Dzień Uchodźcy. Cztery lata po kryzysie i nic się nie zmieniło

Przy okazji Dnia Uchodźcy dotarł do mnie film UNHCR Polska, na którym „plejada polskich aktorów” odczytuje listę rzeczy, jakie uchodźcy zabraliby uciekając z domu. Film poruszający w zamiarze, wywołał jednak odwrotną od zamierzonej reakcję. 

Wygląda na to, że cztery lata po szczycie kryzysu imigracyjnego w dalszym ciągu gra się na reakcjach emocjonalnych społeczeństwa. Ta kolejna próba obudzenia wrażliwości, to prosta pedagogika. Przedstawienie cierpienia człowieka, postawienie się w jego sytuacji, ma nas skłonić do przyjęcia postaw, jakich życzyliby sobie twórcy filmu. Nie przedstawia się jednak żadnych propozycji rozwiązania, poza nieakceptowalnym, z punktu widzenia zdrowego rozsądku, otwarciem na masową migrację.

Czy trzeba uczyć wrażliwości?

Rozumiem osoby występujące w filmie. W wieku 18 lat też chciałem nagrać piosenkę o tym, jak zła jest wojna, wystawić sztukę o tym, jak planeta ginie (tak – wtedy już też o tym świat dyskutował). Człowiek czerpie z takiego działania poczucie, że coś robi i czuje się moralnie dobrze, żeby nie powiedzieć lepiej. Lepiej od innych. Tylko że te osoby nie mają już osiemnastu lat. A tak na marginesie, to zastanawia mnie, ile pieniędzy organizacje pozarządowe w Polsce przeznaczyły na taką promocję postaw versus rzeczywista pomoc uchodźcom?

Niestety, nie mam prawie wątpliwości, że cierpienie na Ziemi istniało, istnieje i istnieć będzie. Przeciętnie zorientowany człowiek jest w stanie wymienić naprędce wiele różnych sytuacji, w których ludziom – milionom ludzi – nie udziela się wystarczającej pomocy. Przemoc wobec kobiet, uzależnienia i handel narkotykami, współczesne niewolnictwo, praca dzieci, życie w stałej biedzie, głód, choroby cywilizacyjne, niewolnictwo seksualne… itd.

I nie sądzę, żeby trzeba było tłumaczyć, jak straszna jest wojna, co się dzieje, kiedy nie masz co jeść. Ludzie to rozumieją, ale brak ich otwartości polega na tym, że nie chcą rozwiązań, które ich narażą na przykre konsekwencje.

Pomagać uchodźcom i imigrantom z sensem

Świadomość ogromu cierpienia nie oznacza, że mamy się na nie uniewrażliwić, opancerzyć. Oznacza jednak, że jeżeli chcemy rozwiązywać takie problemy, musimy rozumieć ich skalę i charakter. Postępować rozsądnie, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której nie tylko nie rozwiążemy problemów, ale sami zostaniemy nimi pochłonięci.

Ktoś powie: „Ale ludzie cierpią”. Tak jak napisałem wyżej – cierpią i będą cierpieli, i to nie tylko z powodu uchodźstwa. I jeżeli nie trafia do kogoś argument „zdrowego egoizmu”, to może zrozumie, że będąc sami pogrążeni w problemach utracimy możliwość pomagania. Europa nie pomoże Afryce stając się kontynentem targanym przez wewnętrzne konflikty, ze skrajnymi partiami u władzy i radykalnym islamem na ulicy oraz masą bezrobotnych do utrzymania. No chyba, że ktoś jeszcze wierzy w bajeczki o wielokulturowym państwie, w którym każdy żyje według własnych zasad, a homoseksualista z salafitą pod rękę pielęgnują wegański ogródek.

Otwierając szerzej drzwi spowodujemy, że coraz większe masy ludności będą chciały ruszyć do Europy. Jeżeli sąsiadowi się udało, to może ja spróbuję. To jest intuicyjny, zdroworozsądkowy mechanizm, ale to jest też zbadany mechanizm tzw. czynnika zachęcającego (pull-factor). Więcej o tym można przeczytać w książce Grzegorza Lindenberga „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Europie”.

Czy naprawdę jesteśmy gotowi pomagać uchodźcom?

To co w związku z tym można robić? Na poziomie osobistym wspierać finansowo. Tu pojawia się pytanie, jak wybrać akurat te, a nie inne problemy. To już osobiste pieniądze i osobista decyzja. Na poziomie Unii Europejskiej – jeżeli tak naprawdę, a nie tylko deklaratywnie, chcemy rozwiązywać problemy – to może zastanówmy się nad wspólną polityką rolną i taryfami celnymi chroniącymi rolników. Pojawią się i środki pomocowe, a biedne kraje będą mogły wreszcie eksportować do nas żywność. Oczywiście, jeżeli nie zablokujemy tego eksportu tym argumentem, że w tamtych krajach stosuje się GMO i wtedy już nie mogą być naszym dostawcą.

Które środowiska polityczne staną przeciwko ekologom i europejskim rolnikom? Co zrobi Francja, największy beneficjent obecnej polityki rolnej UE, której prezydent najgłośniej gardłuje za karaniem Polski za antyuchodźcze stanowisko?

Możemy podnieść podatki o 100 euro rocznie na fundusz uchodźców (w takiej czy w innej formie, proporcjonalnej do najniższej krajowej, wyłączającej z podatku najbiedniejszych). 50 miliardów euro mogłoby zasilić programy edukacji, rozwoju gospodarczego, pomocy w ośrodkach dla uchodźców. Zgodzimy się na kolejne podatki?

Potrzebujemy też silniejszej armii, zdolnej reagować, wspierać takie misje za granicą, chronić ludzi. Znowu potrzebne są środki.

Może problem jest z radykalnym i konserwatywnym islamem. Może lata wiary w wielokulturowość, w trakcie których przyzwoliliśmy na rozrost postaw odrzucających demokrację i nasze społeczeństwa, odbijają się teraz czkawką. Ponieważ każdy następny imigrant z tych regionów świata kojarzy się z problemami. Może powinniśmy powrócić jednak do sytuacji, że kraje europejskie, jako przyjmujące, włączają przyjeżdżających do swojej kultury. Tylko że wśród tych samych środowisk, które zalecają otwarcie się na imigrację, jest sprzeciw wobec integracji. I bądź tu mądry.

Hipokryzja zwolenników przyjmowania

Te wszystkie deklaratywne postawy prouchodźcze zostały znakomicie obnażone w różnego rodzaju prowokacjach. Okazuje się bowiem, że z chęcią gardłujemy za przyjmowaniem, kiedy nas to nie dotyczy. Z chęcią wystąpilibyśmy w sztuce, gorzej z życiem pod jednym dachem. Osoba zapytana na ulicy, czy przyjęłaby uchodźców pod dach, odpowiada twierdząco, gdy okazuje się jednak, że uchodźca stoi obok i jest gotowy do wprowadzenia się, zaczynają się wykręty.

Więc skoro już wiemy, że nie zmienimy naszej polityki rolnej, nie obniżymy ceł ani „ekologicznych” wymogów, nie podniesiemy podatków, nie zmienimy wielokulturowości w asymilację, nie zgodzimy się na kolejne użycie armii poza granicami kraju… wystawmy sztukę z okazji Dnia Uchodźcy o przyjmowaniu uchodźców.

Jan Wójcik




Kościół wobec islamu i imigracji. Nie wszystkiemu winne jest „lewactwo”.

Jan Wójcik

Przywykliśmy do opinii, że obecność islamu w Europie oraz pobłażanie ideologiom islamistycznym to „wina lewactwa”.  Winą europejskiej lewicy jest przyzwolenie na niekonsekwentne podchodzenie do mniejszości, kiedy łamią one prawa innych mniejszości, czy głoszą dyskryminacyjne poglądy.

Winą tejże lewicy jest wycofywanie się z wolności słowa, żeby zadośćuczynić poprawności politycznej. Winą lewicy jest idea tolerancji, która akceptuje zachowania nietolerancyjne. Winą lewicy jest masowa imigracja…

Oskarżenia, jakie padają pod adresem lewicy, można by wymieniać długo. Mało z kolei mówi się o tym, jak problemy z imigracją i politycznym islamem zostały wygenerowane przez Kościół Katolicki i inne odłamy czy środowiska chrześcijańskie.

Papież, promotor imigracji

Obecna głowa Kościoła Katolickiego, papież Franciszek, jest jednym z największych zwolenników przyjmowania uchodźców i otwierania się na imigrantów. „Proponuję cztery słowa – przyjmować, chronić, promować i integrować – które powinny cechować naszą postawę wobec imigrantów i uchodźców” – powiedział papież Franciszek podczas pierwszego dnia pielgrzymki do Maroka.

To jedna z wielu podobnych wypowiedzi papieża w trudnej kwestii imigracji, która zyskuje mu grono zwolenników wśród tak zwanych środowisk liberalnych. Co prawda czasami papież uznaje prawo państw do kontroli granic. Dopatrywanie się jednak w masie jego proimigracyjnych wypowiedzi niuansów czy zrozumienia ograniczeń Europy, albo też braku dogmatyzmu, wymagałoby naprawdę dobrej woli.

Do kwestii migracji dochodzi jeszcze bezkrytyczny dialog papieża z islamem. Żelazną zasadą jest tu brak reakcji wobec prześladowania chrześcijan i unikanie kwestii spornych. Jeżeli już się zdarzają, nigdy nie wiadomo, kto tych chrześcijan prześladuje. Nawet wśród wielu chrześcijan wezwania papieża Franciszka do odstąpienia od  prozelityzmu wzbudziły szok. Tłumaczono to co prawda później jako zachętę do przyjęcia chrześcijaństwa poprzez własną postawę i dobrym przykładem, a nie przez usilne nakłanianie do przyjęcia wiary.

Jednak w Maroku, kraju nie uznającym zmiany wiary z islamu na chrześcijaństwo, gdzie konwertyci praktykują po cichu w domach, te słowa nabierają innego znaczenia.  Nic dziwnego, że w obliczu takiej postawy cechującej ten pontyfikat eksmuzułmanie, którzy przeszli na chrześcijaństwo, wręcz pytają papieża: skoro islam jest tak dobrą religią, to jaki sens miało dla nas ryzykowanie własnym życiem i przyjmowanie chrześcijaństwa?

Dialog międzywyznaniowy z ekstremizmem w tle

Papież angażuje się też bardzo w dialog z Wielkim Imamem Uniwersytetu Al-Azhar w Kairze, instytucji religijnej o największych wpływach w świecie islamu. Kluczowe i przez wielu oceniane jako historyczne, było spotkanie Franciszka z Ajmanem Al-Tajebem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Była to pierwsza wizyta głowy Kościoła na Półwyspie Arabskim i pierwsza tamże odprawiona papieska msza. To także podpisana wspólna deklaracja braterstwa dwóch wyznań. Papieża jednak krytykowano za to, że dla dobra dialogu przemilczał łamanie w ZEA praw człowieka imigrantów (takich samych, jak ci, których nakazuje przyjmować Europie), czy też zbrodnie popełniane w Jemenie.

Komu jednak mógłby przeszkadzać sam dialog? Zapewne nikomu, jednak Al-Tajeb nie jest w tym dialogu partnerem uczciwie traktującym drugą stronę. W roku 2016, dwa tygodnie po spotkaniu z papieżem Franciszkiem, rektor Al-Azhar w kazaniach ramadanowych emitowanych przez wiele egipskich stacji telewizyjnych, usprawiedliwiał przewidzianą przez szariat karę śmierci dla apostatów,  w tym także konwertytów z islamu na chrześcijaństwo.

Jeśli połączy się to z wspomnianym wyżej wezwaniem papieża do zaniechania nawracania muzułmanów, to mamy do czynienia nie z dialogiem równorzędnych partnerów, lecz z jakąś formą appeasementu. Tłumaczenie, że apeluje on do kręgów umiarkowanych w islamie i wspiera nurty reformatorskie, w obliczu takich wypowiedzi na temat apostatów czy homoseksualistów, nie wytrzymuje próby.

Głowa Kościoła nie broni swoich wiernych

Podczas żadnej z wymienionych wizyt, co zarzucili mu krytycy, papież nie powiedział nic w obronie prześladowanych chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Niektórzy twierdzą, że toczy tam przegraną bitwę.

Postawa papieża Franciszka nie jest racjonalną oceną możliwości i konsekwencji. Papież kieruje się dogmatyzmem, który ma swoje naśladownictwo także w Polsce. W trakcie kryzysu imigracyjnego w 2015 roku Szymon Hołownia pisał: „Nawet jeśli przyjęlibyśmy (absurdalne) założenie, że każdy muzułmanin to potencjalne zagrożenie – to co z tego? Przecież Ewangelia mówi wyraźnie, że mam dobrze czynić również (albo: zwłaszcza) tym, którzy mnie prześladują i nienawidzą!”.

Można oceniać te słowa pozytywnie z punktu widzenia odwagi praktykowania wiary, ale w polityce państwa należy uciekać jak najdalej od takiego fanatyzmu religijnego. Fanatyzmu, który szafuje nie tylko własnym bezpieczeństwem, ale i bezpieczeństwem ludzi nie podzielających podobnych poglądów.

Zanim papież wezwie Europę do przyjmowania imigrantów, powinien krytycznie przyjrzeć się polityce Kościoła, która między innymi doprowadziła do tej sytuacji.

Podobne nastawienie widać w środowiskach krakowskich chrześcijan, angażujących się w inicjatywy, których celem jest zafałszowanie rzeczywistości. Są to akcje propagujące pogląd, że Europa nie ma problemu z kryzysem migracyjnym, czy też dające platformę do działania członkom islamistycznej Ligi Muzułmańskiej w RP.

Organizacje chrześcijańskie sabotują rozwiązanie problemu

Organizacje chrześcijańskie nie tylko głoszą pewne prawdy. Angażują się również aktywnie, sabotując działania rządu prowadzące do regulowania migracji. Kościoły w Niemczech ukrywały (udzielały azylu) imigrantów zagrożonych deportacją.  Podobne sytuacje miały miejsce także w Szwecji.

Ta polityka organizacji chrześcijańskich, oparta w założeniu na przesłankach moralnych, odnosi na szerszą skalę odwrotny skutek. Głównym problemem polityki migracyjnej jest bowiem nieskuteczna deportacja. Jeżeli ten element nie zostanie poprawiony, migranci i uchodźcy będą w Europie postrzegani coraz bardziej niechętnie.

Wszystkie wymienione powyżej postawy bledną jednak w porównaniu z główną przyczyną problemów, przed jakimi stanie w najbliższych latach Europa – potężną nadwyżką demograficzną w ubogiej Afryce. A Kościół Katolicki od ponad pół wieku potwierdza zakaz sztucznych metod antykoncepcji. I jak pisze w artykule redakcyjnym „The Guardian”, ofiarami tego zakazu nie są zachodni chrześcijanie, którzy go zwyczajnie omijają, ale kobiety w biednych krajach.

Papież Jan Paweł II także wielokrotnie sprzeciwiał się środkom antykoncepcyjnym, włączając je w to, co nazywał „kulturą śmierci” i zamachem na rodzinę.  W Afryce planowanie rodziny, do którego namawiał Zachód, Kościół Katolicki przedstawiał jako przedłużenie kolonializmu. Nic dziwnego więc, że rasistą został nazwany także Emmanuel Macron. Kiedy francuski prezydent  w 2017 roku w Nigrze wezwał do ograniczenia dzietności jako jednego z czynników poprawy bytu, spotkał się z masową krytyką.

Trzeba znaleźć wyjście ponad podziałami

Nie da się więc nie widzieć związku między taką polityką, a nowym miliardem mieszkańców Afryki. Dzisiaj, najwyższy rangą przedstawiciel Kościoła gani Europejczyków za chęć zadbania o własne bezpieczeństwo i zaostrzenie polityki migracyjnej. Najpierw chyba powinien uderzyć się w swoje piersi i wytłumaczyć, jak jego instytucja zamierza rozwiązać problemy, do których się przyczyniła.

Jak widać, nie można tutaj zrzucić winy na „lewactwo”. Jednocześnie zauważyć należy, że w gronie Kościoła są społeczności i jednostki myślące trzeźwo i racjonalnie. Podobnie jest na szeroko rozumianej lewicy. Przykłady to chociażby część środowiska ateistów z portalu Racjonalista.tv, czy ostatnio niektóre głosy dochodzące z „Krytyki Politycznej”.

I jak to od wielu lat podkreślamy, podejście do problemu imigracji i radykalnego islamu przekracza ustalone podziały polityczne. Nie da się tego sprowadzić do tradycyjnej walki lewica kontra prawica. I trzeba zacząć myśleć – ponad podziałami – o tych problemów sensownym rozwiązaniu.




“Wzbierająca fala” – o imigracji bez mitów i emocji

Grzegorz Lindenberg, pisząc swoją nową książkę, „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce”, postawił sobie trudne zadanie „zawrócenia kijem Wisły”. Bo nie jest to książka, która ma tylko opisać już tworzące się wyzwania imigracyjne, ale ma także zmienić nasz – a w szczególności polityków i mediów – sposób myślenia o nich.

A ten po kryzysie imigracyjnym lat 2014-16 wydaje się być zdominowany przez życzeniowe przekonania, nie poparte żadnymi badaniami czy dowodami.

Część z polityków odtrąbiła już koniec kryzysu migracyjnego. W jednych miejscach zamknięto porty, w innych współpracujemy z lokalnymi milicjami i dyktatorami, gdzie indziej wspieramy armie w działaniach antyterrorystycznych. Politycy, którzy jak unijny komisarz ds. migracji Dimitris Avramopulos jeszcze niedawno kazali Europejczykom przyzwyczajać się do migracji jako zjawiska oczywistego dla naszych czasów, dzisiaj chwalą się, jak UE poradziła sobie z ostatnią falą.

Tymczasem, jak pokazuje to Lindenberg opierając się na badaniach ONZ, demografia na południe od Morza Śródziemnego zmienia się gwałtownie. Może to nie jest tak, jak w totolotku – milion w środę milion w sobotę – ale million ludzi, których przybywa co pół roku w samym Egipcie, także pobudza wyobraźnię. Jak wynika z cytowanych przez autora sondaży chęć migracji z samych przyczyn ekonomicznych jest ogromna.

Czy takim razie te wspomniane doraźne środki powstrzymają chęć migracji, kiedy dojdą takie czynniki jak susze, konflikty lokalne, rozwój terroryzmu w tamtym regionie? Nie chodzi tylko o Afrykę, bo jest na przykład pytanie, co stanie się w gęsto zaludnionym Bangladeszu, którego żyzne i zamieszkane tereny leżą na poziomie morza, kiedy wody światowe zaczną się podnosić?

Wydaje się, że politycy europejscy postanowili jednak wziąć się porządnie za problem i zacząć mocno dofinansowywać państwa afrykańskie. Padają deklaracje kwot ze strony prezydenta Francji, Niemiec, Danii, czy samej Unii Europejskiej. I sam postulat pomocy Afryce autor popiera, ale w świetle uznanych badań socjologów i ekonomistów, jeżeli chodzi o hamowanie imigracji, przypomina to próbę gaszenia ognia benzyną. Tutaj więc także politycy bardzo się mylą. Jeżeli zasadniczo nie będzie się zmieniało funkcjonowanie tamtejszych państw, więcej pieniędzy spowoduje większe możliwości migracji.

Może jednak to nie jest problem. Może rację ma prof. Grzegorz Kołodko, który argumentuje, że nadwyżka z Afryki przeleje się do Europy i uzupełni braki demograficzne, ratując naszą gospodarkę i systemy emerytalne? To niestety kolejny mit, który Lindenberg rozwiewa, odnosząc się nie tylko do swojej poprzedniej książki, „Ludzkość poprawiona” o skoku technologicznym, jaki ma się dokonać w najbliższych dekadach, ale też do kolejnych badań, które nie potwierdzają dramatycznych proroctw o załamaniu gospodarki z powodów demograficznych, a dodatkowo podkopują wiarę, że imigracja z południa Morza Śródziemnego miałaby nam jakoś pomóc.

Książka powstała nie tylko jako diagnoza sytuacji, co byłoby dość wygodnym, choć jedynie kasandrycznym podejściem. Ideą książki nie jest straszenie społeczeństwa imigrantami i budowanie negatywnego do nich stosunku, bo oni sami są ofiarami szerszych procesów. Chodzi o skłonienie wszystkich zainteresowanych i odpowiedzialnych za sytuację do długofalowego i jak najszerszego myślenia o problemie imigracji, tak żeby nie wzmacniać społecznych napięć, które zaobserwowaliśmy w Europie po, bagatela, dwóch milionach imigrantów w ostatnich latach. Autor podaje więc rekomendacje działań, jakie powinny zostać podjęte, by stawić czoło temu wyzwaniu.

Jeżeli nam się nie uda, wszystkie wymienione czynniki łącznie mogą doprowadzić do wystąpienia potężnych społecznych napięć wewnątrz kontynentu europejskiego. Eksplozja demograficzna w Afryce ma więc potencjał skończyć się eksplozją, już niedemograficzną, w Europie.

Redakcja Euroislamu

————————-

Grzegorz Lindenberg: „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce”. Wyd. Fundacja Instytut Spraw Europejskich, 2019.

Książkę można zamówić na stronie dystrybutora

ksiazka_fala2




Gdzie terrorysta nie może, tam Facebooka pośle

Agnieszka Kołek, prowadząca promującą wolność słowa w sztuce organizację Passion for Freedom, zaczyna regularnie doświadczać cenzury ze strony Facebooka.

Wyświetlanie zamieszczonego przez nią żartu z popularnej serii rysunków „Jesus and Mo” zostało zablokowane w Pakistanie, bo narusza tamtejsze zasady prawne.

Z kolei rysunek Lara Vilksa, przedstawiający psa z głową Mahometa, został ocenzurowany przez „Urząd ds. Cybernetycznej Myślozbrodni”, ponieważ narusza standardy społeczności.

Rondellhund

Tu trzeba przypomnieć, że karykatura ta nie miała na celu ośmieszenia proroka, tylko była wyrazem wsparcia dla Kurta Westergaarda, doświadczającego ataków po opublikowaniu słynnych karykatur Mahometa. Poza tym nawiązywała do modnego wówczas w Szwecji trendu domalowywania różnych głów psom zdobiącym ronda drogowe.

Larsowi Vilksowi udało się przeżyć kilka zamachów terrorystycznych, które zorganizowali na niego islamscy fundamentaliści w odpowiedzi na ten rysunek. Celem najgłośniejszego z takich zamachów, w Kopenhadze w 2015 roku, była także Agnieszka Kołek, biorąca udział w debacie o wolności słowa. W strzelaninie zginęła jedna osoba, ranni zostali policjanci ochraniający wydarzenie. Dzisiaj Facebook podjął się dokończenia dzieła terrorystów wymierzonego w wolność słowa.

A może takie są standardy Facebooka, ktoś zapyta? Postanowiłem to sprawdzić i zgłosiłem jedno ze zdjęć, które można by podobnie uznać za naruszanie świętości religii. Chodzi mianowicie o opublikowane przez satyryczny fanpage „Buddyści murem za PiSem” zdjęcie buddyjskiej, tybetańskiej tanki z głową lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego. Z góry przepraszam autorów strony, którzy mają prawa do tej publikacji, posłużyła mi tylko do eksperymentu.

murem za pisem

I pewnie jak się czytelnik domyśla, otrzymałem odpowiedź, że to zdjęcie nie narusza standardów Facebooka. Tak więc Facebook nie stawia się tylko w roli bezstronnego obrońcy jakiejś ostrej formy poprawności politycznej. Jego administratorzy prezentują skrzywienie ideologiczne, które każe chronić uczucia religijne jednych grup bardziej niż innych.

Jan Wójcik

 




Czy Austrii uda się wyjść z multikulturowej pułapki?

Piotr Ślusarczyk

Jeśli dziś miałbym wskazać miejsce na mapie Europy, w którym dokonują się istotne zmiany, obliczone na rozwiązanie problemów związane z obecnością politycznego islamu w Europie, wskazałbym na Austrię. To tam od 2015 roku zmienił się nie tylko klimat polityczny, ale także i prawo.

Władze w Wiedniu próbują zastąpić model wielokulturowy ideą „kultury wiodącej”. W tym celu wprowadzają nowe rozwiązania legislacyjne, które, jak się właśnie okazało, są zgodne z konstytucją.

Źródła poparcia społecznego dla polityki zrywającej z multi-kulti 

Problem obecności radykałów muzułmańskich nad Dunajem od wielu lat skupia uwagę opinii publicznej. Jednym z pierwszych polityków, którzy na swoje sztandary wzięli „ochronę tożsamości austriackiej” był Jörg Haider, przywódca Austriackiej Partii Wolności. Oskarżany o populizm i antyeuropejskość polityk ostatecznie został wykluczony z własnej partii w kwietniu 2005 roku. Przywódca Austriackiej Partii Wolności z powodu nacisków dyplomatycznych nie zasiadał w ławach rządowych. Nie zatrzymało to jednak unijnych sankcji. Na osiem miesięcy (do września 2000) roku czternaście państw Unii Europejskiej nałożyło sankcje dyplomatyczne na Wiedeń.

Powodem tej decyzji było utworzenie koalicji rządowej partii Haidera z Austriacką Partią Ludową. Między innym ten ruch unijnych urzędników przełożył się na relatywnie sceptyczny stosunek obywateli Austrii do Unii Europejskiej. Z cyklicznych badań zlecanych przez Unię Europejską (dane Eurobarometru z jesieni 2015 roku) wynika, że 41% badanych negatywnie postrzega Wspólnotę, pozytywnie zaś się do niej odnosi 37%. Oba te wskaźniki znacznie wykraczają poza średnią unijną na niekorzyść Brukseli.

Podejrzewać można również, że jednym z ważniejszych źródeł postawy zdystansowanej wobec UE jest przekonanie obywateli Austrii, że masową imigrację muzułmanów (szczególnie tę po wrześniu 2015 roku) napędza bezradność unijnych elit. Przy tej okazji warto dodać, że w obawie przed utratą poparcia społecznego rząd Wernera Faymana wycofał się z unijnego programu relokacji migrantów.

Niezależnie od oskarżeń o populizm, Austriackiej Patrii Wolności udało się odczytać właściwie nastroje społeczne odnośnie polityki imigracyjnej. Emocje te udało się zresztą wykorzystać obecnemu kanclerzowi Austrii Sebastianowi Kurzowi. To właśnie twardej postawie wobec kwestii imigracyjnej oraz położeniu nacisku na spójność społeczną ten jeden z najmłodszych przywódców świata zawdzięcza swoje stanowisko. Zresztą zostało ono wzmocnione poprzez politykę informacyjną Kurza, polegająca na ustaleniu skali problemu związanego z obecnością politycznego islamu. Kluczową rolę odegrały dwa raporty – jeden mówiący o aktywności Bractwa Muzułmańskiego w Austrii, drugi o skali indoktrynacji młodego pokolenia w duchu islamskiego fundamentalizmu oraz tureckiego nacjonalizmu.

Nowa ustawa, nowe rozporządzenie, zamknięte meczety

Od 2015 roku w Austrii obowiązuje Ustawa dotycząca islamu. Jej istotą jest z jednej strony uznanie praw religijnych muzułmanów, z drugiej zaś pozwala ona na kontrolowanie i w razie potrzeby zamykanie tych organizacji muzułmańskich, które promują wartości niezgodne z obowiązującymi. I tak wprowadzono zakaz finansowania meczetów z zagranicy. Obowiązkiem muzułmanów jest promowanie pozytywnego stosunku do państwa. Kanclerz zaś zyskuje prawo do rozwiązywania stowarzyszeń muzułmańskich. Inne akty prawne zakazują zasłaniania twarzy i rozdawania Koranu na ulicy, a do obowiązków azylantów należy teraz udział w kursach językowych i w kursach promujących wartości demokratyczne. W zamian za to muzułmanie zyskali autonomię, prawo do publicznego kultu religijnego oraz zobowiązali instytucje publiczne do poszanowania tożsamości religijnej. Ostatnio zaś austriacki minister spraw wewnętrznych podpisał rozporządzenie, które zabrania posługiwania się symboliką ugrupowań fundamentalistycznych i nacjonalistycznych.

Jeśli uda się wprowadzić Austriakom zmiany w relacji między państwem a muzułmanami, będzie to oznaczało, że istnieje wyjście z „wielokulturowej pułapki”.

Istota tych zmian daje się wyrazić w jednym zdaniu – szanujemy twoją muzułmańską tożsamość pod warunkiem, że respektujesz wartości obywatelskie i demokratyczne, jak również w geście lojalności wobec Republiki zwalczasz postawy fundamentalistyczne wśród współwyznawców. Istotnym przełomem było uznanie integracji za proces wymagający wysiłku obu stron. Jeśli zaś uda się wprowadzić Austriakom te zmiany, będzie to oznaczało, że istnieje wyjście z „wielokulturowej pułapki”, polegające na zachowaniu postawy otwartej wobec Innego, przy jednoczesnej ochronie fundamentalnych wartości kultury Zachodniej.

Sprzeciw wobec fundamentalizmu zgodny z konstytucją

Zapisy ustawy zaskarżyło dwóch wydalonych z Austrii imamów, argumentując, że Ustawa dotycząca islamu narusza prawa człowieka do wolności religijnej. 21 marca austriacki Trybunał Konstytucyjny skargę tę odrzucił, argumentując, że przepisy te chronią interes publiczny, a ponadto w pojęciu autonomii wspólnoty religijnej mieści się nie tylko niezależność „od państwa, ale także od państw”. Ponadto prawo nadal pozwala na to, żeby osoby prywatne mieszkające za granicą przekazywały środki swoim współwyznawcom.

W ocenie kanclerza Austrii orzeczenie Trybunału potwierdza, że „politycznemu islamowi można postawić bariery”. Austriacki przywódca uznał, że przyjęte rozwiązania prawne mogą zostać uznane za „wzór dla innych krajów”. Istotnie orzeczenie austriackiego sądu konstytucyjnego stanowi pewien przełom. Dotychczas wielu sędziów absolutyzowało prawo do wolności religijnej, nie zauważając faktu, że islam to nie tylko religia, ale także ideologia polityczna, dodajmy: ideologia sprzeczna z demokracją i ideą wolności.




Mit bezpiecznej Polski

Piotr Ślusarczyk

Wyobrażenie o tym, że Polska pozostaje krajem wolnym od problemu terroryzmu islamskiego, jest tyleż fałszywe, co na rękę samym radykałom. Dowodzą tego procesy dżihadystów związanych z naszym krajem.

Wielu z nas uważa, że problem obecności zwolenników radykalnego islamu nie dotyczy Polski. Nasza chata z kraja – w ten sposób można skwitować dość powszechne wyobrażenia o rodzimym problemie islamskim. Wiemy, że inne kraje się z nim zmagają, my zaś mamy być od niego wolni. Na ten obraz składają się, po pierwsze, powszechne w naszej świadomości przekonanie, że muzułmanie do Polski się nie wybierają; po drugie zaś, że polski islam jest szczególny, bo tatarski. Teza piszącego te słowa jest jednak inna. Nad Wisłą pojawiają się podobne problemy do tych, z którymi zmagają się społeczeństwa zachodnie. Różni nas natomiast skala. Jednym z przykładów, bardzo wymownych, pozostają polskie wątki w działalności Państwa Islamskiego.

Marokańczyk przed sądem

Mieszka w Rybniku. Ma żonę Polkę. Pochodzi z Maroka, czyli kraju uznawanego za dość przyjazny. Mowa o Mouradzie T., który został skazany dwa dni temu przez Sąd Okręgowy w Katowicach za przynależność do Państwa Islamskiego (ISIS). Za ten czyn wymierzono mu karę trzech i pół roku więzienia. Sąd podzielił wersję śledczych o tym, że mężczyzna działał jako wywiadowca ISIS, a także utrzymywał kontakty z terrorystą Abdelhamidem Abaaoudem, który organizował zamachy w Paryżu (2015 r.) i został zabity przez policjantów w czasie obławy. Policja dysponowała bezspornymi dowodami w postaci śladów rozmów za pośrednictwem komunikatorów. Ponadto fotografie Mourada znajdowały się w telefonach i laptopach należących do członków ISIS.

Mourad T. po ogłoszeniu wyroku
Mourad T. po ogłoszeniu wyroku

Ze zgromadzonych poszlak wynika, że mężczyzna przekazywał informacje przydatne przemytnikom. Miał on sprawdzać trasy, informować o sposobach działania polskich służb. Jego działalność w ISIS przypadała prawdopodobnie na okres między styczniem 2014 a sierpniem 2015 roku. W tym czasie przebywał w Austrii, Serbii, na Węgrzech, a także w Turcji i Grecji, gdzie nawiązał kontakt z terrorystami. Oprócz  Abdelhamida Abaaouda zdaniem prokuratury kontaktował się z Abu Khalidem Al-Baljikim (Soufiane Amghar) i Abu Z-Zubayr Al-Baljikim (Khalid Ben Larbi). Terroryści ci zostali zabici w belgijskim mieście Verviers w styczniu 2015 roku.

Nad Wisłą pojawiają się podobne problemy do tych, z którymi zmagają się społeczeństwa zachodnie. Różni nas natomiast skala.

Oprócz przynależności do organizacji terrorystycznej Marokańczyk oskarżony został o wyłudzenia, posługiwanie się fałszywymi dokumentami i przewożenie narkotyków. Prokuratura domagała się kary sześciu i pół roku więzienia. Obrońca zaś utrzymywał, że mężczyzna jest niewinny.

Przypadek Marokańczyka pokazuje luki w działaniu systemu wizowego i procedur udzielania azylu w Europie. Austriacki Federalny Urząd do spraw Obcokrajowców i Azylu wydał mu dokumenty uprawniające do pobytu na terenie kraju. Przebywając w Wiedniu Marokańczyk udawał ofiarę wojny w Syrii. Tymi wyłudzonymi dokumentami posługiwał się także w Polsce.

Polacy w szeregach ISIS

W 2015 roku prasa informowała, że w szeregach Państwa Islamskiego działa dwudziestu Polaków. Pierwszym terrorystą z polskim paszportem działającym dla ISIS był Jacek S. Zanim zasilił szeregi muzułmańskich ekstremistów przebywał na emigracji w Niemczech i to tam nawiązał z nimi kontakty. W czerwcu 2015 roku razem z Kuwejtczykiem i Palestyńczykiem wziął udział w samobójczym zamachu na rafinerię w irackim Bajdżi. Życie straciło wtedy jedenaście osób. Dziesięć lat wcześniej wyjechał do Getyngi. Od tamtego momentu jego związki z Polską były dość słabe. W 2014 roku przeszedł na islam. Sąsiedzi Polaka mówili, że od tego czasu stał się bardziej konfliktowy i agresywny. Służby specjalne informowały o tym, że Jacek S. w zamachu zginął.

Radykał, do którego nie chciał się przyznać lubelski meczet

Rok później głośno zrobiło się o Jakubie Jakusie alias Bismillahu ir-Rahman ir-Rahimie. Ten 24-letni mężczyzna pochodził z Sandomierza. Nauczyciele i koledzy zapamiętali go jako uśmiechniętego i spokojnego człowieka. W jego życiu religia odgrywała istotną rolę. Uczęszczał do katolickiego liceum. Jednak katolicyzm wydawał mu się zbyt liberalny i wybrał całkowite podporządkowanie się Bogu, a znalazł je w islamie. Jednym z pierwszych przejawów radykalizacji było stronienie od dziewczyn. Nie podawał ręki kobietom, unikał ich towarzystwa. Zachęcał swoich kolegów ze szkoły do przyjęcia islamu. Działał aktywnie wypełniając obowiązek dawah (nawoływanie do przyjęcia islamu przez niewiernych). Prezentował swoje poglądy na Uniwersytecie Łódzkim. Bywał w meczecie w Lublinie. Co ważne, niektórzy wierni chcieli ten fakt ukryć przed opinią publiczną, mówili nieprawdę w rozmowie z reporterem TVN24. W szeregi Państwa Islamskiego trafił przebywając w Norwegii. Wykorzystując tzw. szklak skandynawski dotarł do Syrii. W 2017 roku mężczyzna najpewniej zginął.

Wyrozumiałość wobec morderców

Funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego 12 lutego bieżącego roku zatrzymali mężczyznę podejrzanego o próbę przeprowadzenia zamachu terrorystycznego. W tym celu Dawid Ł. zbierał pieniądze. Mężczyzna przebywał w Radomiu. Był cały czas pod obserwacją służb, które zatrzymały go w momencie, gdy dysponowały materiałem dowodowym. Teraz decyzją Sądu Rejonowego w Łodzi spędzi trzy miesiące w areszcie. Trzeba dodać, że równolegle przeciwko Dawidowi Ł. toczy się inne postępowanie, w którym został oskarżony o działanie w grupie terrorystycznej o celach „zbieżnych z celami Państwa Islamskiego”.

W tym postępowaniu sędzia podjął decyzję o zwolnieniu z Dawida Ł. z aresztu, co nastąpiło 10 października 2018 roku. Mężczyzna został zatrzymany 17 listopada 2015 roku przez norweskie służby. To właśnie w Norwegii się zradykalizował. Bezpośrednim impulsem do zmiany wyznania była miłość do muzułmanki, gdyż jako niewierny nie miał szans się z nią związać. Przeszedł na islam, zaczął uczyć się arabskiego i studiować Koran.

Jego wpisy na islamistycznych forach przykuły uwagę służb już w 2012 roku. Na forach grupy internetowej „Prorok Ummah” dał się poznać jako zwolennik salafizmu. Polak zwrócił uwagę 20-letniej Małgorzaty. Dziewczyna wbrew woli matki przeszła na islam. W styczniu 2014 roku przyjechał po nią do Warszawy, żeby wziąć z nią ślub. Udzielił go im duchowny w meczecie przy ul. Wiertniczej w Warszawie.

Następnie mężczyzna przekroczył nielegalnie granicę syryjsko-turecką. Tam dołączył do organizacji Hakarat Fajr Szam al-Islamija. W jego komputerze śledczy znaleźli wyjątkowo brutalne materiały z egzekucji syryjskich żołnierzy, a także filmy instruktażowe dla terrorystów. Podczas przesłuchania w Norwegii mówił: „Jeżeli uciskani ludzie znajdują poczucie bezpieczeństwa w Państwie Islamskim, to ja ich rozumiem”.

Naiwność służy radykałom

Według rozmaitych źródeł grupa polskich dżihadystów nie przekracza 40 osób. Oczywiście jest to kropla w morzu. Mniejszość, wyrażana w wielu miejscach po przecinku. Sprawy jednak nie da się bagatelizować. Powyższe biografie jak w soczewce skupiają rozmaite szersze zjawiska.

Po pierwsze, dżihadyści nie są wyrzutkami wśród polskich muzułmanów. Biorą śluby w meczecie (Warszawa, ul. Wiertnicza), uczęszczają regularnie na modły (Lublin). Po drugie, mają możliwość oficjalnego promowania swoich poglądów, także tych radykalnych, nawet w murach szacownych instytucji (Jakub Jakus na Uniwersytecie Łódzkim). Po trzecie w końcu, wymiar sprawiedliwości z terrorystami obchodzi się dość łagodnie, by nie powiedzieć naiwnie. Ktoś w sędziowskiej todze pozwolił przecież opuścić Dawidowi Ł. areszt. Ten korzystając z swobody planował zamach. Trudno o bardziej porażający przykład naiwności.




Tragedia w Christchurch i polityczne gry

Jan Wójcik

Dla islamistów sprawnie posługujących się pojęciami z kategorii liberalizmu – obcymi ich nurtowi politycznemu – takimi, jak wolność, tolerancja, prawa człowieka, obojętne jest czy zamachu dokonał dżihadysta zabijając niemuzułmanów, czy neonazista zabijając muzułmanów.

I tak w każdym przypadku winna jest „islamofobia”, a wydarzenie jest pretekstem do prowadzenia polityki.

Kiedy giną muzułmanie, zasadne jest pytanie, na ile nienawiść do nich, tzw. „islamofobia”, traktowanie ich jako masy odpowiedzialnej za ataki terrorystyczne, jest pośrednio przyczyną takich zbrodni? Kiedy jednak giną ludzie innych wyznań z rąk dżihadystów, zwłaszcza w zamachach na Zachodzie, „dla odmiany” z ust przedstawicieli politycznego islamu słyszymy, że przyczyną dokonania ataku jest poczucie wyobcowania czy doświadczana przez nich dyskryminacja.

Pokazuje to jasno, że nie chodzi tu o zrozumienie problemu, dialog, tylko zdobycie kolejnych punktów w politycznej walce.

Z drugiej strony, w środowiskach skrajnej prawicy nie jest lepiej. Kiedy dżihadysta popełnia zamach, dla tych środowisk winę ponoszą muzułmanie en masse. Kiedy z kolei zabijani są muzułmanie – i to niestety można było w weekend przeczytać – oznajmiają, że to odpowiedź, wojna, karma i wygłaszają inne, podobne, obrzydliwe wytłumaczenia. Jeżeli traktować serio niektóre komentarze, to można by pomyśleć, że istnieje grupa niemuzułmanów, która tylko czeka na wezwanie do „dżihadu”.

Na tym tle wezwanie reformatora islamu Maajida Nawaza do powstrzymania się od zdobywania kolejnych „baz” po zamach w Christchurch, zasługuje na duży szacunek. Nawaz jest w tym wiarygodny, bo za swoją postawę obrywa od wszystkich – od skrajnej prawicy, skrajnej lewicy i islamistów. Dla pierwszych jest niewiarygodnym muzułmaninem, drudzy widzą w nim pomocnika „islamofobów”, a ostatni muzułmańskiego Wuja Toma.

Nawaz nie bez powodu wezwał do takiego podejścia, bo już kilka godzin po zamachach Mehdi Hasan, dziennikarz amerykańskiego oddziału Al Jazeery, wymierzył oskarżycielski palec w ateistę i liberała Sama Harrisa. Sam Hasan przed zatrudnieniem w katarskiej telewizji stwierdził na publicznym wykładzie, że „niemuzułmanie żyją jak zwierzęta”. A teraz wzywał do ujawnienia wszystkich, którzy demonizują, podżegają i dostarczają „surowych materiałów” dla skrajnej prawicy. Jak widać zarzutem nie jest już wyznawanie skrajnie prawicowej ideologii, ale także to, że ktoś z owej skrajnej prawicy mógłby skorzystać z naszej pracy. Bo Hasan dzisiaj już jest świadomy, że głoszenie takich poglądów, jakie on sam głosił w przeszłości, może wykluczyć kogoś z debaty. Wie też zapewne – od kiedy Southern Poverty Law Center zapłaciło wysokie odszkodowanie Quilliam Foundation Nawaza (za umieszczenie go na liście „antymuzułmańskich ekstremistów”) – że taktyka w stylu „name&shame” (nazwij i zawstydź), może skończyć się nawet dotkliwą karą finansową. Oszczędnie więc używa nazwisk i rozwiązań.

Za to obserwujący go tłum zaczął wymieniać następnych – Nawaza, Mellanie Philips, Borisa Johnsona, pochodzącego z Pakistanu brytyjskiego ministra spraw wewnętrznych Sajida Javida, czy byłych muzułmanów. Padają wezwania nie tylko do ujawnienia, ale także „uciszenia”, „usunięcia ze społeczeństwa”.

Debata publiczna musi się toczyć nieobciążona tym, że jakiś radykał, wykorzystując fragmenty czyichś wypowiedzi i czyniąc sobie idoli z ludzi, którzy nigdy by jego czynu nie poparli, dokonuje zbrodni.

Czy w Polsce było inaczej? Można jeszcze rozumieć Marka Migalskiego, który pisząc „ gdzie są dziś wszyscy idioci, bredzący o tym, że może nie każdy muzułmanin jest terrorystą, ale na pewno każdy terrorysta jest muzułmaninem?”, wskazywał rzeczywiście na postawę irracjonalną, a nie atakował przeciwników w debacie. Natomiast Youssef Chadid z Ligi Muzułmańskiej w RP jak zdarta płyta powtarzał, że islamofobia jest jak antysemityzm w XX wieku i apartheid w RPA. Ewidentnie uprawiał więc politykę na trupach współwyznawców.

Z dwóch powodów: po pierwsze zwyczajnie mówił nieprawdę, bo muzułmanie nie są w Europie tak pozbawieni praw, jak niegdyś Żydzi, ani nie ma w Europie systemu, który traktowałby muzułmanów tak, jak traktowano kiedyś czarnych w RPA. Po drugie, co ważniejsze, jeżeli chce się zasłaniać Żydami, to warto, żeby odpowiedział w końcu na wezwanie, żeby Liga Muzułmańska w RP odcięła się od jednego z największych antysemitów w świecie islamu, jakim jest stawiany w Lidze za wzór obywatelskości Jusuf Al-Karadawi.

Takie zachowanie nie dotyczy jedynie spraw związanych z muzułmanami. To szerszy problem. Podobne polityczne zagrania dość często mają miejsce przy różnych głośnych tragediach.

Debata publiczna musi się toczyć i nie może być obciążona tym, że jakiś radykał, wykorzystując fragmenty czyichś wypowiedzi i czyniąc sobie idoli z ludzi, którzy nigdy by jego czynu nie poparli, przekracza granice dyskusji i dokonuje zbrodni.

Z jednej strony nie należy podchodzić obojętnie do wypowiedzi demonizujących całą grupę, nie czyniących rozróżnień i odczłowieczających innych. Z drugiej tak samo należy jasno mówić o tych, którzy próbują wygrać swe polityczne cele, żerując na tragedii.




Turecki Diyanet narzędziem ekspansji islamu

Diyanet, turecki dyrektoriat do spraw religijnych, coraz intensywniej wykorzystywany jest jako narzędzie polityki zagranicznej Turcji, czytamy w raporcie „Diyanet – polityka w służbie religii, religia w służbie polityki”,  sporządzonym przez Instytut Spraw Europejskich.

Islamistyczny rząd AKP buduje swoją pozycję w świecie muzułmańskim poprzez ogromne inwestycje religijne w meczety i szkolenia imamów, w propagowanie swojej wersji islamu politycznego. Skala działań jest ogromna. Meczety pod egidą AKP powstają na całym świecie – nie tylko w krajach muzułmańskich, na terenie dawnych wpływów Imperium Osmańskiego, ale także w Niemczech, Austrii, Stanach Zjednoczonych czy nawet na Haiti.

Budżet instytucji też jest ogromny – pięciokrotnie większy niż ministerstwa spraw wewnętrznych i sześciokrotnie niż parlamentu, informuje raport. Dzięki temu kraj borykający się z kryzysem staje w szranki z Arabią Saudyjską o przywództwo w świecie muzułmańskim. I pomimo że turecki islam wydaje się być bardziej umiarkowany od saudyjskiego wahhabizmu, obecność religijna Turcji w świecie nie wszystkim się podoba. Nawet najbardziej zaangażowani zwolennicy tezy o funkcjonowaniu islamskiej demokracji w tym kraju porzucają już mrzonki, że to Turcy będą promowali taką wersję islamu.

Należy przyglądać się uważnie, czy władze tureckie nie będą próbowały, tak jak w innych krajach, zyskać kontroli nad społecznością Turków w naszym kraju

Najbardziej sprzeciwiają się aktywności Diyanetu i powiązanych z nim organizacji kraje europejskie z dużą mniejszością turecką. Ich zdaniem rodzi to konflikty i problemy z integracją. Pojawiają się podejrzenia o szpiegostwo i promowanie niedemokratycznych wartości. Uruchamiane są przez Turków służby, które kontrolują działalność meczetów w innych krajach, a zamykanie ich rodzi konflikty na poziomie społecznym i międzypaństwowym.

Odmiennie przyjmowana jest turecka inicjatywa na Bałkanach, gdzie liczy się na gospodarcze profity z większej obecności Turcji. Jednak bywa i tak, jak w Bośni, gdzie tureckie pieniądze idą na pokazowe minarety, a dopłaty z Unii Europejskiej tworzą infrastrukturę kanalizacyjną – co z natury jest mniej spektakularne.

 

Meczet ufundowany przez Diyanet w USA (stan Maryland)
Meczet ufundowany przez Diyanet w USA (stan Maryland)

Ale nie wszędzie, gdzie Turcja realizuje wizje neoosmańskie, postrzegane jest to dobrze również przez samych Turków. Cypryjscy Turcy na przykład negatywnie odbierają coraz większą obecność islamizmu, który być może odpowiada przybyłym z kontynentu osadnikom, ale jest nie do przyjęcia dla miejscowych, którzy woleliby większe inwestycje w szkolnictwo. Z kolei w syryjskiej prowincji Ildib trudno oprzeć się wrażeniu, że Turcja, eksportując imamów i budując meczety tworzy podstawy do swojej stałej obecności na miejscu.

Jeżeli chodzi o Polskę, to ISE sugeruje, żeby „przyglądać się uważnie, czy władze tureckie nie będą próbowały, tak jak w innych krajach, zyskać kontroli nad społecznością Turków w naszym kraju”. Będzie to jednak zależało również od „komponentów tureckiej imigracji – w jakiej części składa się ona z Kurdów, w jakiej z Turków o świeckim nastawieniu, a w jakiej z osób bardziej religijnych”. (red.)

Pełna analiza: Diyanet – religia w służbie polityki, polityka w służbie religii – European Issues Institute




Polityka imigracyjna Europy nie pomaga Afryce

Volker Seitz

Kontrola wzrostu liczby ludności pozostaje kwestią drażliwą i niewielu rozsądnych polityków, zarówno w Afryce jak i w Europie, ma odwagę wyrazić opinię w tej kwestii. Wielu Afrykanów postrzega kontrolę urodzeń jako rasistowski spisek, mający na celu wyludnienie ich kontynentu. Posiadanie dużej liczby dzieci jest postrzegane przez nich jako oznaka dobrobytu i prestiżu.

Jest to jednak najgorsze zagrożenie, przed którym stoją Afryka i Europa.

Wysoki wzrost populacji powoduje potencjalne konflikty: brak bezpieczeństwa żywnościowego, niedobór wody, presję na systemy edukacji, bezrobocie. Ponadto walka o dystrybucję dóbr powoduje wzrost agresji. Także opieka zdrowotna nie wytrzymuje presji szybko rosnącej populacji w dużej części Afryki. Nieliczni lekarze starają się znaleźć lepsze źródła dochodu niż pensje w szpitalach rejonowych. Dlatego znikają, zarówno w administracji, jak i za granicą. Na przykład w Wielkiej Brytanii jest więcej lekarzy z Sierra Leone i więcej pielęgniarek z Malawi, niż w ich ojczystych krajach.

Planowanie rodziny jest jednak wciąż mało akceptowane: wskaźniki płodności wynoszące przeciętnie sześcioro dzieci na kobietę (Niemcy 1,4) nie wystarczą, by spowolnić wzrost populacji. Chociaż istnieją środki antykoncepcyjne, nawet pielęgniarki i położne często uważają, że posiadanie 6-8 dzieci jest normalne. Jednak poziom rozwoju kraju jest ściśle związany ze wzrostem populacji. „Jeśli problem eksplozji populacji nie zostanie rozwiązany, wszystkie inne problemy będą nierozwiązywalne” – pisał już Aldous Huxley (1894-1963). Na przykład, dzięki udanemu planowaniu rodziny, w Wietnamie rozpoczął się trwały wzrost gospodarczy.

Najważniejszy przedstawiciel nowoczesnej niemieckiej historiografii, Heinrich August Winkler, członek SPD od 1962 r. wypowiedział się w 2018 r. dla Deutschlandfunk na temat wzrostu populacji: „Zwalczanie przyczyn migracji obejmuje również zajęcie się kwestiami, które często nie są u nas poruszane. Takimi, jak gwałtowne przeludnienie w prawie wszystkich krajach afrykańskich, szczególnie na południe od Sahary”.

Heinrich August Winkler zwraca uwagę na kwestię przeludnienia w Afryce.
Heinrich August Winkler zwraca uwagę na kwestię przeludnienia w Afryce.

Rządy państw afrykańskich powinny zostać zmuszone, poprzez programy pomocy rozwojowej, do przeprowadzenia zmian, a pieniądze przeznaczone na pomoc muszą być powiązane z realistyczną polityką ludnościową. Edukacja kobiet, walka o prawa kobiet i zatrudnianie kobiet to najlepsza strategia zmniejszania liczby urodzeń. Jeżeli jednak opór społeczny jest zbyt wielki, nie da się narzucić podobnych rozwiązań z zewnątrz. Dlatego należy traktować jako wzorzec Tunezję, która jako kraj arabski osiągnęła redukcję urodzeń dzięki polityce oświatowej i edukacji kobiet. Mogłoby to być pomocne także w obaleniu oskarżeń o neokolonializm. Coraz więcej młodych dziewcząt musi uzyskać dobre wykształcenie i otrzymywać informacje o istnieniu antykoncepcji, oraz wiedzieć, że wyjście za mąż jako nastolatka nie jest ich jedyną możliwością.

Moralny absolutyzm

Reinhard Müller napisał niedawno we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”:
„Chodzi o politykę otwartości i zapraszania [wszystkich] (…). Niewzruszenie i z niemal misjonarskim zacięciem rząd federalny, na czele z CDU, wówczas pod przewodnictwem Angeli Merkel, wystawił społeczeństwo na ciężką próbę. Podstawy państwowości znalazły się w niebezpieczeństwie. Konsekwencje tego są wciąż odczuwalne, a zakończenie nie do przewidzenia. Do tego Niemcy były w dużej mierze osamotnione [w swojej działalności]. Ponadnarodowego poczucia tej misji nie podzielają ani mieszkańcy Europy Wschodniej, ani Brytyjczycy, ani Francuzi.”

Jednak wiadomość, że większość imigrantów, którym Federalny Urząd ds. Migracji i Uchodźców nie udzielił statusu uchodźcy, pozostaje na terenie Niemiec, rozprzestrzeniła się zwłaszcza w Afryce. Oto w Niemczech może zostać każdy i zostanie objęty opieką państwa. Jak napisał w Welt-Oline Marcel Leubecher:

„Szanse pozostania [na terenie Niemiec] osób z Afryki ubiegających się o azyl, nawet jeśli prośba została odrzucona, są bardzo wysokie. (…) Ogólnie rzecz biorąc, deportacje utrzymują się na niskim poziomie. Zapowiedź kanclerz Angeli Merkel, obiecującej ‘poparcie dla wydalania osób, które nie otrzymały azylu’, nie została nigdy wprowadzona w życie.”

Podobnie jak deklaracja jej ówczesnego Koordynatora ds. Uchodźców, Petera Altmaiera (CDU): „W 2016 r. przejrzano około 700 000 wniosków azylowych, a prawie 300 000 z nich zostało odrzuconych. Chcemy szybko odesłać tych ludzi, w przeciwnym razie ucierpi na tym wiara w rządy prawa.”

W międzyczasie jednak liczba deportacji nie wzrosła, a w 2017 r. nawet nieznacznie spadła. 90 procent wszystkich odrzuconych osób ubiegających się o azyl zaskarża tę decyzję, a 15 procent z nich osiąga sukces. W pierwszej połowie 2018 roku deportowano do krajów pochodzenia 1149 Afrykanów. Dzięki mediom, internetowi i większej liczbie migrantów, potencjalni migranci są informowani również o tym, że deportowane osoby mogą bez przeszkód wracać ponownie do wydalającego je kraju.

Okradamy Afrykę z młodzieży

Niemieckie granice zewnętrzne nie są kontrolowane, z wyjątkiem kilku przejść w Bawarii. Gunnar Schupelius napisał w „Berliner Tageszeitung”:

„Oczywiście, władze coraz częściej tracą jakikolwiek obraz sytuacji. Ministerstwo spraw wewnętrznych, zapytane ile osób, które już złożyły wniosek o azyl w innym państwie, przebywa w Niemczech, odpowiedziało dość zwięźle: ‘Federalny rząd nie dysponuje żadnymi ustaleniami’ [w tej kwestii]. Holger Steltzner w artykule w F.A.Z. na temat konsekwencji przyjęcia uchodźców, zatytułowanym „Ubóstwo w Niemczech”, napisał: „Tymczasem 63,7 procent z 1,7 miliona zarejestrowanych migrantów korzysta z [zasiłku] Hartz IV”.

Pomysł CSU, żeby osoby, które złożyły podanie o azyl w innych państwach UE, zostały odesłane już na granicy [niemieckiej] został latem odrzucony przez CDU i SPD.

„Bild” opublikował niedawno wywiad z prezydent Etiopii Sahle-Work Zewde i kanclerzem Austrii Sebastianem Kurzem, pt.: „Afrykańscy przywódcy mówią: Zatrzymajcie politykę otwartych granic w UE”. Otwarte granice zmotywowały bowiem afrykańską młodzież jedynie do opuszczania swych krajów. Pani Zewde powiedziała: „Musimy raczej zlikwidować przyczynę, niż martwić się o objawy (…) i musimy dokonać wyraźniejszego rozróżnienia między migrantami a uchodźcami”. Sahle-Work Zewde została zaprzysiężona na prezydenta w październiku 2018 roku. Obecnie jest jedyną kobietą w Afryce piastującą ten urząd.

Prezydent Etiopii, Sahle-Work Zewde
Prezydent Etiopii, Sahle-Work Zewde

Z kolei kardynał Peter Turkson z Ghany ostrzegł, w wypowiedzi o polityce otwartych drzwi z czerwca 2018 r., że pozbawia ona państwa afrykańskie ich najważniejszego kapitału, a mianowicie młodzieży.

Azyl dla przestępców?

Dopiero, gdy zostaną wysłane w świat wyraźne sygnały, że przybycie do Europy jako nielegalny imigrant nie jest już możliwe, spadnie liczba tych, którzy giną w Morzu Śródziemnym. Niemiecki przedstawiciel agencji ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) Dominik Bartsch powiedział w wywiadzie dla „Hannoversche Allgemeine Zeitung”, że szybkie deportacje po odrzuceniu wniosków o azyl są ważne dla akceptacji systemu azylowego. „Jeśli potwierdza się przypuszczenie, że nie ma znaczenia, jak kończy się procedura azylowa, ponieważ wnioskodawcy tak czy tak pozostają w Niemczech to system ten jest wadliwy” – stwierdził.

Dominik Bartsch: "Szybkie deportacje są ważne dla systemu azylowego"
Dominik Bartsch: „Szybkie deportacje są ważne dla systemu azylowego”

Tak samo wadliwy jest ów system, gdy azyl polityczny otrzymują nie tylko ofiary prześladowań politycznych, ale także sprawcy, przed którymi one uciekają. Wszyscy znamy przykłady takich decyzji. Adwokat Hans-Jürgen Ahrens z Osnabrück napisał w liście do wydawcy F.A.Z. o sprawie dotyczącej Samiego A. (salafita z Bochum; ostatecznie zapadł werdykt pozostawienia go w Tunezji):

„Osobliwością są także sposoby ustalania faktów i używana argumentacja. Sąd [w Münster] najwyraźniej opiera się na założeniu, że w Tunezji oskarżeni są zagrożeni systematycznymi torturami przez organy śledcze. Oczywiście, konstytucja zabrania wydalania osób, które mogą być narażone na tortury. Jednak decyzja Najwyższego Sądu Administracyjnego nie była wcale uzasadniona opartym na faktach oświadczeniem o możliwości użycia takich środków przeciwko Samiemu A., ale opierała się na niejasnym podejrzeniu, i to mimo przeciwnych zapewnień rządu Tunezji”.

Socjolog z Frankfurtu i autor artykułów w Achgut, Dieter Prokop, pisze w swojej najnowszej książce: „Wybór Europy między retoryką a rzeczywistością” (Europas Wahl zwischen Rhetorik und Realität) o ekonomicznych korzyściach „świata bez granic”:

„Polityka rządu federalnego przynosi zyski wielu osobom, firmom, stowarzyszeniom, takim jak rodziny otrzymujące stosunkowo duże kwoty za przyjmowanie nielegalnie przybyłych młodych, nie posiadających paszportu mężczyzn, którzy rejestrują się jako małoletni; poza tym tłumacze, prawnicy; terapeuci; wychowawcy; personel w ośrodkach dla imigrantów; firmy ochroniarskie, a także właściciele kontenerów i mieszkań oraz przemysł budowlany – dopóki Republikę Federalną Niemiec będzie stać na wydawanie takich miliardów.”

Helmut Schmidt jako „prawicowy populista”

W Niemczech nie można nawet rozsądnie dyskutować na temat tego, czy prywatne ratownictwo morskie (NGO) wspomaga być może okrutną działalność przemytników. Niemcy szybko straciłyby też na atrakcyjności, gdyby imigranci otrzymywali tu takie same warunki, środki, zakwaterowanie i opiekę, jak jest to praktykowane w pierwszych krajach, do których docierają. Ponadto Niemcy powinny coraz częściej zawierać z krajami pochodzenia imigrantów umowy o repatriacji. Każda umowa o współpracy z krajami afrykańskimi powinna również zawierać takie klauzule. Modelem może być dobrze funkcjonująca umowa między Włochami a Tunezją. Nie powinniśmy też zbyt wiele sobie obiecywać po migrantach, zwłaszcza jeśli chodzi o rolę kobiet, wzrost antysemityzmu i wyższą pozycję prawa szariatu nad Deklaracją Praw Człowieka ONZ.

Rozruchy imigranckie w Rosamo (Kalabria, 2010)
Rozruchy imigranckie w Rosarno (Kalabria, 2010)

Helmut Schmidt już w 2004 r. powiedział w „Hamburger Abendblatt”: „Społeczeństwo wielokulturowe jest iluzją intelektualistów”. W rozmowie z Phoenix z 2006 stwierdził natomiast: „Jeśli bardzo uważnie się przyjrzeć, to widać, że dziennikarze polityczni bardziej pasują do klasy politycznej niż do dziennikarstwa”. Dziś, wypowiadając się tak otwarcie, Schmidt zostałby szybko nazwany „prawicowym populistą”. Obecnie bowiem wszystkie stwierdzenia odbiegające od głównego nurtu są natychmiast w ten sposób szufladkowane, a wtedy już nie trzeba się nimi zajmować.

 

Tłumaczenie Natalia Osten-Sacken, na podst. www.achgut.com
Tytuł – red. Euroislamu
—————————————–
Volker Seitz pracował w latach 1965-2008 na różnych stanowiskach w niemieckim ministerstwie spraw zagranicznych, ostatnio jako ambasador w Kamerunie, Republice Środkowoafrykańskiej i Gwinei Równikowej. Należy do kręgu inicjatywy z Bonn, dotyczącej reformy pomocy rozwojowej i jest autorem książki „Afryka doprowadzona do nędzy”. Regularnie publikuje i wygłasza wykłady na temat współpracy rozwojowej z Afryką.




Euroislam – top 20 w roku 2018

Co najchętniej czytało prawie pół miliona czytelników portalu Euroislam.pl? Jak widać z zestawienia dwudziestu najpopularniejszych artykułów, głównym zainteresowaniem cieszyła się sytuacja w Szwecji – kraju, który w szybkim tempie zmienia się w multikulturowe ostrzeżenie dla Europy.

Jeśli nie czytaliście Państwo, zachęcamy do lektury naszych najpopularniejszych tekstów roku 2019, nie tylko o Szwecji. Jest wśród nich również nasz redakcyjny komentarz („Znowu mieliśmy rację – niestety”) o decyzjach Unii Europejskiej, pokazujący, że stanowisko Euroislam.pl, które w czasie kryzysu imigracyjnego było często w mediach określane jako skrajne, dziś staje się oficjalną polityką Unii.

  1. Wywiad z Rebeccą Sommer – reaktywacja

Wywiad z Rebeccą Sommer, niemiecką aktywistką praw człowieka.

„Po tym, jak przyglądałam się na przestrzeni lat powtarzającym się przeżyciom oraz mnie samej w moim środowisku pracy jako wolontariuszce, musiałam przyznać przed samą sobą, że jeśli chodzi o muzułmańskich uchodźców, to przecież oni wyrośli z całkiem innymi wartościami, że od dziecka przechodzą pranie mózgu i są indoktrynowani islamem i nie mają w żadnym razie zamiaru przejąć naszych wartości – gorzej, patrzą na nas, niewiernych z wyniosłością i arogancją.” (Rozm. Natalia Osten-Sacken)

2. Szwecji, jaką znali Polacy, już nie będzie

Wywiad z Joanną Teglund, Polką pracującą w Szwecji w Urzędzie Imigracyjnym.

„W Szwecji ta sytuacja mogła się rozwijać dzięki temu, że media, zamiast przekazywać fakty, zajmowały się wychowywaniem społeczeństwa. Badania wykazują, że w szwedzkim radiu i telewizji aż 82% dziennikarzy przyznaje się do poglądów lewicowych.” (Rozm. Grzegorz Lindenberg)

3. Sylwester w Niemczech: „Koniec swobody, równouprawnienia i samostanowienia”.

„Przedsmaku tego, jak mogą wyglądać zabawy sylwestrowe w Niemczech w kolejnych latach, dostarczył Hamburg. W słynnej dzielnicy Reeperbahn, gdzie także przed dwoma laty doszło do ekscesów i polowania na kobiety z udziałem migrantów, tym razem Nowy Rok zdecydowały się powitać tylko nieliczne panie. Wśród bawiących się przeważali natomiast azylanci z Bliskiego Wschodu, migranci z Afryki czy Afganistanu oraz młodzi Niemcy imigranckiego pochodzenia.

4. Szwedzka policja: zwabią nas w zasadzkę i zaatakują kałasznikowami

„Komisarz policji Gunnar Appelgren mówi gazecie, że śmiercionośna przemoc ze strony gangów będzie rosnąć i zagrażać nie tylko ich członkom: ‚Już teraz obrzucają nasze samochody kamieniami i butelkami i próbują zastawiać na nas pułapki. Kiedy zwabią nas w zasadzkę i zaatakują kałasznikowami? Na pewno do tego dojdzie’”.

5. „Musicie wyciągnąć naukę z naszej katastrofy”

Rozmowa z Hege Storhaug, norweską pisarką i aktywistką praw człowieka, autorką wydanej także po polsku książki „Islam. Jedenasta plaga”.

„To jest po prostu zbyt wielu ludzi, imigracja do Europy jest zbyt wysoka. Musimy to zakończyć. W Norwegii mamy już sporą dyskusję na ten temat, ponieważ w Oslo istnieją pewne obszary z tzw. „szwedzkimi warunkami”, policja jest atakowana, jest wysoki wskaźnik przestępczości.” (Rozm. Grzegorz Lindenberg)

6. Stereotypy obrońców islamu

„Czy będą to zasłony na głowę, czy dzielenie przestrzeni publiczej ze względu na płeć, polityczny islam usiłuje wprowadzić apartheid wobec kobiet w wolnych społeczeństwach europejskich. Szpital muzułmański różni się zasadniczo od szpitala katolickiego. W szpitalu muzułmańskim pacjenci są odseparowani ze względu na płeć. Meżczyźni są leczeni tylko przez mężczyzn, kobiety tylko przez kobiety. Na przykład muzułmańskim pielęgniarkom nie wolno nawet dotknąć pacjenta mężczyzny.” (Necla Kelek)

7. Co robić, kiedy muzułmanin proponuje małżeństwo?

„Twoje dzieci muszą być wychowane w religii ojca – muzułmanina. W przypadku rozwodu dzieci pozostają zawsze z ojcem, który może zabronić ci widywać się z nimi. Szariat (prawo islamu) stanowi, że w małżeństwach mieszanych ‚dziecko powinno być wychowywane w lepszej z dwóch religii wyznawanych przez rodziców’ – przy czym tą lepszą, oczywiście, w myśl szariatu jest islam. Koran twierdzi, że islam jest jedyną prawdziwą religią (sura 3:19). Niemuzułmanin nie może być nawet przyjacielem muzułmanina: ‚Wy, którzy wierzycie, nie miejcie za przyjaciół niewierzących, tylko wiernych'” (4:144).

8. Brytyjscy islamiści: w Polsce rządzi faszyzm

„Potem dowiedziałem się, że w Polsce, Stanach Zjednoczonych i innych zachodnich krajach mamy faszystowskie albo semi-faszystowskie rządy. To drugie pojęcie jest używane chyba wtedy, kiedy nie umiesz udowodnić faszyzmu, a musisz jakoś kogoś obrazić.” (Jan Wójcik)

9. Czy Szwecja jest już stracona?

„Po kilku tygodniach okazało się także, że gospodarz mój należy do tzw. patrolu obywatelskiego, którego zadaniem jest patrolowanie okolicy w piątki i weekendy od godziny 21 do 2 w nocy. Gdy zapytałam go o przyczynę tych patroli, powiedział mi bez owijania w bawełnę, że bezpieczeństwo w mieście z roku na rok się pogarsza i wraz z napływem imigrantów rośnie liczba napaści i przestępstw. Postanowiłam dołączyć do nich w jeden z piątków, licząc na interesujące rozmowy i informacje.” (Natalia Osten-Sacken)

10. Szwecja: będą kursy o seksie dla imigrantów

„Celem strony jest nauczenie migrantów ‚zdrowia, seksualności i równości płci’. Na stronie internetowej informacje o seksie zostały zilustrowane, między innymi, kilkoma zdjęciami cudzoziemców ze szwedzkimi blondynkami.”

11. „Według nich wszystkie jesteśmy dziwkami”

„Moje słowa nie są potępieniem dla uchodźców, arabskich mężczyzn czy muzułmanów. Przemoc seksualna występuje przecież w wielu kontekstach. Ale z pewnością mamy coś, co nazwałabym teraz zderzeniem kultur. Z powodu kryzysu uchodźczego do Niemiec przybyło wielu mężczyzn z krajów muzułmańskich, a ich postrzeganie kobiet jest zupełnie różne [od naszego]”.

12. Skąd się wzięło polskie „nie” dla muzułmańskich imigrantów

„PiS nie jest bardziej odpowiedzialny za obawy przed imigracją i islamizacją, niż inne europejskie partie cywilizacjonistyczne, takie jak Wolnościowa Partia Austrii albo Liga Północna we Włoszech. Odpowiadają one na rosnące niepokoje, pochodzące głównie z dolnych warstw socjoekonomicznych. Reprezentują one Europejczyków, którzy obawiają się o swoją cywilizację.” (Daniel Pipes)

13. Tommy Robinson wyszedł na wolność

„Nim minęły pierwsze dwie godziny mojego pobytu w więzieniu, zostałem napadnięty przez muzułmanów. Zamknięto mnie w izolatce, gdzie spędziłem 18 tygodni. Zgodnie z prawem, w izolatce więzień nie może być przetrzymywany dłużej niż 30 dni, ale poradzili sobie z tym problemem przenosząc mnie z więzienia do więzienia”.

14. Nie podała ręki, nie będzie Francuzką

„Najwyższy sąd administracyjny Francji utrzymał decyzję o odmowie wydania francuskiego paszportu algierskiej muzułmance, która odmówiła podania ręki urzędnikom podczas ceremonii nadania obywatelstwa.”

15. Znowu mieliśmy rację – niestety

„Trzy lata po tym, jak opublikowaliśmy nasze zalecenia w sprawie zażegnania kryzysu imigracyjnego i przesłaliśmy je do polskiego rządu i polityków, państwa Unii Europejskiej przyjęły podobne rozwiązania. Chodzi o rezygnację z przymusowej relokacji, ograniczenie nielegalnej imigracji i stworzenie hot spotów w krajach trzecich, w których można ubiegać się o azyl.”

16. Ilu będzie muzułmanów w Polsce za 40 lat?

„Analiza nie dotyczy jedynie zdarzeń przeszłych. Najbardziej intrygującym jej elementem jest próba oszacowania potencjalnej przyszłej imigracji, w oparciu o stały ilościowy wzrost liczby imigrantów lub jako górną granicę przyjmując utrzymanie tempa przyrostu populacji muzułmańskiej w Polsce. Założona w raporcie górna granica prawie miliona imigrantów z krajów muzułmańskich w naszym kraju za 40 lat (niecałe 2,5% populacji) wydawać się może przesadzona.”(Jan Wójcik, European Issues Institute)

17. Szwecja jak Bliski Wschód

„Piszę ten tekst dlatego, że znamy przyczynę tych problemów. Masowa imigracja z Bliskiego Wschodu po prostu zamienia Szwecję – krok po kroku – w Bliski Wschód. Konflikty religijne, fanatyzm i brutalność, waśnie klanowe i korupcja wszechobecne w tych krajach przenoszą się tutaj.” (Henrik Sundt)

18. Szwedzcy politycy czczą muzułmanina i dążą do zagłady kraju 

„Muzułmanie będą dochodzić do władzy korzystając z kultu muzułmanina u zachodnich polityków, ale gdy już do tej władzy dojdą, nie będą bynajmniej czcić mniejszości, również tej, która była niegdyś gospodarzami kraju. Szwecja przestanie pomagać jakimkolwiek migrującym obcokrajowcom, tak jak nie pomaga im Pakistan czy Algieria.” (Alicja Szaniawska)

19. Jeśli nic się nie stanie, Europa stanie się Eurabią

„Jakie wnioski można wyciągnąć z powyższej dyskusji o Eurabii? Faktem jest, że udział islamistów w populacji europejskiej będzie nadal wzrastał, bez integracji. Faktem jest, że UE nie ma polityki radzenia sobie z tym zjawiskiem, które zagraża przecież jej istnieniu. Faktem jest również, że nie mamy do czynienia z azylantami politycznymi, lecz z migracją narodów.” (Bassam Tibi)

20. Z pomocą Allaha zaczniesz nowe życie

Udającemu syryjskiego uchodźcę 47-letniemu izraelskiemu dziennikarzowi Zvi Jecheskeli’emu z łatwością udało się na podstawie fałszywego paszportu przedostać do Niemiec i skontaktować z Bractwem Muzułmańskim.

Redakcja