„Nie należy wymagać, żeby wszyscy byli identyczni”

W swojej najnowszej książce „Identity: The Demand for Dignity and the Politics of Resentment”  („Tożsamość: potrzeba godności i polityka urazy”), politolog i filozof polityki Francis Fukuyama analizuje zaskakujące podobieństwa pomiędzy tak odmiennymi ugrupowaniami, jak Black Lives Matter i białymi nacjonalistami.

Zdaniem naukowca, oba stanowią „poważne zagrożenie dla nowoczesnej, liberalnej demokracji”. Rozmowę z Fukuyamą przeprowadził Andrew Coyne, kanadyjski dziennikarz, komentator „National Post” i telewizji CBC (publikacja: 09.2018).

Andrew Coyne: Główna teza twojej książki mówi, że polityka tożsamości lewicy, populistyczny nacjonalizm prawicy, islamizm i nawet prezydent Trump we własnej osobie, kierują się potrzebą godności, uznania i szacunku. Dlaczego wszyscy muszą być aktywni w tym samym czasie?

Francis Fukuyama: Myślę, że te ruchy są konsekwencją rozwoju gospodarczego i globalizacji. Ten neoliberalny okres wzmożonego przepływu dóbr, usług, handlu i inwestycji przynosi korzyści niewielu osobom, kosztem znacznie większej grupy ludzi. Nie chodzi tu jedynie o deindustrializację i poszukiwanie zagranicznej siły roboczej – do Europy i Stanów Zjednoczonych przyjeżdżają całe rzesze ludzi urodzonych poza ich granicami. Poczucie zagrożenia spowodowane zmianami ekonomicznymi oraz gwałtowne zmiany kulturowe rodzą potrzebę bycia dostrzeżonym, która została podchwycona przez populistycznych polityków.

Niektórzy, jak prezydent Trump, patrzą pod kątem opłacalności pewnych działań, ale to nie takie proste, prawda?

Polityka tożsamości narodziła się na lewicy. W latach 60. powstały wielkie ruchy społeczne, definiowane przez rasę, płeć, preferencje seksualne, które domagały się równości społecznej, ponieważ czuły się zmarginalizowane i miały ku temu powody. Program lewicy głównego nurtu, jakim była ogromna klasa robotnicza, zaczął przemieszczać się w stronę roszczeń mniejszości. Myślę, że z czasem przeobrażenie lewicy wywołało reakcję prawicy, której biali członkowie obecnie mówią: „Tak naprawdę to my jesteśmy uciskaną mniejszością, niewidzialną dla elit, o której wszyscy zapomnieli”.

Jak wielkie znaczenie ma prezydent Trump w procesie polaryzacji amerykańskiej polityki?

Trump poniekąd wzmocnił polaryzację, ale nawet bez jego pomysłów mielibyśmy problem, który będzie się ciągnął również po jego odejściu, mam nadzieję dość rychłym.

Z ostrożnością przyznajesz, że pretensje wielu zwolenników Trumpa są uzasadnione. 

To, co spotkało białą klasę robotniczą, to nic innego jak społeczna katastrofa. Niejedna wiejska społeczność cierpi na epidemię [używania] opiatów. Najnowsze dane mówią, że w ubiegłym roku zabiły one 72 tysiące Amerykanów.  Kryzys widoczny jest w liczbie samotnych rodziców i dzieci, żyjących w skrajnej biedzie. Myślę, że przed wyborami w 2016 r. ten problem w ogóle nie był dostrzegany. W trakcie prawyborów przeprowadzonych w New Hampshire, stanie zamieszkanym prawie całkowicie przez białych mieszkańców, okazało się, że głównym problemem społecznym jest uzależnienie od heroiny. Do tego czasu w ogóle nie poruszano tematu dramatu amerykańskiej klasy robotniczej.

Twierdzisz, że zanim zmierzymy się z negatywnymi aspektami lewicowej polityki tożsamości, musimy uznać zasadność roszczeń zmarginalizowanych grup społecznych.

To nie ulega wątpliwości. Organizację Black Lives Matter oraz #Metoo zbudowano na fundamencie faktycznych nadużyć, którym trzeba zadośćuczynić.

Polityka tożsamości może prowadzić do podziałów na przekór tradycyjnym wartościom, takim jak powszechność praw człowieka jako jednostki w roli komórki społecznej.

Tak. Oto konkretny przykład: Martin Luther King powiedział: “Czarni ludzie są tacy sami jak biali. Chcemy tych samych praw. Nie chcemy niczego wyjątkowego. Chcemy jedynie być traktowani tak, jak należy traktować Amerykanów”. Jednak pewne frakcje ruchu black power ewoluowały i teraz rozumują w następujący sposób: ”Nie. Czarni ludzie wcale nie są tacy jak biali. Mamy własną kulturę i własne wartości. Mamy odrębny styl życia. Domagamy się, by to szanować”. Podobne podejście przejawiają inne grupy. Problem polega na tym, że definiują one swoją odrębność w oparciu o aspekty biologiczne, cechy wrodzone, na które nie ma się wpływu – jak na przykład religia, w której jest się wychowanym. W pewnym sensie cofa nas to do tradycjonalistycznego pomysłu, że różnimy się od siebie w sposób fundamentalny.

Wydaje się, że w polityce tożsamości między tymi dwoma podejściami istnieje duże napięcie. Z jednej strony mamy dużą potrzebę integracji w jakąś większą całość. Z drugiej, nacisk na odrębność, niemal na separatyzm.

Uważam, że w społeczeństwie liberalnym nie należy wymagać, by wszyscy byli identyczni. Jednak są pewne odmiany wielokulturowości, gdzie odrębność zaczyna stanowić pewne wyzwanie dla głęboko liberalnych wartości. Za typowy przejaw tego zjawiska można uznać muzułmańską rodzinę, w której córka pragnie poślubić osobę, którą sama wybierze, a rodzina postanawia wysłać ją z powrotem do Maroka lub Pakistanu, żeby wzięła udział w zaaranżowanym małżeństwie. Widać tu wyraźny konflikt pomiędzy wartościami kulturowymi społeczności imigranckich, a  fundamentalną zasadą, wedle której każdy, wliczając w to kobiety, ma prawo sam zdecydować, kogo chce poślubić. W tym przypadku uważam, że nakaz poszanowania wartości poszczególnych społeczności, a nie jednostki mieszkającej w liberalnym społeczeństwie, jest złą interpretacją liberalizmu.

Uderza mnie, jak często to, co nazywamy “różnorodnością”, polega w rzeczywistości na podkreślaniu podobieństw między jednostkami wewnątrz grupy, na konformizmie.

To kolejny problem z pewnymi interpretacjami polityki tożsamości, które mówią, że grupa, w której się urodziłeś, determinuje to, co myślisz o polityce, kulturze i wielu innych sprawach. To pewne nieporozumienie. Ludzie są w rzeczywistości zdolni wznieść się wyżej niż ich nadana tożsamość i [potrafią] myśleć niezależnie.

Kiedy podkreśla się różnice między ludźmi, nie da się uniknąć tworzenia stereotypów i fałszywych archetypów.

Zgadza się. Za przykład może posłużyć pogląd, że istnieje coś takiego, jak “przywileje białych”. Kiedy przyjrzysz się temu, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, aż trudno uwierzyć, jak wielka może być różnica w poziomie życia między wykształconymi białymi i tymi z klasy pracującej. Przez ostatnich 30 lat ich losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Jesteś dość krytyczny względem lewicy z powodu jej skupienia się głównie na coraz mniejszych grupach społecznych, zamiast walki o interesy ubogich i niższych warstw społeczeństwa.

Łatwiej jest dyskutować na tematy związane z tożsamością, niż zrobić coś konkretnego dla poprawy sytuacji całych zmarginalizowanych grup. Moim zdaniem w Stanach Zjednoczonych (w odróżnieniu od Kanady) już dawno przestaliśmy na poważnie myśleć o polityce społecznej. O wiele łatwiej, na przykład, jest walczyć o finansowanie etnicznych wydziałów na uniwersytetach niż zastanawiać się, jak poprawić konkretną sytuację socjoekonomiczną danej grupy jako całości.

Porozmawiajmy o sposobach wyjścia z tego impasu. Kładziesz duży nacisk na możliwość odbudowania narodowej tożsamości, odnosisz się jednak do konkretnego jej rodzaju, nazywanego przez nas nacjonalizmem obywatelskim – w odróżnieniu od nacjonalizmu kulturowego.

Zgadza się. W Europie jest wiele krajów, które definiują swoją tożsamość w oparciu o kwestie etniczne. Uważam, że to błędne podejście w społeczeństwie multikulturowym. Potrzeba w nim tożsamości opartej na wartościach politycznych, a nie etnicznych, czy religijnych. W USA jest to wiara w konstytucję, w literę prawa, w zasadę równości między ludźmi. Potrzeba nam obywatelskiego zrozumienia nacjonalizmu.

Mówisz, że potrzeba jeszcze czegoś. Czego dokładnie?

Myślę, że im bardziej intensywna jest dana kultura, tym mocniej ogranicza mieszkańców. Uważam, że należy kultywować również inne wartości, takie jak obowiązki obywatelskie. Jestem zwolennikiem powszechnej służby wojskowej, dzięki której obywatel demokratycznego społeczeństwa nie tylko posiada pewne prawa i dostaje przywileje od rządu, ale również coś z siebie daje.

Jak udaje ci się kultywowanie tej odmiany nacjonalizmu i jednoczesne unikanie wyłączania innych kultur w dobie problemów o charakterze globalnym?

Współpraca międzynarodowa musi być oparta o narody. Naród nadal stanowi o odrębności danej grupy, do której nie należą narodowe podgrupy lub organizacje ponadpaństwowe. Może używać siły, by egzekwować prawo i chronić obywateli. Musimy się tego trzymać. Nie oznacza to jednak, że narody nie mogą dobrowolnie ze sobą współpracować. Gospodarka światowa nie mogłaby funkcjonować bez warstwy międzynarodowych porozumień i wspólnych organizacji. Uważam, że nie należy rezygnować z ważnych aspektów suwerenności po to, żeby rozwiązywać problemy, które są skutkiem globalizacji.

Pozwolę sobie zakończyć obowiązkowym pytaniem. Dlaczego uważasz Kanadę za wyjątek w kontekście omawianych trendów kulturowych? Mieliśmy tu do czynienia z polityką tożsamości, chociaż nie doświadczyliśmy populistycznego nacjonalizmu w większej skali.

Miałem nadzieję, że do tego dojdziemy. Odpowiedź na to pytanie leży w dużej mierze w waszym podejściu do imigracji. Wasza polityka w tym zakresie opiera się na umiejętnościach i daleko wam do skali nielegalnej imigracji obecnej w USA. Myślę, że część sprzeciwu wobec imigracji oparta jest na ksenofobii, rasizmie itd., ale większa jego część spowodowana jest poczuciem, że imigracja wymknęła się spod kontroli, a my nie panujemy nad własnymi granicami. W Kanadzie nie widać tego tak wyraźnie.

Francis Fukuyama (ur. 1952) – jeden z najbardziej znanych i najczęściej cytowanych politologów i filozofów polityki. Doktorat z nauk politycznych obronił na Uniwersytecie Harvarda. Wcześniej studiował literaturę porównawczą. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Stanforda. Jest uznawany za twórcę intelektualnych podstaw neokonserwatyzmu, choć dziś się od niego dystansuje. Jego najbardziej znaną koncepcją pozostaje idea końca historii. Zgodnie z nią, po upadku komunizmu w Europie i upadku ZSRR demokracja liberalna staje się dominującą formą rządów i stanowi szczytowe osiągnięcie rozwoju społeczeństw i kultury Zachodu. „To, czego możemy być świadkami, to nie tylko koniec zimnej wojny lub upływ określonego okresu powojennej historii, ale koniec historii jako takiej … To znaczy punkt końcowy ideologicznej ewolucji ludzkości i uniwersalizacji zachodniej liberalnej demokracji jako ostatecznej formy ludzkiego rządu” – pisał. Uczony poparł prezydenturę Baracka Obamy i sprzeciwiał się interwencji wojsk amerykańskich w Iraku. Jego myśl zwykle przeciwstawia się poglądom Huntingtona (kolegi Fukuyamy z czasów studiów na Harwardzie).

Tłumaczenie Borsuk. Źródło: nationalpost.com

Tytuł – redakcja Euroislamu




Europejski islam: czy to możliwe?

„Europejskim islamem” nazywa się zazwyczaj ideę, że muzułmanie na Zachodzie stopniowo rozwiną nową interpretację islamu, bardziej kompatybilną z nowoczesnością w tak ważnych kwestiach, jak problem płci czy praw jednostki.

Wielu muzułmanów na Bliskim Wschodzie twierdzi, że biorąc pod uwagę różne palące problemy w społecznościach muzułmańskich, jedynie europejski islam może być remedium dla globalnej społeczności muzułmańskiej. Duża część wewnętrznego islamskiego dialogu od końca dziewiętnastego wieku dotyczyła debaty o europejskim islamie.

Czy realistycznie jest oczekiwać narodzin europejskiej interpretacji islamu w przewidywalnej przyszłości?

Dzisiaj nie jest to prawdopodobne, ponieważ muzułmanie na kontynencie przede wszystkim starają się zachować i przekazywać religijne interpretacje, które przywieźli z krajów swojego pochodzenia.

Idea europejskiego islamu przekracza kwestię kulturowej adaptacji – to rozwinięcie nowej jego interpretacji w odniesieniu do prawa i teologii, w zgodzie z europejską kulturą i intelektualną trajektorią. W praktyce oznaczałoby to, że muzułmanie radykalnie zmienią swoje tradycyjne rozumienie islamu.

Z historycznego punktu widzenia było wiele interpretacji islamu. Na przykład, nie-Arabowie z Centralnej Azji rozwinęli alternatywną tradycję hanaficką, która znacząco różni się od interpretacji aszaryckiej, odzwierciedlającej kulturę arabską. Oczekuje się, że europejski islam będzie takim zróżnicowaniem, nową ideą, dostosowującą islam do kultury europejskiej.

Jednak, jak już wspomniano, muzułmanie w Europie w większości są zainteresowani przekazywaniem i ochroną własnej interpretacji islamu. Jest to źródłem dwóch powiązanych ze sobą komplikacji. Po pierwsze, nie ma szansy, żeby interpretacje islamu przywiezione z różnych krajów Bliskiego Wschodu osiągnęły sukces w Europie. Co gorsza, po drugie, to właśnie ta interpretacja religijna odgrywa kluczową rolę, pośród wielu innych czynników, w tworzeniu się muzułmańskich gett. Standardowa interpretacja islamu u europejskich muzułmanów, zwykle mająca swoje źródła w kraju Bliskiego Wschodu, takim jak Turcja czy Maroko, nie sprzyja interakcjom dnia codziennego z innymi Europejczykami.

CYTAT

Jest to religijna interpretacja z korzeniami w późnych latach dwudziestego wieku, w której rytuał stoi ponad wartościami. Każe ona muzułmanom troszczyć się o każdy symboliczny element, taki jak chusty dla kobiet, to, co się je i to, czego się słucha. W rezultacie taka rytualna interpretacja staje się ograniczeniem – nie pomaga muzułmanom łatwo nawiązywać znajomości z niemuzułmanami. Taki islam definiuje religijność jako życie zgodne z rytuałami. Zatem praktykujący muzułmanin ma niewielkie szanse w życiu codziennym socjalizować się z Europejczykami, bo nowoczesne życie europejskie opiera się na indywidualnej wolności.

W rezultacie interakcja pomiędzy muzułmanami i niemuzułmanami w Europie w większości ma miejsce poprzez różne ceremonialne wydarzenia, takie jak konferencje czy inne programy. Takie ceremonialne interakcje dowodzą słabych codziennych relacji pomiędzy obiema społecznościami.

Kluczowa jest rola zorganizowanych ruchów islamskich w Europie, mających swoje korzenie w różnych krajach muzułmańskich. Wielu muzułmanów europejskich ma z tymi islamskimi ruchami różnorodne powiązania, jednak żadnej z tych grup nie przychodzi do głowy rozwijanie islamu europejskiego.

Częścią problemu jest ubóstwo intelektualne kluczowych osobowości, inspirujących europejskich muzułmanów, ale mających słabe powiązania z europejskimi debatami intelektualnymi. Ich podstawowym zainteresowaniem jest raczej konsolidowanie wyznawców wokół tożsamości grupy i jej interesów.

Kwestia kobiet jest ważną sprawą w tej debacie. Uczciwie mówiąc, nawet podejście umiarkowanych grup islamskich do kobiet jest na granicy europejskich standardów. W praktyce wielu muzułmanów w Europie dzisiaj żyje według patriarchalnych zasad swoich interpretacji religijnych. Osoby marzące o jakimś rodzaju europejskiego islamu powinny rozwinąć nową teorię islamu, która pomogłaby muzułmankom w Europie.

Na koniec jest jeszcze problem mesjanistycznej mentalności u pobożnych muzułmanów europejskich. Odzwierciedlając misyjny aspekt islamu, religijni muzułmanie na kontynencie pielęgnują ideę głoszenia islamu Europejczykom. Nie ma w tym wielkiego problemu, jednakże muzułmanie ignorują fakt, że społeczeństwa europejskie należą do najbardziej rozwiniętych, zatem idea nauczania ich islamu jest przez nich odbierana jak religijna arogancja.

Brakującym elementem jest tu islamska skromność, która na pierwszym miejscu stawiałaby uczenie się od Europejczyków. Europejski islam jest możliwy tylko na fundamencie wymiany idei między muzułmanami i Europejczykami – tymczasem większość religijnych muzułmanów tkwi chyba w złudnym przekonaniu, że ich interpretacja religii ma moc rozwiązania wszystkich problemów Europy.

Gökhan Bacık

Autor jest wykładowcą nauk politycznych na Uniwersytecie Palackiego w Ołomuńcu. Zajmuje się Bliskim Wschodem, islamem i polityką Turcji.

Portal Ahvalnews prowadzony jest przez Turków żyjących na uchodźstwie, przeciwników Erdogana, lecz niezwiązanych z gulenistami. Redaktor naczelny, Yavuz Baydar, emigrował w 2016 r., wcześniej pracował w publicznym radiu w Szwecji oraz dla BBC. Jest komentatorem „Suddeutsche Zeitung”.

Tłumaczenie Grażyna Jackowska na podst.: https://ahvalnews.com

Opinie autorów artykułów nie muszą być zgodne z poglądami redakcji Euroislamu.




Muzułmanki i tragiczna iluzja wyboru

Ammar Anwer

Podstawową różnicą pomiędzy wyborem a przymusem jest to, że wybór oparty jest na wolnej woli, a przymus polega na wykorzystaniu siły, by coś na kimś wymusić.

Co się jednak dzieje, gdy nie używa się siły i środków represji, lecz wykorzystuje się ciągły strach i indoktrynację, którym osoba poddawana jest od samych narodzin i które towarzyszą jej do końca życia? Czy sposoby postępowania lub przyzwyczajenia, powstające w wyniku stosowania takich metod, można nazwać wyborem? Absolutnie nie. Ponieważ indoktrynacja i strach całkowicie zaciemniają nasz umysł, powstrzymując go przed krytycznym myśleniem – w rzeczy samej uznaje on za niewłaściwe samo korzystanie z wolności swobodnego wyrażania myśli.

Działania, które wynikają z takich warunków, nie są wyrazem wyboru czy wolności, lecz raczej przejawem pewnego przymusu, który pozornie nie wykorzystuje żadnej formy przemocy fizycznej, ale stosuje środki psychologiczne, by utrzymać swoją dominację.

W przeciwieństwie do ataków fizycznych, które mogą zostawić siniaki na ciele lub inne widoczne obrażenia, psychologiczna kontrola i nacisk nie pozostawiają widocznych śladów. Zabijają człowieka od wewnątrz i utrudniają ujawnienie, co się wydarzyło, ponieważ niszczą jego własną pewność w wyrażaniu swojej opinii. To sprawia, że czuje się samotny w świecie, gdzie nikt go nie słucha, a nawet jeśli, to nie ma nikogo, kto udzieliłby mu wsparcia. Oprócz własnej opowieści ma niewiele, by potwierdzić swą trudną sytuację. Dlatego jest to o wiele bardziej szkodliwe niż przemoc fizyczna.

Można argumentować, że wszyscy w ten lub inny sposób jesteśmy poddawani indoktrynacji, nawet jeśli twierdzimy inaczej. To dlatego, że jesteśmy wychowywani w społeczeństwach, które dyktują nam, jakie zachowania są normalne, a jakie nie, w zależności od kontekstów społecznych i kulturowych. Trzeba jednak zaznaczyć, że niektóre kultury są mniej indoktrynujące, bardziej otwarte na swobodny przepływ myśli i indywidualizm, niż inne.

Teraz postaramy się wyjaśnić powyższe stwierdzenia analizując życie kobiety o imieniu Maryam.

Podobnie jak miliony innych dziewcząt urodzonych w konserwatywnych muzułmańskich domach, Maryam nigdy nie była wolna. W momencie jej narodzin wszystko zostało ustalone. Wyznaczono jej status w społeczeństwie, zawód, przyszłość, a także małżonka. Nie była nawet w pełni świadoma, gdy te decyzje zostały podjęte. Kiedy dorastała, nauczyła się od własnej matki, że cokolwiek dla niej zdecydowano, to wyłącznie dla jej własnego dobra.

Podkreślam, że nauczyła się tego od matki, ponieważ scenariusz wyglądałby inaczej, gdyby to mężczyzna kazał jej przestrzegać zalecanego wzoru życia. Można sobie wyobrazić, dlaczego mężczyźni mogą chcieć zniewalać kobiety. Ale dość często błędnie się zakłada, że kobiety nie mogą uciskać lub przyczyniać się, świadomie lub nieświadomie, do ucisku innych kobiet. To błędne założenie, ponieważ gdyby tak nie było, kobiety byłyby wolne już dawno temu. Dlatego bunt i rebelia przeciwko kobiecemu zniewoleniu nie jest buntem przeciwko mężczyznom – w rzeczywistości nie jest to związane z płcią. Jest to bunt przeciwko mentalności i kulturze, które nękają lub są zdolne do dręczenia, zarówno mężczyzn jak i kobiet.

To własna matka powiedziała Maryam, że wszystkie decyzje zostały podjęte dla jej pożytku. Nie chciała zniewolić swojej córki. W jej oczach to nie był żaden ucisk. Można nazwać pewną postawę opresyjną tylko wtedy, gdy zdajesz sobie sprawę, że taką jest. Ale tak jak Maryam, jej matka w młodości została zmuszona przez swoją matkę, by w to wszystko uwierzyć. Ten cykl można prześledzić daleko w przeszłość. Jeśli Maryam nie będzie w stanie wyrwać się z tego błędnego koła, to pewnego dnia wymusi na swojej córce te same utrwalone wzorce. I tak to będzie trwać, w nieskończoność.

Dlatego Maryam nosi hidżab, unika męskiego towarzystwa, preferuje segregację, nauczyła się gotować (ponieważ nieważne, jak bardzo jest wykształcona, jej ostatecznym obowiązkiem zawsze pozostanie zapewnienie komfortu i wsparcia mężowi i dzieciom). Nie jest analfabetką. Była jedną z najlepszych uczennic w swoim liceum, dostała się do prestiżowego college’u i została przyjęta do jednego z najlepszych instytutów medycznych w kraju. Aż nadszedł czas zamążpójścia. Zaręczyła się podczas ostatnich lat nauki i wzięła ślub, gdy tylko została lekarzem. Uzyskanie tytułu lekarza wymaga wielkiej determinacji, jednak ku naszemu ubolewaniu, Maryam porzuciła praktykę lekarską zaraz po urodzeniu dziecka. Dlatego napisałem, że nie poziom jej wykształcenia nie jest ważny, bo według norm kulturowych jej naturalnym zawodem są prokreacja i dbałość o rodzinę.

Mimo to jest szczęśliwa. Kocha męża, a mąż kocha ją, czemu by nie? Nie ma w niej prawie wcale buntu. Gdy on ją prosi, żeby coś zrobiła, ona z szacunkiem to wykonuje. Dlaczego miałby być niezadowolony z kogoś, kto zgadza się z każdym jego słowem? Jednakże tak naprawdę to właśnie różnice zdań testują ludzi, a nie wierne posłuszeństwo.

CYTAT

Maryam jednak pozostaje zadowolona. Gdyby ją o to spytać, czy uzmysłowić jej, że została poddana tyranii, prawdopodobnie odpowie, że to próba narzucenia jej życiowej drogi. Lecz tak naprawdę jest odwrotnie, bo kierunek jej życia został wyznaczony dawno temu przez inne osoby, gdy nie była nawet w pełni świadoma. Wychowała się w rodzinie, gdzie to nastawienie wtłaczano jej w umysł prawie codziennie. Każdego dnia czuła potrzebę noszenia hidżabu, ponieważ powiedziano jej, że to jedyny sposób, żeby uniknąć napastowania. Przekonała samą siebie, tak jakby w ogóle to było konieczne, że ostatecznie to prawda, i że prawo naturalne nakazuje jej, żeby przygotowała swoje ciało do prokreacji. Chętnie przyjęła role, które patriarchat przypisuje mężczyznom i kobietom w społeczeństwie, gdzie mężczyźni są żywicielami rodziny a kobiety rodzą dzieci. Nie ma w niej wątpliwości odnośnie tego, czym ją napełniono. Przyjmuje wszystko lojalnie, nie okazując choćby lekkiego sceptycyzmu.

Uśmiecha się nieświadomie, zupełnie nie rozumiejąc własnej sytuacji.
Wybór? Na pewno nie.

* * *

Epilog:

Powyższy opis ma charakter czysto hipotetyczny. To próba poddania krytyce nie tylko konserwatywnych muzułmanów – islamistów, którzy regularnie forsują argument, że muzułmanki zakrywające swoje ciała burką czy hidżabem robią to z własnej woli – ale również wielu liberałów i feministek na Zachodzie, którzy naiwnie wierzą, że te praktyki są naprawdę samodzielnym wyborem kobiet. Jaki to wybór, gdy powtarza się im, że bez noszenia zasłon prawdopodobnie zostaną zgwałcone, a po śmierci będą smażyć się w piekle?

Starałem się pokazać – odwołując się do życia wyimaginowanej muzułmanki, (która akurat jest moją osobistą znajomą, jednak wolałem nie ujawniać jej prawdziwej tożsamości), o imieniu Maryam (a jest wiele takich Maryam w muzułmańskich domach) – że to nie o to chodzi. Muzułmanki rzadko dokonują wolnych wyborów, ponieważ ich kultura zabrania, zakazuje, a nawet traktuje jak przestępstwo wszelkie korzystanie z wolnej woli i okazywanie niezależności.

Nawet gdyby założyć na potrzeby argumentacji, że kobieta decyduje się nosić burkę lub inną zasłonę całkowicie z własnego wyboru, to również wtedy należy jej to odradzać. Nie mam złudzeń odnośnie poglądu, że należy szanować pewne zachowania tylko dlatego, że są podejmowane dobrowolnie. Tu nie chodzi o strój – chodzi o ideę, która się za nim kryje. O tezę, która jest bardzo wroga kobietom i wspiera oprawców, w tym sensie, że obwinia kobiety o to, jak wyglądają, a w konsekwencji wini je za to, że stają się ofiarami mężczyzn. Ten niedorzecznie naiwny pogląd jest problemem. Istnieje wiele rzeczy, które ludzie mogą robić z własnej woli, ale nie oznacza to, że można te rzeczy tolerować.

Wiele kobiet w muzułmańskich społeczeństwach zdaje się wierzyć, że to dla ich dobra islam stawia mężczyzn nad kobietami, społecznie i politycznie. Generalnie, wielu ludzi jest podatnych na koncepcje, które mają na celu ich zniewolenie. Syndrom sztokholmski sięga głęboko i pojawia się częściej, niż potrafimy sobie wyobrazić. Ofiary są niejednokrotnie cichymi i nieświadomymi wspólnikami własnej wiktymizacji i zniewolenia.

Dlatego też obowiązkiem wszystkich intelektualnie świadomych ludzi jest sprzeciwianie się takim normom, mimo że są one wysoko cenione właśnie przez te grupy, które zazwyczaj są przez te normy uciskane.

Krytyka mizoginicznych i patriarchalnych praktyk, do których niestety lgnie wiele muzułmańskich kobiet, nie jest równoznaczna z kontrolą. Wręcz przeciwnie, obowiązkiem każdej rozwiniętej intelektualnie osoby jest informowanie, edukowanie i uświadamianie innych ludzi odnośnie ich trudnego położenia. Nie można tego porównywać do „kontrolowania kobiet”, ponieważ nie nawołuję tu do odebrania im prawa do noszenia hidżabu czy burki. Popieram wymianę argumentów, ale nie zakazy, ponieważ te ostatnie tylko idealizują to, co próbuje się krytykować.

Artykuł napisany dla Euroislamu.
Tłumaczenie: Anna Żelazna.

——————————————

Ammar Anwer pochodzi z Pakistanu, ma 21 lat. Studiuje inżynierię w Polsce; interesuje się naukami społecznymi, historią i teologią. Publikował na stronach Quilliam Foundation i w anglojęzycznym „Daily Times” z Lahore. Jest ateistą, humanistą i liberałem, pochodzącym z bardzo konserwatywnej muzułmańskiej rodziny.
Opinie wyrażane przez autorów artykułów niekoniecznie są zbieżne z poglądami redakcji




Dzień Uchodźcy. Cztery lata po kryzysie i nic się nie zmieniło

Przy okazji Dnia Uchodźcy dotarł do mnie film UNHCR Polska, na którym „plejada polskich aktorów” odczytuje listę rzeczy, jakie uchodźcy zabraliby uciekając z domu. Film poruszający w zamiarze, wywołał jednak odwrotną od zamierzonej reakcję. 

Wygląda na to, że cztery lata po szczycie kryzysu imigracyjnego w dalszym ciągu gra się na reakcjach emocjonalnych społeczeństwa. Ta kolejna próba obudzenia wrażliwości, to prosta pedagogika. Przedstawienie cierpienia człowieka, postawienie się w jego sytuacji, ma nas skłonić do przyjęcia postaw, jakich życzyliby sobie twórcy filmu. Nie przedstawia się jednak żadnych propozycji rozwiązania, poza nieakceptowalnym, z punktu widzenia zdrowego rozsądku, otwarciem na masową migrację.

Czy trzeba uczyć wrażliwości?

Rozumiem osoby występujące w filmie. W wieku 18 lat też chciałem nagrać piosenkę o tym, jak zła jest wojna, wystawić sztukę o tym, jak planeta ginie (tak – wtedy już też o tym świat dyskutował). Człowiek czerpie z takiego działania poczucie, że coś robi i czuje się moralnie dobrze, żeby nie powiedzieć lepiej. Lepiej od innych. Tylko że te osoby nie mają już osiemnastu lat. A tak na marginesie, to zastanawia mnie, ile pieniędzy organizacje pozarządowe w Polsce przeznaczyły na taką promocję postaw versus rzeczywista pomoc uchodźcom?

Niestety, nie mam prawie wątpliwości, że cierpienie na Ziemi istniało, istnieje i istnieć będzie. Przeciętnie zorientowany człowiek jest w stanie wymienić naprędce wiele różnych sytuacji, w których ludziom – milionom ludzi – nie udziela się wystarczającej pomocy. Przemoc wobec kobiet, uzależnienia i handel narkotykami, współczesne niewolnictwo, praca dzieci, życie w stałej biedzie, głód, choroby cywilizacyjne, niewolnictwo seksualne… itd.

I nie sądzę, żeby trzeba było tłumaczyć, jak straszna jest wojna, co się dzieje, kiedy nie masz co jeść. Ludzie to rozumieją, ale brak ich otwartości polega na tym, że nie chcą rozwiązań, które ich narażą na przykre konsekwencje.

Pomagać uchodźcom i imigrantom z sensem

Świadomość ogromu cierpienia nie oznacza, że mamy się na nie uniewrażliwić, opancerzyć. Oznacza jednak, że jeżeli chcemy rozwiązywać takie problemy, musimy rozumieć ich skalę i charakter. Postępować rozsądnie, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której nie tylko nie rozwiążemy problemów, ale sami zostaniemy nimi pochłonięci.

Ktoś powie: „Ale ludzie cierpią”. Tak jak napisałem wyżej – cierpią i będą cierpieli, i to nie tylko z powodu uchodźstwa. I jeżeli nie trafia do kogoś argument „zdrowego egoizmu”, to może zrozumie, że będąc sami pogrążeni w problemach utracimy możliwość pomagania. Europa nie pomoże Afryce stając się kontynentem targanym przez wewnętrzne konflikty, ze skrajnymi partiami u władzy i radykalnym islamem na ulicy oraz masą bezrobotnych do utrzymania. No chyba, że ktoś jeszcze wierzy w bajeczki o wielokulturowym państwie, w którym każdy żyje według własnych zasad, a homoseksualista z salafitą pod rękę pielęgnują wegański ogródek.

Otwierając szerzej drzwi spowodujemy, że coraz większe masy ludności będą chciały ruszyć do Europy. Jeżeli sąsiadowi się udało, to może ja spróbuję. To jest intuicyjny, zdroworozsądkowy mechanizm, ale to jest też zbadany mechanizm tzw. czynnika zachęcającego (pull-factor). Więcej o tym można przeczytać w książce Grzegorza Lindenberga „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Europie”.

Czy naprawdę jesteśmy gotowi pomagać uchodźcom?

To co w związku z tym można robić? Na poziomie osobistym wspierać finansowo. Tu pojawia się pytanie, jak wybrać akurat te, a nie inne problemy. To już osobiste pieniądze i osobista decyzja. Na poziomie Unii Europejskiej – jeżeli tak naprawdę, a nie tylko deklaratywnie, chcemy rozwiązywać problemy – to może zastanówmy się nad wspólną polityką rolną i taryfami celnymi chroniącymi rolników. Pojawią się i środki pomocowe, a biedne kraje będą mogły wreszcie eksportować do nas żywność. Oczywiście, jeżeli nie zablokujemy tego eksportu tym argumentem, że w tamtych krajach stosuje się GMO i wtedy już nie mogą być naszym dostawcą.

Które środowiska polityczne staną przeciwko ekologom i europejskim rolnikom? Co zrobi Francja, największy beneficjent obecnej polityki rolnej UE, której prezydent najgłośniej gardłuje za karaniem Polski za antyuchodźcze stanowisko?

Możemy podnieść podatki o 100 euro rocznie na fundusz uchodźców (w takiej czy w innej formie, proporcjonalnej do najniższej krajowej, wyłączającej z podatku najbiedniejszych). 50 miliardów euro mogłoby zasilić programy edukacji, rozwoju gospodarczego, pomocy w ośrodkach dla uchodźców. Zgodzimy się na kolejne podatki?

Potrzebujemy też silniejszej armii, zdolnej reagować, wspierać takie misje za granicą, chronić ludzi. Znowu potrzebne są środki.

Może problem jest z radykalnym i konserwatywnym islamem. Może lata wiary w wielokulturowość, w trakcie których przyzwoliliśmy na rozrost postaw odrzucających demokrację i nasze społeczeństwa, odbijają się teraz czkawką. Ponieważ każdy następny imigrant z tych regionów świata kojarzy się z problemami. Może powinniśmy powrócić jednak do sytuacji, że kraje europejskie, jako przyjmujące, włączają przyjeżdżających do swojej kultury. Tylko że wśród tych samych środowisk, które zalecają otwarcie się na imigrację, jest sprzeciw wobec integracji. I bądź tu mądry.

Hipokryzja zwolenników przyjmowania

Te wszystkie deklaratywne postawy prouchodźcze zostały znakomicie obnażone w różnego rodzaju prowokacjach. Okazuje się bowiem, że z chęcią gardłujemy za przyjmowaniem, kiedy nas to nie dotyczy. Z chęcią wystąpilibyśmy w sztuce, gorzej z życiem pod jednym dachem. Osoba zapytana na ulicy, czy przyjęłaby uchodźców pod dach, odpowiada twierdząco, gdy okazuje się jednak, że uchodźca stoi obok i jest gotowy do wprowadzenia się, zaczynają się wykręty.

Więc skoro już wiemy, że nie zmienimy naszej polityki rolnej, nie obniżymy ceł ani „ekologicznych” wymogów, nie podniesiemy podatków, nie zmienimy wielokulturowości w asymilację, nie zgodzimy się na kolejne użycie armii poza granicami kraju… wystawmy sztukę z okazji Dnia Uchodźcy o przyjmowaniu uchodźców.

Jan Wójcik




Kościół wobec islamu i imigracji. Nie wszystkiemu winne jest „lewactwo”.

Jan Wójcik

Przywykliśmy do opinii, że obecność islamu w Europie oraz pobłażanie ideologiom islamistycznym to „wina lewactwa”.  Winą europejskiej lewicy jest przyzwolenie na niekonsekwentne podchodzenie do mniejszości, kiedy łamią one prawa innych mniejszości, czy głoszą dyskryminacyjne poglądy.

Winą tejże lewicy jest wycofywanie się z wolności słowa, żeby zadośćuczynić poprawności politycznej. Winą lewicy jest idea tolerancji, która akceptuje zachowania nietolerancyjne. Winą lewicy jest masowa imigracja…

Oskarżenia, jakie padają pod adresem lewicy, można by wymieniać długo. Mało z kolei mówi się o tym, jak problemy z imigracją i politycznym islamem zostały wygenerowane przez Kościół Katolicki i inne odłamy czy środowiska chrześcijańskie.

Papież, promotor imigracji

Obecna głowa Kościoła Katolickiego, papież Franciszek, jest jednym z największych zwolenników przyjmowania uchodźców i otwierania się na imigrantów. „Proponuję cztery słowa – przyjmować, chronić, promować i integrować – które powinny cechować naszą postawę wobec imigrantów i uchodźców” – powiedział papież Franciszek podczas pierwszego dnia pielgrzymki do Maroka.

To jedna z wielu podobnych wypowiedzi papieża w trudnej kwestii imigracji, która zyskuje mu grono zwolenników wśród tak zwanych środowisk liberalnych. Co prawda czasami papież uznaje prawo państw do kontroli granic. Dopatrywanie się jednak w masie jego proimigracyjnych wypowiedzi niuansów czy zrozumienia ograniczeń Europy, albo też braku dogmatyzmu, wymagałoby naprawdę dobrej woli.

Do kwestii migracji dochodzi jeszcze bezkrytyczny dialog papieża z islamem. Żelazną zasadą jest tu brak reakcji wobec prześladowania chrześcijan i unikanie kwestii spornych. Jeżeli już się zdarzają, nigdy nie wiadomo, kto tych chrześcijan prześladuje. Nawet wśród wielu chrześcijan wezwania papieża Franciszka do odstąpienia od  prozelityzmu wzbudziły szok. Tłumaczono to co prawda później jako zachętę do przyjęcia chrześcijaństwa poprzez własną postawę i dobrym przykładem, a nie przez usilne nakłanianie do przyjęcia wiary.

Jednak w Maroku, kraju nie uznającym zmiany wiary z islamu na chrześcijaństwo, gdzie konwertyci praktykują po cichu w domach, te słowa nabierają innego znaczenia.  Nic dziwnego, że w obliczu takiej postawy cechującej ten pontyfikat eksmuzułmanie, którzy przeszli na chrześcijaństwo, wręcz pytają papieża: skoro islam jest tak dobrą religią, to jaki sens miało dla nas ryzykowanie własnym życiem i przyjmowanie chrześcijaństwa?

Dialog międzywyznaniowy z ekstremizmem w tle

Papież angażuje się też bardzo w dialog z Wielkim Imamem Uniwersytetu Al-Azhar w Kairze, instytucji religijnej o największych wpływach w świecie islamu. Kluczowe i przez wielu oceniane jako historyczne, było spotkanie Franciszka z Ajmanem Al-Tajebem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Była to pierwsza wizyta głowy Kościoła na Półwyspie Arabskim i pierwsza tamże odprawiona papieska msza. To także podpisana wspólna deklaracja braterstwa dwóch wyznań. Papieża jednak krytykowano za to, że dla dobra dialogu przemilczał łamanie w ZEA praw człowieka imigrantów (takich samych, jak ci, których nakazuje przyjmować Europie), czy też zbrodnie popełniane w Jemenie.

Komu jednak mógłby przeszkadzać sam dialog? Zapewne nikomu, jednak Al-Tajeb nie jest w tym dialogu partnerem uczciwie traktującym drugą stronę. W roku 2016, dwa tygodnie po spotkaniu z papieżem Franciszkiem, rektor Al-Azhar w kazaniach ramadanowych emitowanych przez wiele egipskich stacji telewizyjnych, usprawiedliwiał przewidzianą przez szariat karę śmierci dla apostatów,  w tym także konwertytów z islamu na chrześcijaństwo.

Jeśli połączy się to z wspomnianym wyżej wezwaniem papieża do zaniechania nawracania muzułmanów, to mamy do czynienia nie z dialogiem równorzędnych partnerów, lecz z jakąś formą appeasementu. Tłumaczenie, że apeluje on do kręgów umiarkowanych w islamie i wspiera nurty reformatorskie, w obliczu takich wypowiedzi na temat apostatów czy homoseksualistów, nie wytrzymuje próby.

Głowa Kościoła nie broni swoich wiernych

Podczas żadnej z wymienionych wizyt, co zarzucili mu krytycy, papież nie powiedział nic w obronie prześladowanych chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Niektórzy twierdzą, że toczy tam przegraną bitwę.

Postawa papieża Franciszka nie jest racjonalną oceną możliwości i konsekwencji. Papież kieruje się dogmatyzmem, który ma swoje naśladownictwo także w Polsce. W trakcie kryzysu imigracyjnego w 2015 roku Szymon Hołownia pisał: „Nawet jeśli przyjęlibyśmy (absurdalne) założenie, że każdy muzułmanin to potencjalne zagrożenie – to co z tego? Przecież Ewangelia mówi wyraźnie, że mam dobrze czynić również (albo: zwłaszcza) tym, którzy mnie prześladują i nienawidzą!”.

Można oceniać te słowa pozytywnie z punktu widzenia odwagi praktykowania wiary, ale w polityce państwa należy uciekać jak najdalej od takiego fanatyzmu religijnego. Fanatyzmu, który szafuje nie tylko własnym bezpieczeństwem, ale i bezpieczeństwem ludzi nie podzielających podobnych poglądów.

Zanim papież wezwie Europę do przyjmowania imigrantów, powinien krytycznie przyjrzeć się polityce Kościoła, która między innymi doprowadziła do tej sytuacji.

Podobne nastawienie widać w środowiskach krakowskich chrześcijan, angażujących się w inicjatywy, których celem jest zafałszowanie rzeczywistości. Są to akcje propagujące pogląd, że Europa nie ma problemu z kryzysem migracyjnym, czy też dające platformę do działania członkom islamistycznej Ligi Muzułmańskiej w RP.

Organizacje chrześcijańskie sabotują rozwiązanie problemu

Organizacje chrześcijańskie nie tylko głoszą pewne prawdy. Angażują się również aktywnie, sabotując działania rządu prowadzące do regulowania migracji. Kościoły w Niemczech ukrywały (udzielały azylu) imigrantów zagrożonych deportacją.  Podobne sytuacje miały miejsce także w Szwecji.

Ta polityka organizacji chrześcijańskich, oparta w założeniu na przesłankach moralnych, odnosi na szerszą skalę odwrotny skutek. Głównym problemem polityki migracyjnej jest bowiem nieskuteczna deportacja. Jeżeli ten element nie zostanie poprawiony, migranci i uchodźcy będą w Europie postrzegani coraz bardziej niechętnie.

Wszystkie wymienione powyżej postawy bledną jednak w porównaniu z główną przyczyną problemów, przed jakimi stanie w najbliższych latach Europa – potężną nadwyżką demograficzną w ubogiej Afryce. A Kościół Katolicki od ponad pół wieku potwierdza zakaz sztucznych metod antykoncepcji. I jak pisze w artykule redakcyjnym „The Guardian”, ofiarami tego zakazu nie są zachodni chrześcijanie, którzy go zwyczajnie omijają, ale kobiety w biednych krajach.

Papież Jan Paweł II także wielokrotnie sprzeciwiał się środkom antykoncepcyjnym, włączając je w to, co nazywał „kulturą śmierci” i zamachem na rodzinę.  W Afryce planowanie rodziny, do którego namawiał Zachód, Kościół Katolicki przedstawiał jako przedłużenie kolonializmu. Nic dziwnego więc, że rasistą został nazwany także Emmanuel Macron. Kiedy francuski prezydent  w 2017 roku w Nigrze wezwał do ograniczenia dzietności jako jednego z czynników poprawy bytu, spotkał się z masową krytyką.

Trzeba znaleźć wyjście ponad podziałami

Nie da się więc nie widzieć związku między taką polityką, a nowym miliardem mieszkańców Afryki. Dzisiaj, najwyższy rangą przedstawiciel Kościoła gani Europejczyków za chęć zadbania o własne bezpieczeństwo i zaostrzenie polityki migracyjnej. Najpierw chyba powinien uderzyć się w swoje piersi i wytłumaczyć, jak jego instytucja zamierza rozwiązać problemy, do których się przyczyniła.

Jak widać, nie można tutaj zrzucić winy na „lewactwo”. Jednocześnie zauważyć należy, że w gronie Kościoła są społeczności i jednostki myślące trzeźwo i racjonalnie. Podobnie jest na szeroko rozumianej lewicy. Przykłady to chociażby część środowiska ateistów z portalu Racjonalista.tv, czy ostatnio niektóre głosy dochodzące z „Krytyki Politycznej”.

I jak to od wielu lat podkreślamy, podejście do problemu imigracji i radykalnego islamu przekracza ustalone podziały polityczne. Nie da się tego sprowadzić do tradycyjnej walki lewica kontra prawica. I trzeba zacząć myśleć – ponad podziałami – o tych problemów sensownym rozwiązaniu.




“Wzbierająca fala” – o imigracji bez mitów i emocji

Grzegorz Lindenberg, pisząc swoją nową książkę, „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce”, postawił sobie trudne zadanie „zawrócenia kijem Wisły”. Bo nie jest to książka, która ma tylko opisać już tworzące się wyzwania imigracyjne, ale ma także zmienić nasz – a w szczególności polityków i mediów – sposób myślenia o nich.

A ten po kryzysie imigracyjnym lat 2014-16 wydaje się być zdominowany przez życzeniowe przekonania, nie poparte żadnymi badaniami czy dowodami.

Część z polityków odtrąbiła już koniec kryzysu migracyjnego. W jednych miejscach zamknięto porty, w innych współpracujemy z lokalnymi milicjami i dyktatorami, gdzie indziej wspieramy armie w działaniach antyterrorystycznych. Politycy, którzy jak unijny komisarz ds. migracji Dimitris Avramopulos jeszcze niedawno kazali Europejczykom przyzwyczajać się do migracji jako zjawiska oczywistego dla naszych czasów, dzisiaj chwalą się, jak UE poradziła sobie z ostatnią falą.

Tymczasem, jak pokazuje to Lindenberg opierając się na badaniach ONZ, demografia na południe od Morza Śródziemnego zmienia się gwałtownie. Może to nie jest tak, jak w totolotku – milion w środę milion w sobotę – ale million ludzi, których przybywa co pół roku w samym Egipcie, także pobudza wyobraźnię. Jak wynika z cytowanych przez autora sondaży chęć migracji z samych przyczyn ekonomicznych jest ogromna.

Czy takim razie te wspomniane doraźne środki powstrzymają chęć migracji, kiedy dojdą takie czynniki jak susze, konflikty lokalne, rozwój terroryzmu w tamtym regionie? Nie chodzi tylko o Afrykę, bo jest na przykład pytanie, co stanie się w gęsto zaludnionym Bangladeszu, którego żyzne i zamieszkane tereny leżą na poziomie morza, kiedy wody światowe zaczną się podnosić?

Wydaje się, że politycy europejscy postanowili jednak wziąć się porządnie za problem i zacząć mocno dofinansowywać państwa afrykańskie. Padają deklaracje kwot ze strony prezydenta Francji, Niemiec, Danii, czy samej Unii Europejskiej. I sam postulat pomocy Afryce autor popiera, ale w świetle uznanych badań socjologów i ekonomistów, jeżeli chodzi o hamowanie imigracji, przypomina to próbę gaszenia ognia benzyną. Tutaj więc także politycy bardzo się mylą. Jeżeli zasadniczo nie będzie się zmieniało funkcjonowanie tamtejszych państw, więcej pieniędzy spowoduje większe możliwości migracji.

Może jednak to nie jest problem. Może rację ma prof. Grzegorz Kołodko, który argumentuje, że nadwyżka z Afryki przeleje się do Europy i uzupełni braki demograficzne, ratując naszą gospodarkę i systemy emerytalne? To niestety kolejny mit, który Lindenberg rozwiewa, odnosząc się nie tylko do swojej poprzedniej książki, „Ludzkość poprawiona” o skoku technologicznym, jaki ma się dokonać w najbliższych dekadach, ale też do kolejnych badań, które nie potwierdzają dramatycznych proroctw o załamaniu gospodarki z powodów demograficznych, a dodatkowo podkopują wiarę, że imigracja z południa Morza Śródziemnego miałaby nam jakoś pomóc.

Książka powstała nie tylko jako diagnoza sytuacji, co byłoby dość wygodnym, choć jedynie kasandrycznym podejściem. Ideą książki nie jest straszenie społeczeństwa imigrantami i budowanie negatywnego do nich stosunku, bo oni sami są ofiarami szerszych procesów. Chodzi o skłonienie wszystkich zainteresowanych i odpowiedzialnych za sytuację do długofalowego i jak najszerszego myślenia o problemie imigracji, tak żeby nie wzmacniać społecznych napięć, które zaobserwowaliśmy w Europie po, bagatela, dwóch milionach imigrantów w ostatnich latach. Autor podaje więc rekomendacje działań, jakie powinny zostać podjęte, by stawić czoło temu wyzwaniu.

Jeżeli nam się nie uda, wszystkie wymienione czynniki łącznie mogą doprowadzić do wystąpienia potężnych społecznych napięć wewnątrz kontynentu europejskiego. Eksplozja demograficzna w Afryce ma więc potencjał skończyć się eksplozją, już niedemograficzną, w Europie.

Redakcja Euroislamu

————————-

Grzegorz Lindenberg: „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce”. Wyd. Fundacja Instytut Spraw Europejskich, 2019.

Książkę można zamówić na stronie dystrybutora

ksiazka_fala2




Gdzie terrorysta nie może, tam Facebooka pośle

Agnieszka Kołek, prowadząca promującą wolność słowa w sztuce organizację Passion for Freedom, zaczyna regularnie doświadczać cenzury ze strony Facebooka.

Wyświetlanie zamieszczonego przez nią żartu z popularnej serii rysunków „Jesus and Mo” zostało zablokowane w Pakistanie, bo narusza tamtejsze zasady prawne.

Z kolei rysunek Lara Vilksa, przedstawiający psa z głową Mahometa, został ocenzurowany przez „Urząd ds. Cybernetycznej Myślozbrodni”, ponieważ narusza standardy społeczności.

Rondellhund

Tu trzeba przypomnieć, że karykatura ta nie miała na celu ośmieszenia proroka, tylko była wyrazem wsparcia dla Kurta Westergaarda, doświadczającego ataków po opublikowaniu słynnych karykatur Mahometa. Poza tym nawiązywała do modnego wówczas w Szwecji trendu domalowywania różnych głów psom zdobiącym ronda drogowe.

Larsowi Vilksowi udało się przeżyć kilka zamachów terrorystycznych, które zorganizowali na niego islamscy fundamentaliści w odpowiedzi na ten rysunek. Celem najgłośniejszego z takich zamachów, w Kopenhadze w 2015 roku, była także Agnieszka Kołek, biorąca udział w debacie o wolności słowa. W strzelaninie zginęła jedna osoba, ranni zostali policjanci ochraniający wydarzenie. Dzisiaj Facebook podjął się dokończenia dzieła terrorystów wymierzonego w wolność słowa.

A może takie są standardy Facebooka, ktoś zapyta? Postanowiłem to sprawdzić i zgłosiłem jedno ze zdjęć, które można by podobnie uznać za naruszanie świętości religii. Chodzi mianowicie o opublikowane przez satyryczny fanpage „Buddyści murem za PiSem” zdjęcie buddyjskiej, tybetańskiej tanki z głową lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego. Z góry przepraszam autorów strony, którzy mają prawa do tej publikacji, posłużyła mi tylko do eksperymentu.

murem za pisem

I pewnie jak się czytelnik domyśla, otrzymałem odpowiedź, że to zdjęcie nie narusza standardów Facebooka. Tak więc Facebook nie stawia się tylko w roli bezstronnego obrońcy jakiejś ostrej formy poprawności politycznej. Jego administratorzy prezentują skrzywienie ideologiczne, które każe chronić uczucia religijne jednych grup bardziej niż innych.

Jan Wójcik

 




Czy Austrii uda się wyjść z multikulturowej pułapki?

Piotr Ślusarczyk

Jeśli dziś miałbym wskazać miejsce na mapie Europy, w którym dokonują się istotne zmiany, obliczone na rozwiązanie problemów związane z obecnością politycznego islamu w Europie, wskazałbym na Austrię. To tam od 2015 roku zmienił się nie tylko klimat polityczny, ale także i prawo.

Władze w Wiedniu próbują zastąpić model wielokulturowy ideą „kultury wiodącej”. W tym celu wprowadzają nowe rozwiązania legislacyjne, które, jak się właśnie okazało, są zgodne z konstytucją.

Źródła poparcia społecznego dla polityki zrywającej z multi-kulti 

Problem obecności radykałów muzułmańskich nad Dunajem od wielu lat skupia uwagę opinii publicznej. Jednym z pierwszych polityków, którzy na swoje sztandary wzięli „ochronę tożsamości austriackiej” był Jörg Haider, przywódca Austriackiej Partii Wolności. Oskarżany o populizm i antyeuropejskość polityk ostatecznie został wykluczony z własnej partii w kwietniu 2005 roku. Przywódca Austriackiej Partii Wolności z powodu nacisków dyplomatycznych nie zasiadał w ławach rządowych. Nie zatrzymało to jednak unijnych sankcji. Na osiem miesięcy (do września 2000) roku czternaście państw Unii Europejskiej nałożyło sankcje dyplomatyczne na Wiedeń.

Powodem tej decyzji było utworzenie koalicji rządowej partii Haidera z Austriacką Partią Ludową. Między innym ten ruch unijnych urzędników przełożył się na relatywnie sceptyczny stosunek obywateli Austrii do Unii Europejskiej. Z cyklicznych badań zlecanych przez Unię Europejską (dane Eurobarometru z jesieni 2015 roku) wynika, że 41% badanych negatywnie postrzega Wspólnotę, pozytywnie zaś się do niej odnosi 37%. Oba te wskaźniki znacznie wykraczają poza średnią unijną na niekorzyść Brukseli.

Podejrzewać można również, że jednym z ważniejszych źródeł postawy zdystansowanej wobec UE jest przekonanie obywateli Austrii, że masową imigrację muzułmanów (szczególnie tę po wrześniu 2015 roku) napędza bezradność unijnych elit. Przy tej okazji warto dodać, że w obawie przed utratą poparcia społecznego rząd Wernera Faymana wycofał się z unijnego programu relokacji migrantów.

Niezależnie od oskarżeń o populizm, Austriackiej Patrii Wolności udało się odczytać właściwie nastroje społeczne odnośnie polityki imigracyjnej. Emocje te udało się zresztą wykorzystać obecnemu kanclerzowi Austrii Sebastianowi Kurzowi. To właśnie twardej postawie wobec kwestii imigracyjnej oraz położeniu nacisku na spójność społeczną ten jeden z najmłodszych przywódców świata zawdzięcza swoje stanowisko. Zresztą zostało ono wzmocnione poprzez politykę informacyjną Kurza, polegająca na ustaleniu skali problemu związanego z obecnością politycznego islamu. Kluczową rolę odegrały dwa raporty – jeden mówiący o aktywności Bractwa Muzułmańskiego w Austrii, drugi o skali indoktrynacji młodego pokolenia w duchu islamskiego fundamentalizmu oraz tureckiego nacjonalizmu.

Nowa ustawa, nowe rozporządzenie, zamknięte meczety

Od 2015 roku w Austrii obowiązuje Ustawa dotycząca islamu. Jej istotą jest z jednej strony uznanie praw religijnych muzułmanów, z drugiej zaś pozwala ona na kontrolowanie i w razie potrzeby zamykanie tych organizacji muzułmańskich, które promują wartości niezgodne z obowiązującymi. I tak wprowadzono zakaz finansowania meczetów z zagranicy. Obowiązkiem muzułmanów jest promowanie pozytywnego stosunku do państwa. Kanclerz zaś zyskuje prawo do rozwiązywania stowarzyszeń muzułmańskich. Inne akty prawne zakazują zasłaniania twarzy i rozdawania Koranu na ulicy, a do obowiązków azylantów należy teraz udział w kursach językowych i w kursach promujących wartości demokratyczne. W zamian za to muzułmanie zyskali autonomię, prawo do publicznego kultu religijnego oraz zobowiązali instytucje publiczne do poszanowania tożsamości religijnej. Ostatnio zaś austriacki minister spraw wewnętrznych podpisał rozporządzenie, które zabrania posługiwania się symboliką ugrupowań fundamentalistycznych i nacjonalistycznych.

Jeśli uda się wprowadzić Austriakom zmiany w relacji między państwem a muzułmanami, będzie to oznaczało, że istnieje wyjście z „wielokulturowej pułapki”.

Istota tych zmian daje się wyrazić w jednym zdaniu – szanujemy twoją muzułmańską tożsamość pod warunkiem, że respektujesz wartości obywatelskie i demokratyczne, jak również w geście lojalności wobec Republiki zwalczasz postawy fundamentalistyczne wśród współwyznawców. Istotnym przełomem było uznanie integracji za proces wymagający wysiłku obu stron. Jeśli zaś uda się wprowadzić Austriakom te zmiany, będzie to oznaczało, że istnieje wyjście z „wielokulturowej pułapki”, polegające na zachowaniu postawy otwartej wobec Innego, przy jednoczesnej ochronie fundamentalnych wartości kultury Zachodniej.

Sprzeciw wobec fundamentalizmu zgodny z konstytucją

Zapisy ustawy zaskarżyło dwóch wydalonych z Austrii imamów, argumentując, że Ustawa dotycząca islamu narusza prawa człowieka do wolności religijnej. 21 marca austriacki Trybunał Konstytucyjny skargę tę odrzucił, argumentując, że przepisy te chronią interes publiczny, a ponadto w pojęciu autonomii wspólnoty religijnej mieści się nie tylko niezależność „od państwa, ale także od państw”. Ponadto prawo nadal pozwala na to, żeby osoby prywatne mieszkające za granicą przekazywały środki swoim współwyznawcom.

W ocenie kanclerza Austrii orzeczenie Trybunału potwierdza, że „politycznemu islamowi można postawić bariery”. Austriacki przywódca uznał, że przyjęte rozwiązania prawne mogą zostać uznane za „wzór dla innych krajów”. Istotnie orzeczenie austriackiego sądu konstytucyjnego stanowi pewien przełom. Dotychczas wielu sędziów absolutyzowało prawo do wolności religijnej, nie zauważając faktu, że islam to nie tylko religia, ale także ideologia polityczna, dodajmy: ideologia sprzeczna z demokracją i ideą wolności.




Mit bezpiecznej Polski

Piotr Ślusarczyk

Wyobrażenie o tym, że Polska pozostaje krajem wolnym od problemu terroryzmu islamskiego, jest tyleż fałszywe, co na rękę samym radykałom. Dowodzą tego procesy dżihadystów związanych z naszym krajem.

Wielu z nas uważa, że problem obecności zwolenników radykalnego islamu nie dotyczy Polski. Nasza chata z kraja – w ten sposób można skwitować dość powszechne wyobrażenia o rodzimym problemie islamskim. Wiemy, że inne kraje się z nim zmagają, my zaś mamy być od niego wolni. Na ten obraz składają się, po pierwsze, powszechne w naszej świadomości przekonanie, że muzułmanie do Polski się nie wybierają; po drugie zaś, że polski islam jest szczególny, bo tatarski. Teza piszącego te słowa jest jednak inna. Nad Wisłą pojawiają się podobne problemy do tych, z którymi zmagają się społeczeństwa zachodnie. Różni nas natomiast skala. Jednym z przykładów, bardzo wymownych, pozostają polskie wątki w działalności Państwa Islamskiego.

Marokańczyk przed sądem

Mieszka w Rybniku. Ma żonę Polkę. Pochodzi z Maroka, czyli kraju uznawanego za dość przyjazny. Mowa o Mouradzie T., który został skazany dwa dni temu przez Sąd Okręgowy w Katowicach za przynależność do Państwa Islamskiego (ISIS). Za ten czyn wymierzono mu karę trzech i pół roku więzienia. Sąd podzielił wersję śledczych o tym, że mężczyzna działał jako wywiadowca ISIS, a także utrzymywał kontakty z terrorystą Abdelhamidem Abaaoudem, który organizował zamachy w Paryżu (2015 r.) i został zabity przez policjantów w czasie obławy. Policja dysponowała bezspornymi dowodami w postaci śladów rozmów za pośrednictwem komunikatorów. Ponadto fotografie Mourada znajdowały się w telefonach i laptopach należących do członków ISIS.

Mourad T. po ogłoszeniu wyroku
Mourad T. po ogłoszeniu wyroku

Ze zgromadzonych poszlak wynika, że mężczyzna przekazywał informacje przydatne przemytnikom. Miał on sprawdzać trasy, informować o sposobach działania polskich służb. Jego działalność w ISIS przypadała prawdopodobnie na okres między styczniem 2014 a sierpniem 2015 roku. W tym czasie przebywał w Austrii, Serbii, na Węgrzech, a także w Turcji i Grecji, gdzie nawiązał kontakt z terrorystami. Oprócz  Abdelhamida Abaaouda zdaniem prokuratury kontaktował się z Abu Khalidem Al-Baljikim (Soufiane Amghar) i Abu Z-Zubayr Al-Baljikim (Khalid Ben Larbi). Terroryści ci zostali zabici w belgijskim mieście Verviers w styczniu 2015 roku.

Nad Wisłą pojawiają się podobne problemy do tych, z którymi zmagają się społeczeństwa zachodnie. Różni nas natomiast skala.

Oprócz przynależności do organizacji terrorystycznej Marokańczyk oskarżony został o wyłudzenia, posługiwanie się fałszywymi dokumentami i przewożenie narkotyków. Prokuratura domagała się kary sześciu i pół roku więzienia. Obrońca zaś utrzymywał, że mężczyzna jest niewinny.

Przypadek Marokańczyka pokazuje luki w działaniu systemu wizowego i procedur udzielania azylu w Europie. Austriacki Federalny Urząd do spraw Obcokrajowców i Azylu wydał mu dokumenty uprawniające do pobytu na terenie kraju. Przebywając w Wiedniu Marokańczyk udawał ofiarę wojny w Syrii. Tymi wyłudzonymi dokumentami posługiwał się także w Polsce.

Polacy w szeregach ISIS

W 2015 roku prasa informowała, że w szeregach Państwa Islamskiego działa dwudziestu Polaków. Pierwszym terrorystą z polskim paszportem działającym dla ISIS był Jacek S. Zanim zasilił szeregi muzułmańskich ekstremistów przebywał na emigracji w Niemczech i to tam nawiązał z nimi kontakty. W czerwcu 2015 roku razem z Kuwejtczykiem i Palestyńczykiem wziął udział w samobójczym zamachu na rafinerię w irackim Bajdżi. Życie straciło wtedy jedenaście osób. Dziesięć lat wcześniej wyjechał do Getyngi. Od tamtego momentu jego związki z Polską były dość słabe. W 2014 roku przeszedł na islam. Sąsiedzi Polaka mówili, że od tego czasu stał się bardziej konfliktowy i agresywny. Służby specjalne informowały o tym, że Jacek S. w zamachu zginął.

Radykał, do którego nie chciał się przyznać lubelski meczet

Rok później głośno zrobiło się o Jakubie Jakusie alias Bismillahu ir-Rahman ir-Rahimie. Ten 24-letni mężczyzna pochodził z Sandomierza. Nauczyciele i koledzy zapamiętali go jako uśmiechniętego i spokojnego człowieka. W jego życiu religia odgrywała istotną rolę. Uczęszczał do katolickiego liceum. Jednak katolicyzm wydawał mu się zbyt liberalny i wybrał całkowite podporządkowanie się Bogu, a znalazł je w islamie. Jednym z pierwszych przejawów radykalizacji było stronienie od dziewczyn. Nie podawał ręki kobietom, unikał ich towarzystwa. Zachęcał swoich kolegów ze szkoły do przyjęcia islamu. Działał aktywnie wypełniając obowiązek dawah (nawoływanie do przyjęcia islamu przez niewiernych). Prezentował swoje poglądy na Uniwersytecie Łódzkim. Bywał w meczecie w Lublinie. Co ważne, niektórzy wierni chcieli ten fakt ukryć przed opinią publiczną, mówili nieprawdę w rozmowie z reporterem TVN24. W szeregi Państwa Islamskiego trafił przebywając w Norwegii. Wykorzystując tzw. szklak skandynawski dotarł do Syrii. W 2017 roku mężczyzna najpewniej zginął.

Wyrozumiałość wobec morderców

Funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego 12 lutego bieżącego roku zatrzymali mężczyznę podejrzanego o próbę przeprowadzenia zamachu terrorystycznego. W tym celu Dawid Ł. zbierał pieniądze. Mężczyzna przebywał w Radomiu. Był cały czas pod obserwacją służb, które zatrzymały go w momencie, gdy dysponowały materiałem dowodowym. Teraz decyzją Sądu Rejonowego w Łodzi spędzi trzy miesiące w areszcie. Trzeba dodać, że równolegle przeciwko Dawidowi Ł. toczy się inne postępowanie, w którym został oskarżony o działanie w grupie terrorystycznej o celach „zbieżnych z celami Państwa Islamskiego”.

W tym postępowaniu sędzia podjął decyzję o zwolnieniu z Dawida Ł. z aresztu, co nastąpiło 10 października 2018 roku. Mężczyzna został zatrzymany 17 listopada 2015 roku przez norweskie służby. To właśnie w Norwegii się zradykalizował. Bezpośrednim impulsem do zmiany wyznania była miłość do muzułmanki, gdyż jako niewierny nie miał szans się z nią związać. Przeszedł na islam, zaczął uczyć się arabskiego i studiować Koran.

Jego wpisy na islamistycznych forach przykuły uwagę służb już w 2012 roku. Na forach grupy internetowej „Prorok Ummah” dał się poznać jako zwolennik salafizmu. Polak zwrócił uwagę 20-letniej Małgorzaty. Dziewczyna wbrew woli matki przeszła na islam. W styczniu 2014 roku przyjechał po nią do Warszawy, żeby wziąć z nią ślub. Udzielił go im duchowny w meczecie przy ul. Wiertniczej w Warszawie.

Następnie mężczyzna przekroczył nielegalnie granicę syryjsko-turecką. Tam dołączył do organizacji Hakarat Fajr Szam al-Islamija. W jego komputerze śledczy znaleźli wyjątkowo brutalne materiały z egzekucji syryjskich żołnierzy, a także filmy instruktażowe dla terrorystów. Podczas przesłuchania w Norwegii mówił: „Jeżeli uciskani ludzie znajdują poczucie bezpieczeństwa w Państwie Islamskim, to ja ich rozumiem”.

Naiwność służy radykałom

Według rozmaitych źródeł grupa polskich dżihadystów nie przekracza 40 osób. Oczywiście jest to kropla w morzu. Mniejszość, wyrażana w wielu miejscach po przecinku. Sprawy jednak nie da się bagatelizować. Powyższe biografie jak w soczewce skupiają rozmaite szersze zjawiska.

Po pierwsze, dżihadyści nie są wyrzutkami wśród polskich muzułmanów. Biorą śluby w meczecie (Warszawa, ul. Wiertnicza), uczęszczają regularnie na modły (Lublin). Po drugie, mają możliwość oficjalnego promowania swoich poglądów, także tych radykalnych, nawet w murach szacownych instytucji (Jakub Jakus na Uniwersytecie Łódzkim). Po trzecie w końcu, wymiar sprawiedliwości z terrorystami obchodzi się dość łagodnie, by nie powiedzieć naiwnie. Ktoś w sędziowskiej todze pozwolił przecież opuścić Dawidowi Ł. areszt. Ten korzystając z swobody planował zamach. Trudno o bardziej porażający przykład naiwności.




Tragedia w Christchurch i polityczne gry

Jan Wójcik

Dla islamistów sprawnie posługujących się pojęciami z kategorii liberalizmu – obcymi ich nurtowi politycznemu – takimi, jak wolność, tolerancja, prawa człowieka, obojętne jest czy zamachu dokonał dżihadysta zabijając niemuzułmanów, czy neonazista zabijając muzułmanów.

I tak w każdym przypadku winna jest „islamofobia”, a wydarzenie jest pretekstem do prowadzenia polityki.

Kiedy giną muzułmanie, zasadne jest pytanie, na ile nienawiść do nich, tzw. „islamofobia”, traktowanie ich jako masy odpowiedzialnej za ataki terrorystyczne, jest pośrednio przyczyną takich zbrodni? Kiedy jednak giną ludzie innych wyznań z rąk dżihadystów, zwłaszcza w zamachach na Zachodzie, „dla odmiany” z ust przedstawicieli politycznego islamu słyszymy, że przyczyną dokonania ataku jest poczucie wyobcowania czy doświadczana przez nich dyskryminacja.

Pokazuje to jasno, że nie chodzi tu o zrozumienie problemu, dialog, tylko zdobycie kolejnych punktów w politycznej walce.

Z drugiej strony, w środowiskach skrajnej prawicy nie jest lepiej. Kiedy dżihadysta popełnia zamach, dla tych środowisk winę ponoszą muzułmanie en masse. Kiedy z kolei zabijani są muzułmanie – i to niestety można było w weekend przeczytać – oznajmiają, że to odpowiedź, wojna, karma i wygłaszają inne, podobne, obrzydliwe wytłumaczenia. Jeżeli traktować serio niektóre komentarze, to można by pomyśleć, że istnieje grupa niemuzułmanów, która tylko czeka na wezwanie do „dżihadu”.

Na tym tle wezwanie reformatora islamu Maajida Nawaza do powstrzymania się od zdobywania kolejnych „baz” po zamach w Christchurch, zasługuje na duży szacunek. Nawaz jest w tym wiarygodny, bo za swoją postawę obrywa od wszystkich – od skrajnej prawicy, skrajnej lewicy i islamistów. Dla pierwszych jest niewiarygodnym muzułmaninem, drudzy widzą w nim pomocnika „islamofobów”, a ostatni muzułmańskiego Wuja Toma.

Nawaz nie bez powodu wezwał do takiego podejścia, bo już kilka godzin po zamachach Mehdi Hasan, dziennikarz amerykańskiego oddziału Al Jazeery, wymierzył oskarżycielski palec w ateistę i liberała Sama Harrisa. Sam Hasan przed zatrudnieniem w katarskiej telewizji stwierdził na publicznym wykładzie, że „niemuzułmanie żyją jak zwierzęta”. A teraz wzywał do ujawnienia wszystkich, którzy demonizują, podżegają i dostarczają „surowych materiałów” dla skrajnej prawicy. Jak widać zarzutem nie jest już wyznawanie skrajnie prawicowej ideologii, ale także to, że ktoś z owej skrajnej prawicy mógłby skorzystać z naszej pracy. Bo Hasan dzisiaj już jest świadomy, że głoszenie takich poglądów, jakie on sam głosił w przeszłości, może wykluczyć kogoś z debaty. Wie też zapewne – od kiedy Southern Poverty Law Center zapłaciło wysokie odszkodowanie Quilliam Foundation Nawaza (za umieszczenie go na liście „antymuzułmańskich ekstremistów”) – że taktyka w stylu „name&shame” (nazwij i zawstydź), może skończyć się nawet dotkliwą karą finansową. Oszczędnie więc używa nazwisk i rozwiązań.

Za to obserwujący go tłum zaczął wymieniać następnych – Nawaza, Mellanie Philips, Borisa Johnsona, pochodzącego z Pakistanu brytyjskiego ministra spraw wewnętrznych Sajida Javida, czy byłych muzułmanów. Padają wezwania nie tylko do ujawnienia, ale także „uciszenia”, „usunięcia ze społeczeństwa”.

Debata publiczna musi się toczyć nieobciążona tym, że jakiś radykał, wykorzystując fragmenty czyichś wypowiedzi i czyniąc sobie idoli z ludzi, którzy nigdy by jego czynu nie poparli, dokonuje zbrodni.

Czy w Polsce było inaczej? Można jeszcze rozumieć Marka Migalskiego, który pisząc „ gdzie są dziś wszyscy idioci, bredzący o tym, że może nie każdy muzułmanin jest terrorystą, ale na pewno każdy terrorysta jest muzułmaninem?”, wskazywał rzeczywiście na postawę irracjonalną, a nie atakował przeciwników w debacie. Natomiast Youssef Chadid z Ligi Muzułmańskiej w RP jak zdarta płyta powtarzał, że islamofobia jest jak antysemityzm w XX wieku i apartheid w RPA. Ewidentnie uprawiał więc politykę na trupach współwyznawców.

Z dwóch powodów: po pierwsze zwyczajnie mówił nieprawdę, bo muzułmanie nie są w Europie tak pozbawieni praw, jak niegdyś Żydzi, ani nie ma w Europie systemu, który traktowałby muzułmanów tak, jak traktowano kiedyś czarnych w RPA. Po drugie, co ważniejsze, jeżeli chce się zasłaniać Żydami, to warto, żeby odpowiedział w końcu na wezwanie, żeby Liga Muzułmańska w RP odcięła się od jednego z największych antysemitów w świecie islamu, jakim jest stawiany w Lidze za wzór obywatelskości Jusuf Al-Karadawi.

Takie zachowanie nie dotyczy jedynie spraw związanych z muzułmanami. To szerszy problem. Podobne polityczne zagrania dość często mają miejsce przy różnych głośnych tragediach.

Debata publiczna musi się toczyć i nie może być obciążona tym, że jakiś radykał, wykorzystując fragmenty czyichś wypowiedzi i czyniąc sobie idoli z ludzi, którzy nigdy by jego czynu nie poparli, przekracza granice dyskusji i dokonuje zbrodni.

Z jednej strony nie należy podchodzić obojętnie do wypowiedzi demonizujących całą grupę, nie czyniących rozróżnień i odczłowieczających innych. Z drugiej tak samo należy jasno mówić o tych, którzy próbują wygrać swe polityczne cele, żerując na tragedii.