„Islam należy do Niemiec” – 10 lat później

10 lat temu prezydent Christian Wulff wypowiedział słynne zdanie: „Islam należy do Niemiec”. Dziś prasa niemiecka zastanawia się, jak przez ostatnią dekadę zmienił się islam w RFN. Niektórzy komentatorzy uważają, że Berlin powinien w podejściu do politycznego islamu naśladować Paryż.

Na łamach „Die Welt” ukazał się z tej okazji komentarz Klausa Geigera:

„Zdania „Islam należy do Niemiec”, nie da się ani zweryfikować, ani sfalsyfikować. (…) Dlatego jedyne sensowne pytanie brzmi: „Jaki islam należy do Niemiec?” (…) Głowa państwa sąsiedniego kraju przedstawiła pięciopunktowy plan z wieloma szczegółami, ale u jego podstaw leżało proste przesłanie: najpierw wolność, równość i demokracja – te wartości, których kontynentalna, europejska kolebka znajduje się we Francji Oświecenia. Wolność religijna kończy się tam, gdzie reguły wiary są niezgodne z zasadami demokracji (…) Nie może być mowy o żadnym kompromisie pomiędzy świeckim państwem konstytucyjnym a prądami, które rozmywają i osłabiają demokrację poprzez szariat lub inne przedoświeceniowe idee. (…) Tylko oświecony islam należy do Niemiec” – pisze redaktor „Die Welt”, zarzucając władzom niechęć do rozwiązania problemów wynikających z rozwoju politycznego islamu. Inercję Berlina dziennikarz przeciwstawia polityce Macrona, który 2 października zapowiedział walkę z „islamskim separatyzmem” i zdecydowaną obronę świeckich wartości Republiki.

Więcej muzułmanów w Niemczech

Inne problemy przykuły uwagę redaktora „Tagesschau.de” Ulricha Picka. Dziennikarz zwraca uwagę na szereg zmian, jakie przeszła niemiecka społeczność muzułmańska. W 2010 roku muzułmanie w Niemczech liczyli ok. 3,5 miliona. Dziś nikt nie zna dokładnych wyliczeń, ale szacuje się, że populacja wyznawców islamu przekroczyła 5 milionów.

Diagnoza Bassama Tibiego, politologa i twórcy pojęcia „euroislam” – że w Niemczech islam konserwatywny pokonuje islam liberalny, który można określić mianem „oświeconego” – pozostaje aktualna.

Kryzys uchodźczy oraz akty terrorystyczne dokonywane w imię Allaha sprawiły, że obywatele Niemiec z większą rezerwą odnoszą się do islamu. We wrześniu ministerstwo spraw wewnętrznych powołało specjalną grupę ekspertów, która ma opracować rozwiązania służące zwalczaniu i zapobieganiu nienawiści wobec muzułmanów.

Kłopoty z dialogiem

Najbardziej wpływowe organizacje muzułmańskie w Niemczech pozostają pod wypływem albo rządu tureckiego, albo Bractwa Muzułmańskiego. Mimo tego, że skupiają one maksymalnie jedną czwartą wyznawców Allaha, to chcą one uchodzić za ciała reprezentujące całą społeczność niemieckich muzułmanów. Wiele z tych organizacji ma silne powiązania zagraniczne. Chodzi tutaj nie tylko o środki finansowe płynące z zagranicy, lecz także o przysyłanych do Niemiec imamów.

Paradoks polega więc na tym, że do roli oficjalnego przedstawiciela lokalnych muzułmanów pretendują te organizacje, które integrację znacząco utrudniają. Liberalni muzułmanie wprawdzie istnieją, ale ich rzeczywiste oddziaływanie na społeczeństwo pozostaje symboliczne. „Liberałowie” nie są w stanie stworzyć rzeczywistej przeciwwagi dla konserwatywnych stowarzyszeń islamskich.

Meczety turecką ekspozyturą

900 z około 2600 niemieckich meczetów kontrolowanych jest przez islamskie stowarzyszenie DITIB (Turecko-Islamska Unia do Spraw Religijnych). Organizacja ta stanowi de facto przedłużenie tureckiego urzędu ds. religijnych, Diyanet.

Co jakiś czas media niemieckie donoszą o tym, że imamowie związani z Ankarą infiltrują wiernych, szpiegują oraz realizują zadania polityczne zlecone przez reżim Erdogana. Turecki satrapa ma bezpośredni wpływ nie tylko na całkiem dużą grupę niemieckich muzułmanów, lecz także na sporą liczbę niemieckich obywateli tureckiego pochodzenia, którzy mają, rzecz jasna, wyborcze prawa.

Niemiecki Urząd Ochrony Konstytucji (Bundesamt für Verfassungsschutz BfV) cały czas klasyfikuje niektóre stowarzyszenia jako politycznie niebezpieczne. Niektóre z nich należą do Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech (Zentralrat der Muslime in Deutschland) – mowa tutaj o Centrum Islamskim w Hamburgu (Islamische Zentrum Hamburg) oraz Związku Turecko-Islamskich Stowarzyszeń Kulturalnych w Europie (Atib – Union der Türkisch-Islamischen Kulturvereine in Europa).

Większy wpływ muzułmanów na życie publiczne

Młode pokolenie muzułmanów, często z niemieckimi paszportami, postrzega siebie jako część społeczeństwa. Młodzi muzułmanie lada moment otworzą Akademię Muzułmańską w Heilderbergu, która ma stać się platformą debaty na tematy teologiczne i społeczne. Duchowni muzułmańscy pełnią posługę duszpasterską w szpitalach, islamski teolog zasiada w Niemieckiej Radzie Etyki (Deutscher Ethikrat), powstają muzułmańskie organizacje harcerskie, a nawet muzułmański klub karnawałowy w Düsseldorfie.

O tych nowych inicjatywach wiadomo bardzo mało. Jak uczy doświadczenie, wiele organizacji muzułmańskich publicznie deklarowało przywiązanie do demokratycznych wartości, w praktyce zaś promowało postawy z nimi sprzeczne.

Diagnoza Bassama Tibiego – politologa i twórcy pojęcia „euroislam” – o tym, że w Niemczech islam konserwatywny, którego symbolem jest kobieta owinięta chustą, pokonuje islam liberalny, czyli taki, który można określić mianem „oświeconego” – pozostaje aktualna.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: www.welt.dewww.tagesschau.de




Prezydent Francji zapowiada walkę z islamskim separatyzmem

Prezydent Francji Emmanuel Macron przedstawił plan walki z „islamskim separatyzmem”. Ogłosił zamiar „uwolnienia islamu we Francji od obcych wpływów” i stworzenia islamu „oświeconego”.

Rząd w Paryżu chce w grudniu wprowadzić specjalną ustawę, która ma bronić laickości Republiki przed rosnącym w siłę konserwatywnym i politycznym islamem. Państwo ma zamiar przejąć kontrolę nad kształceniem imamów oraz finansowaniem organizacji islamskich, wprowadzić do szkół (także prywatnych) obowiązkowe wychowanie w duchu wartości republikańskich. Dzieci, które dziś pozostają w systemie edukacji domowej, będą musiały wrócić do szkolnych ław. Słowem, Francja chce stworzyć wersję „islamu oświeconego”, który da się pogodzić z laickimi wartościami Republiki. Droga do tego celu ma wieść poprzez ograniczenie wpływów szkół koranicznych i innych szkół kształcących dzieci i młodzież w duchu islamskim.

Imam z licencją od państwa

„Kształcenie i promowanie we Francji imamów i intelektualistów, którzy bronią islamu w pełni zgodnego z wartościami Republiki, jest koniecznością” – powiedział prezydent Francji w Les Mureaux, miejscowości położonej na przedmieściach Paryża. Macron dodał, że certyfikacja imamów w kraju zmieni się wraz ze sformalizowaniem ich kształcenia przez Francuską Radę Religii Muzułmańskiej (Conseil français du culte musulman).

Francuskie władze uzasadniają nowe prawo potrzebą walki z „islamskim separatyzmem”, rozumianym jako faworyzowanie praw religijnych kosztem laickich wartości Republiki Francuskiej. Macron określił islam jako „religię, która jest obecnie w kryzysie na całym świecie”. W swoim przemówieniu skupił się na walce z islamskim radykalizmem we Francji. Zapowiedział także nadzór nad finansowaniem meczetów.

„Sekularyzm jest cementem zjednoczonej Francji” – podkreślił Macron, dodając jednocześnie: „Nie wpadajmy w pułapkę zastawioną przez (…) ekstremistów, których celem jest napiętnowanie wszystkich muzułmanów”.

Szkoła nauczy muzułmanów świeckości

Macron przyznał, że proponowane ustawodawstwo będzie chroniło zasadę świeckości państwa oraz usankcjonowany prawnie od 1905 roku rozdział religii i państwa. Jak powiedział francuski przywódca, zewnętrzne okazywanie przynależności religijnej nie może być w żadnym wypadku dozwolone w szkołach czy służbie publicznej.

Prezydent Francji wielokrotnie podkreślał znaczenie szkół w zaszczepianiu młodym ludziom (już od 3 roku życia) świeckich wartości i zapowiedział, że rząd będzie wymagał od szkół prywatnych zgody na ich nauczanie. Powiedział również, że z nielicznymi wyjątkami, 50.000 dzieci francuskich, które obecnie uczą się w domu, będzie musiało uczęszczać do szkoły razem z innymi uczniami. „Co miesiąc prefektury zamykają nielegalne szkoły, często zarządzane przez religijnych ekstremistów” – przypomniał prezydent.

Cień kolonializmu i dyskryminacji

Macron przyznał, że państwo francuskie jest częściowo odpowiedzialne za „gettoizację” społeczności z dużą liczbą muzułmańskich mieszkańców, mówiąc, że organizacje religijne starają się nadrobić „błędy” w „polityce integracyjnej”. „Tam, gdzie my wyszliśmy, oni wkroczyli”, powiedział. Macron powiedział również, że kolonialna przeszłość Francji, w tym kolonizacja Algierii, „zostawiła blizny” w świadomości społecznej, które czasami utrudniają integrację imigrantów z byłych kolonii. „Nie uporaliśmy się z naszą przeszłością” – dodał prezydent Francji.

Laickie wartości zagrożone przez islamizację

W ostatnich latach Francja została zmuszona do krytycznego namysłu nad przestrzeganiem podstawowych wartości republikańskich, zagrożonych przez polityczny islam. Świadczą o tym chociażby ataki terrorystyczne wymierzone w swobody obywatelskie, takie jak wolność słowa. Tłem dla zapowiedzi nowego prawa przeciwko „islamskiemu ekstremizmowi” stał się niedawny atak nożownika w Paryżu przed byłą siedzibą redakcji „Charlie Hebdo”. Sprawca ataku dostał się do Francji, udając nieletniego uchodźcę. Gérald Darmanin, nowy minister spraw wewnętrznych w rządzie Macrona powiedział w zeszłym tygodniu, że Francja jest „w stanie wojny z islamskim terroryzmem”.

Piotr Ślusarczyk

www.france24.com, www.euronews.com




Al Jazeera: propagandowe narzędzie islamistów

Al Jazeera, nadająca z Kataru pierwsza arabskojęzyczna telewizja informacyjna, od swojego powstania w 1996 chciała uchodzić za telewizję taką, jak CNN, kierującą się standardami dziennikarskimi, tyle, że nadającą po arabsku. Od początku jednak była raczej propagandowym narzędziem szejka Kataru, wspierającym islamistów.

Gdy powstała, Al Jazeera była sensacją w świecie arabskim. Nadając przez satelitę stała się dostępna na całym Bliskim Wschodzie, oferując lokalnym widzom alternatywę wobec miejscowych, kontrolowanych przez autokratyczne rządy wiadomości telewizyjnych. Dając mieszankę wiadomości, wywiadów, filmów dokumentalnych i programów autorskich, stała się jedną z najpopularniejszych telewizji świata arabskiego, docierając, jak twierdziła, do 23 milionów widzów w roku 2014 – większej ich liczby, niż wszystkie pozostałe stacje konkurencyjne razem.

W roku 2006 stacja uruchomiła kanał angielskojęzyczny Al Jazeera International, który można oglądać również w Polsce. Zatrudniła w nim dziennikarzy z renomowanych amerykańskich stacji, tworząc serwis zwrócony do zachodniej publiczności – o ile widzowie kanału arabskiego to niemal w 100 procentach ludność arabskojęzyczna, to kanał angielskojęzyczny oglądają głównie (86%) widzowie nie znający arabskiego.

Oba kanały różnią się zarówno zawartością – kanał arabski zajmuje się głównie krajami arabskimi, a angielskojęzyczny w znacznie większym stopniu sprawami międzynarodowymi – jak i ideologią i sposobem podejścia do dziennikarstwa. Al Jazeera International znacznie bardziej próbuje udawać obiektywny kanał informacyjny, podczas gdy wersja arabska wyraźnie jest narzędziem propagandy islamistycznej, wrogiej Zachodowi. Są to dwie rzeczywistości medialne, niewiele mające ze sobą wspólnego prócz źródła pieniędzy, jakim jest emir Kataru.

Szczegółową analizę treści nadawanych przez Al Jazeerę przeprowadził instytut MEMRI, zajmujący się tłumaczeniami i analizą mediów niezachodnich i zatytułował ją „Al Jazeera zdemaskowana: polityczny islam jako ramię medialne Kataru”. Osoby zainteresowane znajdą tam kilkadziesiąt fragmentów programów Al Jazeery z napisami po angielsku.

Al Jazeera jest, według autorów analizy, „tubą propagandową Bractwa Muzułmańskiego i najważniejszą platformą medialną dla ideologii dżihadyzmu”. Jej rola nie ogranicza się jednak do propagowania politycznego islamu i zachęcania do walki – również terrorystycznej – o jego realizację. Drugim celem stacji jest tworzenie wrogości wobec kultury zachodniej i USA. Trzecim – walka z politycznymi przeciwnikami Kataru, czyli innymi krajami Zatoki Perskiej: Arabią Saudyjską, Bahrajnem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskim”. I wreszcie czwartym – rozbudzanie antysemityzmu i wrogości wobec Izraela.

Twarzą Al-Jazeery był przez kilkanaście lat szejk Jousuf Al Karadawi, duchowy przywódca Bractwa Muzułmańskiego, którego cotygodniowy program „Szaria i życie” oglądany był przez kilkanaście milionów widzów. Przemoc na świecie jest według niego efektem kultury zachodniej – w tym filmów kowbojskich – oraz judaizmu. Hitler był karą zesłaną na Żydów przez Allaha, a teraz Allah być może pozwoli wiernym stać się nowym narzędziem zagłady. Jeśli chodzi o stosunek do liberalnej demokracji, to według Karadawiego „wolność oznacza wolność dla wprowadzenia muzułmańskiego prawa religijnego, a nie wolność dla świeckości”.

Poparcie Al Jazeery dla islamizmu i Bractwa Muzułmańskiego pociąga za sobą nie tylko wsparcie dla organizacji, które chcą wprowadzenia na świecie kalifatu (jak Hizb ut-Tahrir) ale i ruchów terrorystycznych, walczących Zachodem i miejscowymi rządami, niewystarczająco muzułmańskimi. Al Jazeera była trybuną dla Al Kaidy i Al Nusry (związane z Al Kaidą ugrupowanie w Syrii), przez pewien czas wspierała też Państwo Islamskie. Poparcie wyrażane było nie wprost, przez chwalenie i wezwania do naśladownictwa, ale przez obszerne cytowanie wezwań do walki tych ugrupowań, wywiady z ich przywódcami (będące w istocie platformą do wygłaszania oświadczeń), obszerne raportowanie o działaniach tych ugrupowań. Podobne metody stosowane są dla propagowania Bractwa i związanych z nim organizacji (jak palestyński Hamas): dobór rozmówców, którzy wygłaszają swoje stwierdzenia, bezkrytycznie przyjmowane przez prowadzącego wywiad, publikowanie materiałów tych grup i nadawanie znaczenia nawet marginalnym ich działaniom.

Niektórzy dziennikarze Al Jazeery wprost wyrażają swoje poparcie dla terroryzmu. Szef biura tej stacji w Bejrucie zmuszony był podać się do dymisji po międzynarodowym skandalu, gdy wydał przyjęcie urodzinowe, relacjonowane w telewizji, dla zwolnionego z więzienia w Izraelu terrorysty, odpowiedzialnego za śmierć m.in. dwuletniej dziewczynki (Izrael zwolnił ponad 1000 więźniów w zamian za porwanego izraelskiego żołnierza).

Dyskusje, które się w programach zdarzają i krytyczne głosy są dyskusjami i głosami wewnętrznymi, a nie krytyką z pozycji liberalnych – są dyskusjami o tym, „jak być lepszym islamistą”. Łączy je nienawiść do kultury zachodniej i wrogość wobec USA i Izraela.

Propaganda Bractwa Muzułmańskiego osiągnęła w telewizji szczyt po wygraniu przez nie wyborów w Egipcie w roku 2012. Nie wytrzymali tego nawet egipscy dziennikarze Al Jazeery, którzy podali się do dymisji w proteście przeciwko poparciu stacji dla obalonego w zamachu stanu prezydenta Morsiego, wywodzącego się z Bractwa.

Stałą metodą walki politycznej Al Jazeery jest oskarżanie przeciwników ideologicznych o konszachty z Izraelem albo o bycie Żydami. Nie uniknął tego nawet egipski prezydent Sisi, którego stacja oskarżyła, że „jest Żydem, który wprowadza nakazy z ‚Protokołów Mędrców Syjonu’ w Egipcie. Izrael i Żydzi są wrogiem numer jeden muzułmanów. Zniszczenie Izraela, którego domagają się Hamas i Hezbollah, są przedstawiane w telewizji z całą aprobatą, wraz pochwałami dla terrorystów zabijających Izraelczyków.

Dodajmy do tego treści homofobiczne i poniżające kobiety. „Nawet zachodni psycholodzy potwierdzają, że niektóre kobiety trzeba bić” – mówi religijny urzędnik z Kataru, a prowadzący nie prosi o nazwiska tych psychologów. Są też teorie spiskowe (przez kilka lat Al Jazeera twierdziła, że zamachy z 11 września to sprawka służb izraelskich, nawet gdy nadała oświadczenia Al-Kaidy biorącej odpowiedzialność za zamachy). To wszystko sprawia, że mamy do czynienia ze stacją, nadającą „toksyczną mieszankę religii, polityki i krytyki społecznej, skierowanych przeciwko Zachodowi i USA, jak piszą eksperci MEMRI”.

Poglądy islamistyczne rozpowszechniły się w świecie arabskim – i wśród imigrantów do Europy – w dużym stopniu dzięki promowanej i pierwszoplanowej obecności w Al Jazeerze, zyskując wagę, jakiej nie miały wcześniej. To dzięki tej stacji Al-Kaida zyskała status bojowników o czysty islam, a nie terrorystów, zabijających niewinnych ludzi.

Według analizy MEMRI „To właśnie Al-Dżazira, kanał rzekomo informacyjny, wyniosła ideologie dżihadystyczne z peryferii na wyżyny znaczenia i szacunku, którego wcześniej nie miały. Była to decyzja redakcyjna podjęta świadomie i podtrzymywana przez lata. Jeszcze przed 11 września flagowy program komentarzowy Al Jazeery pokazywał Bin Ladena jako godnego naśladowania przywódcę arabskiego i muzułmańskiego, pożądaną alternatywę dla rządzących w regionie”.

To dzięki połączeniu nowoczesnej formy przekazu, nowoczesnego medium, jakim jest Al Jazeera, z obskuranckim treściami religijnymi, islamizm zaczął wydawać się arabskiej publiczności ideologią możliwą do pogodzenia z nowoczesnością.

Inny raport, demaskujący propagandową rolę Al Jazeery,  przygotowany został w tym roku przez byłą przewodniczącą Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów, Ileanę Ros-Lehtinen, działającą na zlecenie Zjednoczonych Emiratów Arabskich (wrogich Katarowi) i jego ustalenia spowodowały wnioski do Departamentu Sprawiedliwości o nadanie stacji Al Jazeera statusu „agenta obcego rządu” – dla odróżnienia od niezależnego medium. Wcześniej taki status nadany został tureckiemu radiu i telewizji (TRT). Określenie medium jako „agenta obcego rządu” nie ogranicza wprawdzie jego działania w USA, ale zmusza je do informowania o tym własnej publiczności i publiczności tych mediów, które korzystają z materiałów „agenta” – a zatem obniża ich wiarygodność dziennikarską.

Najlepsze lata, największy zasięg i wpływy arabska Al Jazeera ma już przypuszczalnie za sobą. Nie tylko dlatego, że musi konkurować obecnie z mnóstwem innych arabskojęzycznych kanałów informacyjnych. Powstały bowiem media społecznościowe, które dziś stanowią główne źródło informacji dla ludności świata arabskiego. Zmienił się też klimat polityczny. Poparcie dla Bractwa Muzułmańskiego po eksperymencie Egiptu z jego rządami znacznie spadło na Bliskim Wschodzie. Sprawa palestyńska przestała być ważną kwestią polityczną dla tamtejszych państw, a znacznie od Izraela groźniejszym wrogiem dla państw arabskich wydaje się dziś Iran z jego programem atomowym.

Raczej jednak nie doczekamy się zamknięcia Al Jazeery, czego domagały się w 2017 kraje Zatoki Perskiej, zrywając z Katarem stosunki dyplomatyczne. Nawet mniej popularna, ale nadal wpływowa stacja będzie nadal źródłem islamistycznej propagandy wrogiej Zachodowi, Izraelowi i demokracji.

Grzegorz Lindenberg

Źródło: Raport MEMRI

 




Niemcy: sąd zezwala na hidżab w szkole

Prawo wprowadzone przez władze lokalne w Berlinie zabrania nauczycielom noszenia symboli religijnych w szkole. Regulacja ta obejmuje także muzułmańskie chusty. Niedawny wyrok wydany przez federalny sąd pracy de facto uchyla ten przepis.

W opinii sądu pracy muzułmanki wykonujące zawód nauczycielki mogą założyć chustę, gdyż zakaz ich noszenia, wynikający z ustawy chroniącej neutralność światopoglądową państwa, narusza wolność religijną zagwarantowaną w konstytucji.

Nauczycielka nie chce zdjąć hidżabu

W styczniu 2017 roku muzułmanka postanowiła ubiegać się o pracę w szkole jako nauczycielka informatyki. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej nalegała na to, by w klasie móc nosić chustę i na skutek tego nie otrzymała oferty pracy. Decyzja władz oświatowych wynikała z lokalnej ustawy wprowadzonej w 2005 roku, która to zabrania nauczycielom noszenia w klasie widocznych symboli religijnych i ideologicznych, umożliwiających określenie przynależności nauczyciela do danej grupy ideologicznej czy religijnej.

Przepis obejmuje także rzucające się w oczy „części odzieży o charakterze ideologicznym i religijnym”. Noszenie chusty przez muzułmańską nauczycielkę naruszało wprost ten przepis. Kobieta uznała, że działania urzędników opierających się na ustawie o neutralności (Neutralitätsgesetz) mają charakter dyskryminujący. W związku z tym wstąpiła na drogę sporu prawnego. Muzułmanka powołała się tutaj na ogólne przepisy gwarantujące równość obywatelską (Allgemeine Gleichbehandlungsgesetz).

Odszkodowanie za dyskryminację religijną

W listopadzie 2018 roku miejscowy sąd pracy (Landesarbeitsgericht) przyznał muzułmańskiej nauczycielce ponad pięć tysięcy euro odszkodowania za to, że doświadczyła dyskryminacji religijnej w miejscu pracy, uchylając w ten sposób niekorzystny wyrok sądu pierwszej instancji. Władze Berlina nie zgodziły się z orzeczeniem i tym razem one odwołały się do sądu wyższej instancji – a ten apelację odrzucił.

Federalny sąd pracy w Erfurcie (Bundesarbeitsgericht) uznał, że kobieta była dyskryminowana ze względu na swoją religię. W opinii sędziów paragraf drugi ustawy o neutralności, zabraniający nauczycielom szkół publicznych noszenia symboli religijnych i elementów stroju, na podstawie których wyznanie religijne może zostać zidentyfikowane, powinien być uznany za niekonstytucyjny. Słowem, nauczyciele mogą w szkołach nosić chusty, kippę oraz krzyż.

Orzekający w tej sprawie uznali prewencyjny zakaz noszenia symboli religijnych w szkole przez nauczycieli za nieuzasadniony, gdyż pracodawca nie wskazał żadnych konkretnych zagrożeń, wynikających z takiej postawy. Tak sformułowana norma prawna narusza konstytucję – uznali sędziowie i jednocześnie wezwali berliński senat do wprowadzenia zmian w ustawie o neutralności, żeby przepisy stały się zgodne z konstytucją.

W opinii sądu zakaz taki mógłby zostać wprowadzony, jeśli chusta w danym konkretnym przypadku zagrażałaby pokojowemu współżyciu w szkole. Federalny sąd pracy oparł się w swoim orzeczeniu na wyroku trybunału konstytucyjnego z 2015 roku, który uznał prewencyjne zakazy noszenia symboli religijnych w szkole za naruszające wolność wyznania.

Chusta w centrum politycznego sporu

Prawo wprowadzone przez władze landu było przedmiotem kontrowersji także wśród polityków. Socjaldemokraci popierali przepis, zaś ich koalicjanci z Partii Zielonych zajmowali przeciwne stanowisko.

Politycy z SPD nie zgadzają się z uzasadnieniem federalnego sądu pracy i rozważają prawne możliwości zaskarżenia tego wyroku. Politycy laickiej lewicy, ustami swojego przedstawiciela Romana Veressowa, wyrazili swoje zaniepokojenie orzeczeniem, nazywając je „błędem i powodem dużego zaniepokojenia o przyszłą neutralność religijną i ideologiczną państwa”.

Inni krytycy obawiają się nasilenia konfliktów ideologicznych i religijnych w szkołach. „Konflikty religijne, a w najgorszym wypadku problematyczne światopoglądy, znalazłyby w ten sposób miejsce swojego wyrazu” – powiedziała urzędniczka odpowiedzialna za sprawy oświatowe w Berlinie, Beate Stoffers (SPD).

Z orzeczeniem sądu nie zgadzają się także partie, których przedstawiciele w senacie Berlina zasiadają w ławach opozycji. Chadecka CDU, liberalna FDP oraz konserwatywna AfD (Alternative für Deutschland) uważają, że nauczyciele nie powinni nosić w szkołach symboli religijnych. Niektórzy politycy mówią nawet o możliwości przeprowadzenia referendum lokalnego w tej sprawie, a nawet o skardze do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Z wyroku cieszą się natomiast Zieloni. Dirk Behrendt, deputowany do berlińskiego senatu, uznał, że noszenie symboli religijnych wynika z wielokulturowości stolicy Niemiec; więc skoro dopuszcza się noszenie symboli religijnych w miejscach publicznych, to dla szkół nie powinno się robić wyjątku.

Noszenie hidżabu obowiązkiem religijnym?

Federalny sąd pracy w uzasadnieniu wyroku uznał, że noszenie chusty wynika z „religijnych przykazań” islamu i jest religijnym obowiązkiem muzułmanki. Takie uzasadnienie może być kontrowersyjne – po pierwsze dlatego, że nakazu noszenia chusty nie znajdziemy w Koranie, po drugie –  istnieją muzułmanki, które otwarcie przeciwstawiają się temu obowiązkowi; po trzecie – chusta jest narzędziem wykorzystywanym przez ruchy islamistyczne do realizacji ich politycznych celów.

Sąd przeciwko muzułmańskim reformatorom

Wyrokiem zawiedziona była Seyran Ates, reprezentująca przed sądem władze Berlina. Ta prawniczka oraz muzułmańska reformatorka uznała orzeczenie sądu za cios wymierzony w „dzieci, które nie mają prawa głosu“, a także w muzułmańskie dziewczynki, które nie chcą nosić chust. Obecność nauczycielek w hidżabach – jej zdaniem – jest elementem społecznej presji, której poddawane są dziewczynki.

Ates, jako założycielka liberalnego meczetu w Berlinie, uważa, że chusta stanowi element regresywny w świecie islamu, a jej noszenie może prowadzić do wielu konfliktów zwłaszcza w instytucjach edukacyjnych. Gdyby państwo pozwoliło nauczycielkom nosić chusty w pracy, to „w sposób niedopuszczalny opowiedziałoby się po stronie pewnej interepretacji Koranu“ – stwierdziła muzułmańska reformatorka.

Można przypuszczać, że wyrok sądu w Erfurcie zachęci muzułmańskich fundamentalistów do dalszego wykorzystywania możliwości prawnych do tego, żeby wprowadzać w życie swoje idee oraz egzekować własną wizję moralności publicznej, sprzecznej z liberalną demokracją i prawami człowieka.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: cicero.den-tv.defaz.net




Kanada: ekspansja islamizmu pod rządami Trudeau

Kanadyjska dziennikarka i pisarka Christine Douglass-Williams podczas webinarium Middle East Forum mówiła o uległej postawie kanadyjskiego premiera Justina Trudeau i rządzącej Partii Liberalnej w stosunku do islamizmu od 2015 roku.

Douglass-Williams przedstawiła szczegółowy przegląd sposobów, jakimi Trudeau stworzył „żyzny grunt dla ekspansji islamizmu.”

„Islamofobia”

Premier Trudeau i Partia Liberalna aktywnie zwalczali wolność wypowiedzi na temat islamu pod pretekstem przeciwdziałania „islamofobii”. W 2017 roku, kanadyjska Izba Gmin przegłosowała wniosek M-103, wzywający rząd do przeciwdziałania „islamofobii”. Chociaż nie miał wiążącego charakteru, M-103 „ma duży wpływ na zasady, którymi kieruje się w swej polityce liberalny rząd i jest poparty 23 milionami dolarów funduszu wykonawczego”.*

Dwie organizacje pozarządowe w przeszłości mające powiązania z Hamasem (palestyńską organizacją terrorystyczną): National Council of Canadian Muslims (NCCM) oraz International Relief Fund for the Afflicted and Needy (IRFAN), „współpracują z rządem Trudeau nad wdrożeniem M-103.” Pod naciskiem NCCM, IRFAN oraz innych ugrupowań deklarujących, że reprezentują kanadyjskich muzułmanów, „rząd Trudeau usunął wszelkie wzmianki o sunnickim i szyickim ekstremizmie z wszystkich publicznych raportów o terrorystycznych zagrożeniach bezpieczeństwa Kanady”.

Inną dziedziną, w której odczuwalny jest wpływ M-103, jest nacisk ugrupowań islamistycznych, żeby meczety w całej Kanadzie nadawały muzułmańskie nawoływania do modlitw przez zewnętrzne głośniki, często naruszając w ten sposób miejskie zasady ochrony przed hałasem. Lokalni przywódcy polityczni w wielu miejscach ugięli się pod tym naciskiem w obawie przed napiętnowaniem mianem „islamofobów”.

Imigracja

W polityce migracyjnej miało miejsce kilka niepokojących zjawisk, szczególnie pod kierownictwem ówczesnego ministra ds. imigracji, uchodźców i obywatelstwa (2017-2019) Ahmeda Hussena. W 2018 roku Kanada podpisała Global Compact for Safe, Orderly and Regular Migration, niewiążące porozumienie, które według konserwatystów będzie miało wpływ na interpretację prawa krajowego przez kanadyjskich sędziów.

Przestrzegając paktu imigracyjnego ONZ, rząd Trudeau zrobił niewiele, aby powstrzymać napływ nielegalnych imigrantów z USA do Kanady. Szacuje się, że w ostatnich kilku latach jedynie przez nieoficjalne przejście graniczne Roxham Road, łączące północną część stanu Nowy Jork i Quebec, przybyło do tego kraju około 60 000 osób. „Nikt nie wie, skąd pochodzą ci ludzie.”

W 2017 roku, Kanada uchyliła statut pozwalający na odbieranie obywatelstwa tego kraju osobom z podwójnym obywatelstwem w związku ze skazaniem za terroryzm, zdradę lub szpiegostwo. „Hussen usprawiedliwiał swoją decyzję mówiąc, że ‚Kanadyjczyk jest Kanadyjczykiem, jest Kanadyjczykiem’”.

Rząd Trudeau częściej stosuje specjalny program wizowy, pozwalający na tajną zgodę na wjazd do kraju cudzoziemców, którzy inaczej mieliby zakaz wjazdu ze względu na obawy dotyczące „interesu państwowego”. Pomimo wielu protestów rząd Trudeau „nie ujawnił ile takich specjalnych wiz zostało wydanych, ani tego, z jakich krajów pochodzą ich odbiorcy”, powiedziała Douglass-Williams. Jedna znana osoba, która skorzystała z tego programu, to emerytowany egipski generał brygady Khaled Saber Abdelhamed Zahw.

Terroryzm

Canadian Security Intelligence Service – CSIS (kanadyjski wywiad) potwierdza, że są „tuziny znanych dżihadystów”, którzy szkolili się w syryjskich i irackich obozach, powrócili do Kanady a teraz swobodnie spacerują po ulicach. „Władze nie stawiają im zarzutów, ciekawe czemu?”.

Ali Kourani, funkcjonariusz odgałęzienia Hezbollahu do operacji zewnętrznych, znanego jako Jednostka 910, został aresztowany w USA w 2017 roku i ujawnił w śledztwie, że ta jednostka „była bardziej aktywna w Kanadzie niż w USA” oraz podał wiele nazwisk kanadyjskich kontaktów. Jednak według Douglass-Williams wydaje się, że nie poszły za tym żadne działania ze strony kanadyjskich władz.

Iran

Po objęciu władzy w 2015 roku, Trudeau planował wznowić stosunki dyplomatyczne z Iranem, jednak zrezygnował z tego pomysłu w związku z publicznymi protestami. Rząd Trudeau odmówił przyjęcia sugestii USA i uznania irańskiej Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej za organizację terrorystyczną.

Izrael

Trudeau porzucił długoletnią kanadyjską politykę głosowania przeciwko antyizraelskim rezolucjom w ONZ i stanął po stronie „wrogów Izraela”.

Zapytana, co Kanadyjczycy mogą zrobić żeby powstrzymać niebezpieczne sprzyjanie islamistom przez Trudeau, Douglass-Williams podkreśliła wagę otwartego mówienia o tych sprawach: „Nie lekceważcie siły choćby jednego głosu”. Jednak powstrzymanie „ogromnego postępu islamizmu” w Kanadzie będzie wymagało, żeby ludzie „zaangażowali się w proces demokratyczny i odpowiedzialnie wybierali rządzących krajem”.

Gary C. Gambill

Autor jest analitykiem polityki, specjalizuje się w zagadnieniach dotyczących Syrii i Libanu. Ekspert Middle East Forum, publikuje m.in. w „Foreign Policy” i „The National Post”.

Tłumaczenie Grażyna Jackowska na podst. meforum.org

* Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z wypowiedzi Christine Douglass-Williams.




Turcja chce zastąpić Arabię Saudyjską jako lider świata islamskiego

Przekształcenie kościoła Hagia Sophia, które odbyło się w oprawie nawiązującej do świetności Imperium Osmańskiego i przy komentarzach schlebiających prezydentowi Erdoganowi jako przywódcy nowego kalifatu, to tylko jeden z elementów długiego wyścigu o przywództwo nad światem muzułmańskim.

Ali Erbaş zarządzający dyrektoriatem spraw religijnych, Diyanetem, wszedł na kazalnicę w Hagii Sophii wspierając się o miecz, który jest przywilejem imamów prowadzących piątkowe modlitwy w meczetach symbolizujących podbój.

Na ten przywilej Erbaş zasłużył wraz z całym ministerstwem religijnym, które od lat inwestuje w promowanie islamistycznej wersji religii na całym świecie, od krajów zachodnich, przez Bałkany, po Azję Centralną i Afrykę, a nawet tak zaskakujące miejsca na mapie islamu, jak Haiti.

Jeżeli Diyanet ma podołać tym zadaniom, włącznie z rozwojem edukacji religijnej i budową mega meczetów, musi być dobrze doposażony. Z tego powodu jest to jedno z najbardziej obciążających budżet ministerstw, o środkach kilkukrotnie wyższych niż ministerstwo spraw wewnętrznych czy turecki parlament. Może to być zaskoczeniem, ale nie wtedy, gdy staje się w szranki z Arabią Saudyjską, która na rozpowszechnianie wahhabizmu, a także wspieranie wcześniej organizacji islamistycznych, wydała nawet, jak się szacuje, 100 miliardów dolarów.

„Ulica” równie ważna, jak rządy

I chociaż na powierzchni wygląda na to, że kraje, które były pod wpływem Imperium Osmańskiego nie życzą sobie tureckiego przywództwa, że coraz mocniejszy jest sojusz Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu, Jordanii, Bahrajnu, to gra toczy się o „arabską ulicę”.

Widać to było przy normalizacji stosunków między ZEA a Izraelem i kolejnym etapie zbliżenia państw arabskich z tym krajem. Prezydent Turcji, pomimo, że Ankara ma dość rozbudowane stosunki z Jerozolimą, ostro zaatakował Emiraty za podjęcie działań pokojowych. To zbliżenie nie było dobrze przyjęte przez społeczność muzułmańską na świecie i Erdogan dobrze sobie z tego zdawał sprawę.

Narzędziami budowania przez niego poparcia wśród społeczności muzułmańskich jest bezwarunkowe wspieranie sprawy palestyńskiej, wspieranie Hamasu, poparcie islamistów w trakcie Arabskiej Wiosny, przedstawianie się jako obrońca ludu w opozycji do dyktatorów. Tu zresztą pomaga Erdoganowi zmęczenie bliskowschodnimi dyktaturami, chociaż według sondaży opinii coraz mniej ludzi wierzy w podstawowy slogan islamistów –  „Islam jest rozwiązaniem”.

Kończy się zachodni kredyt zaufania

W państwach zachodnich wpływy tureckiego islamu, postrzeganego jako bardziej umiarkowany, były do tej pory akceptowane jako korzystna alternatywa dla wahhabizmu. Jednak biorąc pod uwagę coraz większą kontrolę, jaką Turcja chce sprawować nad społecznościami muzułmańskimi w diasporze, Zachód, a zwłaszcza Niemcy i Austria coraz baczniej przygląda się tym wpływom.

Polityka Erdogana nie skupia się jedynie na budowaniu protureckiego sentymentu wśród muzułmanów. Podważanie prymatu Arabii Saudyjskiej ma też miejsce w ramach stworzonej przez nią Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC).

Tutaj Turcja próbuje tworzyć frakcje, które mają odnowić organizację. Na razie udaje się to robić z Malezją i Katarem, ale Pakistan odmówił udziału we wspólnym spotkaniu. To może się jednak zmienić ponieważ OIC milczy w sprawie sporu Pakistanu i Indii o Kaszmir, a Ankara opowiada się po stronie Islamabadu.

Katar szczególnie związany jest z Turcją od czasu, gdy ta zapewniła mu bezpieczeństwo w trakcie sporu z państwami Zatoki Perskiej. Inne kraje, zwłaszcza afrykańskie, też coraz bardziej przychylnie patrzą na związki z Ankarą, która w regionie na razie nie jest postrzegana w kontekście neokolonializmu i imperializmu.

Przez Afrykę do kalifatu?

Turcja mocno osadziła się w Somalii, przy kluczowym dla transportu morskiego obszarze. Coraz częściej pojawia się na Sahelu. W Libii uratowała Rząd Jedności Narodowej w Trypolisie, a jednocześnie przedłużyła wojnę domową, nie pozwalając na zwycięstwo frakcji z Tobruku. W wymienionych miejscach wszędzie po drugiej stronie lokalnych sporów pojawiają się Arabia Saudyjska i ZEA.

Dwa tygodnie temu Grzegorz Lindenberg opisywał jakie rojenia wypełniają głowy dziennikarzy bliskich kręgom tureckiej władzy, pokazując świat niebezpiecznej fantazji, w jakiej żyją. Niestety tę utopię szczęśliwego kalifatu, opartą na historycznych przekłamaniach i wspartą przez supermocarstwo, Turcja próbuje realizować. Najpierw jednak musi usunąć w cień dotychczasowego lidera świata muzułmańskiego.

Jan Wójcik

Obserwuj autora na Twitterze: @jankwojcik

Więcej na temat aktywności Diyanetu

Na temat obecności Turcji w Somalii więcej w „Układzie SIł”.

Źródła: Foreign Policy, ZEE News India




Przełom na Bliskim Wschodzie i konfrontacja na Morzu Śródziemnym. Tygodniowy przegląd wydarzeń 10-16.08

Co za „pokręcony” tydzień. ZEA, a za nim inne państwa arabskie, normalizują stosunki z Izraelem, podczas gdy Niemcy mianują islamistyczną antysemitkę doradczynią rządu. Na Morzu Śródziemnym rodzi się potężna antyturecka koalicja. W Szwecji bez zmian.

Wiadomości

Zjednoczone Emiraty Arabskie i Izrael podpisały przy udziale Stanów Zjednoczonych umowę, która ma prowadzić do normalizacji stosunków między tymi krajami. Więcej…

Narasta konflikt pomiędzy Grecją a Turcją o prawa do stref morskich i wydobycia gazu. Po stronie Grecji angażują się m.in. Francja, Cypr, Izrael czy Egipt. Więcej…

Islamistka została doradczynią niemieckiego rządu w sprawie polityki zagranicznej. Nurhan Soykan słabo dystansuje się od antysemityzmu w organizacji, którą kieruje oraz miała także tolerować radykałów w jej zarządzie. Więcej…

Szwedzcy „Zieloni” w ramach zapewnienia równości mniejszościom seksualnym chcą zmusić organizacje religijne, w tym muzułmańskie, do udzielania im ślubów. Więcej…

W nękanej przez przestępczość zorganizowaną i zamieszkałej przez imigrantów dzielnicy Sztokholmu Rinkeby, otwarto nowy posterunek policji, ale teraz trzeba zadbać o bezpieczeństwo policjantów i pracowników dojeżdżających tam do pracy. Więcej…

Turcja przyznaje obywatelstwo członkom Hamasu. Istnieją obawy, że z tureckim paszportem będą mogli podróżować po świecie przygotowując ataki na obywateli Izraela. Więcej…

Raporty i analizy

Terrorystka Shamima Begum, pomimo decyzji o odebraniu jej obywatelstwa wróci do Wielkiej Brytanii na proces w tej sprawie. Czy rządy za bardzo nie pochylają się nad prawami radykałów? Więcej…

O czym marzą tureccy islamiści? Jeżeliby czytać „Yeni Safak”, chcą odbudować supermocarstwo, co ma prowadzić do restauracji kalifatu. A jest to gazeta związana z rządem. Więcej…

Eksperci od islamu zapraszani do omawiania różnych zagadnień, jak się okazuje nader często się mylą i brakuje im wiedzy z innych dziedzin, by kompleksowo zajmować się tematami. Więcej…

Salafizm kwietystyczny, pokojowy – czy to sposób na odciąganie młodych od radykalizmu, czy wręcz przeciwnie, droga prowadząca do niego? Więcej….

 




Kontrowersyjna doradczyni rządu Niemiec. Antysemityzm i islamizm w tle.

Urząd Spraw Zagranicznych (Auswärtiges Amt, AA) Niemiec powołał Nurhan Soykan na stanowisko doradcy w inicjatywie „Religia i polityka zagraniczna”. Decyzja ta spotkała się z ogromną krytyką. Soykan, wiceprzewodniczącej Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech (Zentralrat der Muslime in Deutschland ZMD), zarzucono antysemityzm oraz tolerowanie ekstremistycznych współpracowników.

Sprawa jest na tyle kontrowersyjna, że ministerstwo odmawia rozmowy z dziennikarzami na temat dalszych losów projektu i samej kandydatury Nurhan Soykan. Pojawiło się jedynie lakoniczne i pełne biurokratycznych frazesów oświadczenie rzecznika prasowego ministerstwa, Christofera Burgera, wygłoszone jeszcze w lipcu: „Chcielibyśmy rozpocząć proces konsultacji na temat tego projektu z tymi, którzy są nim zainteresowani, także z tymi, którzy wyrazili krytykę, i chcielibyśmy rozwinąć ten projekt w taki sposób, aby otrzymał on szerokie poparcie ze strony tych, którzy są obecni w polityce i społeczeństwie”.

Sprzeciw ekspertów

Powołanie Soykan na stanowisko rządowej doradczyni sprowadziło na resort krytykę ze strony ekspertów, polityków i liberalnych muzułmanów. Ahmad Mansour, specjalizujący się w islamie i kwestiach antysemityzmu napisał, że AA nie potrafi „wyjaśnić dlaczego ze wszystkich ludzi to ta osoba ma być odpowiedzialna za pokojowe współżycie wspólnot religijnych na całym świecie”.

Autor książki „Pokolenie Allaha. Dlaczego musimy przemyśleć walkę z religijnym ekstremizmem”, już wcześniej alarmował opinię publiczną w sprawie aktywności Centralnej Rady Muzułmanów. W 2016 roku w wywiadzie scharakteryzował działalność tego stowarzyszenia następująco: „Mamy do czynienia z meczetami i organizacjami, które utrzymują apartheid płci, tworzą podziały na wrogów i ofiary, tłamszą krytyczne myślenie ludzi, nie walczą z antysemityzmem”.

Podobne wątpliwości wyraził były polityk partii Zielonych, a obecnie wykładowca Centrum Studiów Religioznawczych w Bochum, Volker Beck. Działacz ten, otrzymujący groźby śmierci z powodu swoich zwalczających antysemityzm wystąpień, nazywał ZMD „stowarzyszeniem problematycznym”.

Z kolei Sevim Dağdelen z partii lewicy (Die Linke), pochodząca z kurdyjsko-alewickiej rodziny, uznała, że nominacja ta podważa wiarygodność ministra spraw zagranicznych w walce z antysemityzmem. Minister Heiko Maas (SPD) chce uchodzić za polityka, który zdecydowanie zwalcza antysemityzm. W oświadczeniu programowym stwierdził, że wszedł do polityki „z powodu Auschwitz”.

„Naprawić tę żenująco błędną decyzję”

Bijan Djir-Sarai, pochodzący z Iranu, odpowiedzialny za politykę zagraniczną w partii FDP, nazwał decyzję „bardzo trudną na różnych poziomach, ale niestety nie zaskakującą”. Dodał, że po raz kolejny rząd federalny pokazał, „jak wiele ignorancji i jak mało taktu i wrażliwości ma w debacie na temat islamu”.

Jego zdaniem taka „twardogłowa osoba jak pani Soykan” z pewnością nie była symbolem dobrze zintegrowanych i tolerancyjnych muzułmanów w Niemczech. Jednocześnie jej powołanie było „symbolem niemieckiej polityki zagranicznej, która zdecydowanie zbyt rzadko staje po stronie tych, którzy faktycznie reprezentują nasze liberalno-demokratyczne wartości”. Polityk FDP dodał: „Opowieść Heiko Maasa, że z powodu Auschwitz przeszedł do polityki, pozostaje pustym frazesem”.

Głosy krytyki płyną nie tylko ze strony opozycji, ale także ze strony polityków rządzącej koalicji. Christoph de Vries z CDU przy tej okazji wytknął szefowi niemieckiej dyplomacji „niedbałość w radzeniu sobie z islamizmem i nacjonalizmem”. „Mogę tylko w trybie pilnym ostrzec przed polityką ustępstw wobec wysoce problematycznych stowarzyszeń islamskich i częściowo wobec sił antykonstytucyjnych” – powiedział.

Soykan „prezentowała szereg teorii spiskowych i całkowicie niedopuszczalnych tez”, przypomniał polityk FDP Oliver Luksic. Jednocześnie uznał, że jej nominacja stoi w sprzeczności z zapowiedziami ministra spraw zagranicznych o walce przeciwko antysemityzmowi. „Maas powinien interweniować tutaj jako minister i naprawić tę żenująco błędną decyzję” – oświadczył Luksics.

Organizacje zrzeszające liberalnych muzułmanów w Niemczech zarzucają poszczególnym członkom Centralnej Rady Muzułmanów związki z antysemicką i antyzachodnią ideologią Bractwa Muzułmańskiego.

Protesty Izraela

Nurhan Soykan w 2014 roku broniła antyizraelskich protestów przeciwko bombardowaniu Strefy Gazy, zorganizowanych w ramach antysemickiego, wspieranego przez irański reżim i organizacje terrorystyczne marszu Al-Quds. Islamska aktywistka zdystansowała się od antysemickich haseł, lecz jednocześnie zastrzegła, że: „musi również istnieć możliwość krytykowania polityki izraelskiej w taki sam sposób, jak polityki innych krajów. Trzeba też dać szansę, zwłaszcza młodym ludziom w Niemczech, którzy chcą, żeby ich głosy zostały usłyszane. Trzeba dać im możliwość wyrażania swojego gniewu” – mówiła w rozmowie z radiem publicznym.

Rabin Abraham Cooper, zastępca dziekana Centrum Simona Wiesenthala, powiedział „The Jerusalem Post”, że „rząd niemiecki opłakuje antysemityzm, a następnie mianuje sekretarz generalną Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech Nurhan Soykan na rządową konsultantkę ds. zespołu religii i polityki zagranicznej. Może więc ona teraz intensywniej promować antysemickie marsze al-Quds i usprawiedliwić nienawiść do państwa żydowskiego”.

Krytycy Soykan wskazują na niedystansowanie się od antysemityzmu, uleganie teoriom spiskowym, a także wspieranie antyizraelskiej akcji BDS – Boycott, Divestment and Sanctions (bojkot, dezinwestycje, sankcje).

W jednej organizacji z ekstremistami

Przedstawicielka ZMD odrzuca oskarżenia, twierdząc, że zarzuty o związki z salafizmem i Bractwem Muzułmańskim są nadużywane.

Tymczasem ZMD przeciwstawiała się próbom niemieckich władz, zmierzającym do stworzenia rodzimej wersji islamu. Kiedy rządzący chcieli ograniczyć wpływy tureckich imamów sponsorowanych przez Ankarę, muzułmańska rada protestowała. W przeszłości ZMD domagała się, by zabronić wyświetlania w Niemczech filmów o wymowie antyislamskiej.

Zentralrat der Muslime in Deutschland jest organizacją parasolową zrzeszającą rozmaite podmioty. Najliczniejszym stowarzyszeniem reprezentowanym w ZMD Związek Turecko-Islamskich Stowarzyszeń Kulturalnych w Europie (Avrupa Türk-İslam Birliği, ATIB). Urząd Ochrony Konstytucji oficjalnie klasyfikuje go jako skrajnie nacjonalistyczną organizację, związaną z terrorystycznym tureckim ruchem Szarych Wilków. Rząd Austrii w 2019 roku oficjalnie zakazał posługiwania się symbolami tej organizacji oraz gestami charakterystycznymi dla jej zwolenników.

Wpływy irańskiego reżimu

Członkiem Rady pozostaje także Centrum Islamskie w Hamburgu (IZH), które jest bezpośrednio kontrolowane przez reżim z Teheranu i od lat organizuje w Berlinie antyizraelski i antysemicki Dzień Al Quds. „Przywództwo CRM doskonale zdaje sobie z tego sprawę i zupełnie świadomie nie podejmuje działań, ponieważ wykluczenie tych islamskich i ultranacjonalistycznych sił spowodowałoby całkowite zniknięcie Rady” – powiedział polityk CDU.

Większość niemieckich polityków orientuje się także w tym, że Centralna Rada Muzułmanów mija się z prawdą utrzymując, że reprezentuje ona pięć milionów niemieckich wyznawców Allaha. W rzeczywistości można mówić o maksymalnie o 20 tysiącach.

Milczenie ministerstwa

Niemiecki Urząd Spraw Zagranicznych obecnie milczy w sprawie inicjatywy „Religia i polityka zagraniczna”, w ramach której zbiera opinie od organizacji religijnych na temat kierunków własnej polityki zagranicznej. Projekt ten, jak się wydaje, został zamrożony i nie wiadomo, jakie będą jego dalsze losy. Nie wiemy, czy niemieckie ministerstwo ma zamiar zmienić swoją decyzję, czy jedynie grać na czas i wyciszyć emocje.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: www.deutschlandfunk.detagesspiegel.de; jpost.comeuroislam.pl




Czy świat muzułmański może nie prześladować chrześcijan?

Hagia Sophia, od tysiąca lat największa katedra na świecie, a od 1934 spełniająca funkcję muzeum, zostanie przekształcona w meczet.* Kiedy o tym usłyszałem po raz pierwszy modliłem się, aby to nie była prawda, ze względu na konsekwencje jakie niesie to za sobą dla relacji muzułmańsko – chrześcijańskich w Turcji, dla Bliskiego Wschodu oraz dla całego świata.

Niestety uległe i podporządkowane Erdoganowi sądownictwo uległo jego woli i uczyniło Turcję bardziej islamską, a mniej świecką.

Na miejscu Hagia Sophii od roku 360 stał kościół, a w połowie VI wieku naszej ery cesarz Justynian ufundował budynek, który przetrwał do naszych czasów. W 1493 roku Mehmet II zdobył Konstantynopol i przemianował go na Stambuł, a Hagia Sophia została zamieniona w meczet. Pełniła tą funkcję aż do sekularyzacji przeprowadzonej przez Kemala Ataturka, który w 1934 roku zmienił ją w muzeum dostępne dla wszystkich.

Zamiana katedry w meczet nie jest niczym nowym – katedra Jana Chrzciciela w Damaszku została zamieniona w meczet w kalifacie Umajjadów, a kalif Al-Hakim zrównał z ziemią Bazylikę Grobu Świętego w Jerozolimie, co było impulsem do podjęcia krucjat.

Kiedy islamskie armie przetoczyły się przez Bliski Wschód, prawo szariatu pozwoliło podbitym ludom żydów, chrześcijan i zaratusztrian zachować ich miejsca kultu pod warunkiem uzyskania zgody od władców muzułmańskich. Nie mogli wywieszać na zewnątrz budynków symboli swojej wiary ani wzywać wiernych do modlitw. Nie pozwolono także budować nowych świątyń. W praktyce nie przestrzegano nawet tych restrykcyjnych przepisów, a miejsca kultu były niszczone albo przejmowane przez muzułmanów.

Wielu komentatorów podkreśla fakt, że takie zawłaszczanie i niszczenie miejsc kultu nie ogranicza się do świata islamskiego – za przykład podają słynne meczety w Kordobie i Sewilli, które zostały zniszczone lub przejęte podczas rekonkwisty. W Kordobie istniał kościół, w miejsce którego władcy islamscy zbudowali meczet, ale co do Sewilli nie ma dowodów na to, że meczet Almohad, znajdujący się w miejscu gdzie obecnie stoi katedra, został zbudowany na gruzach starego kościoła, pomimo, że ludność Sewilli, podobnie jak całego Półwyspu Iberyjskiego, została wbrew swej woli podporządkowana rządom muzułmańskim.

Od kilku lat organizacje obrony praw człowieka alarmują, że w Turcji zanika wolność słowa, ekspresji i wiary. Inny kościół, Mądrości Bożej w Nicei, gdzie w 787 odbył się drugi sobór nicejski, został przekształcony w meczet już jakiś czas temu. Seminarium dla duchownych Patriarchatu Ekumenicznego w Halki jest zamknięte i powszechne są zarzuty ingerencji rządu w działalność Kościoła Ormiańskiego. Kościoły protestanckie ucierpiały w atakach ekstremistów, byli ranni i ofiary śmiertelne wśród wiernych. Zagraniczni pracownicy kościoła są często aresztowani i deportowani. Ja sam byłem obecny na uroczystości w Kościele Tureckim, która odbywała się w znanym hotelu, a która została rozbita przez policję ze względu na brak pozwolenia na spotkanie.

Turcja nie jest jedyna w prześladowaniu chrześcijan. Najczęstszą przyczyną starć między chrześcijanami a muzułmanami w Egipcie są próby zablokowania budowy lub naprawy kościoła, lub próby zniszczenia go, jeśli już został zbudowany. Zapytałem wyższego rangą urzędnika w Iranie, ile kościołów zostało zbudowanych w kraju od czasu Rewolucji Islamskiej (1979). Odpowiedział: „Żaden. Chrześcijanie ich nie potrzebują!”

W rzeczywistości w Iranie wszystkie kościoły zostały zajęte przez muzułmanów, zamknięte lub zniszczone. W Pakistanie kościoły są często celem ataku tłumu, nierzadko są ostrzeliwane lub bombardowane. Kiedy pełniłem tam funkcję biskupa, niektórzy przedstawiciele klasy średniej namawiali mnie, abym nie budował kościoła na ich terenie.

Jedyny, który zbudowaliśmy, nie został otwarty z powodu nacisków bogatej społeczności, która otacza biednych chrześcijan. W Nigerii kościoły są często pierwszym celem dla Boko Haram i innych grup ekstremistów. Kościoły są palone, duchowni mordowani, a wierni atakowani. Stałem kiedyś w wypalonej skorupie kościoła i było to straszne doświadczenie.

Skoro muzułmanie mają wolność wyznania na Zachodzie i w innych krajach niemuzułmańskich, to czy chrześcijanie i inni nie powinni mieć tego samego prawa w krajach muzułmańskich?

Czy w takiej sytuacji państwa takie jak Turcja nie powinny stać na straży wolności wyznania, zamiast zagrażać tej wolności poprzez, na przykład, przekształcanie kościołów w meczety?

O ile wiem, żadni chrześcijanie nie planują dzisiaj zamieniać meczetów w kościoły. Tam gdzie łamana jest wolność kultury i religii, jak w przypadku chrześcijan i Ujgurów w Chinach, czy w Birmie, cały cywilizowany świat zgodnie to potępia. W świecie Zachodu muzułmanie mogą bez przeszkód praktykować swoją religię i wznosić meczety. Czy przyłączą się do innych i zaapelują do tureckich władz, aby nie podejmowały tego uwsteczniającego kroku w stosunku do Hagia Sophii?

Od lat uczestniczę w dialogu między chrześcijanami i muzułmanami. Często słyszę pytanie: skoro muzułmanie mają wolność wyznania na Zachodzie i w innych niemuzułmańskich krajach, to czy chrześcijanie i inni nie powinni mieć tego samego prawa w krajach muzułmańskich? Osobiście starałem się nie traktować wzajemności jako „oko za oko”, lecz raczej próbowałem sprawić, aby wszystkie strony uznawały podstawowe wolności swoich obywateli, w tym oczywiście możliwość posiadania własnych miejsc kultu. Czy tureccy przywódcy są skłonni przyjąć takie stanowisko?

Turcja podpisała Powszechną Deklarację Praw Człowieka, której 18 artykuł gwarantuje wolność myśli, wypowiedzi i przekonań, a także do uzewnętrzniania religii w rytuałach. Czy Turcja znajdzie się wśród krajów, które stoją na straży tych podstawowych wolności? Czy też dołączy do tych nacji, które systematycznie odmawiają tej wolności swoim obywatelom, zwłaszcza wtedy, kiedy są mniejszością?

Michael James Nazir-Ali

Autor jest anglikańskim biskupem; w latach 1994 – 2009 był biskupem Rochester. Obecnie jest dyrektorem Oxford Centre for Training, Research, Advocacy and Dialogue. Pochodzi z Pakistanu.

Tłumaczenie Severus Snape, na podstawie spectator.us; tytuł – red. Euroislamu

* Artykuł z 16 lipca 2020.

Polecamy również: Grzegorz Lindenberg: Turcja Erdogana: o jeden meczet za daleko




„Cień Boga na Ziemi” kłania się przed „Synem Nieba”

Po „zdobyciu” Hagia Sophii coraz głośniej jest o marzeniach tureckich islamistów o odtworzeniu kalifatu, ale co to będzie za przywódca muzułmanów, który swoich wiernych, w tym przypadku Ujgurów, odsyła do chińskich, ateistycznych obozów reedukacji. 

Erdogan Zdobywca

W ubiegłym tygodniu jedną z głównych wiadomości poruszających świat były pierwsze muzułmańskie modlitwy w Kościele Mądrości Bożej, Hagia Sophia, przekształconym z muzeum na meczet. Świat był zaniepokojony i zasmucony, za to w swoim kraju prezydent Erdogan, inspirator tego zdarzenia, święcił triumfy jako lider wspólnoty muzułmańskiej. Mianowany przez niego szef urzędu ds. religii, Diyanetu, Ali Erbaş, na kazalnicę wszedł podpierając się osmańskim mieczem.

Miecza tego, jak wyjaśniła gazeta „Daily Sabah”, co tydzień używano w meczetach, które były symbolem podboju. Podobną symbolikę miały dwie zielone flagi wywieszone w nowym meczecie. Sam Erbaş przypomniał, że meczet Hagia Sophia został powierzony wiernym i ktokolwiek narusza zasady z tym związane, będzie przeklęty. Nieprzypadkowa była też data pierwszych modlitw – to rocznica podpisania w 1923 roku traktatu w Lozannie, którego skutkiem były wysiedlenia chrześcijan z Turcji i muzułmanów z Grecji.

Tak więc nikt w Turcji nie krył się z wojowniczą symboliką, jaką okraszono to „zdobycie”. Erdogan wyrecytował w Hagia Sophii otwierającą Koran surę Al-Fatiha. Postać Erdogana na okolicznościowych przypinkach występowała obok postaci Mehmeta Zdobywcy, który w XV wieku po ponad 900 latach istnienia jako kościół chrześcijański przekształcił świątynię po zdobyciu Konstantynopola w miejsce modlitwy islamu.

Z drugiej strony Erdogan występował w opozycji do działań Mustafy Kemala Atarka, który po następnych pięciu wiekach zamienił meczet w muzeum, gdy prowadził kraj w kierunku świeckości. Obecna zamiana ma więc charakter wyzwania, rzuconego zarówno chrześcijaństwu, jak i świeckości. To także wyzwanie rzucone judaizmowi, bo „rekonkwista” Hagia Sophii to w retoryce prezydenta Turcji pierwszy krok na drodze do „wyzwolenia” Al-Quds, Jerozolimy.

Miało to też swoją kontynuację, bo w poniedziałek prorządowe i islamistyczne gazety tureckie zaczęły wzywać do powołania kalifatu i uczynienia Erdogana kalifem. „Jeśli nie teraz to kiedy?”, pisał tygodnik „Gercek Kayat”.

Kalif, którego nie chcą muzułmanie

Jednak w świecie muzułmańskim, pomimo tej retoryki, niewielu chciałoby uznać Erdogana za przywódcę świata muzułmańskiego. Może islamiści z szerokiego nurtu Bractwa Muzułmańskiego, ale modlitw nie zaszczycił swoją obecnością żaden z zaproszonych liderów państw muzułmańskich. Co prawda Erdogan zaprosił jeszcze papieża Franciszka, ale sporo osób odebrało to zaproszenie jako afront. Uczeni najważniejszej w świecie muzułmańskim uczelni Al-Azhar potępili działania prezydenta Turcji jako sprzeczne z duchem islamu.

Niezależnie od tego, jak spojrzymy na to z teologicznego punktu widzenia, faktem pozostaje narastająca konfrontacja pomiędzy Turcją a Egiptem o wpływy w Libii i potencjalne wpływy z wydobycia gazu ziemnego we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. A Egipt to nie jedyny kraj muzułmański pozostający w konflikcie z Turcją, są to także Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, a i Tunezja w kwestii relacji z Turcją jest podzielona. Po zmianie władzy Sudan też jest mniej otwarty na tureckie wpływy.

W kraju Erdogan może nawiązywać do postaci wojowniczego sułtana i prowokować, powiedzmy szczerze, dość niezainteresowany symboliką i kwestią losów Hagia Sophii Zachód. To jednak nie czyni z niego faktycznego lidera muzułmanów. A na świeżo tworzonym pomniku „Erdogana Zdobywcy” pojawiają się tak brzydkie rysy, jak współpraca z chińskim rządem w prześladowaniu chińskich muzułmanów, Ujgurów. Już wcześniej jego krytyka zamykania mniejszości muzułmańskiej w chińskich obozach reedukacyjnych została uciszona i Erdogan, chcący stać się „cieniem Boga na Ziemi” (tytuł sułtanów – przyp. red.) nabrał wody w usta w sprawie 1,5 mln swych współwyznawców, dyskryminowanych, więzionych, a nawet zabijanych w Chińskiej Republice Ludowej. Teraz jednak nie tylko milczy, ale bierze udział w zbrodni.

Kalif deportuje wiernych

Jak podaje „The Telegraph” Ujgurzy, którzy uciekli z Chin i znaleźli bezpieczną przystań w Turcji, teraz stamtąd znikają. Chiny, wywierając presję na Turcję, której zależy na inwestycjach, doprowadzają do ekstradycji Ujgurów, przez Tadżykistan do ChRL, gdzie los ich pozostaje nieznany. Ostatnim takim przypadkiem była deportacja 59-letniej kobiety, matki dwójki dzieci.

Od 18 lat rządów Erdogana analitycy, politycy i dziennikarze przekonują, że retoryka, którą uprawia, służy jedynie na potrzeby pozyskania elektoratu, może bezpiecznie jednak uznać, że są to rzeczywiste ambicje tego polityka.

W Turcji przebywa obecnie około 50 tysięcy Ujgurów, którzy stworzyli tam społeczność, prowadzą sklepy, publikują książki i informują świat o swoim losie. Kraj ten przestał być dla nich bezpieczną przystanią. Co prawda Turcja nie godzi się na ich ekstradycję do Chin, ale jest na to sposób. Wydalani są do Tadżykistanu, skąd wyciągnięcie ich przez chińskie władze nie stanowi trudności. Oskarżenia wobec Ujgurów formułowane są na podstawie sfałszowanych bądź wymuszonych zeznań. W jednym przypadku, jak mówi prawnik zajmujący się deportacjami, Ibrahim Erginl, do wydalenia doszło na podstawie zeznań pięciu świadków, ale trzech z nich straciło już życie po wykonanej egzekucji.

Zastanawiająca jest też taka zbieżność, że spośród 200 naukowców ujgurskich przebywających w Turcji, Chiny domagają się ekstradycji akurat całej dwusetki.

Jak to się stało, że prezydent Turcji wpędził kraj w taką zależność od Chin, że „muzułmański kalif” musi kłaniać się ateistycznemu „Synowi Nieba” i odsyłać wiernych do kraju, gdzie za naukę Koranu na pamięć grozi 14 lat reedukacyjnego obozu?

Po pierwsze, są to duże chińskie inwestycje, które mają przekroczyć sześć miliardów dolarów. Druga przyczyna to rozluźnienie relacji z Europą. Erdogan uwierzył w zdolność balansowania między Zachodem a Wschodem do tego stopnia, że jego działania spowodowały nieufność po stronie zachodnich państw, ale także i inwestorów. Retoryka popierająca alternatywną ekonomię – „inflacja nie jest problemem”, „kredyt w obrotach bieżących nie jest problemem” – doprowadziła turecką gospodarkę do konwulsji. W rezultacie to, co miało być równowagą, staje się coraz większą zależnością od Chin.

Wreszcie, Erdogan rozprawia się z mniejszością kurdyjską w swoim kraju podobnie jak Chiny, które oskarżają Ujgurów o terroryzm. Nie chce więc krytyką działań dalekowschodniego mocarstwa dawać powodów do atakowania dyskryminacyjnej polityki w Turcji. Obydwa kraje prowadzą w końcu „światową walkę z terroryzmem”. To swoisty sojusz dyktatorów ponad podziałami.

Groteska czy tragifarsa?

Jak widać szanse Erdogana, przezywanego już powszechnie sułtanem, na zostanie kalifem muzułmańskiego świata są nikłe. Nie bardzo chcą go uznać rywalizujące muzułmańskie kraje w regionie. Jeżeli nawet zostanie lokalnie przywódcą wiernych muzułmanów, to przywódcą bardzo zależnym od ateistycznego państwa, czyli Chin. Byłaby to więc postać bardzo groteskowa, gdyby na drodze do realizacji swoich islamistycznych fantazji nie niszczyła ludzkich istnień, nie zaogniała konfliktów, nie posługiwała się terorrystami, nie ograniczała wolności.

Dlatego, pomimo całej fanfaronady jaka otacza prezydenta Turcji, Zachód powininen poważnie zacząć myśleć o ograniczeniu jego działań. Od 18 lat jego rządów analitycy, politycy i dziennikarze przekonują, że retoryka, którą uprawia, służy jedynie na potrzeby pozyskania elektoratu. Tymczasem może bezpiecznie będzie uznać, że są to rzeczywiste ambicje tego polityka.

Jan Wójcik, obserwuj autora na @jankwojcik

Źródło: The Telegraph, Euroislam.pl