Bezpieczeństwo a solidarność w debacie o migracji

W poprzednim artykule, „‚Twierdza Europa’ nie pomaga w debacie o imigracji”, nakreśliłem takie granice debaty o polityce imigracyjnej, w ramach których dyskusja może prowadzić do konstruktywnych wniosków.

Uważam, że odrzucić należy zarówno pomysły rygorystycznej izolacji kontynentu, określane jako „Twierdza Europa”, jak i pomysły zwolenników „otwartych granic”.

Obydwie skrajności – chociaż ta druga próbuje uchodzić za propozycję racjonalną – będą prowadzić do ogromnych problemów społecznych i ekonomicznych.

Już samo odrzucenie tych skrajnych propozycji zmienia kształt debaty na temat imigracji, tak legalnej jak i tej nielegalnej, oraz migracji osób poszukujących azylu. Istotą problemu przestaje być dramatyczne pytanie „Wpuszczać czy nie?”. Rodziło ono wiele emocji, prowadziło do oskarżeń i odsądzania od czci i wiary oponentów stojących po drugiej stronie barykady, a także tych, którzy znajdowali się pomiędzy.

Miejsce burzliwej debaty społecznej, idealnie nadającej się do antagonizowania wyborców, ale nie do rozwiązywania problemów, może teraz zająć o wiele bardziej konstruktywna kwestia: „W jaki sposób zarządzać migracjami?”.

Uchodźcom należy się z naszej strony odpowiedź humanitarna, ale nie musi ona wcale oznaczać stymulowania masowej migracji do Europy.

Przy tak postawionym pytaniu, zamiast demonizować i zohydzać przeciwnika, jest miejsce na uznanie i próbę zrozumienia odmiennych stanowisk, które do tej pory były redukowane do wspomnianych wcześniej skrajności.

Można uznać, że na przykład część opinii publicznej bardziej skupiona jest na ryzyku utonięcia imigrantów i domaga się dla nich bezwarunkowej i natychmiastowej pomocy. Z drugiej strony są tacy, którzy widzą umożliwianie dotarcia do Europy w szerszym kontekście, jako stymulowanie masowej migracji.

Są tacy, którzy postrzegają imigrację jako korzystne zjawisko, wpływające na bogacenie się społeczeństw i są tacy, którzy widzą, zwłaszcza w tej masowej, zagrożenie dla spójności społecznej i bezpieczeństwa.

Na innej płaszczyźnie sporu znajdziemy tych, którzy chcą poszanowania dla różnorodności kultur i tych, którzy będą domagali się integracji do kultury wiodącej, bo brak wspólnych ram będzie podkopywał państwo prawa.

Możemy uznać te poglądy bez obrzucania się inwektywami typu „ksenofob” czy „nieodpowiedzialny pięknoduch”, „morderca” czy „zdrajca”.

To wszystko zebrane razem przypomina może skrajny symetryzm i przyznawanie równej racji postawom, wydawałoby się, sprzecznym i wykluczającym się wzajemnie. Przypomnijmy jednak, że problemem – w myśl przekształcenia go, postulowanego w tym tekście – nie jest „przyjmować czy nie”, lecz „w jaki sposób zarządzać migracją do Europy”.

Kluczowe wartości, wokół których ogniskuje się spór, to bezpieczeństwo i solidarność, a te nie muszą być realizowane na zasadzie jedna kosztem drugiej.

Czego więc, tak naprawdę, chcą różne strony sporu?

Ta, która bardziej akcentuje solidarność (z migrantami), nie chce, żeby ludzie tonęli w dramatycznej próbie przedostania się do Europy; żeby nie byli narażeni na wyzysk przemytników i całą trudną do pokonania drogę, żeby znaleźli bezpieczeństwo, żeby mogli rozwijać się ekonomicznie, a ich dzieci kształcić i myśleć o lepszej przyszłości. To bardzo szlachetne cele i trudno się z nimi nie zgodzić. W ogóle trudno myśleć, że chciałoby się dla ludzi czegoś przeciwnego.

Druga strona, nazwijmy to bardziej zatroskana o bezpieczeństwo, nie chce ginąć w zamachach terrorystycznych, nie chce zwiększonej przestępczości ani radykalnego islamu i uważa, że stan bezpieczeństwa europejskich miast się pogarsza. Widzi też narastające podziały i skrajne organizacje rosnące w siłę.

W dodatku zatroskana jest bezpieczeństwem ekonomicznym, bo widzi, że ludzie migrujący masowo do Europy nie mają tych kwalifikacji, jakich europejski rynek potrzebuje. Dbałość o rodzinę i najbliższych jest także zaletą, a bez zaakceptowania trosk osób tak myślących nie będzie mowy o żadnym porozumieniu.

Oczywiście zamiast szukać innej drogi można brnąć w przekonywanie na siłę, że obawy ludzi zainteresowanych własnym bezpieczeństwem są przesadzone, że wszystko się ułoży, a poza tym migracja to jest normalne obecnie zjawisko i nie da się temu przeciwdziałać. Można też twierdzić z kolei, że co nas obchodzi los jakichś ludzi poza Europą, niech sobie radzą i nie ulegajmy emocjom.

Niestety z tego nie wyniknie wiele więcej poza narastaniem konfliktów społecznych wewnątrz samej „Twierdzy”, a pomijanie otoczenia Europy w rozważaniach o własnym bezpieczeństwie jest nie tylko egoistyczne, ale też krótkowzroczne i nieracjonalne.

Żeby podjąć świadomą decyzję o polityce imigracyjnej trzeba rozróżnić trzy strumienie imigracyjne: imigrację legalną, nielegalną (zwaną też nieuregulowaną) – do której zalicza się nie tylko próby nielegalnego przekraczania granicy, ale i pozostawanie na terytorium kraju przyjmującego, kiedy skończył się tytuł prawny pobytu, czy fałszowanie rzeczywistych powodów pobytu – i wreszcie jest migracja osób szukających bezpieczeństwa czy to z powodu konfliktów, czy prześladowań politycznych.

Odróżnienie ich i dobre zrozumienie pozwoli nie tylko stosować odpowiednie narzędzia dla poszczególnych strumieni, ale pomoże też w kształtowaniu właściwych odpowiedzi dla całości. Do tego także da odpowiedź na pytanie, czy strony dyskusji kierują się być może podejściem ideologicznym, zamiast pragmatycznym.

Postulat jest o tyle ważny, że dochodzi bardzo często do mieszania tych strumieni. Krótkotrwała imigracja legalna staje się nielegalną poprzez proceder „visa overstaying”; nielegalne przekroczenia granicy próbuje się usprawiedliwiać względami humanitarnymi; przedłużające się procedury powrotu powodują, że prawnicy podnoszą często kwestie humanitarne, takie jak ustanie związków z miejscem pochodzenia.

To wszystko utrudnia nie tylko ochronę szeroko rozumianego bezpieczeństwa w krajach przyjmujących, ale także powoduje brak właściwej odpowiedzi dla osób, którym powinna przysługiwać pomoc.

Przedstawiając granice, w jakich może toczyć się debata, uznając różne podejścia i precyzując przedmiot sporu, można odnieść się do meritum, które rozwinę w następnej części rozważań.

W mojej ocenie legalna imigracja jest sprawą państwa i jego – nazwijmy ją nawet egoistyczną – polityki kształtowania gospodarki i społeczeństwa.

Polityka względem masowej nielegalnej imigracji wymaga współpracy na poziomie europejskim, bo przy otwartych granicach i wzajemnych zależnościach naszych gospodarek i czynników politycznych nie jesteśmy w stanie sami tego opanować.

Uchodźcom należy się z naszej strony odpowiedź humanitarna, ale nie musi ona wcale oznaczać stymulowania masowej migracji do Europy.

Jan Wójcik




Islamiści z Tadżykistanu jako uchodźcy w Polsce

Coraz częściej dowiadujemy się o próbach zamachów ze strony muzułmanów pochodzących z Azji Środkowej. W Polsce osiedliła się diaspora polityczna z tłamszonej przez dyktatora, prezydenta Emomaliego Rahmona, Partii Islamskiego Odrodzenia Tadżykistanu (PIOT). Czy mamy powody do obaw? 

Tadżycy wśród terrorystów

W Niemczech komórka ISIS planowała zamach na byłego muzułmanina i krytyka islamu oraz atak na amerykańskie siły zbrojne. Składała się ona z obywateli Tadżykistanu, jak podała policja, która w kwietniu udaremniła ich plany. W Polsce, gdy w grudniu ABW aresztowała muzułmanina z Ukrainy planującego zamach bombowy, okazało się, że wśród osób zaangażowanych w proces jego radykalizacji, poza imigrantami z północnego Kaukazu, są także Tadżykowie.

Powyższe informacje skłaniają do zwrócenia uwagi na postsowieckie państwa Azji Środkowej, stawiając uzasadnione pytanie, czy osoby z nich pochodzące stanowią dla nas zagrożenie. W szerszej świadomości byłe republiki ZSRR kojarzą się z zeświecczonym, umiarkowanym, a także sufickim islamem. Wydawałoby się, że te przesłanki mogą uspokajać, a jednak tak nie jest, bowiem islamistyczny terroryzm także i tam się pojawił i będzie stanowił zagrożenie, o czym pisał chociażby w ubiegłym roku w raporcie dla Ośrodka Analiz Strategicznych dr hab. Daniel Boćkowski.

Niemieckie służby od jakiegoś czasu spodziewały się ataku ze strony tadżyckiej. Wskazuje na to fakt, że w 2019 roku, kiedy pochodzący z Tadżykistanu kierowca wjechał na pełnej prędkości na pasy w Essen, prewencyjnie aresztowano 11 osób, w większości Tadżyków, obawiając się sekwencji zamachów terrorystycznych. Wszyscy aresztowani podejrzani byli o związki z ISIS.

Środkowa Azja, warto pamiętać, była też trzecim pod względem liczebności regionem wysyłającym dżihadystów do walki w szeregach ISIS. Szacuje się, że od 2012 roku do ISIS w Syrii i Iraku wyjechało ich 4 500. Z samego Tadżykistanu – najbiedniejszej byłej republiki sowieckiej – wyjechało nawet do 1900 terrorystów. Padają także dane wskazujące na mniejszą liczbę dżihadystów, ale te wyższe tłumaczone są tym, że uwzględniają też tadżycką emigrację w Rosji. Ten trop potwierdzają inne opracowania na temat  radykalizacji obywateli państw Środkowej Azji, która ma miejsce często nie w domu, a podczas zarobkowej emigracji już w samej Rosji.

Ewolucja tadżyckiego islamizmu

Sytuacja Tadżykistanu jest jednak zniuansowana na tyle, że analitycy w Stanach Zjednoczonych zastanawiają się do jakiego stopnia wspierać antyterrorystyczne działania rządu prezydenta Emomaliego Rahmona. Rządzący od 1994 roku dyktator twardą ręką tłamsi radykalny islam, ale przy okazji umiarkowaną opozycję. Jedną z przyjętych przez niego metod walki z radykalizacją było przymusowe golenie bród, co raczej odnosi skutek przeciwny. Z kolei w 2015 roku skrytykował hidżab jako obcą naleciałość wobec kolorowych, tradycyjnych sukien noszonych przez kobiety w kraju.

Tadżycki dyktator Emomali Rahmon w otoczeniu rodziny (Wikipedia)

Wypowiedzi tej, jakkolwiek uzasadnionej, towarzyszył emitowany przez rządową telewizję artykuł o prostytutkach w hidżabach, zakrywających twarz, by żądać wyższych stawek od klientów. Takie działania więc nie tyle ingerują w radykalizację, ale mogą nawet jej sprzyjać ograniczając prawa wolności wyznania.

Kolejnym elementem komplikującym ocenę radykalizacji w Tadżykistanie jest zakaz nałożony na umiarkowaną islamistyczną partię PIOT. We wrześniu 2015 roku została ona uznana przez władze za organizację terrorystyczną i zdelegalizowana. W ślad za tym za organizację ekstremistyczną uznały ją pozostałe państwa Azji Środkowej, Rosja, Indie, Chiny i Pakistan. Wielu obserwatorów jednak uważa, że rząd przypisał partii udział w nieudanym zamachu stanu, a także zrzucał na nią odpowiedzialność za późniejsze ataki terrorystyczne, po to, żeby pozbyć się islamistycznej opozycji, a całość religii islamu koncesjonować przez państwo.

W roku 2016 w Tadżykistanie zakazano w ogóle powoływania partii budowanych na fundamentach religijnych. Co dziwne, do zakazania tej partii doszło, kiedy miała już za sobą kolejne etapy ewolucji w kierunku umiarkowanym, a jej baza wyborców, w związku także z rozwojem takich wydarzeń międzynarodowych, jak rozwój terroryzmu i fiasko Arabskiej Wiosny, skurczyła się istotnie.

„Islam jest rozwiązaniem”?

Problem oceny działalności PIOT dobrze obrazuje zamach dokonany w Tadżykistanie na siedmiu rowerzystach ze Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Holandii w 2018 roku. Za atak odpowiedzialność wzięło ISIS, ale rząd obwinił za to PIOT. Żadna ze stron nie jest jednak do końca wiarygodna i ma motywy, żeby podawać nieprawdę. ISIS w ramach swojej propagandy gotowe jest przyznać się do autorstwa wielu zamachów, a rząd z kolei zbyt chętnie obarczyłby odpowiedzialnością za terroryzm opozycję.

Powiedzieć jednak, że rząd wziął się za umiarkowaną, demokratyczną opozycję, to znowu powiedzieć niecałą prawdę. PIOT powstała w latach 90. w odpowiedzi na sowietyzację kraju i deklarowała odrodzenie islamskości Tadżykistanu. Według pierwotnych zasad miało się to odbyć przez islamizację społeczeństwa, odrodzenie duchowe Tadżyków, walkę o prawa polityczne i zasady zgodne z duchem islamu oraz udział w kulturalnym, społeczno-politycznym i gospodarczym życiu kraju w zgodzie z zasadami islamu. W swoim manifeście partia zawarła stwierdzenie wyjęte wprost z ideologii Bractwa Muzułmańskiego: „Islam jest rozwiązaniem”.

PIOT głosiła, że „rozwija swój program bazując na czystej islamskiej religii: „Islam jest dla nas prawem i przewodnikiem dla wszystkich politycznych zagadnień”. W praktycznym życiu, w początkach działalności domagała się zamknięcia sklepów sprzedających wieprzowinę, zakazu sprzedaży alkoholu, zwiększenia  liczby meczetów.

Flaga partii PIOT

W latach 1992-97 PIOT była rdzeniem opozycji w wojnie domowej z prezydentem. Po przegranej w 1992 roku opozycja zreorganizowała się i była zbrojona w Afganistanie przez mudżahedina Ahmada Szaha Masuda („Lwa Panczisziru”), z pochodzenia Tadżyka. To z tego okresu pochodzą najbardziej niepokojące kontakty PIOT, jak chociażby z czeczeńskim terrorystą Szamilem Basajewem, (chociaż Baszajew wprost skrytykował w liście zawarcie pokoju przez opozycję tadżycką).

Z frakcji pochodzących z tamtego konfliktu wyłamała się jedna z głównych organizacji terrorystycznych Środkowej Azji – Islamski Ruch Uzbekistanu. Liderzy IRU także nie zaakceptowali pokojowych układów z prezydentem Rahmonem i zbyt ich zdaniem daleko idących ustępstw, jakie PIOT poczyniła, by zawrzeć pokój. W ten sposób sam ten konflikt zaważył na przyszłym rozwoju ruchu terrorystycznego w Azji Środkowej.

Ważną, formatywną postacią dla ruchu islamistycznego w Tadżykistanie, był Sayid Abdullo Nuri. W latach 1993-2006 kierował partią, a więc w okresie wojny domowej, kiedy pomogły mu znajomości i uznanie w Afganistanie, ale także w okresie po 1997 roku, kiedy zawarto pokój z prezydentem. Celem życiowym jego działalności politycznej było utworzenie państwa islamskiego w Tadżykistanie.

Sayid Abdullo Nuri, ojciec tadżyckiego islamizmu (Wikipedia)

Badacz islamu Olivier Roy podkreślał wpływ literatury Bractwa Muzułmańskiego na ideologię głoszoną przez Nuriego. Po roku 1997 przyjął on pokojową, stopniową drogę zmiany i twierdził, że chce dokonać jej za zgodą obywateli i w ramach konstytucji.

Partia potępiała działania terrorystów, a z jej deklarowanych celów pozostała jedynie promocja islamskich wartości. Zaczęła przedstawiać się jako odpowiednik europejskiej chadecji. Nuri i inni liderzy odrzucali także wzorce państwa szariackiego, jakie zaprowadzano w Afganistanie, a także republiki islamskiej w Iranie. Partia krytykowała również przybywający do Tadżykistanu wahhabizm czy panislamistyczną aktywność ugrupowania Hizb ut-Tahrir.

Jeżeli PIOT szczerze odrzuca radykalizację, jej członkowie mogą nie tylko nie stanowić zagrożenia, ale stać się elementem jemu przeciwdziałającym.

Po roku 2006 liderem partii, przebywającym obecnie na uchodźstwie w Unii Europejskiej, został Muhiddin Kabiri. Nuri promował go na to stanowisko wbrew konserwatywnym członkom partii, prowadząc ją jeszcze bardziej w stronę modernizacji. Chociaż partia traciła poparcie przez ostatnie lata przed delegalizacją, Kabiri opowiada w wywiadach, że nie żałuje „ścieżki tolerancji i ograniczenia się”.

PIOT na imigracji w Polsce

Po delegalizacji PIOT wzrosła liczba wniosków o azyl w Unii Europejskiej, chociaż, jak podaje Ośrodek Studiów Wschodnich, liczba rzeczywiście prześladowanych członków partii jest dużo niższa niż złożonych aplikacji. Rzeczywistym powodem pięciokrotnego (stan na 2017) zwiększenia liczby osób poszukujących azylu jest pogarszająca się sytuacja gospodarcza w Rosji, będącej głównym miejscem zarobkowej pracy imigrantów ze Środkowej Azji.

Faktem jest jednak, że część liderów islamistyczej opozycji schroniła się także w Polsce. Przebywa tu około 200 osób związanych z tadżycką opozycją. Są wśród nich osoby działające dalej na wygnaniu w PIOT, jak i luźno związane z partią, a prześladowane za powiązania, na przykład małżeństwo przebywające w gościnie u byłego prezydenta Warszawy Marcina Święcickiego. Sądząc ze zdjęć, opublikowanych przez UNHCR i przytaczanych opowieści, ci ludzie raczej nie przypominają wzorcowych zwolenników politycznego islamu. Ich obecność powoduje jednak, że pytanie o stosunek do partii islamistycznych nie jest dla nas jedynie pytaniem egzotycznym.

Przyjmując nawet założenie, że PIOT odeszła od przemocy i podążała drogą walki politycznej, pozostajemy z pytaniem, czy realizacja takiego programu jest problemem dla demokracji. Analizując problem szerszego islamskiego świata analityk Brookings Institution Shadi Hamid przedstawia dość niepokojącą alternatywę. Uważa, że ceną za ustanawianie liberalnych wartości w świecie muzułmańskim będą zawsze represje wobec ekstremistów. Z drugiej strony, ceną demokratycznej partycypacji islamistów we władzy są represje wobec mniejszości. Wystarczy rzut oka na islamizującą się Indonezję, czy Turcję skręcającą w kierunku autorytaryzmu.

Liberałowie będą ulegali pokusie wspierania autorytarnych systemów, jeżeli zagwarantują one bezpieczeństwo liberalnych wolności w konfrontacji z pobożnymi masami, a islamiści z kolei wprowadzają swoje ideały, z gruntu rzeczy nietolerancyjne wobec mniejszości religijnych, praw kobiet czy nieheteronormatywnych orientacji seksualnych.

Na korzyść wyjątkowej jednak pozycji PIOT wśród ugrupowań określanych jako islamistyczne świadczy to, że miała elastyczność wchodzenia w koalicje z partiami świeckimi w Tadżykistanie, także na uchodźstwie. W Polsce jest częścią opozycyjnej koalicji wspólnie z Forum Tadżyckich Wolnomyślicieli. To w świecie islamistycznym zbliża tę partię bardziej do tunezyjskiej Ennahdy, która po Arabskiej Wiośnie wydaje się jak dotąd w pełni akceptować reguły gry demokratycznej, i nawet zdobywając władzę wykazuje tendencje do samoograniczania się.

Z drugiej strony wątpliwości budzą argumenty, że islamiści są odzwierciedleniem europejskich partii chadeckich w kwestii wnoszenia do polityki wartości religijnych. Słyszano je także ze strony tureckiej AKP – a jak wyżej wspomniano, działania AKP zupełnie nie przypominają polityki prowadzonej przez chadeków. Poza tym problematyczne nie jest samo odnoszenie się do religii, ale to, co jest tej religii zawartością. W przypadku chadecji da się wywieść odwołania do świeckości i rozdziału państwa i religii, natomiast nie bardzo da się to zrobić w przypadku partii islamistycznych.

Czy tadżyccy islamiści są dla nas zagrożeniem?

Wobec tak skomplikowanej sytuacji warto spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy przebywanie liderów islamistycznej opozycji z Tadżykistanu stanowi dla nas zagrożenie. Pytanie jest uzasadnione, ponieważ islamiści w Europie Zachodniej zbudowali silne struktury i indoktrynują społeczność muzułmańską w Europie, przyczyniając się do narastania podziałów w społeczeństwie, a także, poprzez przedstawianie w islamistycznej narracji Zachodu jako wroga, a z muzułmanów jako jego ofiar, tworzą  podatny grunt dla dalszej radykalizacji.

W przypadku Tadżyków należy zauważyć przede wszystkim, że jest to grupa nieliczna i wydaje się być skoncentrowana raczej na działalności politycznej związanej z krajem pochodzenia, niż na aktywności wśród imigracji. Biorąc to pod uwagę można oczekiwać, że będzie raczej zainteresowana spokojnym przebiegiem działalności na uchodźstwie.

Świadczy o tym chociażby uspokajający ton wypowiedzi jednego z opozycjonistów, Muhamadjona Kabirowa, w rozmowie z Wirtualną Polską na temat wspomnianego na początku procesu radykalizacji z udziałem tadżyckich emigrantów. Kabirowowi bardzo zależy na dobrym wizerunku tadżyckiej imigracji w Polsce i raczej nie będzie chciał, żeby działalność związana z terroryzmem szkodziła działalności opozycyjnej wobec dyktatora.

Znak „rabia” to symbol powszechnie używany przez członków i sympatyków Bractwa Muzułmańskiego. Tu pokazuje go b. lider Labour Party, Jeremy Corbyn (Wikimedia)

Dodatkowo, jeżeli PIOT rzeczywiście szczerze odrzuca radykalizację, jej członkowie mogą nie tylko nie stanowić zagrożenia, ale stać się elementem jemu przeciwdziałającym. Mogą mieć nawet motywację do współpracy ze służbami państwa w ochronie Polski przed ewentualnymi radykałami pochodzącymi z Tadżykistanu.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę islamistyczne źródła partii, okazjonalne wyrażanie przez nią sympatii dla sprawy Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, chociażby w postaci używania znaku Rabia, czy też publikację w internecie zdjęć takich postaci, jak duchowy lider Hamasu szejk Jassin, należy uważnie obserwować, czy jej członkowie nie angażują się w głoszenie ideologii antydemokratycznej. Udzielanie ochrony międzynarodowej powinno być obwarowane zaprzestaniem promowania ideologii wrogiej zasadom państwa prawa i demokracji.

Jan Wójcik
obserwuj autora na Twitterze @jankwojcik

Źródła:

Mniejszość muzułmańska w Polsce. Jak zmniejszyć ryzyko radykalizacji oraz kontrolować wpływy salafickie. – OAS

The “Tajik Plot” Represents Continuity in Germany’s History of Terrorism – Jamestown

https://ndupress.ndu.edu/Portals/68/Documents/stratperspective/inss/Strategic-Perspectives-21.pdf

Discussing Violence and Terrorism in Tajikistan – The Diplomat

The Dilemma of “Normalization”: Can Islamists Participate without Polarizing Politics? | ACW

Central Asia: the crisis of the migration model and its potential impact on the EU | OSW Centre for Eastern Studies

ISIS-claimed Tajikistan attack that killed 4 tourists led by opposition member: police

Islamic Renaissance Party of Tajikistan: Past, Present and Future on JSTOR

Lider legalnej islamskiej opozycji Tadżykistanu w Teheranie | OSW Centre for Eastern Studies

Zamach terrorystyczny w Puławach. Domniemany zamachowiec Maksym S. był bezdomny? – WP Wiadomości

http://press-files.anu.edu.au/downloads/press/p258341/pdf/ch08.pdf

https://jamestown.org/wp-content/uploads/2013/03/Jamestown_articles_-_Terrorism_in_Central_Asia_February_2013.pdf




Repatriacja terrorystów: zagrożenie czy szansa?

Jeżeli nie nastąpi repatriacja terrorystów z Syrii i Europa nie osądzi europejskich dżihadystów własnymi siłami, poskutkuje to osłabieniem nie tylko praworządności, ale i zagrożeniem dla bezpieczeństwa jej obywateli, twierdzą eksperci.

Na indolencję europejskich państw w zakresie skutecznego sądzenia terrorystów, którzy z Europy wyjechali na dżihad do Syrii, wskazuje analityk magazynu „Lawfare” Jacob Schultz. Utworzone przez Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF) przetrzymują obecnie w obozach około 800 europejskich terrorystów. Do tego dochodzą ich żony i dzieci przetrzymywane oddzielnie. Europa jednak nie ma skutecznego pomysłu co z nimi zrobić, a kolejne inicjatywy upadają. Jedynym wspólnym pomysłem jest to, żeby nie wrócili oni na europejskie terytorium.

Zresztą to nie tylko europejski problem i podejście do sprawy. W lutym Indonezja ogłosiła, że nie pozwoli na powrót prawie 700 terrorystów, którzy uciekli z kraju, by walczyć w szeregach ISIS. Z kolei USA podejmuje się tego procesu, jednak terroryści robią co mogą, żeby nie skończyć na rozprawie w amerykańskim sądzie, gdzie grozi im kara śmierci. Niedawno Euroislam.pl pisał o dwóch członkach grupy nazywanej Beatlesami, którzy mają ciągle nadzieję na proces w Wielkiej Brytanii.

Jakiś czas temu planowano międzynarodowy trybunał, który osądziłby zbrodniarzy z ISIS. Jednak żadna odpowiednia do tego koalicja nie powstała. Potem, przypomina Schultz, padła propozycja, żeby Irak osądził terrorystów, ale w międzyczasie kraj ten pochłonęły zamieszki cywilne. Od lutego można było żywić nadzieję, że kurdyjskie władze lokalne wymierzą sprawiedliwość dżihadystom. Jednak kwietniowe protesty i zamieszki w więzieniach obnażyły brak odpowiedniej organizacji, która mogłaby podjąć się tego zadania. Sprawę sądów zakończyła globalna pandemia, która spowodowała wstrzymanie wszelkich procesów.

Kobiety w obozie Al-Hol (foto: commons.wikimedia; Y. Boechat/VOA)

Europa ogłosiła, że wstrzymuje działania repatriacyjne dotyczące terrorystów, a także kobiet i dzieci związanych z Państwem Islamskim, z powodu braku zasobów do ich przeprowadzenia. Jak podaje Schultz, trwają obecnie jedynie rozmowy Belgów i Francuzów, jak ściągnąć do kraju dzieci, zakładając, że uda się odseparować je od rodzin.

Brak reakcji ze strony rządów i niepewność wywołują coraz większy niepokój i agresję wśród osadzonych. Bunty dotyczyły nie tylko więzień terrorystów, ale też obozów, gdzie przebywają kobiety i dzieci. W trakcie zamachów dwie rodziny prominentnych francuskich terrorystów próbowały uciec z obozów. W przepełnionym obozie Al-Hol przebywa prawie 70 tysięcy osób. Rosną obawy o możliwość pojawienia się i rozprzestrzenienia epidemii w obozie. Prawnicy europejskich osadzonych starają się w sądach o ich jak najszybszą repatriację.

Celem Europy jest uniknięcie ataków na jej terytorium, co miało chociażby miejsce w Paryżu w 2015 roku ze strony powracających dżihadystów, którzy przedostali się wraz z przelewającą się przez Bałkany falą uchodźców. Jednak obecnie przyjęta strategia niereagowania na jakiekolwiek próby sprowadzenia ich, a jednocześnie niemożność przeprowadzenia procesów sądowych tworzą dwa poważne zagrożenia.

Po pierwsze, śledzenie terrorystów będzie łatwiejsze, jeżeli znajdą się w rękach europejskich wymiarów sprawiedliwości. Jeśli jednak uda im się uciec z obozów w Syrii, łatwo znikną z radarów europejskich służb i wtedy mogą przeniknąć do Europy. Tu jednak nie ma prostej odpowiedzi, zaznacza autor analizy w „Lawfare”. Europejskie więzienia także są miejscem radykalizacji terrorystów, na którą nie znaleziono jeszcze rady.

Drugim problemem jest radykalizacja dzieci dorastających w dżihadystycznym środowisku w obozach takich, jak Al-Hol. Podobno niektórzy z osadzonych mówią już o nim „Camp Bucca II”, co nawiązuje do obozu amerykańskiego w Iraku, który uformował pokolenie terrorystów Państwa Islamskiego.

Repatriacja terrorystów do Europy jest wyzwaniem logistycznym, prawnym i zagrożeniem dla bezpieczeństwa, lecz może się okazać rozwiązaniem bardziej skutecznym i trwałym niż pozostawienie ich w Syrii.

Jan Wójcik, na podst. Lawfare, CSIS, South China Morning Post




Ramadan w czas zarazy – wielki eksperyment

Grzegorz Lindenberg

Tegoroczny Ramadan będzie dla ogromnej większości muzułmanów całkowicie nowym doświadczeniem – miesiącem postu przeżywanym w domu, a nie we wspólnocie. To efekt zamkniętych z powodu epidemii meczetów i ograniczeń wychodzenia z domu, obowiązujących w niemal wszystkich krajach muzułmańskich.

Jesteśmy świadkami wielkiego naturalnego eksperymentu nad islamem. Jest to religia zbiorowego uczestnictwa w znacznie większym stopniu niż chrześcijaństwo. Cotygodniowe piątkowe modlitwy w meczecie są obowiązkowe dla muzułmanów – mężczyzn; w chrześcijaństwie nie ma takiego wymogu. Obowiązkowe dla mężczyzn jest odbycie przynajmniej raz w życiu pielgrzymki do Mekki, w czasie której uczestniczy się w uroczystościach wraz z milionami wiernych.

Modlitwa ramadanowa – meczet w Chartumie, Sudan (wikimedia.org)

Z meczetów pięć razy dziennie rozlegają się wezwania muezzinów do modlitw, które mogą być odbywane indywidualnie, ale przypominają muzułmanom co kilka godzin, że są częścią wspólnoty. Bicie dzwonów w kościołach już dawno straciło jakąkolwiek funkcję religijną, stając się zwyczajem, niezauważalnym dla ogromnej większości obywateli krajów nominalnie chrześcijańskich.

Dlatego od ponad miesiąca jesteśmy świadkami bezprecedensowego eksperymentu, w którym islam staje się religią indywidualną, a nie zbiorową. Wspólne doświadczanie religii przez muzułmanów zostało zawieszone – zamknięte są meczety, a modlić się można tylko w domach,  o czym przypominają zmienione zawołania muezzinów, wzywających obecnie wiernych, żeby modlili się w domach właśnie, a nie przybywali na modlitwę do meczetu.

Ten eksperyment potrwa jeszcze przynajmniej półtora miesiąca, zatem przerwa w zbiorowych modlitwach i doświadczeniach wspólnoty będzie co najmniej trzymiesięczna. Co z tego wyniknie?

Nowy Ramadan

Wspólnotowy aspekt islamu widoczny jest jasno w Ramadanie. Miesiąc postu dla muzułmanów zaczął się w tym roku 23 lub 24 kwietnia, zależnie od kraju. Jest to czas intensywnych kontaktów rodzinnych i towarzyskich, a także życia religijnego, uczestnictwa w nabożeństwach, a niekiedy przebywania w meczecie przez kilka dni bez przerwy. Rodziny i znajomi wspólnie spożywają wieczorny posiłek, kończący dzień postu, a wierni uczęszczają na nabożeństwa do meczetu.

W tym roku muszą siedzieć w domach, bo już od połowy marca różne kraje zaczęły wprowadzać ograniczenia wychodzenia z domu i zabroniły spotkań zbiorowych; zasady te nie zmienią się na okres Ramadanu. Obowiązują często nakazy pozostawania w domach od wieczora do rana, które tylko w niektórych przypadkach zostały na miesiąc postu nieco złagodzone, na przykład w Egipcie godzina policyjna obowiązuje teraz od godz. 21.00, a nie od 20.00.

Meczety też zamykane były od marca, od Indonezji, przez Bangladesz, Egipt po Arabię Saudyjską. W meczetach mogą się modlić duchowni, czasami nieliczni wierni (np. w Bangladeszu do 12 osób w meczecie).

Wyjątkiem jest Pakistan, gdzie rząd próbował zamknąć meczety, ale napotkał zdecydowany opór duchownych, co zmusiło go do zmiany stanowiska. Wypracowano „kompromis”, który mówi, że w meczetach wierni powinni być w maseczkach i oddaleni od siebie przynajmniej o metr. Rząd oczywiście nie ma możliwości ani sprawdzenia ani wyegzekwowania tego, więc można spodziewać się za dwa tygodnie w Pakistanie wzrostu zachorowań. Wierni pakistańscy popierają swoich imamów; jak powiedział 72-letni Pakistańczyk, pytany przez dziennikarza w meczecie: „Wszystko jest w rękach Allaha, jego powinniśmy się bać, a nie pandemii”.

Zamknięte są nawet główne wielkie meczety: Al Aksa w Jerozolimie, Wielki Meczet w Mekce i Meczet Proroka w Medinie. W czasie Ramadanu będą w nich odprawiane nabożeństwa, ale bez udziału wiernych. Na czwartkowym nabożeństwie w Wielkim Meczecie obecni mogli być tylko imamowie, strażnicy i sprzątacze. Tłumów nie było, natomiast nabożeństwo było transmitowane przez telewizję.

Transmisje z meczetów będą w czasie Ramadanu powszechnie dostępne, przez telewizję lub Internet. W Indiach transmitowane będą online cowieczorne czytania Koranu. To jednak nie zastąpi doświadczenia bezpośredniego uczestnictwa w modlitwach wspólnie z dziesiątkami tysięcy innych wiernych. Oczywiście nie będzie również tradycyjnego w Ramadanie przebywania przez wiernych w meczetach przez wiele dni.

Przygotowanie posiłku iftar dla ubogich (flickr.com – UNAMID)

Podobnie jak aspekt religijny Ramadanu zmieni się też jego aspekt rodzinno – towarzyski, ponieważ wspólne posiłki będą na ogół niemożliwe. Skarżą się na to kupcy, którzy sprzedają znacznie mniej żywności i specjalnych ozdób. Kolacja na zakończenie dziennego postu, iftar, jest tradycyjnie posiłkiem w domu lub na dworze, spożywanym wspólnie przez nawet dziesiątki krewnych i znajomych – teraz rodziny będą go jadły samotnie, spotykając się co najwyżej na smartfonach.

Znikną też tradycyjne jadłodajnie prowadzone w namiotach przez organizacje charytatywne, czy też w meczetach, gdzie za darmo na iftar mogli przychodzić biedni, których nie stać było na własny posiłek. Nie będzie publicznego zbierania funduszy na posiłki dla ubogich ani zbierania dla nich żywności, a dobroczynność jest jednym z istotnych elementów Ramadanu.

Ograniczenia rozciągną się również na Id al-Fitr, radosne trzydniowe święto kończące Ramadan, będące zwykle okazją do kolejnych wspólnych posiłków, do wzajemnych odwiedzin z wręczaniem prezentów i rodzinnych wypraw do parku czy kina. W tym roku wspólnego świętowania nie będzie.

Nie tylko Ramadan

Ograniczenia spowodowane epidemią dotyczą również pielgrzymek. Arabia Saudyjska już w lutym przestała wpuszczać pielgrzymów, którzy cały rok przybywają na umrę, nieobowiązkową pielgrzymkę muzułmanów do Mekki. Prawdopodobnie jednak w tym roku zostanie odwołana także wielka obowiązkowa pielgrzymka, hadż. Takiego zdarzenia nie pamiętają najstarsi wierni (nie odwoływano hadżu w ostatnich stu latach) chociaż podobno od czasów Mahometa aż co 40 lat wielka pielgrzymka była odwoływana z powodów zdrowotnych.

Kaaba podczas hadżdż (flickr.com)

Zamykanie meczetów i odwołanie pielgrzymki ma oczywiście uzasadnienie religijne, nie jest czysto świeckim wymysłem epidemiologicznym. Najwyższa Rada Ulemów w Arabii Saudyjskiej wydała oświadczenie, w którym wzywa muzułmanów, by dawali innym przykład ostrożnego zachowywania się, które zgodne jest z szariacką zasadą „unikania szkody tak bardzo jak można”. Zostało wydanych wiele różnych fatw, potwierdzających zgodność z szariatem ograniczeń w poruszaniu się i zamykania meczetów. Wierni nie mają więc poczucia, że postępują wbrew nakazom religii, chociaż jest to dla nich bardzo bolesne.

Co po Ramadanie?

Dzisiejsza sytuacja jest dla muzułmanów nie tylko nieoczekiwana, ale i niesłychanie trudna. Zamiast kontaktów osobistych z duchownymi i innymi wiernymi mają kontakty wirtualne; nie jest też jasne, czy modlitwy indywidualne w sytuacji nadzwyczajnej dają tyle samo „zasług” wiernym, co uczestniczenie w nabożeństwach w meczecie. Jak wpłynie to na muzułmanów, którzy po raz pierwszy w życiu przez kilka miesięcy nie będą zanurzeni w tłumie innych wyznawców, żeby wspólnie się zwracać do Boga? Dla których religia staje się indywidualną relacją z Bogiem, podobną do tej, jaka jest w chrześcijaństwie?

Przeżywanie religii w zbiorowości ma niesłychanie istotne znaczenie dla wiary i dla zachowania wiernych. Tłumy umacniają wiarę, umacniają przekonanie, że nasz sposób postępowania, nasze zasady są słuszne – skoro tysiące w to samo wierzą i tak samo działają, to nie możemy się mylić. Jeśli tego aspektu zbiorowego braknie, to znika znaczna część nacisku zbiorowości na przestrzeganie zasad szariatu, a przy braku cotygodniowych kazań mniej myśli poświęca się właściwym zasadom postępowania i Bogu. Dlatego islam tak ważną rolę przypisuje wspólnym modlitwom, umacniającym wiarę i dostosowanie się do zasad wspólnoty.

Sądzę, że to doświadczenie indywidualizacji religii nie doprowadzi do wielkich zmian wśród większości wiernych, którzy po kilkumiesięcznej przerwie powrócą z ulgą do znanego sobie rytmu, w którym ponownie stają się częścią wspólnoty. Jednak znaczenie będzie miało dla mniejszości, która się od religii nieco oddali i uzna, że można ją praktykować indywidualnie, albo że bez stałego nacisku zbiorowości czuje się bardziej wolna. Innymi słowy, może zwiększyć się zbiorowość tych, którzy będą uważać, że islam jest sprawą indywidualną, sposobem na relację z Bogiem, a nie przepisem na życie zbiorowe, podporządkowane szariatowi.

Jeśli mam rację, epidemia może przynieść osłabienie wpływu islamu na myślenie i działanie muzułmanów.




Islamistyczny ekstremizm to nie tylko terroryzm

Rozmowa Euroislamu z profesorem Ruudem Koopmansem, holenderskim socjologiem, ekspertem w sprawach migracji, integracji i transnacjonalizacji. Czy islamistyczny ekstremizm to tylko terroryzm? Jakie szanse mają liberałowie muzułmańscy? Czy reforma islamu może ograniczyć się tylko do Europy? Rozmawiał Jan Wójcik.

Jan Wójcik: Od lat zajmuje się pan badaniem mniejszości muzułmańskich w Europie. Wyniki tych badań sugerują, że ogromną część tych mniejszości można określić jako fundamentalistyczne. W jaki sposób definiuje pan fundamentalizm?

Ruud Koopmans: Posługuję się tą samą definicją, której używa się w literaturze poświęconej fundamentalizmowi religijnemu. Nie jest to więc definicja, którą wymyśliłem na własne potrzeby. Składają się na nią trzy elementy. Po pierwsze, fundamentalizm oznacza chęć powrotu do korzeni konkretnej tradycji religijnej. Stąd też wzięła się jego nazwa. Następnym elementem jest dosłowna interpretacja świętych tekstów, wiążąca dla wszystkich wierzących. Mamy więc do czynienia z pozbawioną pluralizmu koncepcją tradycji religijnej. Trzecim aspektem jest relacja pomiędzy świeckimi i religijnymi prawami oraz zasadami, przy czym fundamentaliści utrzymują, że prawo religijne powinno mieć pierwszeństwo względem prawa świeckiego. Prowadziłem badania w sześciu krajach, w dwóch najbardziej dominujących grupach, czyli wśród osób pochodzenia tureckiego i marokańskiego. W krajach tych fundamentaliści stanowili średnio czterdzieści pięć procent badanych.

JW: W porównaniu do tych grup, relatywnie mniejszy odsetek muzułmanów angażuje się w działalność ekstremistyczną.

RK: Tak.

JW: Może więc nie ma w takim podejściu nic złego? Czy ekstremizm nie uciekający się do przemocy stanowi jednak problem?

RK: To tak jakbyśmy powiedzieli, że rasizm nie jest problemem, ponieważ nie wszyscy rasiści uciekają się do przemocy. Postawy rasistowska i fundamentalistyczna są same w sobie problematyczne dlatego, że w dużym stopniu wiążą się z wrogością w stosunku do innych grup. Jeśli na przykład przyjrzymy się wrogości wobec Żydów, zobaczymy, że fundamentaliści mają silnie antysemickie poglądy. Są również wrogo nastawieni do homoseksualistów, do ludzi, którzy nie są częścią ich grupy, a także do tych, którzy porzucają ich tradycję, np. do byłych muzułmanów oraz do ateistów. Powinniśmy pamiętać o tym, że gdy mówimy o przemocy, nie należy brać pod uwagę jedynie terroryzmu.

Oczywiście, w każdej tradycji religijnej i politycznej zawsze znajdzie się mała grupa, która rzeczywiście dokonuje aktów przemocy. Niemniej jednak, jeśli przyjrzymy się przemocy w stosunku do wyżej wymienionych grup, okaże się, że nie jest to terroryzm w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Jest to codzienna przemoc domowa wymierzona w kobiety w rodzinach, są to tak zwane honorowe zabójstwa, uliczne ataki na homoseksualistów, Żydów itp. Ludzie trafiają za to do aresztu, ale nie jest to zorganizowana przemoc w ramach struktur ISIS czy Al-Kaidy. Jednak i w tej formie przemocy konserwatywni, fundamentalistyczni muzułmanie są wysoce nadreprezentowani. Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej z siedzibą w Wiedniu przeprowadziła badania dotyczące przemocy wobec Żydów. Pokazały one, że we wszystkich krajach, w których Żydzi spotykają się z przemocą, najczęściej wymienianymi sprawcami są radykalni muzułmanie – wskazywani nawet częściej niż prawicowi ekstremiści.

JW: Kiedy możemy mówić o radykalizacji? Wydaje się, że nie dotyczy ona jedynie sytuacji, w której ktoś działa w konspiracji albo obraca się w kręgach ugrupowań terrorystycznych.

RK: O radykalizacji mówi się zazwyczaj w nawiązaniu do terroryzmu. Co jednak z sytuacją, w której ktoś atakuje na ulicach ludzi noszących jarmułkę lub mężczyzn trzymających się za ręce, czyli homoseksualistów? Czy to również oznaka radykalizacji? Owszem, stanowi to część skrajnej, fundamentalistycznej, religijnej ideologii, która prowadzi ludzi do tego typu wrogości wobec innych grup ludzi.

JW: Wciąż jest to pewien rodzaj przemocy, ale mamy też ugrupowania islamistyczne, które niekoniecznie są brutalne w stosunku do kogokolwiek. Islamiści nie atakują nikogo na ulicy za noszenie jarmułki. Czy ich również określiłby pan mianem radykałów?

RK: Oczywiście. Nazwałbym ich ekstremistami i antydemokratami. Obecnie zauważamy problem z konserwatywną, fundamentalistyczną religijnością dopiero wtedy, gdy ktoś złamie prawo. Problem, zwłaszcza w przypadku islamskich fundamentalistów, polega jednak na tym, że w fundamentalistycznych meczetach naucza się w ten sposób, że już samo kazanie można uznać za nawoływanie do przemocy. Kiedy kaznodzieje i imamowie informują, że w krajach muzułmańskich skazywanie na śmierć apostatów i homoseksualistów oraz wycinanie kobietom łechtaczek jest uzasadnione, kiedy mówią: „Tak, jesteśmy za szariatem, ale oczywiście tylko w kontekście państw islamskich” – wtedy wciąż szerzą ideologię, za sprawą której ludzie przychodzący do meczetów myślą, że bicie homoseksualistów jest w porządku i że mężczyźni są lepsi od kobiet.

JW: Jak ocenia pan europejskie wysiłki na rzecz walki z ekstremizmem? Z moich rozmów z ludźmi z kręgów antyterrorystycznych wynika, że skupiamy się przede wszystkim na ekstremizmie posługującym się przemocą. Czy to błąd?

RK: To duży błąd. Gdybyśmy rozmawiali na temat ksenofobii i rasizmu, nikt nie wpadłby na pomysł, że problemem są tylko ci ludzie, którzy dokonują fizycznej napaści na imigrantów i obcokrajowców, a samą ksenofobię i rasizm powinniśmy zaakceptować, ponieważ niektórzy mają takie poglądy. Nie możemy myśleć, że szerzenie ideologii nienawiści nie znajduje konsekwencji w życiu codziennym. Jeśli przyjrzymy się statystykom przemocy w stosunku do kobiet, zauważymy wyraźnie, że przemoc jest silnie skorelowana z ortodoksyjną, fundamentalistyczną religijnością.

JW: Czyli istnieje zależność pomiędzy brutalną radykalizacją i działaniami fundamentalistów, islamistów, czasem po prostu muzułmańskich aktywistów, którzy nastawiają muzułmanów przeciwko Zachodowi i działają jak nawóz na podatnym gruncie radykalizacji?

RK: Zgadzam się z tym. W moim badaniu zawarte było pytanie, które odnosiło się do stwierdzenia: „Kraje zachodnie mają na celu zniszczenie islamu”. Muzułmańscy fundamentaliści wierzą w tego typu teorie spiskowe. Kiedy radykalne islamistyczne organizacje, meczety oraz imamowie szerzą ideę walki Zachodu i nieislamskich sił z islamem, niektórzy mogą pomyśleć, że tak rzeczywiście jest i że może warto bronić swojej wiary. Nie powinno nas więc dziwić, że niektórzy odpowiadają na to wyzwanie i dokonują aktów przemocy.

JW: W jaki sposób radykalizacja, która nie posługuje się przemocą, wpływa na nasze społeczności?

RK: Tak jak wspominałem, ludzie zmagają się z przemocą w życiu codziennym. Żydzi w niektórych europejskich miastach, bojąc się, że ktoś dowie się, iż są Żydami, nie ośmielają się wyjść na spacer po określonych ulicach i dzielnicach. W wielkim stopniu ma to również wpływ na ludzi wewnątrz społeczności muzułmańskich, na przykład na kobiety i liberalnych muzułmanów, którzy chcą się odciąć od islamskiego fundamentalizmu lub od islamu w całości. Muszą w tajemnicy zrzekać się swojej religii, nie powiedzą o tym rodzinie, zaprzeczają temu sami przed sobą.

Wpływa to również negatywnie na integrację społeczności muzułmańskich. Dzieje się tak, ponieważ fundamentalistyczna religijność prowadzi często do segregacji. Ze względu na wrogość wobec świata zewnętrznego, religijni fundamentaliści będą unikać kontakt z ludźmi o odmiennych wierzeniach. Konserwatywni muzułmanie nawiązują w związku z tym bardzo nieliczne kontakty z niemuzułmanami, żyją w środowisku poddanym segregacji. Jeśli zaś rzadko nawiązujesz kontakt z resztą społeczeństwa, działa to ze szkodą dla integracji twojej własnej grupy.

Bez kontaktów społecznych nie można uzyskać informacji i zasobów, które są niezbędne do osiągnięcia sukcesu w społeczeństwie. Przykładem może być rynek pracy albo edukacja dzieci. Jest to, jak wynika z jednego z moich badań, jedna z przyczyn, dla których konserwatywni muzułmanie mają tak słabą pozycję na rynku pracy. Ograniczone kontakty z większą częścią społeczeństwa dają efekt w postaci problemów z językiem. Brak kontaktów społecznych oznacza też mniejsze szanse na znalezienie pracy. Małżeństwa wewnątrz społeczności prowadzą do zachowania dużej homogeniczności w kręgu rodzinnym.

Europejskie rządy mają bardzo naiwne podejście do organizacji islamskich i nie śledzą uważnie, co tak naprawdę się za nimi kryje.

Kolejny aspekt to konserwatywny pogląd na rolę kobiety, prowadzący do niskiego poziomu zatrudnienia wśród kobiet z muzułmańskich środowisk konserwatywnych, co z kolei ma negatywny wpływ na przychody w rodzinie, na edukację dzieci itd. To błędne koło prowadzi do segregacji i niewystarczającej integracji, które napędzają fundamentalistyczną religijność. Bardzo trudno wydostać się z tego błędnego koła.

JW: W swoim badaniu pokazuje pan zakres wpływów fundamentalizmu. Na portalu Qantara.de przeczytałem, że pana książka pt. „Das verfallene Haus des Islam.” (Rozpadający się dom islamu) oskarża islam o wsteczność i lekceważy wpływ innych czynników, takich jak kolonializm.

Ksiązka Ruuda Koopmansa "Rozpadający się dom islamu"
Ksiązka Ruuda Koopmansa „Rozpadający się dom islamu”

RK: To absolutnie nieprawda. Po pierwsze, nie uważam, że fundamentalizm jest czymś typowym jedynie dla islamu. Bardzo jasno podkreślam, że każda religia – czy to islam, czy chrześcijaństwo, czy jakakolwiek inna wiara – może być interpretowana w sposób pokojowy i tolerancyjny, ale także w sposób nietolerancyjny i przemocowy. Na początku książki stwierdzam, że przez pierwsze stulecia islam cieszył się większymi sukcesami oraz był religią bardziej tolerancyjną niż ówczesne chrześcijaństwo. W mojej książce nie znajdziemy żadnego fragmentu, w którym twierdziłbym, że islam ma wrodzony problem. Twierdzę, że fundamentalizm pojawił się jako nurt w islamie, szczególnie dominujący po 1979 r., i że miał szkodliwy wpływ na rozwój w świecie islamskim.

Recenzja na Qantara.de to typowy przykład strategii wykorzystywanej przez ludzi, którzy nie chcą słyszeć o tym, że istnieje jakikolwiek religijny wymiar problemu. Każdego, kto krytyczniej wypowiada się na temat islamu, nawet jeśli dotyczy to tylko islamskiego fundamentalizmu, nazywają przeciwnikiem islamu..

JW: Czy na Bliskim Wschodzie mamy coraz mniej islamizmu i fundamentalizmu? Ludzie są tam coraz bardziej sceptycznie nastawieni wobec sloganu: „Islam stanowi rozwiązanie”. Daniel Pipes, z którym rozmawiałem, jest właśnie takiego zdania. Czy według pana w Europie zaobserwujemy podobną tendencję?

RK: Trudno powiedzieć. ISIS poniosło porażkę w Syrii i w Iraku, co miało pozytywny wpływ na Europę. Zagrożenie jest teraz mniejsze. W innych regionach natomiast, na przykład w Afryce Zachodniej, fundamentalizm rozprzestrzenia się i widzimy coraz więcej przemocy ze strony islamskich fundamentalistów. Nie sądzę też, żeby sytuacja rozwijała się w dobrym kierunku w Pakistanie. Problem zdaje się nie ustawać.

Oczywiście trzeba mieć nadzieję i staram się ją pokazywać pod koniec mojej książki, ale wątpię, żeby islamski fundamentalizm był w odwrocie. Na początku Arabskiej Wiosny widzieliśmy młodych ludzi, którzy wychodzili na ulice i żądali demokracji, jednak w wyborach, które miały miejsce w Tunezji, Egipcie lub w Algierii w latach 1990., wygrywali fundamentaliści.

Kiedy widzę ludzi, którzy mobilizują się teraz w Libanie i w Iraku protestując przeciwko lokalnym reżimom, nie mam powodu, żeby nie wierzyć, iż protestują oni przeciwko fundamentalizmowi i opowiadają się za demokracją. To ludzie z liberalnym podejściem, którzy chcą innego życia. Wątpliwe jednak, czy stanowią oni większość w poszczególnych krajach i czy będą w stanie wygrać wybory. Kwestia ta pozostaje otwarta, a jedyne, co możemy zrobić, to wspierać reformatorów i liberalnych muzułmanów, na tyle, na ile tylko możemy. Nie uda nam się to, jeśli będziemy zaprzeczać, że istnieje problem z islamskim fundamentalizmem.

JW.: Jaką rolę mogą odegrać islamscy reformatorzy i liberałowie?

RK: W mojej książce podkreślam, że zarówno w islamskich krajach, jak i w społecznościach muzułmańskich w Europie, reforma będzie musiała przyjść od wewnątrz. Oczywiście są ludzie, którzy starają się skierować europejski islam na bardziej liberalne tory. Ruchy te wydają się jednak relatywnie małe. Nie cieszą się dużym wsparciem ze strony społeczności muzułmańskich. Wielu muzułmanów należących do tych społeczności ma dosyć fundamentalistycznego islamu i decyduje się zostać osobami świeckimi. Niektórzy z nich dokonują tego nie mówiąc o tym, że są ateistami albo byłymi muzułmanami. Inni całkowicie porzucają religię. Są to liberałowie, ale już nie religijni. Nie uczestniczą w debatach mających na celu zreformowanie islamu – po prostu go porzucili. Być może w sensie kulturowym wciąż postrzegają siebie jako muzułmanów, ale nie są już nimi w sensie religijnym.

Muzułmanie, którzy uważają się za religijnych i jednocześnie walczą o liberalny islam, stanowią nieliczną grupę. Myślę, że właśnie tę grupę powinniśmy aktywnie wspierać, żeby rosła w siłę. Tymczasem europejskie rządy mają bardzo naiwne podejście do organizacji islamskich i nie śledzą uważnie, co tak naprawdę się za nimi kryje.

W książce podaję przykład Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech (z niem. Zentralrat der Muslime im Deutschland, w skrócie ZMD – przyp. JW). Za sprawą obecności medialnej Anyama Mazyeka, jest ona bardzo widoczna w debacie publicznej. Mazyek jest niezwykle elokwentnym mówcą i ma powiązania w kręgach politycznych, szczególnie w Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). W publicznych wystąpieniach jest bardzo liberalny, tolerancyjny i opowiada się za dialogiem religijnym. Nie mam powodu, żeby wątpić, iż jest taki sam jako osoba prywatna.

Kiedy jednak zapraszamy kogoś takiego do mediów jako rzecznika społeczności muzułmańskiej w Niemczech, prosząc, żeby w imieniu muzułmanów wypowiadał się na temat polityki, powinniśmy w krytyczny sposób przyjrzeć się organizacji, która za nim stoi. Niektórzy członkowie tej organizacji w Hamburgu powiązani są z irańskim reżimem. Inne ugrupowania mają kontakty z Bractwem Muzułmańskim. Widzimy też skrajnie nacjonalistyczne ugrupowania tureckie. Tak więc organizacje, które Mazyek reprezentuje, nie są w żadnej mierze tolerancyjne, a niektóre są wręcz antydemokratyczne. Moim zdaniem udzielanie głosu im – czy też Turecko-Islamskiej Unii ds. Religijnych (z niem. Türkisch-Islamische Union der Anstalt für Religion, w skrócie DITIB), która reprezentuje państwo tureckie w Niemczech –  a nie liberalnym muzułmanom, jest dużym błędem.

JW: W tej samej sytuacji jest rząd Macrona, który imamów chce wysłać na szkolenia do Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego (z fr. Conseil français du culte musulman, CFCM), również zdominowanej przez islamistów.

RK: Sytuacji we Francji nie znam tak dobrze, więc nie chcę się wypowiadać na jej temat. Rozumiem dylemat, przed którym stoją rządy, chcące z jednej strony rozmawiać z przedstawicielami dużej grupy muzułmanów, a z drugiej preferujące kontakty z tymi, który reprezentują liberalną wersję islamu. Czasami nie jest łatwo, ponieważ w Niemczech największą organizacją jest DITIB, będąca tak naprawdę głosem tureckiego państwowego islamu.

Niemcy starali się szkolić imamów na uniwersytetach, niezależnie od takich organizacji, ale studiujących tam imamów nie akceptowały meczety, za którymi stały organizacje uważające, że tego typu islam nie jest ich islamem. Trzeba znaleźć drogę środka. Nie twierdzę, że z ZMD czy DITIB nie należy w ogóle rozmawiać, ale z pewnością błędem jest dawanie właśnie im tak dużo przestrzeni i nie zapewnianie jej liberalnym muzułmanom.

JW: Od dziesięciu lat obserwuję ruchy reformatorskie i mogę powiedzieć, że od trzech lat coraz głośniej wyrażają one swoje opinie. Niemniej jednak, wciąż są to małe grupki lub jednostki. Dlaczego nie tworzą one sieci, wspólnej platformy?

RK: Według mnie jedną z przyczyn jest to, że sekciarstwo nie ogranicza się tylko do kręgów fundamentalistów i ekstremistów. Swego rodzaju sekciarstwo i indywidualizm znajdziemy również wśród liberalnych muzułmanów. Nie chcą ze sobą rozmawiać, nie chcą współpracować. Z powodu relatywnie niewielkich różnic w poglądach trudno jednostkom dojść do porozumienia. Myślę, że dobrze pan opisał to zjawisko. Są to jednostki, bardzo małe grupy. Nie ma dużych, potężnych platform i sieci. A to z pewnością jest konieczne.

W tej kwestii w Niemczech władze mogłyby być pomocne. Jeśli chce się tam uzyskać prawo do bycia organizacją religijną, wymagany jest pewien poziom zorganizowania. Jeśli chcesz uczyć religii w szkołach, potrzebujesz pewnego poziomu organizacyjnej infrastruktury. Konserwatyści ją mają, więc uzyskują przywileje. Liberałom tego brakuje, więc państwo mogłoby podejść do jednostek i małych ugrupowań w następujący sposób: „Możecie utworzyć organizację religijną, ale tylko jeśli zbierzecie się i utworzycie bardziej spójną, silniejszą sieć, która będzie reprezentatywna dla szerszych nurtów wśród liberalnych muzułmanów”. Byłaby to swego rodzaju marchewka, która mogłaby połączyć środowiska liberalne.

JW: Czy według pana idea europejskiego islamu wolnego od dżihadu, szariatu i dawah, opracowana przez Bassama Tibiego, jest wciąż możliwa do zrealizowania?

RK: Moim zdaniem tego potrzebuje islam na całym świecie. Wątpię jednak, żeby była szansa na realizację tego jako czysto europejskiej idei. W ten sposób oddzielilibyśmy tylko islam europejski od islamu światowego, a to by nie zadziałało. Wpływ finansowy i medialny krajów islamskich jest tak duży, że nie uda się wypracować specyficznej, europejskiej odmiany islamu, innej od islamu i islamskiego świata. Tego rodzaju reforma musiałaby się wydarzyć na całym świecie. Nie oznacza to oczywiście, że europejscy muzułmanie nie mogą starać się zostać awangardą takiego ruchu. Uważam natomiast, że używanie logo „europejski islam” mogłoby odnieść odwrotne skutki.

——-

Ruud Koopmans jest holenderskim socjologiem i profesorem na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Jest kierownikiem badań na wydziale ds. migracji, integracji i transnacjonalizacji na WZB Berlin Social Science Center. Wśród jego licznych publikacji znajdziemy książki pt. „Das verfallene Haus des Islam: Die religiösen Ursachen von Unfreiheit, Stagnation und Gewalt” (Rozpadający się dom islamu. Religijne przyczyny zniewolenia, stagnacji i przemocy) oraz „Assimilation or multiculturalism? Conditions for successful integration” (Asymilacja czy wielokulturowość? Warunki konieczne dla udanej integracji).

Tłumaczenie Bohun




Koronawirus, spisek, syjoniści

Pandemia koronawirusa obnażyła paranoiczną i „średniowieczną” mentalność wielu muzułmańskich duchownych, polityków i dziennikarzy.

W mediach arabskich, tureckich i w muzułmańskich mediach w Europie pojawiło się wiele teorii spiskowych, antysemickich stereotypów oraz interpretacji wirusa jako kary zesłanej na niewiernych za prześladowania muzułmanów oraz za „niemoralny” styl życia.

Czytając niektóre wypowiedzi można odnieść wrażenie, że antyżydowskie oskarżenia znane badaczom średniowiecza z czasów czarnej dżumy dziś ożywają w społecznościach muzułmańskich. Zmagania z pandemią wzmocniły bowiem antysemickie i antyzachodnie nastroje, rozpowszechnione w wielu krajach i środowiskach muzułmańskich.

Kara Allaha dla komunistów i buddystów

Kiedy z Chin napłynęły pierwsze doniesienia o wirusie, salafici z Egiptu i Maroka, nazwali go „żołnierzem Allaha”, atakującym niewiernych, którzy działają przeciwko niemu. „Moc Boża uderza w Chiny, komunizm i buddyzm: zatłoczone szpitale. Chiny wypowiedziały wojnę islamowi i muzułmanom oraz prześladowały naszych braci Ujgurów” – twierdzi jeden z muzułmańskich radykałów.

Abdul Razzak al-Mahdi, syryjski salafista, 20 stycznia podziękował Bogu za koronawirusa, gdyż dotyka on wrogów Allaha: „Zwiększaj ich cierpienia i troski aż przestaną walczyć z twoimi wyznawcami i ich religią”. Z kolei egipski duchowny cieszył się z tego, że „moc Boża uderza w buddyjskie komunistyczne Chiny. Chiny rozpoczęły wojnę z naszymi muzułmańskimi braćmi ujgurskimi, a Bóg wysłał tam swojego żołnierza [koronawirusa]. Bóg nie jest niesprawiedliwy dla swoich wyznawców”.

Kiedy pandemia dotknęła kraje muzułmańskie, narracja o karze Allaha zesłanej na Chiny w postaci koronawirusa ustąpiła miejsca teoriom spiskowym. W roli kozła ofiarnego obsadzono Żydów i Amerykanów.

Wirus jako efekt syjonistycznego spisku

W mediach świata muzułmańskiego szerzą się teorie spiskowe, według których Amerykanie i Żydzi doprowadzili do wybuchu pandemii, by móc na niej zarobić, sprzedając szczepionkę przeciwko wirusowi. Na stronie algierskiego serwisu informacyjnego można było przeczytać, że „za koronawirusem stoi organizacja syjonistyczna, a państwo syjonistyczne Izrael twierdzi, że znalazło szczepionkę”.

Irański mułła Nasser Makarem Shirazi oświadczył, że zabronione jest przyjmowanie jakichkolwiek izraelskich leków na wirusa, chyba że nie ma innej alternatywy i jednocześnie zaprzeczył, że Iran planuje zakup szczepionki od „syjonistów”. „Wolę ryzykować wirusem niż wziąć izraelską szczepionkę” – napisał Roshan M. Salih, irański dziennikarz Press TV i redaktor brytyjskiego serwisu informacyjnego dla muzułmanów Five Pillars, którego nazwa ma kojarzyć się z pięcioma obowiązkami pobożnych muzułmanów.

Ten sam portal opublikował tezy znanego wyznawcy teorii spisowych Kevina Barretta, który zasugerował, że wirus to kolejna odsłona „wojny biologicznej”, jaką prowadzą Stany Zjednoczone ramię w ramię z Izraelem. „Stany Zjednoczone są kierowane przez szaleńców, przez psychopatów, którzy są całkowicie zdolni do rozpoczęcia III wojny światowej poprzez atak na Chiny i Iran, używając broni biologicznej, przy czym akcja przeciwko Iranowi prawdopodobnie prowadzona jest przez Izrael. To najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie tego, co widzimy” – napisał Barrett.

Antysemickie treści pojawiają się także w mediach tureckich. Fatih Erbakan, przewodniczący partii Refah i syn nieżyjącego islamistycznego polityka i byłego premiera Turcji, Necmettina Erbakana, którego uważa się za mentora prezydenta Erdoğana, powiedział 6 marca: „Chociaż nie mamy niezbitych dowodów, ten wirus służy celom syjonizmu, zmniejszenia liczby ludzi i zapobiega jej przyrostowi, wyrażają to ważne badania. Necmettin Erbakan mówił, że „syjonizm jest bakterią mającą pięć tysięcy lat, która powoduje cierpienia ludzi””.

W mediach społecznościowych pojawiło się wideo, pokazujące tureckiego kierowcę autobusu, który mówi, że wszystkie epidemie w niedawnej historii, od AIDS do Eboli, zostały stworzone przez firmy farmaceutyczne. Następnie kierowca zapytał: „A do kogo należy większość firm farmaceutycznych? Do Żydów”.

„Amerykanie są jak wirus”

11 marca przywódca szyickiego ruchu w Iraku, Muqtada Al-Sadr, oskarżył prezydenta USA i Stany Zjednoczone o to, że „stoją za rozprzestrzenianiem się tej choroby”, ponieważ uderza ona w „głównie w przeciwników USA”. Polityk i duchowny również dodał, że Irak nie przyjmie żadnej pomocy w zwalczaniu wirusa od Stanów Zjednoczonych. „Jesteście nie tylko wrogami Boga, ale także wrogami ludu. Jesteście wirusem, który zabija pokój i który rozprzestrzenia wojny i choroby” – napisał szejk.

W syryjskich mediach także można przeczytać komentarze, propagujące teorie spiskowe. Na przykład Sha’ban Ahmad, felietonista rządowego dziennika „Al-Thawra”, napisał: „Ktokolwiek śledzi kwestię związaną z koronawirusem, rozumie, że Trump przyjął politykę wojny biologicznej przeciwko Chinom i światu, [politykę] handlu ludźmi poprzez stworzenie choroby, która przyniesie korzyści firmom farmaceutycznym i [producentom] szczepionek. Jest to kolejna wojna i świat musi być bardziej świadomy niebezpieczeństwa, jakie stwarza amerykańska administracja, która stara się zniszczyć świat (…) w imię własnych interesów”.

Inni syryjscy komentatorzy oskarżają Amerykanów o użycie wirusa jako broni biologicznej, która ma sparaliżować chińską gospodarkę i doprowadzić do utrzymania amerykańskiej hegemonii na globalnym rynku.

Chińska propaganda trafia w świecie arabskim na podatny grunt. Dziennikarze na Bliskim Wschodzie powtarzają tezy, jakoby wirus został stworzony w laboratorium po to, by wywołać światową pandemię.

Abd Al-Bari ‚Atwan, palestyński dziennikarz mieszkający w Wielkiej Brytanii i piszący dla arabskiego portalu „Rai Al-Yawm”, napisał: „Rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych napisał na swoim angielskim koncie na Twitterze, że za wprowadzenie koronawirusa do miasta Wuhan, które zostało najbardziej dotknięte tą chorobą, mogło odpowiadać amerykańskie wojsko”. Jest to bardzo mocne twierdzenie, które w sposób dorozumiany oskarża USA i osobiście prezydenta Trumpa o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości”.

Podobne twierdzenia można przeczytać na portalach i w gazetach jordańskich, libańskich, czy palestyńskich. Dodatkowo antyamerykanizm charakterystyczny dla wielu krajów muzułmańskich podsycany jest obecnie przez propagandę rosyjską. To na doniesienia serwisu Suptnik powołuje się część komentatorów świata arabskiego.

Kara dla niewiernych i muzułmanów, którzy ich naśladują

Khadar bin Muhammad, imam działający w stanie Nowy Jork, związany z islamskim centrum edukacyjnym Warrior Scholar Institute, 15 marca zamieścił na YouTube kazanie, w którym powiedział, że jeśli Allah zdecyduje się ukarać niewiernych na ich ziemi, może zniszczyć każdego, kto znajduje się na tej ziemi. Muzułmanie powinni potraktować te słowa jak ostrzeżenie i przypomnienie, że żyją oni w „krainie niewiernych”, których Allah może ukarać zsyłając na nich wirusa.

„Prosimy Boga o ochronę muzułmanów i ziem muzułmańskich przed tą chorobą. Niech Bóg nas chroni, choć żyjemy wśród niewiernych. Niech Bóg chroni nas przed karą, którą być może postanowił wymierzyć niewiernym. Niech Bóg nas ochroni przed tą karą” – tymi słowami modlił się imam.

Imam Khadar bin Muhammad

„Powinniście potraktować te słowa jako przypomnienie o życiu w krainie niewiernych, o tym, że kiedy Bóg decyduje się zniszczyć niewiernych, to zniszczy każdego, kto jest na tej ziemi. Pomyśl o naszej sytuacji w Ameryce. Kara może przyjść do nas pierwsza, ponieważ jesteśmy rozluźnieni i zażywamy odpoczynku w kraju niewiernych. Ludzie oddają się rozpuście, piją alkohol, są geje. (…) A co my robimy? (…) A co ja naprawdę robię, żeby cieszyć się dobrem i zabraniać zła?  Na co powininiśmy się przygotować? Zamiast myć ręce pięć razy dziennie z obawy przed koronawirusem, powinieneś żałować [za grzechy]. (…) Nawet muzułmanie noszą teraz maski. Wcześniej bali się nosić niqab, mówiąc: „Ludzie będą się ze mnie śmiać, jeśli będę nosić niqab na ulicy”, a teraz chodzą z brzydkimi, niebieskimi maseczkami na twarzy. Bezpieczeństwo pochodzi z monoteizmu, zaś zniszczenie i krzywda z politeizmu i z powodu wyznawców boga innego niż Allah. (…) Z tego biorą się wszelkie szkody; dlatego właśnie niewierni są najstraszniejszymi ludźmi. (…) „Ileż to kobiet widzimy, (…) które pokazują swoje kostki? Czy nie powinny się bardziej martwić tym, a nie tym, jak [dezynfekować ręce]? To jest obrzydliwe i zabronione. Od pokazywania kostki, przez obcisłą sukienkę, aż po bluzy z kapturem, cokolwiek… A one pokazują, że są szczupłe… To wszystko jest grą. One grają w gry [z Bogiem] jak Żydzi” – z takim przesłaniem do wiernych zwrócił się muzułmański duchowny.

Muzułmańscy liberałowie wzywają do opamiętania

Urodzony w Arabii Saudyjskiej liberał Mansour Al-Hadj wystąpił przeciwko ekstremistycznym muzułmańskim duchownym, którzy traktują różne klęski żywiołowe, takie jak wybuch epidemii koronawirusa jako karę, którą Allah wymierzył niewierzącym. Zauważył, że teorie spiskowe są popularne w społecznościach muzułmańskich pomimo ich absurdalności. Jednocześnie wezwał muzułmanów na całym świecie do potępienia obskuranckich interpretacji oraz zastąpienia tego nienawistnego podejścia, które zniekształca istotę religii, humanistycznym i współczującym zrozumieniem wiary.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: www.memri.orgwww.memri.org/reportswww.memri.org/reports/turkish-politiciansinvestigativeproject.orgwww.memri.org/reports/muslim-liberal




Powinniśmy być bardziej solidarni

Wywiad z Wojciechem Wilkiem, prezesem Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Rozmawiał Grzegorz Lindenberg.

Grzegorz Lindenberg: PCPM istnieje od 2006 roku, a uchodźcom z Syrii pomagacie od 2012 roku, od początku konfliktu. Co tam robicie?

Wojciech Wilk: Pracowałem dla ONZ w Syrii przed 2012, przed wybuchem i na początku rewolucji, zajmowałem się tam koordynacją pomocy humanitarnej, więc temat Syrii znam bardzo dobrze. W 2012 roku MSZ uruchomił finansowanie dla polskich organizacji w zakresie pomocy dla uchodźców syryjskich; udało nam się uzyskać to finansowanie i od tego czasu te projekty są ciągle finansowane z programu “Polska Pomoc” Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Wojciech Wilk

Od lipca 2012 roku na granicy libańsko-syryjskiej prowadzimy projekty pomocy humanitarnej, które z projektu na 200 rodzin w 2012 roku urosły do bardzo kompleksowego działania. Obejmuje ono pomoc dla rodzin wynajmujących mieszkania – to jest około trzech czwartych uchodźców w Libanie – przygotowanie obozów do warunków zimowych, prowadzenie szkoły dla uchodźców syryjskich, prowadzenie ośrodka zdrowia oraz takiego mobilnego ośrodka zdrowia, ambulansu, który jeździ po obozach namiotowych, projekty zatrudnienia uchodźców syryjskich w rolnictwie czy w różnego rodzaju pracach publicznych, wsparcie samorządów w Libanie, budowa oczyszczalni ścieków, oświetlenie solarne ulic. Oczywiście chcielibyśmy zrobić więcej, ale te działania dotyczące północno-zachodniej Syrii to jest klasyczna odpowiedź na nagły kryzys humanitarny, który jest o wiele gorszy, niż ktokolwiek się spodziewał. Kiedy była poprzednia faza walk w północnej Syrii w 2019 roku, to uciekło około 400 tysięcy ludzi, teraz prawie milion.

Skąd pochodzą wasze fundusze?

Z ONZ, z pieniędzy unijnych, z wpłat prywatnych; największym donatorem jest MSZ. Niestety finansowanie MSZ dla organizacji pozarządowych jest de facto niezmienne od 2008 roku, a w tym roku spadło nawet o jedną czwartą.

Na stronie „Polska Pomoc” MSZ jest informacja, że Polska w 2018 przeznaczyła na pomoc rozwojową 2,8 mld złotych, co jest 0,14% polskiego PKB, znacznie mniej, niż 0,33%, które powinna przeznaczać jako członek Unii Europejskiej.  Czyli z funduszy „Polskiej Pomocy” wy dostajecie mniej niż 1 promil.

Fundusze państwowe na pomoc rozwojową można podzielić na trzy grupy. Ta trzecia, najmniejsza, około 4% całego tego budżetu, to są fundusze w dyspozycji MSZ i z tego funduszu, który od 2008 roku wynosi 80-130 mln złotych (w tym roku 100 mln), około 40% idzie na projekty organizowane przez organizacje pozarządowe. To, w porównaniu do innych wydatków budżetu państwa, są bardzo małe pieniądze. Polskie organizacje pozarządowe są przyzwyczajone do robienia projektów z takim samym budżetem, jak organizacje zachodnie, tylko że u nich liczone w euro albo dolarach, a u nas w złotówkach. Każdą złotówkę musimy oglądać z dwóch stron, a też chcemy pokazać, że to polskie zaangażowanie w pomoc rozwojową czy humanitarną jest efektywne, żeby przekonać decydentów do większego finansowania tych działań, które niestety na razie pada ofiarą decyzji politycznych. Pomoc zagraniczną najłatwiej uciąć, bo za tym nie idą głosy, nie stoją wyborcy.

Zwracacie się do ludzi o pieniądze na pomoc dla uchodźców w północno-zachodniej Syrii, bo na to nie można dostać pieniędzy z MSZ?

O ile wiem, pomoc humanitarna wewnątrz Syrii nie leży ramach priorytetów MSZ. Poza tym, kwota, która jest potrzebna, aby nieść pomoc setkom tysięcy uciekinierów przed wojną w Syrii, jest jak na obecne możliwości finansowania MSZ bardzo znacząca.

Jaka jest ta potrzebna kwota?

Tyle ile się da zebrać. Nasze możliwości to jest wybudowanie czy wsparcie budowy domów dla pięciuset do tysiąca rodzin i jest to koszt pomiędzy 5 a 10 mln złotych, czyli 10% tego, co MSZ ma na cały rok na wszystkie projekty. Dlatego liczymy na odzew społeczny, bo zależnie od odzewu możemy zbudować domy dla 500 rodzin albo dla 100. To już zaczyna być realne pod kątem zbiórki publicznej.

Te domy są takie tanie?

Koszt zakupu jednego składanego domu, wraz z transportem i kosztem postawienia go na miejscu to około 6000 zł. Taki dom jest dość lekki, waży około 160 kilogramów, więc musi być przykotwiczony w odpowiedni sposób do ziemi, żeby go nie oderwały podmuchy wiatru. Żeby go dobrze przykotwiczyć trzeba wybudować podmurówkę, platformę, która także zabezpieczy dom przed zalewaniem. Te domy są produkowane w Polsce, w Gdańsku i ONZ kupuje je w ilościach hurtowych, około 15 tysięcy rocznie. Z Gdańska są one wysyłane na cały świat: stoją w obozach na granicy Somalii i Kenii, w Ugandzie, i w regionie Sahelu. To, że jesteśmy polską organizacją, która próbuje się włączyć w ten proces budowy schronienia dla uchodźców w Syrii, jest dość logiczne.

Składane domy, stawiane przez PCPM dla uchodźców.

Ale największym problemem w północno-zachodniej Syrii jest brak miejsca na budowę nowych obozów. ONZ-owskie standardy mówią o powierzchni obozów dla uchodźców 45-50 metrów kwadratowych na osobę, a minimum 30 metrów kwadratowych na osobę – obejmujące już wszystkie drogi, infrastrukturę i tak dalej – w tych nowych obozach jest to minimum, bo nie ma na nie miejsca. Obozy są budowane w szczerym polu, to są tereny uprawne, grząskie, które najpierw trzeba umocnić dużą ilością kamieni, zbudować platformy dla tymczasowych domów i całą infrastrukturę – toalety, ujęcia wody. Z czasem takie obozy się przeradzają w wielkie miejscowości.

Czy każdy może się zgłosić i dostać od was taki dom? Dżihadyści i ich rodziny też?

W każdym kraju, w którym pracujemy, również w Syrii, wybór i tego typu decyzje pozostawiamy ONZ. Wybór lokalizacji, miejsca, osób, które tam dotrą, należy do ONZ. Cała operacja humanitarna, taka jak w Syrii czy w Libanie, jest podzielona na sektory, jeden z nich dotyczy zabezpieczenia dachu nad głową i my działamy w koordynacji z ONZ, w tym przypadku Biurem Wysokiego Komisarza do spraw Uchodźców (UNHCR). To operacyjnie wygląda w ten sposób, że my im mówimy „Mamy 500 domów i mamy też fundusze, żeby je postawić. Gdzie chcecie, żeby je postawić?”. Oni mówią „Tu”, pokazując konkretne miejsce na mapie.

Oczywiście, z naszej strony też możemy dokonywać analizy, czy to akurat miejsce i te akurat działania nas interesują. Na przykład dyskusyjne byłoby to, czy powinniśmy tego typu domy stawiać w Afrin, to ten region w Syrii, który jest, czy był, regionem o dużym udziale ludności kurdyjskiej, który w 2016 roku został zajęty przez siły tureckie. Zdajemy sobie z tego sprawę, że tam budowanie nowych obozów zmieniałoby, przynajmniej tymczasowo, strukturę etniczną tego regionu. Powiedzieliśmy więc naszym partnerom w Syrii, że regionie Afrin takich domów nie będziemy budować. Teraz bierzemy pod uwagę dwa regiony: Idlib, w bezpośredniej bliskości muru granicznego z Turcją, bo tam jest najwięcej ludzi szukających choć namiastki bezpieczeństwa. Drugim regionem jest północna część prowincji Aleppo, dokąd w ostatnich tygodniach dotarło 330 tysięcy ludzi, i którzy cały czas nie mają dachu nad głową.

Widzi pan perspektywę zakończenia wojny domowej w Syrii?

Militarnie rząd syryjski wygrywa tę wojnę. Pytanie, czy te skrawki terenu, na których stacjonują siły tureckie, pozostaną pod pośrednią lub bezpośrednią kontrolą Turcji, czy wrócą pod kontrolę Syrii. Jest też cała kwestia terytoriów kurdyjskich. Problem nie leży w terytorium, ale w tym, że w samej Syrii są przynajmniej 3-4 miliony ludzi, którzy deklarują, że nie będą mieszkać w kraju rządzonym przez Asada. Gdzie ci ludzie mieliby się podziać, gdyby cała Syria wróciła pod kontrolę Asada?

Myśli pan, że co się z nimi stanie? Turcja zbudowała mur na granicy…

Najprostszym rozwiązaniem byłoby umożliwienie przez rząd syryjski tym osobom, które mają nastawienie antyrządowe, powrót na łono społeczeństwa przez ogłoszenie amnestii,  umożliwienie im normalnego funkcjonowania i zapewnienie bezpieczeństwa. Problem jest taki, że to się nie dzieje. Doskonałą ilustracją jest powrót uchodźców z Libanu, gdzie uchodźca, przed powrotem do Syrii, ma możliwość dostania takiego glejtu bezpieczeństwa ze strony Muhabaratu – syryjskich służb. Uchodźcy dostają takie glejty bezpieczeństwa, ale one wcale dużo nie znaczą. Po powrocie do Syrii mają mniej więcej miesiąc względnego spokoju, a potem mężczyźni są bardzo często siłą wcielani do wojska. A oni nie po to wracają do Syrii, żeby walczyć za reżim, za który nie chcieli walczyć i z którego powodu uciekli.

Dochodzi też do różnego rodzaju represji, gdzie ten aparat syryjski nie wiadomo, czy jest aparatem terroru ze strony państwa, czy państwem w państwie. Dostajemy na przykład informacje, że uchodźcy powracający z Libanu – a z Libanu powracają nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że żyją w takim ubóstwie, że mówią: „To już wolę umrzeć w Syrii niż w Libanie” – są porywani przez syryjską bezpiekę. I ich rodzina dostaje informację, że wypuścimy porwanego, jeśli rodzina zapłaci siedem tysięcy dolarów – a w Syrii to są kosmiczne pieniądze, bo urzędnik państwowy zarabia około pięćdziesięciu dolarów miesięcznie. Jeżeli to się dzieje wobec osób, które dostały ten glejt bezpieczeństwa i wróciły, to ja nie wiem, co by musiało się stać, jak musiałoby się zmienić zachowanie rządu syryjskiego, całego aparatu władzy w Syrii, żeby umożliwić odbudowę jedności społecznej.

Dysproporcja tego, jakie są potrzeby pomocy humanitarnej tam na miejscu, w zestawieniu z pomocą udzielaną w Europie, jest gigantyczna.

Pomoc z Polski

Ale pewnie myśli pan: „Czy będę do Syrii wysyłał te TIRy przez następne trzydzieści lat”?

Wewnątrz Syrii jest promyk nadziei, chociaż promyki nadziei tam długo nie trwają. Są regiony, które były pod kontrolą sił opozycyjnych, które się „pogodziły’ z rządem. Uzyskały taki rodzaj para-autonomii. Przykładem może być miasto Rastan między Homs a Hamą. Rastan zawsze było bastionem opozycji i w okolicach tego miasteczka nastąpiło takie „pogodzenie się” ruchu oporu z rządem i jest tam para-autonomiczna enklawa. Jest odrębnym pytaniem, jak będzie wyglądała polityczna autonomia Kurdów, czy w ogóle zostaną uszanowane ich żądania dotyczące autonomii.

Powinniśmy się liczyć z kolejną falą emigracji do Europy?

Problem jest taki, że grozi nam fala migracyjna w ciągu najbliższych paru tygodni, a nie za rok czy dwa. Przy granicy tureckiej w prowincji Idlib, przy tym murze, są zbudowane setki obozów dla setek tysięcy ludzi. Ci ludzie szukają bezpieczeństwa w tym cieniu muru na granicy tureckiej, wierząc, że tam nie będą bombardowani, bo wojska syryjskie będą się bały przestrzelić i trafić w terytorium po tureckiej stronie. Od tych obozów front jest nie więcej niż o 20 kilometrów. Czyli wszystkie są w zasięgu ognia artyleryjskiego, w listopadzie na jeden z nich spadła rakieta wystrzelona spod Aleppo. Naprawdę nie trzeba jakichś dalekosiężnych procesów, aby fala migracyjna ruszyła.

Jak wygląda teraz i jak się może rozwinąć sytuacja z uchodźcami w północno-zachodniej Syrii, o której pan mówił, po decyzji Erdogana, że otwiera granicę z Syrią i przepuszcza uchodźców do Europy?

Od analityków polityki tureckiej słyszałem, że wśród tureckiej elity politycznej, niezależnie od tego, czy popierającej Erdogana czy nie, istnieje konsensus w sprawie zbudowania pasa bezpieczeństwa wzdłuż granicy syryjskiej, który byłby zasiedlony ludnością arabską i byłby naturalnym buforem wobec Kurdów. Widać wyraźnie, że ten pas jest tworzony, ale istnieje w nim istotna luka koło miasta Kobane (Ain El-Arab), gdzie nie ma sił syryjskich, ale zainstalowały się siły rosyjskie, patrolujące teren wspólnie z Turkami. Łącznie ten pas terenu na północy Syrii jest wielokrotnie większy niż teren prowincji Idlib. Kontrolowane przez “rebeliantów” obszary prowincji Idlib są zaś obecnie wielkości polskiego powiatu, na którym jest ściśnięte dwa i pół do trzech milionów ludzi. Mówimy o znalezieniu dla tych osób, uciekających przed wojną, stosunkowo bezpiecznego miejsca w granicach Syrii. Natomiast musimy pamiętać o tym, że tego typu rozwiązania wspierają politykę Turcji, mającą na celu fizyczne odepchnięcie ludności kurdyjskiej od granicy tureckiej.

Niemcy wydają rocznie 20 mld euro na nowych imigrantów. Co pan o tym myśli?

Niemcy wydają 23 miliardy dolarów – pomoc humanitarną liczymy w dolarach – na pomoc dla imigrantów i uchodźców w ramach swoich granic i te 23 miliardy wracają z powrotem do ich gospodarki. Pieniądze, które są wydawane na pomoc zagraniczną, do tej gospodarki nie wracają, to jest nie krążenie, tylko odpływ pieniędzy. Z drugiej strony ONZ co roku przygotowuje strategie pomocy humanitarnej dla krajów tego regionu i w przygotowaniu tych strategii PCPM uczestniczy. Strategia pomocy humanitarnej dla Syrii, Jordanii, Iraku, Libanu, Turcji i Egiptu, sześciu krajów najbardziej dotkniętych kryzysem syryjskim, to jest mniej więcej 11-12 miliardów dolarów rocznie. Czyli połowa tego, co Niemcy wydają u siebie na pomoc dla imigrantów i uchodźców, wystarczyłaby na sfinansowanie całego programu humanitarnego na Bliskim Wschodzie, a on jest realnie finansowany na poziomie tylko 50% potrzeb. Dysproporcja tego, jakie są potrzeby pomocy humanitarnej tam na miejscu, w zestawieniu z pomocą udzielaną w Europie, jest gigantyczna.

Trzeba także pamiętać, że do Europy nie dotarli ludzie najbiedniejsi. W 2015 roku za przerzut z Damaszku do granicy Unii trzeba było zapłacić nawet 2,5 tysiąca dolarów za osobę, co jak na Syrię było bardzo wysoką kwotą, szczególnie jeśli to była cała rodzina. Uciekała syryjska klasa średnia. Ruch migracyjny w październiku 2015 roku pokrył się z początkiem rosyjskiej interwencji w Syrii. Wówczas reżim Asada przeżywał militarne załamanie, wyczerpanie rezerw osób zdolnych do walki, które powodowało rozpad całej machiny wojskowej. Gdyby nie wsparcie Iranu i Rosji sytuacja dziś wyglądałaby inaczej. Emigracja z Syrii w roku 2015 nie była z terenów zajętych przez opozycję, syryjska klasa średnia emigrowała z terenów kontrolowanych przez rząd. Widzieli, że ten rząd się wali i mając groźbę potencjalnych rządów islamistów sprzedali co mogli i uciekli do Europy. Co z drugiej strony jest ogromnym problemem dla kraju, bo jeśli uciekła cała ekipa gospodarcza czy intelektualna, to kto zostanie, żeby ten kraj odbudować?

To, co robicie, jest konkretne i sprawdzalne, pieniądze nie są marnowane, wiecie na co zostały wykorzystane?

Bardzo dużą rolę przywiązujemy do tego, żeby każdą złotówkę móc prześledzić i do kogo ona trafiła. Zdajemy sobie sprawę, że przy działaniu w Syrii, szczególnie na terenach kontrolowanych przez rząd, istnieją bardzo duże naciski ze strony instytucji rządowych na przekazanie części pomocy humanitarnej dla osób, które mają takie czy inne sympatie polityczne. Dlatego w Syrii zdecydowaliśmy się na dostarczenie domów modułowych, a nie pomocy finansowej. Z domkiem ciężko uciec, szczególnie, jeśli jest przykotwiczony do betonowej platformy. Jeśli to jest obóz dla uchodźców pod patronatem ONZ, to jest dosyć dobry sposób upewnienia się, że pieniądze darczyńców będą prawidłowo wykorzystane.

Z tego powodu pracujemy w Libanie. PCPM działa tam jako część koordynowanej przez ONZ pomocy humanitarnej i to widać w bardzo wymierny sposób. Gdy mamy rodzinę, którą chcielibyśmy objąć pomocą, to PCPM ma dostęp do bazy uchodźców, którą prowadzi Wysoki Komisarz ONZ ds Uchodźców, gdzie widać przy nazwisku każdej rodziny czy się kwalifikuje do otrzymania pomocy (lub nie) i czy nie jest już objęta pomocą humanitarną jakiejś innej organizacji, a jeśli jest, to do kiedy. W ten sposób możemy zapewnić, że pomoc trafi od osób zakwalifikowanych przez ONZ do jej otrzymania i że się nie dubluje.

Problemem jest to, że w tej chwili pomocy dla syryjskich uchodźców w Libanie jest za mało. System współpracy z ONZ działa też w drugą stronę: ONZ przekazuje do PCPM przypadki rodzin syryjskich, które muszą otrzymać wsparcie na opłacenie mieszkania, bo są o krok od wyrzucenia na ulicę. O ile normalnie bylibyśmy w stanie przyjmować takie rodziny i zapewniać im wsparcie przez cały rok, to w tym roku pula pieniędzy skończyła się już w lutym, więc przez kolejne miesiące nie wiem, jak będziemy mogli tym ludziom pomóc, po prostu nie mamy na to funduszy.

Czy jesteśmy w stanie odróżnić uchodźcę od emigranta ekonomicznego?

Oczywiście, zdecydowanie jesteśmy w stanie to zrobić. Na uchodźcy ciąży obowiązek udowodnienia tego, że jest prześladowany w swojej ojczyźnie i z tego powodu nie może powrócić do swojego kraju. To nie służby kraju przyjmującego powinny się domyślać, że on jest w takiej czy innej sytuacji – to osoba aplikująca o status uchodźcy powinna udowodnić, że jest prześladowana i nie może wrócić. Proces ustalenia, czy daną osobę należy objąć ochroną prawną jako uchodźca nazywa się „refugee status determination”. Problem jest taki, że UNHCR wobec uchodźców syryjskich, a wcześniej wobec uchodźców irackich, ze względu na ich ogromną liczbę zastosował taki wytrych prawny. Uciekinierzy z tych krajów zostali uznani za uchodźców prima facie, po polsku mówi się w takich przypadkach o “uchodźcach zbiorowych”. Oznacza to, że każda osoba, która jest obywatelem Syrii i która jest poza Syrią a była na terytorium Syrii 15 marca 2011 roku, kiedy wybuchła rewolucja, powinna według zaleceń UNHCR otrzymać status uchodźcy.

Zastosowanie definicji uchodźcy zbiorowego jest, delikatnie mówiąc, dyskusyjne. Czy na przykład te osoby uciekające z Damaszku w 2015 roku mogłyby udowodnić, że były prześladowane?

Co pan myśli o papieżu Franciszku, który wzywa do otworzenia Europy i serc dla imigrantów, i do niekontrolowanej imigracji?

Ja bym tego tak nie ujął. Zgadzam się z papieżem Franciszkiem, że my, jako mieszkańcy Unii Europejskiej, cały czas największej gospodarki na świecie, powinniśmy być bardziej solidarni z tymi, którzy nie mają tyle, co my. Nie możemy udawać, że nas to nie interesuje.

Niedawno doznałem olśnienia czytając historię Małopolski. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych XIX wieku w Małopolsce były regularne głody, w których co rok umierało do sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Ta nędza galicyjska spowodowała masową emigrację Polaków do Ameryki. Jeżeli teraz mamy do czynienia z taką nędzą galicyjską w Afryce to jak powinniśmy do tego podejść? Uważam, że powinniśmy przyłożyć tę samą miarę, która była przykładana do Polaków, do przedstawicieli innych narodów. A drugim argumentem jest to, że Polacy po II wojnie światowej, po 1968 roku, podczas „Solidarności”, też byli uchodźcami.

Podając konkretny przykład – znam uchodźcę syryjskiego w Turcji, który zawsze był po niewłaściwej stronie i który dostał pogróżki z Syrii, że go zabiją. Ten człowiek nie może zostać w Turcji, nie może powrócić do swojego kraju, to jest osoba, która powinna zostać przesiedlona do bezpiecznego kraju trzeciego.

Prowadzicie albo prowadziliście projekty nie tylko w Libanie, również w Gruzji, Kenii, Ugandzie, Południowym Sudanie, Autonomii Palestyńskiej, Iraku. Z którego z nich jest pan najbardziej zadowolony?

Osobiście jestem najbardziej zadowolony z naszego sztandarowego projektu w Kenii, gdzie od 2014 roku szkolimy straż pożarną. Za łączną kwotę  3-4 milionów złotych udało nam się przeszkolić połowę strażaków w Kenii, która ma 50 milionów mieszkańców, poprawić zabezpieczenie przeciwpożarowe dla prawie połowy mieszkańców. Dzięki szkoleniu przez polskich instruktorów strażacy kenijscy nie tylko zaczęli bardziej skutecznie gasić pożary – gasić, a nie tylko dojeżdżać z pustym samochodem bez wody – ale zaczęli używać nieznanych tam wcześniej technik ratownictwa linowego, zaczęli o wiele bardziej skutecznie ratować ludzi z powodzi, ludzi zakleszczonych w wypadkach samochodowych, reagować skutecznie pod kątem pomocy medycznej w tak zwanych zdarzeniach masowych. Zmiana jest gigantyczna przy bardzo niewielkich środkach.

——————————————–

Jeśli chcecie Państwo wesprzeć działanie Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, to wszystkie dane są na ich stronie: https://pcpm.org.pl/pomoc

Biogram Wojciecha Wilka https://pcpm.org.pl

Wszystkie zdjęcia pochodzą z www PCPM




Donald Tusk, „człowiek Euroislamu” w Unii Europejskiej

Grzegorz Lindenberg

Wielokrotnie w czasie kryzysu imigracyjnego 2015-2016 byliśmy krytykowani w mediach za nasze antyimigracyjne stanowisko. Wygląda jednak na to, że mieliśmy całkowitą rację, a potwierdzają to słowa samego Donalda Tuska.

W czasie kryzysu imigracyjnego w 2015-2016 roku stanowisko Stowarzyszenia Europa Przyszłości (wydawcy portalu Euroislam.pl) było jednoznaczne: uważaliśmy, że masową imigrację, która jest zagrożeniem dla spokoju społecznego, ładu politycznego i bezpieczeństwa krajów unijnych, trzeba powstrzymać. Pomagać uchodźcom z Syrii trzeba tam, gdzie się znajdują obecnie (Turcja, Jordania, Liban), a do Europy przyjmować wyłącznie osoby prześladowane z powodów politycznych i obyczajowych, których życie jest zagrożone.

Relokacja, wskazywaliśmy, jest błędem i odwracaniem uwagi od rzeczywistych problemów imigracji (dokumenty są tutaj  i tutaj, trzeba zwrócić uwagę, że pochodzą z pierwszego półrocza 2015 roku. – Wszystkie komentarze kursywą i w nawiasach pochodzą od autora artykułu – red.).

Jak się teraz okazało, identyczne do naszych poglądy miał Donald Tusk, wówczas przewodniczący Rady Europejskiej (zgromadzenia przywódców Unii Europejskiej). Wyszły niedawno jego dzienniki z tego okresu (Donald Tusk: „Szczerze”, wyd. Agora, 2019), z których wybraliśmy wszystkie fragmenty dotyczące kryzysu imigracyjnego 2015-2016. Z drugiej strony, wyważone stanowisko przewodniczącego RE – choć nie mieliśmy tak pełnego obrazu –  zauważaliśmy wcześniej.

Czytając warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy:
– brak przygotowania Unii Europejskiej na nagły napływ imigrantów i niezdolność Komisji Europejskiej (i innych unijnych instytucji) do stworzenia planu działania w trakcie kryzysu; natomiast po kryzysie żadne długoterminowe planowanie dla zapobieżenia podobnym kryzysom nie powstało;
– upieranie się przez KE przy programie relokacji imigrantów jako jedynym sposobie radzenia sobie z kryzysem, co jednak tylko zwiększało ich napływ;
– katastrofalną politykę kanclerz Angeli Merkel, która to polityka była przez imigrantów rozumiana jako zachęta do przybywania do Niemiec;
– szantażowanie UE przez prezydenta Turcji, Erdogana, napływem imigrantów; te szantaże mogą się powtarzać w przyszłości;
– niebezpieczeństwo (na razie tylko potencjalne) ogromnej imigracji z Egiptu, położonego zaledwie o 400 km od UE (Cypr).

Oto fragmenty książki Donalda Tuska (wszystkie wytłuszczenia w poniższym tekście pochodzą od redakcji Euroislam.pl.):

25 czerwca 2015

Spieramy się o propozycję Komisji Europejskiej dotyczącą obowiązkowej relokacji czterdziestu tysięcy uchodźców.

Do ataku dołączył Juncker, mówiąc, że kwietniowa decyzja o dobrowolności relokacji była podjęta pospiesznie i bez namysłu. Po raz pierwszy i ostatni w trakcie Rady Europejskiej odpowiedziałem po polsku: Nie mogę się zgodzić ze stanowiskiem Jeana-Claude’a, że kwietniowa decyzja była podjęta nierozważnie. Po długiej debacie wypracowaliśmy wspólne stanowisko, że mechanizm relokacji powinien się opierać na zasadzie dobrowolności. To Komisja Europejska przedłożyła później propozycję sprzeczną z tą decyzją Rady.

Po długiej dyskusji mamy wstępną zgodę na rozlokowanie 40 tysięcy uchodźców ale nie będzie to mechanizm obowiązkowy i stały. Nie sądzę, żeby się to kiedykolwiek zmieniło. Opór państw naszego regionu jest zbyt duży i poparty mocnymi argumentami. „Stała relokacja bez kontroli granic zwiększy tylko napływ nielegalnych imigrantów” – staram się tłumaczyć. „Nie ma mowy o polityce imigracyjnej bez efektywnej kontroli granic. Trzeba umieć zatrzymać falę setek tysięcy imigrantów, żeby móc pomóc prawdziwym uchodźcom uprawnionym do azylu politycznego, których są tysiące, ale nie setki tysięcy.”

10 września 2015

Turcy chcą mi pokazać jeden z obozów dla uchodźców.
Schodzimy do obozu. Przebywa w nim dziesięć tysięcy ludzi. Witają mnie z niezwykłą serdecznością. Jeden z rozmówców, przy aplauzie całego tłumu, prosi, żeby podziękować pani Merkel za zaproszenie i przeprasza (!), że jeszcze nie wyjechali do Niemiec, ale na razie nie mają transportu i dopiero zbierają pieniądze! Niektórzy pokazują mi na komórkach selfie, które jakiś uchodźca zrobił sobie dzisiaj z Angelą w Berlinie. Od razu stało się przebojem internetu. Ludzie tutaj interpretują je jako zaproszenie, chyba wbrew intencji pani kanclerz. Wszyscy w obozie już wiedzą, co znaczy niemieckie słowo „willkommen”, mają telewizję, internet, komórki. Znajomi i rodziny z Niemiec codziennie informują ich o sytuacji. Są autentycznie przekonani, że Europa czeka na nich z otwartymi ramionami.

(Trzy dni później Piotr Ślusarczyk publikuje artykuł pt. „Kabaret zielony balonik” o skutkach polityki „Willkommen” i naiwnym myśleniu imigrantów. Jednocześnie Jan Wójcik publikuje krytyczny artykuł wobec medialnego środowiska związanego z Donaldem Tuskiem, powołując się m.in. na słowa samego Tuska z początku kryzysu. Także we wrześniu ‚Gazeta Wyborcza’ publikuje wywiad Piotra Ibrahima Kalwasa z naszą redakcją „Twórcy portalu Euroislam: Otwórzcie Oczy” .)

20 września 2015
Nie ma już innych tematów niż migracja. Niemcy są zachwyceni sami sobą, pokazują Europie, co znaczy otwartość i gościnność, ale coraz wyraźniej widać, że szlachetne intencje i moralne pobudki niekoniecznie służą rozwiązaniu problemu.

Dziś rozmawiam z prezydentem As-Sisim w Kairze. Egipt na razie skutecznie blokuje szmugiel migrantów, Sisi mówi, że dla Egiptu to kwestia honoru. Jednak na terytorium jego kraju zgromadziło się już kilkaset tysięcy migrantów. Liczy na pomoc, dużą pomoc, z uśmiechem tłumaczy, że jedna jego decyzja wystarczy, aby w stronę Europy ruszyła fala dziesięciu milionów młodych Egipcjan, którym musi zapewnić edukację i stworzyć miejsca pracy. „Tylko na to czekają” – stwierdza spokojnie i patrzy mi znacząco w oczy. To była jego odpowiedź na pytanie, czy Egipt zgodzi się na utworzenie nowych obozów dla uchodźców.

(Tydzień wcześniej publikuję w ‚Gazecie Wyborczej’ artykuł, w którym tłumaczę, że należy pomagać na miejscu, a imigrantów zniechęcać do przybywania do Europy. Gazeta wystawia aż trzech publicystów przeciwko zawartym tam tezom. Wynik „głosowania” czytelników przyciskiem „polub” –  2000 do 20 dla naszych poglądów. Wkrótce debata stanie się tak ostra, że GW zamknie możliwość komentowania. Próbujemy bezskutecznie przekazać Platformie Obywatelskiej na podstawie tych nastrojów, że jak nie zmieni kursu, to przegra nadchodzące wybory jeszcze bardziej.)

23 września 2015
Rada Europejska (..) Opowiadam o statystykach z porannych raportów, jakie przygotowali eksperci nasi i UNHCR. Wynika z nich, że ludzi wyrzuconych ze swych siedlisk przez wojny, represję i nędzę jest w północnej Afryce oraz na Bliskim i Środkowym Wschodzie kilkanaście milionów. To potencjalni imigranci, a Europa jest i będzie dla nich głównym celem. Wnioski są trzy: trzeba natychmiast odbudować granice zewnętrzne Unii, zwiększyć radykalnie pomoc dla Afryki i krajów takich, jak Jordania czy Turcja, pomóc w rozlokowaniu uchodźców, którzy już są na terenie Unii i mają powody, by domagać się azylu. Narasta świadomość, że mamy do czynienia z problemem cywilizacyjnym na długie lata. Nie ma prostych rozwiązań, tylko ciągła i bardzo trudna praca.

(O tym także pisaliśmy w maju 2015 roku, we wspomnianym na początku opracowaniu, to problem na najbliższe dekady, tymczasowe środki go nie rozwiążą)

Jeśli nie będzie kontroli na zewnętrznych granicach Unii, to nieuchronnie pojawi się ona na granicach wewnętrznych i będziemy mogli zapomnieć o Schengen (2015).

5 października 2015

Erdoğan ma oczekiwania. Może zatrzymać albo chociaż zredukować falę uchodźców, ale pyta przy okazji: „A co z rozmowami na temat przystąpienia Turcji do Unii i ruchem bezwizowym; czy pokryjemy koszty utrzymania migrantów na jego terenie, czy będziemy w pełni solidarni z nim w walce z kurdyjskimi terrorystami?”. Migranci stają się użytecznym narzędziem polityki wymuszania ustępstw.

6 października 2015

W Parlamencie Europejskim powtarzam swoją mantrę, ale po raz pierwszy tak mocno kładę nacisk na ochronę granicy zewnętrznej. „Żeby pomóc uchodźcom, nie możemy wpuszczać wszystkich chętnych. Jeśli nie będzie kontroli na zewnętrznych granicach Unii, to nieuchronnie pojawi się ona na granicach wewnętrznych i będziemy mogli zapomnieć o Schengen.

„Skupianie się na relokacji tylko przyciągnie migrantów” – staram się tłumaczyć, ale z sali wieje chłodem. Podzielona jest na dwa obozy: pełnego otwarcia i całkowitego zamknięcia Europy, a tłumaczenie, że nie ma efektywnej pomocy bez skutecznej kontroli granicznej, jest rzucaniem grochem o ścianę. Chcą się oburzać, zamiast się zastanawiać, jak rozwiązać problem.

16 października 2015
Tylko we wrześniu 150 tysięcy osób przeszło z Turcji do Unii. Zanosi się na to, że w październiku będzie ich jeszcze więcej. Ta fala zmienia nastroje społeczne nawet w najbardziej do tej pory proimigrancko nastawionych krajach. Powoli do wszystkich dociera, że bez skutecznej ochrony zewnętrznej granicy Unii odtworzą się granice wewnątrz Unii. Schengen umrze. To ważne także dla bezpieczeństwa wewnątrz Unii. W fali płynącej z Turcji mogą się znaleźć terroryści. Nikt tego nie kontroluje, nikt nie wie, kto do nas trafia. Z tego powodu mają powstać tzw. hot spoty, przez które powinien przejść każdy imigrant, który trafił do Europy.

(Ostrzegaliśmy przed tym w 2015 roku, po czym pełnomocnik rządu ds. równego traktowania prof. Małgorzata Fuszara zwróciła się z wnioskiem do Prokuratora Generalnego o zbadanie, czy nasze działanie nie jest przestępstwem. Tusk miał szczęście, że tego co napisał, nie opublikował wtedy, bo też trafiłby do prokuratury. A wśród imigrantów w latach 2014-2018 znalazło się ponad 100 terrorystów).

24 października 2015

„Jeśli liberalne wartości oznaczać mają abdykację z obowiązku ochrony terytorium i zapewnienia bezpieczeństwa swoim obywatelom, to znaczy, że już przegraliśmy” – mówię do liberałów holenderskich, zgromadzonych na Dniu Europy w Hadze.

9 listopada 2015

Merkel z lekkimi pretensjami, że w jakimś wywiadzie skomentowałem negatywnie jej politykę migracyjną. Powiedziała niedawno, że fala migracyjna jest za duża, by ją zatrzymać, na co odrzekłem, że jest dokładnie odwrotnie, że ta fala jest zbyt duża, żeby jej nie zatrzymywać.

10 listopada 2015

Jestem na Malcie, jutro rozpocznie się szczyt Unia – Afryka. Naszym celem jest zmiana modelu współpracy z krajami afrykańskimi na bliższy hiszpańskiemu: pomagamy wam, ale tylko wtedy, gdy wy przyjmujecie z powrotem własnych obywateli, którzy nie mają prawa do azylu i przebywają nielegalnie na terytorium Unii. Ale to wciąż w Brukseli bardzo niepopularny pogląd.

12 listopada 2015

Cały dzień dyskutujemy o nowych formach współpracy, ostrożnie dobieramy słowa, chcemy być wobec siebie eleganccy, ale prawda jest brutalna: jeśli chcemy ograniczyć falę imigrantów, musimy zacząć płacić bez porównania więcej niż do tej pory.

Plan dla Afryki, obliczony na dziesiątki, może setki miliardów euro, żeby pomóc realnie zmienić tamtejszą rzeczywistość, brzmi politycznie poprawnie, ale mało kto wierzy w jego skuteczność.

17 listopada 2015

Po szczycie spotkanie z Erdoğanem, który podniesionym głosem straszy mnie i Junckera, że zaraz otworzy granice i do Bułgarii i Grecji puści autobusy z imigrantami. Bez żadnej kontroli. „I co, będziecie do nich strzelać?” – pyta z agresywną ironią. „Znajdziemy sposób, żeby ich zatrzymać i odesłać” – odpowiadam, sugerując, że granica na Bałkanach jest już kontrolowana. Trochę spuszcza z tonu, ale prowokuje Junckera („Ty, Juncker, pamiętaj, że Luksemburg jest mniejszy od średniego miasta w tej prowincji” – zwraca się do niego po nazwisku). Staram się tonować nastrój, ale w głowie mam jedną myśl: musimy kontrolować granice, inaczej będziemy bezradni wobec szantażu.

22 listopada 2015

Niestety, prawda jest taka, że z głównych stolic europejskich ale i z Komisji wciąż płynie komunikat: przepuszczajcie. Jak to zmienić? Rozmowy z Erdoğanem w Antalyi nie pozostawiają wątpliwości: jeśli sami nie poradzimy sobie z zamknięciem szlaku bałkańskiego, Turcja może żądać od nas, czego tylko zechce. I będziemy musieli jej to dać.

Niby wszyscy chcą współpracować, ale jak do tej pory nigdzie – ani w Afryce, ani na Bałkanach – nie znalazłem chętnych do organizowania obozów przejściowych na własnych terytoriach.

18 grudnia 2015
Pocieszam się, że w końcu do wszystkich dotarło, iż kluczowa jest ochrona zewnętrznej granicy Unii, a nie relokacje. Lepiej późno niż wcale. Ale nie wystarczy zapisać w konkluzjach punktu o ochronie granic. Nie wierzę też, że nowa propozycja Komisji, by utworzyć Europejską Straż Graniczną, rozwiąże problem. Potrzeba więcej Europy, ale przede wszystkim potrzeba większej aktywności państw członkowskich.

19 lutego 2916
Przyjęliśmy konkluzję w sprawie imigracji. A w niej jedno kluczowe zdanie: musimy skończyć z polityką przepuszczania imigrantów przez kolejne granice na szlaku bałkańskim. Na Bałkanach mogę w końcu powiedzieć: bądźcie gotowi na zamknięcie granic. Taka po wielu miesiącach sprzecznych komunikatów będzie teraz wola całej Unii.

(W tym samym czasie zawierane jest ostatecznie porozumienie z Turcją. Do dzisiaj trwają dyskusje, czy to zamknięcie granic na Bałkanach, czy zapłacenie Turcji powstrzymało falę imigracyjną w tamtym czasie. W marcu 2016 piszę artykuł krytykujący to porozumienie, a nadzieje związane z nim uważam za przesadne.)

19 sierpnia 2016
Merkel jest zaniepokojona moimi propozycjami w sprawie migracji. Spieramy się dłuższy czas, ale bardzo mocno obstaję przy swoim: nie relokacja, ale ochrona granicy zewnętrznej powinna być naszym priorytetem. Niby się zgadza, ale obawia się, że zmiana paradygmatu będzie interpretowana jako jej porażka.

11 października 2017
W Nikozji mam do wykonania proste, zdawałoby się, zadanie – wyrazić jednoznacznie solidarność w konflikcie z Turcją o prawo do wierceń na wodach terytorialnych Cypru. Ale Grecy, Niemcy i Holendrzy nie chcą zaogniać relacji z Ankarą, boją się, że Erdogan skieruje do Europy kolejną falę imigrantów.

13 grudnia 2017
„Ta idea głęboko dzieli państwa Unii i przykuła nieproporcjonalnie dużo uwagi w stosunku do rezultatów; w tym sensie okazała się nieefektywna”. W ten sposób oceniłem w swoim liście do liderów temat kwot imigracyjnych. Za jakiś czas pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale dziś te słowa spowodowały w Brukseli histerię, a ja zostałem wyzwany od anty-Europejczyków. Chciałbym już zamknąć ten temat niepotrzebnie wywołany przez Komisję na wyraźną sugestię Berlina. Wielokrotnie ostrzegałem Schulza i Junckera przed konsekwencjami, ale uparli się i sprowokowali ostry konflikt, który nie przyniósł żadnych pozytywnych rezultatów.

(Pół roku wcześniej ukazuje się u nas analiza pokazująca hucpęzwiązaną z procedurą relokacji, łamanie umów, pozorowanie jej realizowania przez większość państw i sztuczny podział – istniejący wśród polityków, bo większość obywateli Europy jest w ogóle przeciwko imigracji z krajów muzułmańskich)




Terroryści wśród migrantów – prawda czy mit?

Jan Wójcik

Amerykański think tank Center for Immigration Studies oszacował skalę wykorzystania fali imigracyjnej przez terrorystów. Mieliśmy rację ostrzegając przed tym polski rząd i społeczeństwo w roku 2015, wbrew atakom politycznie poprawnych mediów.

W roku 2015 zwracaliśmy uwagę na problem wykorzystania kryzysu imigracyjnego przez organizacje terrorystyczne. Wysyłaliśmy opracowania do polityków i mediów, a po braku reakcji przygotowaliśmy kampanię plakatową. Oskarżono nas wtedy nawet o podżeganie do nienawiści. Dzisiaj fakty, niestety, potwierdziły nasze obawy. Przynajmniej 104 islamistycznych terrorystów, według Center for Immigration Studies, wykorzystało nieregularną imigrację w latach 2014-18. 

Według danych tej organizacji 28 z nich udało się skutecznie przeprowadzić 16 zamachów terrorystycznych, w których zginęło 170 ofiar, a rannych zostało 878 osób. Na szczęście 37 zostało aresztowanych lub zabitych w trakcie planowania ataków, a 39 aresztowanych za związki z organizacjami terrorystycznymi. Spośród tych zidentyfikowanych aż 75 było powiązanych z ISIS, a 13 z Dżabat al-Nusra. Co ważne, większość z nich ubiegała się o międzynarodową ochronę w państwach europejskich.

Ataków było więcej

Badanie CIS nie obejmuje wszystkich ataków, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Wykluczony z analizy został na przykład Anis Amri, sprawca zamachu na berliński jarmark bożonarodzeniowy w 2016 roku, w którym zginął polski kierowca ciężarówki. Amri dostał się na włoską Lampedusę jako „uchodźca”, ale w roku 2011, czyli poza okresem badania (2014-18).

Wśród sprawców zamachów wymieniany jest między innymi Mohammad Daleel, Syryjczyk starający się o azyl, który w 2015 roku popełnił zamach samobójczy raniąc 15 osób. Daleel związany był z ISIS, a w jego pokoju w ośrodku dla uchodźców znaleziono materiały o przygotowaniu ładunków wybuchowych. Z kolei Abderrahman Mechkah, marokański „uchodźca” zasztyletował dwie kobiety i ranił sześć innych w Turku, w Finlandii w 2017 roku.

Chociaż terroryści stanowili ułamek całkowitej nieregularnej migracji, to jednak wywołali istotne skutki polityczne.

Sprawne działanie służb europejskich państw pozwoliło uniknąć większej liczby ataków. I tak Ayoub el-Khazzani planował w 2015 zmasakrować pasażerów pociągów z Amsterdamu do Paryża. Przez lata mieszkał w Europie, dołączył do syryjskiego dżihadu i wrócił wraz z falą imigracyjną do Europy. Aladjie Touray z Gambii planował w 2018 roku wjechać samochodem w przechodniów w Neapolu, a przybył wraz z 800 imigrantami na łodzi rok wcześniej. Tadżyk Mukhamadsaid Saidov, chociaż nie planował ataków, został aresztowany, bo należał do wewnętrznego kręgu dowódców ISIS, odpowiedzialnego za terroryzm i egzekucje.

Informacja o zagrożeniu nazwana hejtem

Większość spośród 65 terrorystów zaangażowanych w przeprowadzenie, skuteczne bądź nie, akcji terrorystycznych w Europie zostało specjalnie wytrenowanych i umieszczonych wśród uchodźców. Najsłynniejsi z nich to członkowie komórki belgijsko – francuskiej, sprawcy zamachów w Paryżu w listopadzie 2015 roku, w sześciu miejscach, gdzie zabito 130 osób i raniono około 500, oraz zamachów samobójczych w Brukseli, w których zginęły 32 osoby, a raniono ponad 300.

Za takie plakaty byliśmy oskarżani o „podżeganie do nienawiści na tle wyznaniowym”

To właśnie na podstawie doniesień włoskiego wywiadu w roku 2015 przestrzegaliśmy rząd Platformy Obywatelskiej przed takim procederem i za to Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania, Małgorzata Fuszara, skierowała wobec naszej organizacji Stowarzyszenie Europa Przyszłości wniosek do Prokuratora Generalnego o zbadanie czy nie podżegamy do nienawiści. Były jednak również  wyrazy poparcia dla naszych prognoz.

Chociaż terroryści stanowili ułamek całkowitej nieregularnej migracji, to jednak wywołali też skutki polityczne, takie jak zmiana w układzie sił w państwach europejskich, wzrost znaczenia ugrupowań populistycznych, zwiększenie wydatków na służby bezpieczeństwa, ograniczenie ruchu w strefie Schengen, czy wpływ na Brexit.

Zmiany w polityce

W wyniku masowej migracji i zamachów terrorystycznych na znaczeniu w Europie zyskały partie skrajnie antyimigranckie i antyislamskie, takie jak Liga Północna we Włoszech, AfD w Niemczech, Szwedzcy Demokraci w Szwecji, czy Prawdziwi Finowie. Nawet w Danii centro-lewicowej partii socjaldemokratycznej udało się utrzymywać popularność przez zaostrzanie antyimigracyjnej retoryki.

Słabość ochrony granic zewnętrznych poskutkowała ponownym wzmocnieniem granic wewnętrznych. Ograniczono ruch w strefie Schengen. Belgia wprowadziła kontrole na granicy z Francją, Niemcy z Austrią, Dania z Niemcami i Szwecją, Austria z Węgrami i Słowenią.

Raport CIS bada, jakie są implikacje europejskich problemów dla Stanów Zjednoczonych. Zwłaszcza, że USA same odkrywają problemy ze swoim systemem imigracyjnym. W styczniu FBI aresztowało Alego Yousifa Ahmeda Al-Nouriego, który był liderem komórki Al-Kaidy w Faludży w Iraku. Mimo tego otrzymał w Ameryce status uchodźcy. W Stanach Zjednoczonych jednak senatorowie domagają się wyjaśnień, jak dopuszczono do tego, że terrorysta został uchodźcą, a potem amerykańskim obywatelem.

W Europie stawianie takich pytań grozi zaliczeniem do grona populistów, jeżeli nie „islamofobów”.

Nadal trzeba przestrzegać

Z perspektywy czasu należy sobie postawić pytanie, czy w 2015 roku bardziej było zasadne napisanie na plakacie: „Państwo Islamskie ukrywa terrorystów wśród imigrantów”, czy twierdzenie, jak Małgorzata Fuszara, że „mamy tu do czynienia z negatywnym obrazem wyznawców islamu, w celu podsycania nienawiści na tle etnicznym i wyznaniowym”?

Możliwe, że są osoby, które tak jak Kazimiera Szczuka uważają, że martwić się należy dopiero, gdy się okaże, że większość jest terrorystami, czy Szymon Hołownia, którzy nalega na chrześcijańską otwartość wobec muzułmańskich imigrantów bez względu na konsekwencje.

Nasz portal z pewnością do tej grupy nie należy i dalej zamierzamy przestrzegać przed niebezpieczeństwem kolejnych migracji, które mogą być gorsze w długofalowych skutkach.

Jan Wójcik




Panislamistyczna polityka zagraniczna Turcji

Kiedy w lutym 2011 r. bezkompromisowy prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, wezwał prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka do uwzględnienia „głosu ludzi i ich najbardziej ludzkich postulatów”, tym samym zobowiązał Turcję do poparcia Arabskiej Wiosny. Było to zgubne oświadczenie.

Wydając je Erdogan naraził na niebezpieczeństwo wszystkie dotychczasowe polityczne i gospodarcze zdobycze Turcji w świecie arabskim. Trzy lata później Turcja była już całkowicie odizolowana w regionie i wplątała się w wojnę domową w sąsiedniej Syrii.

Dlaczego Turcja wstąpiła na tę ryzykowną ścieżkę i poparła Arabską Wiosnę? Zrozumieć ruch, który okazał się katastrofalnym wyborem, możemy tylko wtedy, gdy uwzględnimy islamistyczną ideologię, którą kierują się politycy w Ankarze w relacjach zagranicznych.

Analitycy powinni zająć się przede wszystkim koncepcją ittihad-i Islam, która zawsze była w Turcji kluczowym elementem islamizmu i należy ją traktować jako pryzmat, przez który skłaniające się ku islamizmowi kierownictwo rządzącej partii AKP interpretowało wydarzenia w regionie i na świecie. W oczach sunnickich islamistów sprawujących władzę w AKP, Arabska Wiosna była zwiastunem ludowej islamistycznej transformacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej.

Oczywiste pytanie brzmi: jaka była turecka polityka zagraniczna przed 2011 r. i co zmieniło się w kontekście regionu Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej po tej dacie?

„Jedność islamu” w Imperium Osmańskim

Religię i nauki islamskie można łatwo zinterpretować jako skierowany do muzułmanów bezpośredni nakaz współpracy, wzajemnej pomocy i zjednoczonego działania w polityce zagranicznej. Często cytowany werset koraniczny brzmi: „I trzymajcie się razem węzła Boga, i nie rozdzielajcie się! Wspominajcie dobroć Boga nad wami! Oto byliście wrogami, a On uczynił przyjaźń w waszych sercach i staliście się przez Jego dobroć braćmi!” (Koran 3:103; przekład Bielawskiego). Jak mawia znane islamskie powiedzenie: „Wierni są jak ludzkie ciało żyjące we wzajemnym afekcie, współczuciu i sympatii. Kiedy jedna część ciała boli, pozostałe również zaczną boleć”.

Te oraz inne wersety sprawiły, że wielu religijnych uczonych i intelektualistów w XIX w. zaczęło nawoływać do bliższej współpracy i zacieśniania stosunków między muzułmanami wszystkich grup etnicznych i wyznań religijnych. Koncepcja ta nazywana jest ittihad-i Islam w języku tureckim lub wahdat al-Islam w arabskim i w obu przypadkach oznacza dosłownie „jedność (lub wspólnotę) islamu”.

Wezwanie to odbiło się szerokim echem wśród działaczy państwowych i biurokratów Imperium Osmańskiego – państwa, do którego wielu muzułmanów zwracało się w trakcie tego długiego wieku z prośbą o finansowe, wojskowe i dyplomatyczne wsparcie. Imperium Osmańskie podążało za ideą panislamizmu. Termin ten ukuli Europejczycy odnosząc się do polityki zagranicznej sułtana Abdula Hamida II, rządzącego w latach 1878 – 1909.

W XIX w. w świecie muzułmańskim zorientowano się, że istnieje brutalna i rosnąca dysproporcja siły pomiędzy Europą i światem muzułmańskim, Dysproporcję tę można by zignorować, gdyby nie wrogo nastawione środowisko międzynarodowe. Europejskie potęgi, a szczególnie Wielka Brytania, Francja i Rosja, kolonizowały kawałek po kawałku świat islamski, a islamscy przywódcy nie zdołali udaremnić tych kolonialnych ataków. W odpowiedzi na to, co wydawało się stanowić zjednoczony europejski atak na kraje muzułmańskie, zrodziła się idea ittihad-i Islam, która zdobyła popularność na obszarze od Karaczi aż po Rabat.

Idea ta była sensowna. Muzułmanie dzięki współpracy mogli stawić czoła Europie i bronić swoich interesów. Pomimo że sułtan Abdul Hamid II poparł tę koncepcję, Imperium Osmańskie nie zdołało zapobiec całkowitej europejskiej dominacji w trakcie kongresu w Berlinie w 1878 r. oraz na konferencji berlińskiej w latach 1884-1885. W XX wieku, w następstwie II wojny światowej i rozpadu Imperium Osmańskiego, dominacja Zachodu nad światem muzułmańskim stała się jeszcze wyraźniejsza.

W latach 1920. pozostało zaledwie kilka krajów islamskich niezależnych od Europy. Jednym z nich była Turcja, która powstała w 1923 r. na zgliszczach Imperium Osmańskiego i w 1924 r. obaliła kalifat. Przetrwała tam jednak idea ittihad-i Islam, która w drugiej połowie XX w. stała się częścią tureckiego islamizmu.

Postacią kluczową dla tej przemiany był Said Nursi (1878–1960), który był świadkiem upadku Imperium Osmańskiego i budowy republiki. Nursi przejął panislamizm jeszcze przed upadkiem Imperium. W artykule z 1909 r. deklarował, że walka o jedność islamu jest najwyższym obowiązkiem (fardh) muzułmanów. W czasie Republiki Nursi pielęgnował ten ideał i budował relacje z działaczami religijnymi i przywódcami w innych częściach świata islamskiego.

Konflikt między islamistami i kemalistami

Choć początki tureckiego i anatolijskiego islamizmu sięgają XIX w., rozwinął się on i przyjął swoje cechy w dialektycznym konflikcie z dominującą ideologią państwową, kemalizmem, której nazwa pochodzi od założyciela Republiki Tureckiej, Mustafy Kemala Atatürka.

W ciągu pierwszych dwudziestu pięciu lat Republiki Tureckiej przywódcy ruchu kemalistów wprowadzili szereg świeckich reform, które dramatycznie obniżyły rolę religii i zakładały surowe podejście w stosunku do religijnych ugrupowań i aktywistów. W rewanżu również islamiści traktowali kemalistów w wyjątkowo ostry sposób. Uważali oni kemalizm za ideologię antyreligijną, a zdaniem działaczy religijnych, takich jak Nursi, sam Atatürk był ucieleśnieniem islamskiego antychrysta –  sufjana lub dejjala.

Według islamistów kemalizm był w Anatolii – rolniczym zapleczu Turcji zamieszkałym przez tureckich i kurdyjskich wieśniaków – ideologią obcą. Oskarżenia o to stały się coraz częstsze wraz z rozwojem populistycznego islamizmu i idącej za nim wierze we wrodzoną pobożność zwykłych muzułmanów. Po 1924 r., pozbawiony ideałów kalifatu islamizm przestał koncentrować się na osmańskich pałacach i meczetach kosmopolitycznego Stambułu i skupił się na plebejuszach z Anatolii. W początkach Republiki islamizm był niemal prawdą tajemną, rzadko kiedy uznawaną przez elity władzy w wielkich miastach. Zakładał on, że muzułmanie w Turcji wciąż byli świadomie i podświadomie przywiązani do islamu, nawet jeśli republikańsko – kemalistyczna wersja państwowa brzmiała inaczej.

Szczególnie w kontekście Turcji, gdzie wpływy bardziej tradycyjnych form islamu pozostały znaczące i gdzie system polityczny pozwala na wyborcze politykowanie, z czasem całkowicie zaniknął ograniczony radykalizm islamizmu, a jego populistyczna forma zyskiwała na sile. Inne popularne w czasach wczesnej Republiki ideologie – kemalizm i komunizm – islamscy przywódcy przedstawiali jako obce, podobnie jak wszystkie pozostałe nurty mające przekształcić zwykłych ludzi na modłę inspirowaną Zachodem.

Islamizm w Turcji opierał się na poglądzie, zgodnie z którym wszystkie postkolonialne reżimy na Bliskim Wschodzie (w tym państwo kemalistyczne ze stolicą w Ankarze) prowadziły politykę antyreligijną i przejęły obce, wrogie muzułmanom ideologie. Idąc tym tropem, wielu tureckich islamistów twierdziło, że wszystkie te państwa nie były autentycznymi reprezentantami swoich obywateli. Islamiści posunęli się nawet dalej uznając, że represyjne świeckie reżimy w XX w. w sposób sztuczny podzieliły Bliski Wschód, oddzieliły od siebie ludzi, zasiały między nimi wrogość i uderzyły w kulturowe i religijne braterstwo i przyjaźń.

Innymi słowy, tureccy islamiści utrzymywali, że w XX w. islamiści, czy też pobożni muzułmanie w regionie, żyją w antyreligijnych reżimach. Wizja ta została w żywy sposób przedstawiona w powieści, która stała się bestsellerem, a następnie została zekranizowana w Turcji.

Powieść opowiada historię Abdullaha pochodzącego z Minyi w Egipcie (angielski tytuł – „Minyelli Abdullah”, odnosi się właśnie do pochodzenia mężczyzny).  Abdullah z powodu swojej gorliwej wiary zmaga się w Egipcie z ciągłym brakiem sprawiedliwości. Wydawca powieści, Timaş, w przekonujący sposób opisuje książkę następującymi słowami: „’Minyelli Abdullah’ opowiada historię muzułmanina żyjącego w XX w. Opowieść przedstawia życie Abdullahów mieszkających w Egipcie, ale także w Syrii, Iraku, Algierii, Pakistanie, Nigerii, Turcji oraz w każdym innym kraju. To historia człowieka, który poszukiwał i odnalazł prawdziwą drogę do światła (nur) w ciemnościach wieku niewierności (kufr) i herezji (dalalet)”.

Pomimo takiej deklaracji, powieść „Minyeli Abdullah” miała z pewnością charakter alegoryczny. W większym stopniu niż Egiptu dotyczyła Turcji. Nie powinno to jednak przesłaniać faktu, że islamiści w Turcji sympatyzowali z rozmaitymi tureckimi i nietureckimi muzułmańskimi ugrupowaniami i grupami etnicznymi. W swoją ideologię tureccy islamiści wprzęgli kult ofiar prześladowań, takich jak Hassan El-Banna, Sajjid Kutb, członkowie Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, Islamskiego Frontu Ocalenia w Algierii oraz wielu innych rewolucyjnych islamskich ugrupowań, reprezentujących prześladowaną muzułmańską większość – Palestyńczyków, mieszkańców Kaszmiru, Czeczenów, Bośniaków i Ujgurów.

Islamizm polityczny AKP Erbakana i Erdogana

Partia AKP Recepa Erdogana doszła do władzy w Turcji w 2002 r., uznając się za konserwatywną i demokratyczną. Niemniej jednak przywództwo partii wywodziło się z islamistycznego tureckiego zaplecza, ponieważ wszyscy jego członkowie w przeszłości byli wyznawcami lub współpracownikami Necmettina Erbakana (1926-2011).

Necmettin Erbakan (1926-2011) zwany był „dyżurnym islamistą kraju”. (Foto Wikipedia)

Od lat 1960. aż do czasów Erdogana i założenia AKP w 2001 r., Erbakan był czołowym islamistą w Turcji. W trakcie swojej kariery politycznej zabiegał o to, żeby Turcja zacieśniła relacje ze światem muzułmańskim, a nie z Zachodem. Unię Europejską, do której Turcja złożyła wniosek o członkostwo, nazwał „klubem chrześcijańskim”. Doprowadził do powstania międzynarodowej muzułmańskiej organizacji znanej jako D8, w skład której weszło osiem głównych krajów islamskich na świecie.

Erbakan nie mógł jednak osiągnąć zbyt wiele. Nigdy nie stanął na czele żadnej głównej partii politycznej i dlatego musiał dogadywać się z innymi partiami w rządzie i stawiać czoła kemalistom, którzy byli silniejsi dzięki kontroli nad siłami zbrojnymi, wymiarem sprawiedliwości, uniwersytetami i mediami.

Władze AKP wyciągnęły nauczkę z bolesnej porażki Erbakana w starciu z kemalistami. W 2002 r. złagodziły retorykę ideologiczną, zaakceptowały demokrację, a nawet sekularyzm i wreszcie zdołały zbudować szeroką koalicję społeczną. Po dojściu do władzy w pierwszych wyborach po rozstaniu z Erbakanem, przywódcy AKP rozpoczęli długi proces rozmontowywania kemalistycznego establishmentu. Zajęło im to niemal dekadę.

W pierwszych dziesięciu latach (2002-2011) kierownictwo AKP pozostało mniej więcej lojalne tradycyjnym nakazom tureckiej polityki zagranicznej. Ich program zakładał dołączenie do Unii Europejskiej, co było najbardziej ambitnym działaniem wśród wszystkich dotychczasowych tureckich rządów. Erdogan i AKP respektowali zobowiązania wobec NATO i pracowali nad poprawą stosunków z USA.

Na początku amerykańskiej inwazji na Irak, Erdogan opublikował na łamach „Wall Street Journal” artykuł o wiele mówiącym tytule „Mój kraj jest waszym wiernym sojusznikiem i przyjacielem”. W tekście tym Erdogan pisał nawet o tym, że [Turcy] „są  zdeterminowani, żeby utrzymać bliską współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Mają nadzieję i modlą się, żeby dzielni młodzi mężczyźni i kobiety wrócili do swoich domów z możliwie najmniejszymi stratami i że cierpienie w Iraku zakończy się najszybciej, jak to możliwe”.

Tymczasem na innych poziomach AKP prowadziło subtelną islamistyczną politykę zagraniczną. Przywódcy AKP, wierni tureckiej myśli islamistycznej, wierzyli, że muzułmanie stanowią jeden naród, pozornie podzielony na mniejsze narodowo – etniczno – wyznaniowe grupy tożsamościowe. Wielu z nich czuło, że muzułmanie powinni wykroczyć poza podziały i zacząć pracować nad stworzeniem jednego państwa islamskiego. Pod kolejnymi rządami AKP, od 2002 do 2011 r., celem Turcji była realizacja tego politycznego ideału, jakkolwiek utopijny mógłby się wydawać.

Rozwój islamistycznej polityki zagranicznej

To, co nie było oczywiste na początku XXI w., stało się jasne w latach 2010-2011. AKP wyeliminowała niemal wszelkie wpływy kemalistów w kraju i poza nim. Islamiści w Turcji zaczęli głośniej mówić o tym, że polityka zagraniczna AKP skłania się w stronę islamizmu. Po 2010 r. skrajni islamistyczni zwolennicy skrzydła medialnego AKP zaczęli przypisywać Erdoganowi coraz bardziej religijną rolę, częściej powtarzając kierowane do niego hasło: „Ty jesteś ziszczeniem marzeń tej ummy”.

Poza sloganami i relacjami medialnymi, Turcja pod rządami Erdogana podjęła konkretne kroki mające na celu zacieśnienie relacji z nietureckimi muzułmanami. Obroty w handlu ze światem muzułmańskim wzrosły ośmiokrotnie – z 8,4 miliarda dolarów w 2002 r. do 69 miliardów dolarów w 2018. Chcąc poprawić relacje z krajami zamieszkanymi w większości przez muzułmanów, państwo pod przywództwem Erdogana doprowadziło do obustronnego zniesienia wiz, stworzyło zaawansowane mechanizmy konsularne, zaangażowało się w mediacje w wieloletnich konfliktach wewnątrz- i międzypaństwowych, a także dołączyło do organizacji regionalnych, takich jak Rada Współpracy Zatoki Perskiej czy Liga Arabska.

Turcja zaczęła też promować bliską współpracę z pozarządowymi organizacjami ze świata islamskiego, poczyniła wysiłki na rzecz odbudowy Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC), była gospodarzem dziesiątek konferencji międzynarodowych z udziałem wpływowych postaci religijnych oraz świeckich intelektualistów i uczonych z Bliskiego Wchodu i Azji Południowo-Wschodniej, rozpoczęła liczne projekty renowacji dziedzictwa Imperium Osmańskiego i zapewniała pomoc humanitarną przede wszystkim potrzebującym muzułmanom.

Za sprawą działalności AKP i Erdogana, mającej na celu wzmocnienie historycznych więzi z Bractwem Muzułmańskim i innymi ruchami religijnymi, Turcja stała się miejscem ponadnarodowych spotkań i dyskusji religijnych z udziałem islamistów kształtujących opinię publiczną.

Biorąc udział w Arabskiej Wiośnie rozumianej jako droga do ittihad-i Islam, tureccy islamiści, podobnie jak ich odpowiednicy w innych krajach Bliskiego Wschodu, z radością patrzyli na rozgrywające się wydarzenia. Podejście AKP w tamtych czasach najlepiej ilustruje wypowiedź ówczesnego ministra spraw zagranicznych Turcji, Ahmeta Davutoğlu. W trakcie wystąpienia w Al-Jazeera Forum w Doha (Katar), w marcu 2011 r., Davutoğlu stwierdził, że od upadku Imperium Osmańskiego Bliski Wschód był świadkiem dwóch tragicznych zjawisk, z których oba pogłębiły wyobcowanie ludności w regionie. Pierwszym z nich był kolonializm, drugim zimna wojna. Cały ten okres jednak, zdaniem Davutoğlu, był nienaturalnym odstępstwem, czymś niespotykanym w historii regionu.

To odstępstwo, zdaniem byłego ministra, powinno zakończyć się wraz z końcem zimnej wojny. W jego opinii nie stało się tak jednak, ponieważ w regionie nie wprowadzono demokracji. W swoim wystąpieniu Davutoğlu pompatycznie twierdził, że Arabska Wiosna tak naprawdę uregulowała historię Bliskiego Wschodu. „Wydarzenia rozgrywające się dziś wokół nas stanowią normalny etap rozwoju sytuacji. Oczywiście, rozgrywają się spontanicznie, ale musimy zauważyć, że to naturalne odzwierciedlenie naturalnego biegu historii”, utrzymywał Davutoğlu.

Zdaje się, że w jego opinii Arabska Wiosna miała wyprostować historię Bliskiego Wschodu, zamykając, słowami samego autora, „stuletni nawias” w regionie i łamiąc „szablon nakreślony w ramach umowy Sykes-Picot” https://pl.wikipedia.org/wiki/Umowa_Sykes-Picot  poprzez oddanie władzy w ręce takich partii politycznych, które naprawdę reprezentowały społeczeństwo na Bliskim Wschodzie i islamistów w regionie.

Turcja całkowicie poparła Arabską Wiosnę, bardziej niż jakikolwiek inny kraj, nawet pomimo tego, że przed wybuchem protestów utrzymywała doskonałe relacje gospodarcze i polityczne ze wszystkimi państwami i reżimami, w tym z Syrią. Tak całkowitego poparcia nie uzasadniał żaden ekonomiczny ani gospodarczy interes – poza przekonaniem AKP, że Arabska Wiosna utoruje drogę do ittihad-i Islam. A jak widać, to zawsze był cel polityczny i ideał islamistów w Turcji.

Dwa lata po wystąpieniu w Al-Jazeera Forum, Davutoğlu był pewny co do przyszłości ittihad-i Islam na Bliskim Wschodzie. W przemówieniu na Dicle University w Diyarbakirze w Turcji, w marcu 2013 r., zadeklarował, że „wraz z wiatrem zmian wiejącym na Bliskim Wschodzie i we współpracy z administracjami rządów, które doszły i dojdą do władzy,  granice zostaną pozbawione znaczenia”.

Cztery miesiące później marzenia Turcji o przyszłości Bliskiego Wschodu legły w gruzach wraz z odsunięciem od władzy prezydenta Egiptu Muhammada Mursiego, reprezentującego Bractwo Muzułmańskie. Postępujące i pogłębiające się wojny domowe w Syrii, Libii i Jemenie dały wyraźny sygnał, że wiatry historii nie wieją w kierunku pożądanym przez Davutoğlu oraz innych tureckich islamistów. Latem 2013 r. Turcja pozostała odizolowana w regionie i zwróciła się w kierunku jedynego kraju na Bliskim Wchodzie, który stawiał czoła podobnym kłopotom – Kataru.

Wydarzenia po 2013 r. i postępująca izolacja Erdogana

Rok 2013 był dramatyczny również pod innym względami. W maju wybuchły masowe protesty w parku Gezi w Stambule oraz i w innych tureckich miastach. Dochodzenie rozpoczęte w grudniu ujawniło korupcję wysokich funkcjonariuszy AKP. Islamistyczni zwolennicy partii patrzyli na to bez krytycyzmu. Oddalając zarzuty, tureccy islamiści, stanowiący fundament AKP, wyrazili uznanie dla stuletniego wyobrażenia  ittihad-i Islam na Bliskim Wschodzie.

Na łamach gazet wyjaśniali tureckim czytelnikom, że „międzynarodowi aktorzy” ukradkiem kolaborowali przeciwko Erdoganowi i jego administracji. Zamach wojskowy w Egipcie, protesty w parku Gezi oraz śledztwo w sprawie korupcji – wszystko to zdaniem tureckich islamistycznych mędrców miało doprowadzić do utrzymania status quo na Bliskim Wchodzie i światowego systemu wyzysku, który przynosił korzyści jedynie Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii.

Od przełomu 2013 i 2014 r. w Turcji doszło do istotnych zmian, zarówno wewnątrz kraju, jak i w polityce zagranicznej. Stało się tak pomimo tego, że Erdoganowi udało się przetrwać sztorm z 2013 r., a nawet umocnić władzę. W międzyczasie zmienił się kierunek tureckiej polityki zagranicznej. Nie zmieniła się za to ambicja kraju związana z chęcią odgrywania aktywnej i przywódczej roli na Bliskim Wschodzie.

Chcąc utrzymać władzę w kraju, Erdogan wszedł w sojusz z tureckimi nacjonalistami. Przyjmując retorykę dobrych nacjonalistów, prezydent i przywództwo AKP twierdzili teraz, że głównym zadaniem Turcji na Bliskim Wschodzie jest pozbycie się z północnej Syrii Powszechnych Jednostek Obrony (YPG), uznanych przez państwo tureckie za syryjską gałąź Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), czyli za poważne zagrożenie. W tym celu Turcja zorganizowała dwie operacje wojskowe, a obecnie szykuje trzecią. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo Erdogan zbliży się do tureckich nacjonalistów, fundamentem wsparcia dla prezydenta będą tureccy islamiści.

Islamizm jest taki, jak opisują go islamiści. Kwestii, czy nowy kierunek polityki zagranicznej Turcji jest zgodny z ogólnym rozumieniem islamizmu, nie rozstrzygnie osoba z zewnątrz. Wystarczy zaznaczyć, że wielu islamistów w Turcji oraz za granicą musiało, przynajmniej publicznie, poprzeć politykę zagraniczną reżimu opartą na islamizmie. Wielu islamistów wciąż postrzega Erdogana jako reinkarnację postaci historycznych, takich jak Ertuğrul Ghazi czy Abdul Hamid II.

Analogię te przedstawiono w dwóch tureckich programach telewizyjnych: Diriliş Ertuğrul  i Payitaht. Ertuğrul Ghazi był ojcem Osmana Ghaziego, założyciela Imperium Osmańskiego. Islamiści utrzymują, że Ertuğrul uszedł z życiem z wielu zamachów planowanych w ramach międzynarodowych spisków. Abdul Hamid II żył w XIX w., był osmańskim sułtanem. Wielu islamistów uważa, że wspierał muzułmanów na całym świecie i wykorzystywał instytucję kalifatu do walki z zachodnim imperializmem.

Wykorzystanie polityki zagranicznej przez islamistów

Analitycy polityki zagranicznej często twierdzą, że państwa wykorzystują religię lub też mobilizują jednostki religijne do realizacji własnych interesów, które nie mają żadnego religijnego znaczenia lub zabarwienia. Analitycy ci postrzegają politykę zagraniczną jako odbicie politycznych i gospodarczych interesów kraju. Takie podejście nie daje jednak pełnego obrazu sytuacji, zwłaszcza gdy „motywowani religijnie” politycy formułują i egzekwują zapisy takiej polityki zagranicznej. Ograniczenia tego podejścia najlepiej widać na przykładzie powodów, dla których Turcja poparła Arabską Wiosnę.

Za tą decyzją nie stały żadne przekonujące powody polityczne i gospodarcze. Główna motywacja była związana z czynnikiem ideologicznym. Wywodząca się ze środowisk islamistycznych elita władz AKP postrzegała Arabską Wiosnę jako okazję do pozbycia się wyalienowanych kulturowo władców świata arabskiego i doprowadzenie do władzy „prawdziwego głosu” ludu.

Zgodnie z wyobrażeniem kierownictwa AKP, masy miały naturalną skłonność do popierania islamizmu, a demokratyczne rozwiązania miały umożliwić przejęcie władzy przez ugrupowania opozycyjne, takie jak Bractwo Muzułmańskie. Arabską Wiosnę uznano za początek transformacji, która miała doprowadzić do realizacji wieloletniego marzenia o ittihad-i Islam w świecie islamskim.

Birol Baskan

Autor jest badaczem pracującym dla Middle East Institute i autorem książek pt. „Turkey and Qatar in the Tangled Geopolitics of the Middle East” oraz  „From Religious Empires to Secular State”. Naucza na Georgetown University’s School of Foreign Service w Katarze oraz na State University of New York-Fredonia.

Tłumaczenie Bohun, na podst. https://www.thecairoreview.com

Opinie autorów publikacji nie muszą być zgodne z poglądami redakcji Euroislamu