomicznego i społecznego w państwie przyjmującym.

Analiza samego dokumentu pozwala stwierdzić, że założenia te zostały utrzymane. Chociaż deklaruje się, że GCM ma pogodzić interes wszystkich uczestników procesu imigracyjnego – czyli imigrantów, państwa i społeczeństwa – to jednak już na samym początku ustanawia imigrantów jako centralny punkt zainteresowania i obiekt praw. Projektanci paktu nie kryją, że „jest zorientowany na jednostki” („people-centred”). W konkretnych przypadkach może to oznaczać, że prawa określonego imigranta będą dominowały nad prawami mniej określonego społeczeństwa.

Z drugiej strony kluczowym elementem jest podkreślenie „suwerennego prawa państw do określania krajowej polityki migracyjnej oraz ich prerogatyw do zarządzania migracją wewnątrz swojej jurysdykcji w zgodzie z prawem międzynarodowym” (pkt. 15). Ta suwerenność może być ograniczana poprzez zaangażowanie w GCM różnych aktorów, działających na polu polityki migracyjnej – przez społeczności lokalne, NGO, środowiska naukowe, związki zawodowe oraz krajowe organizacje praw człowieka i media.

Ideologia multikulturowa

Najbardziej niepokojąco brzmi realizacja celów 15 i 16, które wpisują się w ideologię multikulturalizmu. Co prawda w celu 15 jest mowa o przestrzeganiu praw krajów przyjmujących i szacunku dla zwyczajów tego kraju, jednak w większości kładziony jest nacisk na akceptację różnorodności, sprowadzanie rodzin, zapewnianie zatrudnienia, w którym imigrant jest najbardziej wykwalifikowany, promowanie dialogu międzykulturowego, tworzenie imigranckich organizacji czy wspieranie wielokulturowych aktywności. Polityka spójności społecznej ustępuje miejsca ideologii multikulturowej.

Pedagogiczna rola mediów

W następnym celu włączane są w ten proces media, które mają zadbać o „realistyczną, ludzką i konstruktywną percepcję” migracji. Mówi się wiele o wspieraniu imigrantów w informowaniu o „przestępstwach z nienawiści” wobec nich, ale nic się nie mówi o wspieraniu społeczeństw rdzennych w podobnych przypadkach.

Podobnie media mają zwalczać nietolerancję wobec migrantów, ale nie ma wzmianki o nietolerancji i dyskryminacji wobec przedstawicieli społeczeństw miejscowych. Zapowiada się też zwalczanie rasowego, etnicznego czy religijnego profilowania imigrantów przez władze.

Należy zauważyć, że takie doktrynerskie nastawienie i obawy przed oskarżeniami o profilowanie doprowadziły między innymi do przedłużających się śledztw w sprawie pakistańskich gangów stręczycieli w Wielkiej Brytanii.

Wyśrubowane warunki deportacji

Innym celem, wiążącym ręce służbom granicznym, jest traktowanie detencji nielegalnych imigrantów jako narzędzia ostatecznego (cel 13). To, wspólnie z wymogami dotyczącymi wyśrubowanych warunków deportacji (cel 21), może stawiać pod znakiem zapytania unijne plany tworzenia poza terenem Unii Europejskiej ośrodków dla osób oczekujących na rozpoznanie wniosków azylowych i ośrodków dla osób oczekujących na deportację.

Mowa jest także o dążeniu do zmiany statusu imigranta z „nielegalnego” („irregular” – „nieprzepisowego”) na „legalnego” („regular”, czyli „przepisowego”) (cel 7), jeżeli będą zachodzić możliwości znalezienia dla niego pracy. Dążyć się ma także do uznania umiejętności zawodowych uzyskanych nieformalnie (cel 18), co de facto prowadzi do dyskryminacji tych pracowników, którzy wkładali czas i wysiłek w formalną, pełnoprawną edukację i zdobycie zawodu.

Ekonomiczny drenaż państw przyjmujących

Wspomniany powyżej „niekontrowersyjny” cel 20 ma na celu ułatwienie przekazywania środków pieniężnych przez diaspory do krajów pochodzenia imigrantów. Z jednej strony jest tu wolność dysponowania środkami i wsparcie krajów rozwijających się, z drugiej jednak łączna kwota pieniędzy przesyłanych przez imigrantów (remmitance money) sięga 450 miliardów dolarów amerykańskich rocznie i przekracza rozmiar pomocy międzynarodowej.

Innymi słowy zgadzamy się tutaj na zwiększanie dopłat i pomocy, nie mając nad tym kontroli. Ten negatywny efekt powinien być traktowany jako import usług, z których środki trafiają do „zagranicznych” dostawców. Oznacza to, że jeżeli pieniądze nie są wydawane na miejscu, to maleje w efekcie popyt wewnętrzny, będący jednym ze stymulatorów naszych (europejskich) gospodarek.

Jeżeli dołączy się do tego wymienione w celach 15 i 22 włączanie imigrantów w cały system opieki społecznej, oznaczać to będzie wypływ środków z naszych systemów społecznych, gdzie imigracja – zamiast, tak jak głosi dokument, być korzystną dla wszystkich stron –  będzie obciążała system i gospodarkę kraju docelowego.

Zafałszowana wizja migracji

GCM stara się zrównać wszystkie kraje jako miejsca „źródła, tranzytu i docelowe” dla migracji (pkt. 10). To prawda, że dzisiaj do bogatych Niemiec przyjeżdżają migranci z różnych stron świata, a czasami przez ten kraj próbują dostać się do Danii. Prawdą jest też, sami Niemcy przenoszą się za granicę. Jednak ze względu na wykształcenie oraz czynniki kulturowe, sytuacja, w której kiedy Niemcy są krajem źródłowym imigracji, nie jest tożsama z sytuacją, kiedy są krajem docelowym, na przykład dla mieszkańców Afryki. Po pierwsze, imigracja wykształconych osób z Niemiec nie powoduje w tym kraju zjawiska drenażu mózgów, podczas gdy w drugim przypadku może to mieć miejsce, a poza tym istnieje większe prawdopodobieństwo, że Niemiec migrujący za granicę jest potencjalnie korzystniejszym, bardziej wykształconym pracownikiem w nowoczesnej gospodarce, niż mieszkaniec Nigerii. Punkt 10 fałszuje rzeczywistość.

Próba narzucania ocen

Zdecydowanie ideologicznym założeniem paktu jest uznanie, że migracja jest „źródłem dobrobytu, innowacji i zrównoważonego rozwoju w naszym zglobalizowanym świecie” (pkt. 8). Można ten fragment traktować jako typowe górnolotne stwierdzenie, typowe dla tego rodzaju dokumentów. Można jednak zastanowić się, czy traktowanie a priori migracji jako pozytywnego zjawiska w rozdziale dotyczącym „wizji i zasad naczelnych”, oraz negowanie sytuacji, kiedy migracja nie jest źródłem dobrobytu, a wręcz przeciwnie, konfliktów, nie nadaje czasem dogmatycznego kierunku innym działaniom wynikającym z dokumentu.

I rzeczywiście, dwa punkty dalej mamy wezwanie do rzetelnego informowania o korzyściach i wyzwaniach związanych z migracją, którego celem jest „rozproszenie wprowadzających w błąd narracji, generujących negatywne percepcje migrantów” (pkt. 10). Trudno dostrzec tu zbalansowane, obiektywne podejście – jest to raczej dogmatyczne założenie, że postrzeganie migrantów powinno być wyłącznie pozytywne.

Dokument powinien równo traktować „błędne narracje” bez względu na to, jaki obraz one tworzą. Traktowanie wszystkich migrantów jak terrorystów jest tak samo niebezpieczne,  jak i narracja twierdząca, że do Europy płyną tylko „inżynierowie i lekarze” czy też inni pracownicy, którzy bardzo szybko zostaną wchłonięci przez rynek.

Gdyby stosować proponowane zapisy wprost, wtedy należałoby w zasadzie automatycznie zalegalizować imigrację ekonomiczną, a także odrzucić wszelką, nawet uzasadnioną krytykę, procesów migracyjnych. Jeżeli zakładamy a priori, że masowa migracja jest dobra i się opłaca, to wówczas jakakolwiek merytoryczna debata przestaje być możliwa.

Kontrowersyjne, a także, jak wykazaliśmy, fałszywe twierdzenie przedstawia się w tym przypadku jako rację niepodważalną. Takie ukształtowanie debaty przypomina wizje z dwudziestowiecznych antyutopii, obnażających skrajną ideologizację życia publicznego. Ten tok rozumowania wyrazić można, wykorzystując język „Paragrafu 22” Hellera. Mamy pod tym względem do czynienia z nowym „paragrafem 22”:

  • 1. Masowa migracja jest zjawiskiem pozytywnym. § 2. Jeśli masowa migracja nie jest zjawiskiem pozytywnym, patrz § 1.

Kształtować, nie przekonywać

Istnieje ponadto rozdźwięk między deklaracjami twórców paktu, mówiącymi o tym, że dokument ten pozwoli rozwiązać problem migracji, a twierdzeniami głoszącymi, że ze względu na swój status „legally non-biding” jest on w zasadzie pozbawiony większego znaczenia. Wybór tej kategorii powoduje, że parlamenty nie muszą ratyfikować dokumentu, co pozwala z kolei uniknąć „gorącej” debaty nad drażliwymi tematem migracji.

Zapisy dokumentu bez wątpienia wyznaczają cel polityki międzynarodowej oraz pozwalają zrekonstruować jej zasadnicze założenia. Ich przyjęcie i konsekwentna realizacja buduje świat, w którym w zasadzie każdy może wybrać sobie miejsce zamieszkania, a państwo przyjmujące winno traktować prawo do osiedlania się w dowolnym miejscu jako „prawo człowieka”, czyli prawo nadrzędne i niezbywalne.

U podstaw dokumentu leży przeświadczenie, że masowa migracja to proces nie tylko nieunikniony, ale także pozytywny. Jego twórcy najwyraźniej zdają sobie sprawę z tego, że opinia publiczna wielu krajów nie podziela ani tej diagnozy, ani tym bardziej tej oceny, stąd też zobowiązania krajów do działań propagandowych – promowania migracji, zwalczania „ksenofobii”.

Przygotowane przez urzędników rozwiązania nie wyrastają z rzetelnej analizy problemu, lecz są konsekwencją ideologicznych założeń, które próbuje się w miękki sposób narzucić społeczeństwom. Ten sposób działania świadczy o głębokim kryzysie przywództwa światowego, o separacji elit od społeczeństw, których interesy mają reprezentować, a także o nowym modelu prowadzenia polityki.

Kryzys demokratycznego modelu podejmowania decyzji

Nazwać go można „arystokracją urzędniczą”, w której to społeczeństw nie traktuje się jak suwerena, mającego moc stanowienia o sobie, lecz jak masę, którą można ukształtować tak, żeby nie stawiała oporu wobec rozwiązań wypracowanych przez kastę urzędników. Urzędników nie dysponujących ani demokratycznym mandatem, ani nie poddających się weryfikacji w demokratycznych procedurach.

Doświadczyli tego Europejczycy we wrześniu 2015 r., kiedy to kanclerz Niemiec podjęła samowolną decyzję o otwarciu granic, nie konsultując jej ani z własnym parlamentem, ani z innymi ciałami UE, posiadającymi mandat demokratyczny. Można rzecz jasna twierdzić, że Angela Merkel dysponowała wówczas mandatem do sprawowania władzy, jednak podjęcie jednoosobowo, bez żadnej debaty, decyzji tak brzemiennej w skutki, świadczy dobitnie o kryzysie demokracji w Europie.

Na Starym Kontynencie ścierają się więc dwa paradygmaty sprawowania władzy. W „demokratycznym modelu” proces podejmowania decyzji jest konsekwencją wolnej i nieskrępowanej debaty, w której bierze się pod uwagę wolę obywateli, zaś w „arystokracji urzędniczej” najpierw podejmuje się decyzję, a później kształtuje się opinię publiczną w taki sposób, by społeczeństwo je zaakceptowało.

Stoją za tym dwie różne wizje społeczeństwa – w pierwszej „demos” jest świadomym własnych potrzeb i interesów suwerenem, zdolnym podejmować racjonalne decyzje, w drugim jest masą, którą należy poddać działaniom pedagogicznym tak, by akceptował rozwiązania podejmowane przez nie tylko przez polityków, lecz także przez anonimowych urzędników. Różnicę między tymi modelami uchwycić można także analizując język debaty publicznej. W pierwszym dominuje meretoryka, w drugim propaganda.

Kto powinien mieć władzę?

Sposób procedowania nad dokumentem ONZ, jego geneza oraz zapisy o promowaniu migracji i potępianiu „ksenofobii” świadczą o tym, że politycy proponując te rozwiązania nie mają zamiaru przekonać społeczeństw do swoich racji, lecz je ukształtować zgodnie z przyjętym modelem ideologicznym.

To właśnie na fali sprzeciwu wobec globalizacji władzy, narzucaniu kontrowersyjnych rozwiązań oraz pewnej fasadowości debaty publicznej, do władzy doszły partie konserwatywne na Węgrzech, w Austrii, czy Czechach. Nic więc dziwnego, że we wszystkich oświadczeniach przywódców wymienionych państw przewija się wątek prawa do suwerennego podejmowania decyzji w sprawach migracyjnych

5bda209adda4c815068b4655

Sprzeciw wobec paktu stał się więc okazją do zamanifestowania lojalności polityków wobec obywateli (większość mieszkańców Europy Środkowej – wbrew autorom dokumentu – ocenia masową migrację negatywnie), a także stał się oporem przeciwko rozmywaniu tożsamości ośrodków decyzyjnych i zacieraniu kompetencji władz.

Podsumowanie

Zapisy dokumentu wyglądają jak wynik kompromisu pomiędzy państwami, które chcą zapewnić sobie ochronę przed nielegalną („nieprzepisową”) imigracją, a organizacjami międzynarodowymi, które dążą do upowszechniania imigracji.

Próba przewidzenia skutków przyjęcia tego paktu musi więc wziąć pod uwagę genezę dokumentu, bowiem zapisy zgodne z intencjami jego autorów będą zapewne forsowane w tworzeniu międzynarodowych zwyczajów, u podstaw których leży przekonanie, że imigracja jest zjawiskiem bezwzględnie pozytywnym, a jakikolwiek opór wobec niej wynika z ksenofobicznych obaw.

Można więc przypuszczać, że wdrażane będą przede wszystkim te przepisy, które podkopują suwerenną politykę migracyjną poszczególnych państw. Z tego często sprzecznego wewnętrznie, niezrozumiale napisanego tekstu, wynika właściwie jedno główne przesłanie: „Migracja jest dobra”.

Konkluzje

  • część zapisów paktu ma wydźwięk ideologiczny – walka z „negatywnymi narracjami na temat imigracji”, promowanie postaw proimigranckich w mediach;
  • dokument promuje ideologię multikulturową, tworząc wizję świata płynnych granic między krajami;
  • dokument fałszuje rzeczywistość społeczną, określając wszystkie kraje jako miejsca „źródła, tranzytu i docelowe”;
  • dokument ten, pomimo deklaracji, może być wykorzystany do ograniczenia suwerenności państw w zakresie polityki imigracyjnej;
  • ciężar realizacji zapisów tego dokumentu wezmą na siebie demokratyczne społeczeństwa Zachodu, nie zaś państwa autorytarne.
  • należy poprzeć wezwania do minimalizowania konieczności migracji, walczyć z dyskryminacją imigrantów na rynku pracy, przeciwdziałać przemytowi ludzi i zwalczać handel ludźmi. Te cele można jednak zrealizować w oparciu o już istniejące normy prawa międzynarodowego i krajowego.

—————————————————————————

Analiza powstała w ramach pracy think tanku Fundacja Instytut Spraw Europejskich europeanissues.org

Jan Wójcik – założyciel portalu Euroislam.pl, prezes zarządu Stowarzyszenia Europa Przyszłości, członek Fundacji Instytut Spraw Europejskich. Autor publikacji naukowych z dziedziny terroryzmu i radykalizmu. Doktorant prof. Mirosława Sadowskiego z Centrum Badań na Prawem Orientalnym Uniwersytetu Wrocławskiego. Absolwent studiów doktoranckich stosunków międzynarodowych w Collegium Civitas. Ekspert European Eye on Radicalization, międzynarodowego zespołu badającego rozwój radykalizmu i ekstremizmu w Europie. Publikuje m.in. w Wirtualnej Polsce, „Układzie Sił” – magazynie stosunków międzynarodowych.

Piotr Sebastian Ślusarczyk – dr nauk humanistycznych, literaturoznawca, wykładowca akademicki. Absolwent Wydziału Polonistyki UW. Autor publikacji naukowych z kulturoznawstwa, pedagogiki i nauk politycznych. Pracował jako dziennikarz w radiu Tok FM oraz telewizji TVN24 i TVN. Obecnie pracuje nad kolejną rozprawą doktorską na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych UKSW w Warszawie, sytuując swoje badania nad islamem politycznym w nurcie politologii religii.