TSUE: odmowa relokacji uchodźców sprzeczna z prawem

Polska, Węgry i Czechy odmawiając udziału w relokacji uchodźców postąpiły wbrew prawu unijnemu, orzekł dziś Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Decyzja zapadła, mimo że w 2018 roku sama UE zrezygnowała z mechanizmu przymusowej relokacji.

„Państwa członkowskie nie mogą, w celu uchylenia się od wdrożenia tego mechanizmu, powoływać się ani na swoje obowiązki dotyczące utrzymania porządku publicznego i ochrony bezpieczeństwa wewnętrznego, ani na podnoszone nieprawidłowe funkcjonowanie mechanizmu relokacji” – uzasadnił swoją decyzję TSUE.

Sędziowie odrzucili tym samym zastrzeżenia Polski i Węgier, które dotyczyły zagrożenia bezpieczeństwa, jakie stanowiła procedura tymczasowej relokacji, oraz Czech, wskazujących na wadliwe funkcjonowanie mechanizmu. Trybunał stwierdził, że w trakcie całej procedury relokacyjnej organy państw członkowskich powinny każdorazowo badać, czy dana osoba stanowi rzeczywiste lub potencjalne zagrożenie, a nie odstępować od całej procedury.

O co tak naprawdę ten spór?

Spór pomiędzy państwami członkowskimi a UE ma źródła w kryzysie imigracyjnym 2015 roku. W odpowiedzi na niego Rada UE przyjęła decyzje zobowiązujące państwa do relokacji 40 tysięcy osób ubiegających się o ochronę azylową z Grecji i Włoch, rozszerzając ją potem do 120 tysięcy.

Polska w ramach mechanizmu ostatecznie miała przyjąć około 7000 migrantów. Decyzję podjęto większością głosów, dzięki zabiegowi przesunięcia jej na ministerialny poziom Rady Unii Europejskiej. Wcześniej ważne zmiany w unijnych zasadach podejmowano w głosowaniu jednomyślnym na poziomie Rady Europejskiej, składającej się z głów państw i szefów rządów.

W trakcie realizacji procedury okazało się, że może dotyczyć maksymalnie 98 tysięcy osób, więc kwota uchodźców przypadających Polsce zmniejszyła się do 6 000 osób. Ostatecznie okazało się, że relokacja dotyczyła 35 tysięcy ubiegających się o azyl. Wielu z nich nie spełniało kryteriów. Polska, Węgry i Czechy odstąpiły jednak całkowicie od jej wykonywania.

Dania i Wielka Brytania były wyłączone z procedury na podstawie umów negocjacyjnych z UE, gdzie zagwarantowały sobie prawo odstąpienia w kwestiach dotyczących imigracji. Z kolei takie kraje, jak Bułgaria czy Słowacja realizowały zobowiązania symbolicznie. Uchodźcy relokowani do takich krajów, jak Litwa czy Łotwa w dużej części uciekali później na Zachód.

Mechanizm jako nieskuteczny został zawieszony w 2018 roku, a w 2019 państwa UE, które w ramach solidarności chciały dobrowolnie kontynuować relokację, stworzyły nowe zasady.

Co dalej? Zapłacimy kary?

Sprawa, która toczyła się przed Trybunałem dotyczyła więc samego przestrzegania unijnych traktatów, a nie meritum spawy czyli przyjęcia imigrantów, ponieważ mechanizm już nie funkcjonuje. Trybunał jednak nie zgodził się z tą linią obrony przedstawianą przez Polskę, Czechy i Węgry, twierdzące, że sprawa jest nieaktualna i nie ma możliwości usunięcia zarzucanych im uchybień.

Zdaniem sędziów skarga Komisji jest dopuszczalna jeżeli chodzi o stwierdzenie naruszenia przepisów, a ponadto „pozwala na ustalenie podstawy dla ewentualnej odpowiedzialności państwa członkowskiego – w związku z uchybieniem jego zobowiązaniom – wobec innych państw członkowskich, Unii lub jednostek”.

Czy zatem inne państwa, instytucje unijne, bądź ubiegający się o azyl będą mogli występować o odszkodowanie finansowe od Polski? Teoretycznie tak, ale niezmiernie trudne będzie ustalenie ilu poszczególny kraj mógł rzeczywiście przyjąć azylantów, w sytuacji, gdy pozostałe kraje unijne przyjęły niepełne i nieproporcjonalne kwoty. Takie procesy wobec nich się nie toczą. Z kolei poszczególne osoby ubiegające się o azyl musiałyby udowodnić, że one bezpośrednio zostały poszkodowane przez tę odmowę. (JW)

Żródła: Onet, Interia




Organizacje pozarządowe krytykują zamykanie granic

UE 1 kwietnia rozpoczyna misję, której celem jest monitorowanie embarga na dostawy broni dla Libii. Organizacje pozarządowe krytykują Wspólnotę za walkę z przemytem ludzi, chcą, żeby unijne statki ratowały rozbitków.

„Liczba zgonów niestety wzrośnie w dłuższej perspektywie” – powiedział dziennikarzom Deutsche Welle Frederic Penard, szef operacji w SOS Mediterranee, która sama siebie określa jako „morska i humanitarna organizacja ratująca życie” na Morzu Śródziemnym i dodał, że u wybrzeży Libii prawie nie ma statków chętnych do ratowania ludzi, znajdujących się w niebezpieczeństwie.

W podobnym tonie wypowiedziała się Hassiba Hadj Sahrouai, pelniąca funkcję doradcy ds. humanitarnych Lekarzy bez Granic, zarzucając UE, że „zupełnie porzuciła” pomysł ratowania życia. Skrytykowała także współpracę Unii z libijską strażą przybrzeżną. Partnerstwo to nazwała cynicznym, biorąc pod uwagę fakt, że istnieją dowody na masowe łamanie praw człowieka przez straż przybrzeżną Libii.

Poprzednia operacja UE na Morzu Śródziemnym, European Union Naval Force Mediterranean (EU NAVFOR Med), powołana do zapobiegania przemytu ludzi do Europy, w latach 2015-2018 przyczyniła się do uratowania od 43 do 50 tysięcy osób, które próbowały przedostać się z Libii do Włoch lub na Maltę w łatwo tonących gumowych pontonach lub drewnianych łodziach. „Sophia”, popularna nazwa operacji EU NAVFOR, zawdzięcza swoją nazwę imieniu dziewczynki urodzonej na niemieckim statku, który wyłowił jej matkę.

Operacja Sophia była krytykowana przez polityków przeciwnych masowej migracji, a także brytyjski parlament za to, że wbrew deklaracjom nie przyczynia się do powstrzymania przemytu ludzi i migracji, a przeciwnie, stymuluje ją. Latem 2018 roku rząd Salviniego wymógł na UE zmianę polityki, zamykając włoskie porty dla statków wypełnionych imigrantami. Ostatecznie morski odcinek misji zawieszono, po tym jak decyzję Włochów poparły rządy w Wiedniu i Budapeszcie, a także inni partnerzy unijni. Na zmianę tej decyzji próbowała bezskutecznie wpłynąć Angela Merkel.

„Twierdza Europa” nawiązuje do sloganu nazistowskiej propagandy. Przeciwnicy obecnego zamknięcia granic Unii Europejskiej chcą, by decyzja ta kojarzyła się z mrocznymi momentami w historii XX wieku.

NGO zaangażowane w ratowanie imigrantów skrytykowały także decyzje rządów europejskich o zamknięciu granicy Unii Europejskiej w związku z epidemią koronawirusa. Choć oficjalnie prawo azylowe nie zostało zawieszone, to jednak legalny wjazd do Europy dla uchodźców stał się praktycznie niemożliwy.

Publicystka „Süddeutsche Zeitung” ubolewa nad tym, że „twierdza Europa” stała się faktem. Warto tutaj przypomnieć, że termin „twierdza Europa” nawiązuje do sloganu wykorzystywanego przez nazistowską propagandę. Słowem, decyzje o zamknięciu granicy zewnętrznej Unii Europejskiej mają kojarzyć się z najbardziej mrocznymi momentami w historii XX wieku.

Reporterka parlamentarna Constanze von Bullion w swoim tekście pisze: „Każdy, kto pozostaje teraz na zewnątrz, u bram Europy, będzie musiał poczekać. Gorzka prawda jest taka, że sytuacja ta będzie wkrótce zagrażać życiu, a nawet doprowadzi do śmierci. Nie trzeba mieć wiele wyobraźni, żeby przewidzieć, co się stanie, gdy koronawirus dotrze do takich krajów jak Libia. Uchodźcy są tam przetrzymywani w nieludzkich warunkach. Wirus rozprzestrzenia się w obozach dla uchodźców w Turcji, Jemenie i Jordanii. Międzynarodowa pomoc zaczyna się rozpadać. Niemiecka agencja ds. uchodźców wycofuje swój personel, biorący udział w zagranicznych programach humanitarnych. Każdy ratuje własną skórę. (…) Patrzenie na śmierć innych, tych spoza UE, jest niezgodne z duchem humanitaryzmu, na którym niegdyś powstawała zjednoczona Europa. Stary kontynent zrezygnował ze swojej sanctum sanctorum („świętości nad świętościami”)”.

Dziennikarka domaga się, żeby tysiące imigrantów przebywających na greckich wyspach zostały przeniesione w bezpieczne miejsca. Proponuje jednocześnie, żeby sprowadzić ich do 140 niemieckich gmin, przed wjazdem sprawdzając dokładnie stan zdrowia ewakuowanych osób, gdyż zwłoka w tym zakresie naraża imigrantów na śmierć w wyniku zarażenia wirusem Covid-19. „Kto chce po prostu zamknąć drzwi, jest winny nieudzielenia pomocy” – stwierdza publicystka.

Stanowisko to nie wpłynęło na decyzję władz w Berlinie, które nie zgodziły się na to, żeby organizacja Mission Lifeline wyczarterowała samolot, który miał przewieść migrantów z greckiej wyspy Lesbos do Niemiec. Decyzję swoją uargumentowały koniecznością walki z epidemią. Rzecznik organizacji Axel Steier zamknięcie granic przed uchodźcami uznał za przejaw odradzania się nacjonalizmu, zacofania i wieszczył koniec „społeczeństwa otwartego”. Z kolei Karl Kopp, działacz organizacji Pro Asyl powiedział, że granice zewnętrzne Unii stały się „wolne od praw człowieka”.

Można przypuszczać, że ostra retoryka przeciwko zamknięciu granic Unii wynika również z tego, że działacze ci wiedzą, iż w najbliższym czasie stan ten się nie zmieni. Dopiero bowiem pokonanie epidemii na świecie może doprowadzić do zmiany stanowiska UE.

Jednocześnie rzecznik niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zdementował doniesienia medialne o tym, że rząd wydał dekret, na mocy którego automatycznie odrzucane są wnioski o azyl. Zastrzegł, że spadek liczby zgłoszeń o udzielenie ochrony międzynarodowej, a także „nielegalnych wjazdów” wynika z ogólnych ograniczeń w ruchu granicznym.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: wpolityce.plwww.sueddeutsche.dehttps://www.dw.com




USA: Imigranci z Bangladeszu budzą obawy przed terroryzmem

Przez granicę z Meksykiem przerzucani są nielegalni imigranci z Bangladeszu, którzy nie tylko łamią w ten sposób prawo, ale mogą stanowić zagrożenie terrorystyczne, twierdzi ekspert amerykańskiego Centrum Badań nad Imigracją (CIS). 

Mało zauważona w prasie amerykańskiej informacja o uznaniu obywatela Bangladeszu za winnego przemytu setek współobywateli przez granicę pomiędzy Meksykiem a USA, zaniepokoiła eksperta CIS Todda Bensona.

Ten były pracownik wydziału antyterrorystycznego w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Teksasie uważa, że istnieje wiele czynników, które każą na przemyt ludzi bez dokumentów i bez znanych historii z Bangladeszu patrzeć z większą uwagą. Zwłaszcza, że proceder ma charakter ciągły i według danych Straży Granicznej USA, w ciągu ostatnich trzech lat ujęto 3 000 obywateli tego kraju na próbie nielegalnego przekroczenia granicy.

Terroryzm w Bangladeszu z zagranicy

Podstawowym zagrożeniem jest terroryzm, który rozprzestrzenił się w ostatnich latach w Bangladeszu, do tego stopnia, że stał się obiektem polityki zero tolerancji ze strony rządu. W latach 90. powstawały organizacje związane z bojówkarzami wracającymi z Afganistanu, takie jak Islamski Ruch Dżihadu (HJI) czy Związek Mudżahedinów w Bangladeszu  (JMB) (antysowiecką wojnę w Afganistanie zasiliło w latach 80. 3000 mieszkańców tego kraju). Obecnie są to organizacje w dużej mierze powiązane z Al-Kaidą i ISIS, które od 2015 roku dokonały 70 ataków w tym kraju, wiele też spisków terrorystycznych udaremniono.

Terrorysta pochodzący z Bangladeszu, wylatujący z USA na dżihad do Afganistanu. Historia zatoczyła koło.

Bangladesz częściowo zawdzięcza radykalizację wpływom zewnętrznym. Dżihadyści z Wielkiej Brytanii, rekruterzy finansowani przez banglijską diasporę, wnieśli wkład w rozniecenie ognia radykalizmu w tym kraju, dotychczas uchodzącym za spokojny.

Sztandarowym przykładem tego brytyjsko-banglijskiego terrorystycznego mariażu była dżihadystka Państwa Islamskiego Shamima Begum. Pozbawiono ją brytyjskiego obywatelstwa na podstawie możliwości posiadania po matce obywatelstwa Bangladeszu. Tymczasem Bangladesz wcale nie śpieszy się z przyznaniem jej obywatelstwa. Twierdzi, że radykalizacja nastąpiła w Wielkiej Brytanii i z tego powodu nie ma zamiaru przejąć za nią odpowiedzialności.

Odpowiedź rządu

Większość zamachów terrorystycznych dokonywanych przez tamtejszych terrorystów miała miejsce w samym Bangladeszu. Wiele z nich dotyczyło zabójstw bloggerów ateistów i wolnomyślicieli, szyitów i obcokrajowców. Natomiast udział w syryjskim dżihadzie był skromny – International Crisis Group informuje jedynie o 40 zagranicznych terrorystach z Bangladeszu.

Rząd stara się zwalczać terroryzm ostrymi działaniami. W 2016 roku w ramach walki z terroryzmem aresztowano około 11 000 osób, podaje amerykański Departament Stanu. Twarde podejście nie tylko do terrorystów, ale do opozycji, Banglijskiego Frontu Narodowego, czy zepchnięcie do podziemia partii islamistów Dżamaat-e-Islami, może prowadzić do ich radykalizacji oraz szukania schronienia za granicą.

Trudno jednak oczekiwać łagodnego podejścia władz, skoro dwóch przywódców BNP i dziesięciu z DI zostało uznanych w 2011 roku przez międzynarodowy trybunał winnymi popełnienia zbrodni wojennych w czasie ludobójstwa z 1971 roku, przeprowadzonego przez wojsko.

Aktywność na Zachodzie

Czy obawy nie są przesadzone? Jak dotąd w Europie ani w Stanach Zjednoczonych nie było słychać o atakach przeprowadzonych przez obywateli Bangladeszu. Udaremniono jednak spiski w Wielkiej Brytanii i USA. W Wielkiej Brytanii planowano zamach bombowy na giełdę w Londynie oraz samobójczy atak w Muzeum Figur Woskowych czy w trakcie parady Gay Pride.

W Stanach Zjednoczonych w 2019 roku aresztowano zamachowca planującego atak na Times Square w Nowym Jorku, a rok wcześniej osobę planującą zamach bombowy, także w tym samym miejscu. W 2019 aresztowano także pochodzącego z Bangladeszu imigranta, który próbował wylecieć z USA i dołączyć do talibów w Afganistanie. Tym samym koło historii terroryzmu pomiędzy Afganistanem, Bangladeszem a Stanami Zjednoczonymi zostało zamknięte.

Jan Wójcik

na podst: MEF, US Border Patrol, Crisis Group




„The Economist” błędnie ocenia imigrację w Polsce

PiS jest antyimigracyjny, a sprowadza imigrantów, twierdzi „The Economist”. Brytyjski tygodnik powołuje się jednak na błędne dane i błędne założenia, a zatem i wnioski otrzymuje błędne.

„The Economist” ocenił, że polski rząd powiela błędy Zachodu w kwestii polityki imigracyjnej oraz zarzucił hipokryzję w tej sprawie rządzącej partii. „PiS jest jedną z najbardziej nieliberalnych rządzących partii Europy, a mimo to posiada najbardziej liberalną politykę imigracyjną”, czytamy w brytyjskim tygodniku. I chociaż z niektórymi oczywistymi tezami wynikającymi z polskich uwarunkowań można się zgodzić, to „The Economist” popełnia jeden zasadniczy błąd: traktuje zjawisko imigracji zbyt ogólnie. Z perspektywy autora znikają różnice kulturowe, a imigranci, obojętnie skąd, są albo zjawiskiem jednoznacznie korzystnym, albo negatywnym.

Błędne dane

Zanim spojrzymy na narrację przedstawioną w artykule warto wejrzeć w kwestie merytoryczne. Autorzy alarmują, że poza Ukraińcami, „do Polski przeniosło się 36 000 Nepalczyków, 20 000 Hindusów i 18 000 Banglijczyków”. Dane te budzą wątpliwość.

W Polsce istnieje kilka instytucji monitorujących napływ imigrantów pod różnym kątem i według różnych procedur. Według Urzędu ds Cudzoziemców (UdSC) w Polsce w tym okresie wydano pozwolenie na pobyt czasowy (do trzech lat) 2800 obywatelom Nepalu, 13 000 Hindusów i 2000 mieszkańców Bangladeszu.

Analiza w tym artykule dotyczy jedynie tego typu wniosków – pobytu na okres czasowy, ponieważ reszta jest zaniedbywalna. To jednak jest tylko napływ imigrantów – nie ma mowy o tych, którym legalny pobyt, uzyskany wcześniej, się skończył. Tutaj według UdSC posiadane ważne dokumenty plus sprawy w toku (dają też prawo legalnego pobytu do czasu rozpatrzenia) stanowią podobną liczbę – 2900 Nepalczyków, 13 000 Hindusów i 2100 Banglijczyków.

Polityka imigracyjna nie jest elementem humanitaryzmu. Ma zaspokajać różne potrzeby społeczeństwa wynikające z demografii, gospodarki, ale także uwzględniać bezpieczeństwo i spójność społeczną.

Trochę szerzej traktuje sprawę raport Komisji Europejskiej, który bierze także pod uwagę osoby, które otrzymały wizę powyżej 90 dni wydaną nie przez placówki w kraju, a przez ambasady i konsulaty polskiego MSZ za granicą. Tylko, że to także nie pomoże nam w osiągnięciu liczb z „The Economist”, ponieważ według danych otrzymanych z MSZ Nepalczycy otrzymywali co roku ok. 2 do 3 tys. takich wiz, mieszkańcy Indii ok. 4 500, a Bangladeszu od 500 do 900. Takie wizy opiewają na okres powyżej 90 dni, ale do 12 miesięcy. Po upływie ważności, jeżeli przedłuża się pobyt imigranta, musi zakończyć się wizytą w UdSC i wnioskiem o pobyt czasowy.

Tak więc na koniec roku 2019 liczbę legalnie przebywających w Polsce  można w przybliżeniu oszacować sumując wizy z 2019 i tych, którzy mają zgodę na pobyt czasowy. Będzie to ok 4-6 tysięcy Nepalczyków*, 18 tysięcy Hindusów i 3 tysiące Banglijczyków. „The Economist” myli się więc o prawie 50 tysięcy.

Nie wiemy jednak, czy nie dochodzi do procederu pozostawania na terytorium państwa po terminach, na jakie zezwalały wizy czy udzielone zgody na pobyt. „The Economist” też tego nie wie, a w każdym razie nikt nie dysponuje takimi danymi. Skąd więc wysokie liczby podane przez tygodnik?

Wymieniany w artykule think tank Polski Instytut Ekonomiczny wskazał na Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. I rzeczywiście jeżeli zsumujemy zgody na wnioski o zatrudnienie cudzoziemca, otrzymamy wspomniane na początku kwoty. Stąd też nieprawdziwa informacja w artykule, że Polska przyznała w 2019 roku wszystkim wymienionym trzem krajom 24 tysiące wiz długoterminowych łącznie. Według UdSC i MSZ było ich o połowę mniej.

Zestawienie danych podawanych przez The Economist oraz polskie instytucje zajmujące się migracją (oprac. własne)
Zestawienie danych podawanych przez The Economist oraz polskie instytucje zajmujące się migracją (oprac. własne)

Dane podane przez „The Economist” nie oznaczają rozmiaru imigracji. Z grubsza procedura wygląda tak, że agencje pracy czy pracodawcy występują z wnioskiem o zatrudnienie cudzoziemca; tych wniosków może być więcej, a potem MSZ wydaje wizy na tej podstawie w konsulatach i ambasadach, a jeżeli osoba zostanie potem dłużej (powyżej roku) w Polsce, występuje o zgodę w UdSC.

Dane z ministerstwa pracy można traktować jak zapotrzebowanie pracodawców na cudzoziemców, a nie rzeczywisty wymiar imigracji, który, jak widać szczególnie w przypadku Bangladeszu i Nepalu, jest dużo niższy. Ostatecznie nie wszyscy otrzymujący wniosek ubiegają się o wizę i nie wszyscy ją otrzymują.

Błędne zrozumienie problemu

Twarde dane to nie jedyny problem autora artykułu. Brytyjski tygodnik zdaje się ulegać koszarowemu podejściu „sztuka jest sztuka”. Nie ma więc znaczenia skąd przybywa imigracja, bo i tak będzie problemem. Nawet sam autor próbuje się rozprawić z myśleniem, że imigracja z Ukrainy i Białorusi może stanowić problem polityczny, tak jak imigracja z Polski i szerzej Europy Środkowo-Wschodniej stanowiła problem polityczny w Wielkiej Brytanii, częściowo odpowiedzialny za Brexit.

Takie podejście bierze się z uporczywego przekonania, że nie mają znaczenia kultury, systemy wartości itd. Nie można oczywiście zaprzeczyć, że pojawią się partie, bo już się pojawiają, które będą próbować zagospodarować niechęć i obawę przed samym zjawiskiem imigracji.

Istotą dyskusji wokół imigracji nie są jednak gry polityczne wokół imigrantów, a to, jakie szanse integracji mają imigranci, z których część zostanie tu na stałe. Można zrozumieć postbrexitową traumę, ale pytanie, na które Polska musi sobie odpowiedzieć, brzmi – czy imigranci będą tworzyć społeczeństwa równoległe, opowiadać się za systemem wrogim demokracji, żyć w ciągłym poczuciu dyskryminacji i marginalizacji? Oraz, czy ich niewielka część będzie angażować się w działania zbrojne przeciwko państwu przyjmującemu, tworząc dla niego poważne wyzwanie?

Ten brak integracji przełoży się także na gospodarkę. Negatywne skutki różnic kulturowych wpływających na różnice w zatrudnieniu i przełożeniu się tego na gospodarkę analizował dr Grzegorz Lindenberg. Te analizy ujawniają ogromne koszty dla budżetu pojawiające się w związku z migrantami [1], a także różnice w poziomie zatrudnienia i wypracowanym przez nich PKB [2]. Z kolei badania University College of London pokazywały dodatni wpływ na budżet imigrantów z tzw. nowej UE, dziesiątki państw, które dołączyły do Unii w 2004 roku. [3]

Wreszcie, „last but not least”, ważne dla integracji jest podejście społeczeństwa do imigrantów. W Polsce jest duża akceptacja dla przyjmowania imigrantów z Ukrainy i Białorusi, także Wietnamczyków, gorzej jest z mieszkańcami krajów arabskich. Tak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Związku Pracodawców Polskich. [4]

Błędne wnioski

Co stanęło więc autorowi „The Economist” na przeszkodzie w napisaniu dobrego artykułu? Wydaje się, że potrzeba przyprawienia twarzy rządowi PiS – że jest nie tylko skrajnie prawicową partią, ale do tego cynicznie oszukującą społeczeństwo.

To nie znaczy, że ten rząd nie załuguje na krytykę. Brakuje rozpoznania i kontroli, jak wygląda sytuacja po ustaniu wiz i pozwoleń, czy imigranci nie są nielegalnie zatrudniani albo czy nie wyjeżdżają na terytorium Unii Europejskiej. Ze strony prawicowej słychać też dość naiwne tłumaczenia, że nie było zgody na relokację uchodźców, ale imigracja ekonomiczna nie stanowi w ogóle zagrożenia dla spójności społecznej.

Wystarczy spojrzeć na kraje jak Niemcy, Austria czy Dania, żeby zobaczyć, jakie są skutki imigracji ekonomicznej niepowiązanej z imigracją z byłych kolonii. Przez kilka lat nie powstała żadna polityka imigracyjna, która umożliwiałaby efektywną kontrolę migracji.

Bo nie chodzi tu o dylemat, czy mieć otwarte drzwi dla wszystkich, czy zamknąć je przed wszystkimi, lecz o to, żeby móc decydować, z kim chcemy budować wspólną przyszłość. Polityka imigracyjna nie jest bowiem żadnym elementem humanitaryzmu, a służyć ma zaspokajaniu różnych potrzeb państwa i społeczeństwa wynikających z demografii, gospodarki, ale także z kwestii zapewnienia szeroko rozumianego bezpieczeństwa, w którym to pojęciu mieści się także spójność społeczna.

* 6 tysięcy wynika z założenia, że w 2018 roku wydano dużo wiz i część mogłaby okazać się jeszcze ważna pod koniec 2019

Jan Wójcik

Analiza liczbowa opiera się na danych otrzymanych za uprzejmością MSZ i UdSC oraz informacji ze stron MRPiPS i UdSC

[1] Czy Szwecja przygarnęła bogactwo?
[2] Imigranci jako sposób na obniżenie dochodu narodowego
[3] Fiscal effect of immigration in UK
[4] Polacy najbardziej przychylni przyjmowaniu imigrantów z Czech, Ukrainy, Litwy, Białorusi i Wietnamu




Wielka Brytania: nielegalna imigracja „tylnymi drzwiami”

Przemytnicy ludzi przerzucają nielegalnych imigrantów do Wielkiej Brytanii „tylnymi drzwiami”, przez lotniska w Dublinie lub Paryżu – informuje dziennik „The Daily Mail”.

Jeden z handlarzy powiedział, że może zorganizować przybycie migranta do Londynu z Albanii za 2000 funtów. 20-letni Albańczyk Kledjan Kurtaj chwalił się, że może dostarczyć imigrantom fałszywe europejskie dowody tożsamości w Albanii, zanim przerzuci ich do Włoch, a następnie do Dublina, gdzie taksówka może ich zabrać przez niestrzeżoną granicę do Irlandii Północnej.

Kurtaj reklamuje swoje interesy na Facebooku, ostrzegł jednak reportera (występującego pod przykrywką): „Ta rozmowa musi pozostać między nami”. Powiedział także, że przemytnicy wykorzystują trasę z Francji do Luton dla przerzutu kobiet i dzieci, ponieważ „nikt tam nie zadaje wielu pytań”. „Głównym problemem jest przejście przez albańską kontrolę paszportową. Po opuszczeniu Albanii wszystko już jest dobrze – powiedział. – Dziewczyny przechodzą, jakby otwierały drzwi własnego domu.”

Fałszywe włoskie dokumenty tożsamości kosztują od 420 do 670 funtów i są wytwarzane przez fałszerzy w Albanii..„Musisz dać im tylko trzy zdjęcia, podać kolor oczu i wzrost, i przekazać pieniądze. Po trzech dniach dokument będzie gotowy. Jak już go dostaniesz, odezwij się do mnie” – instruował przemytnik reportera. Redakcja gazety przekazała wszystkie informacje władzom.

Członek Izby Gmin Ian Paisley z północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistycznej powiedział, że Wielka Brytania powinna wywrzeć presję na władze irlandzkie. „Nie możemy tego powstrzymać, jeżeli oni nie zamkną drzwi” – stwierdził.

W zeszłym roku irlandzka gazeta „Independent” podawała, że do Irlandii przybywa dziennie dziesięciu Albańczyków z fałszywymi dokumentami tożsamości; większość z nich samolotami z innych krajów UE.

Według brytyjskiej National Crime Agency Albania jest największym zagranicznym źródłem przemytu ludzi do Wielkiej Brytanii – w 2018 r. wykryto  947 przypadków. Liczba niewykrytych uważana jest za znacznie wyższą.

Według Home Office 100 przemytników zostało skazanych w sumie na 320 lat więzienia w ubiegłym roku.

JP, na podst. https://www.dailymail.co.uk




Powinniśmy być bardziej solidarni

Wywiad z Wojciechem Wilkiem, prezesem Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Rozmawiał Grzegorz Lindenberg.

Grzegorz Lindenberg: PCPM istnieje od 2006 roku, a uchodźcom z Syrii pomagacie od 2012 roku, od początku konfliktu. Co tam robicie?

Wojciech Wilk: Pracowałem dla ONZ w Syrii przed 2012, przed wybuchem i na początku rewolucji, zajmowałem się tam koordynacją pomocy humanitarnej, więc temat Syrii znam bardzo dobrze. W 2012 roku MSZ uruchomił finansowanie dla polskich organizacji w zakresie pomocy dla uchodźców syryjskich; udało nam się uzyskać to finansowanie i od tego czasu te projekty są ciągle finansowane z programu “Polska Pomoc” Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Wojciech Wilk

Od lipca 2012 roku na granicy libańsko-syryjskiej prowadzimy projekty pomocy humanitarnej, które z projektu na 200 rodzin w 2012 roku urosły do bardzo kompleksowego działania. Obejmuje ono pomoc dla rodzin wynajmujących mieszkania – to jest około trzech czwartych uchodźców w Libanie – przygotowanie obozów do warunków zimowych, prowadzenie szkoły dla uchodźców syryjskich, prowadzenie ośrodka zdrowia oraz takiego mobilnego ośrodka zdrowia, ambulansu, który jeździ po obozach namiotowych, projekty zatrudnienia uchodźców syryjskich w rolnictwie czy w różnego rodzaju pracach publicznych, wsparcie samorządów w Libanie, budowa oczyszczalni ścieków, oświetlenie solarne ulic. Oczywiście chcielibyśmy zrobić więcej, ale te działania dotyczące północno-zachodniej Syrii to jest klasyczna odpowiedź na nagły kryzys humanitarny, który jest o wiele gorszy, niż ktokolwiek się spodziewał. Kiedy była poprzednia faza walk w północnej Syrii w 2019 roku, to uciekło około 400 tysięcy ludzi, teraz prawie milion.

Skąd pochodzą wasze fundusze?

Z ONZ, z pieniędzy unijnych, z wpłat prywatnych; największym donatorem jest MSZ. Niestety finansowanie MSZ dla organizacji pozarządowych jest de facto niezmienne od 2008 roku, a w tym roku spadło nawet o jedną czwartą.

Na stronie „Polska Pomoc” MSZ jest informacja, że Polska w 2018 przeznaczyła na pomoc rozwojową 2,8 mld złotych, co jest 0,14% polskiego PKB, znacznie mniej, niż 0,33%, które powinna przeznaczać jako członek Unii Europejskiej.  Czyli z funduszy „Polskiej Pomocy” wy dostajecie mniej niż 1 promil.

Fundusze państwowe na pomoc rozwojową można podzielić na trzy grupy. Ta trzecia, najmniejsza, około 4% całego tego budżetu, to są fundusze w dyspozycji MSZ i z tego funduszu, który od 2008 roku wynosi 80-130 mln złotych (w tym roku 100 mln), około 40% idzie na projekty organizowane przez organizacje pozarządowe. To, w porównaniu do innych wydatków budżetu państwa, są bardzo małe pieniądze. Polskie organizacje pozarządowe są przyzwyczajone do robienia projektów z takim samym budżetem, jak organizacje zachodnie, tylko że u nich liczone w euro albo dolarach, a u nas w złotówkach. Każdą złotówkę musimy oglądać z dwóch stron, a też chcemy pokazać, że to polskie zaangażowanie w pomoc rozwojową czy humanitarną jest efektywne, żeby przekonać decydentów do większego finansowania tych działań, które niestety na razie pada ofiarą decyzji politycznych. Pomoc zagraniczną najłatwiej uciąć, bo za tym nie idą głosy, nie stoją wyborcy.

Zwracacie się do ludzi o pieniądze na pomoc dla uchodźców w północno-zachodniej Syrii, bo na to nie można dostać pieniędzy z MSZ?

O ile wiem, pomoc humanitarna wewnątrz Syrii nie leży ramach priorytetów MSZ. Poza tym, kwota, która jest potrzebna, aby nieść pomoc setkom tysięcy uciekinierów przed wojną w Syrii, jest jak na obecne możliwości finansowania MSZ bardzo znacząca.

Jaka jest ta potrzebna kwota?

Tyle ile się da zebrać. Nasze możliwości to jest wybudowanie czy wsparcie budowy domów dla pięciuset do tysiąca rodzin i jest to koszt pomiędzy 5 a 10 mln złotych, czyli 10% tego, co MSZ ma na cały rok na wszystkie projekty. Dlatego liczymy na odzew społeczny, bo zależnie od odzewu możemy zbudować domy dla 500 rodzin albo dla 100. To już zaczyna być realne pod kątem zbiórki publicznej.

Te domy są takie tanie?

Koszt zakupu jednego składanego domu, wraz z transportem i kosztem postawienia go na miejscu to około 6000 zł. Taki dom jest dość lekki, waży około 160 kilogramów, więc musi być przykotwiczony w odpowiedni sposób do ziemi, żeby go nie oderwały podmuchy wiatru. Żeby go dobrze przykotwiczyć trzeba wybudować podmurówkę, platformę, która także zabezpieczy dom przed zalewaniem. Te domy są produkowane w Polsce, w Gdańsku i ONZ kupuje je w ilościach hurtowych, około 15 tysięcy rocznie. Z Gdańska są one wysyłane na cały świat: stoją w obozach na granicy Somalii i Kenii, w Ugandzie, i w regionie Sahelu. To, że jesteśmy polską organizacją, która próbuje się włączyć w ten proces budowy schronienia dla uchodźców w Syrii, jest dość logiczne.

Składane domy, stawiane przez PCPM dla uchodźców.

Ale największym problemem w północno-zachodniej Syrii jest brak miejsca na budowę nowych obozów. ONZ-owskie standardy mówią o powierzchni obozów dla uchodźców 45-50 metrów kwadratowych na osobę, a minimum 30 metrów kwadratowych na osobę – obejmujące już wszystkie drogi, infrastrukturę i tak dalej – w tych nowych obozach jest to minimum, bo nie ma na nie miejsca. Obozy są budowane w szczerym polu, to są tereny uprawne, grząskie, które najpierw trzeba umocnić dużą ilością kamieni, zbudować platformy dla tymczasowych domów i całą infrastrukturę – toalety, ujęcia wody. Z czasem takie obozy się przeradzają w wielkie miejscowości.

Czy każdy może się zgłosić i dostać od was taki dom? Dżihadyści i ich rodziny też?

W każdym kraju, w którym pracujemy, również w Syrii, wybór i tego typu decyzje pozostawiamy ONZ. Wybór lokalizacji, miejsca, osób, które tam dotrą, należy do ONZ. Cała operacja humanitarna, taka jak w Syrii czy w Libanie, jest podzielona na sektory, jeden z nich dotyczy zabezpieczenia dachu nad głową i my działamy w koordynacji z ONZ, w tym przypadku Biurem Wysokiego Komisarza do spraw Uchodźców (UNHCR). To operacyjnie wygląda w ten sposób, że my im mówimy „Mamy 500 domów i mamy też fundusze, żeby je postawić. Gdzie chcecie, żeby je postawić?”. Oni mówią „Tu”, pokazując konkretne miejsce na mapie.

Oczywiście, z naszej strony też możemy dokonywać analizy, czy to akurat miejsce i te akurat działania nas interesują. Na przykład dyskusyjne byłoby to, czy powinniśmy tego typu domy stawiać w Afrin, to ten region w Syrii, który jest, czy był, regionem o dużym udziale ludności kurdyjskiej, który w 2016 roku został zajęty przez siły tureckie. Zdajemy sobie z tego sprawę, że tam budowanie nowych obozów zmieniałoby, przynajmniej tymczasowo, strukturę etniczną tego regionu. Powiedzieliśmy więc naszym partnerom w Syrii, że regionie Afrin takich domów nie będziemy budować. Teraz bierzemy pod uwagę dwa regiony: Idlib, w bezpośredniej bliskości muru granicznego z Turcją, bo tam jest najwięcej ludzi szukających choć namiastki bezpieczeństwa. Drugim regionem jest północna część prowincji Aleppo, dokąd w ostatnich tygodniach dotarło 330 tysięcy ludzi, i którzy cały czas nie mają dachu nad głową.

Widzi pan perspektywę zakończenia wojny domowej w Syrii?

Militarnie rząd syryjski wygrywa tę wojnę. Pytanie, czy te skrawki terenu, na których stacjonują siły tureckie, pozostaną pod pośrednią lub bezpośrednią kontrolą Turcji, czy wrócą pod kontrolę Syrii. Jest też cała kwestia terytoriów kurdyjskich. Problem nie leży w terytorium, ale w tym, że w samej Syrii są przynajmniej 3-4 miliony ludzi, którzy deklarują, że nie będą mieszkać w kraju rządzonym przez Asada. Gdzie ci ludzie mieliby się podziać, gdyby cała Syria wróciła pod kontrolę Asada?

Myśli pan, że co się z nimi stanie? Turcja zbudowała mur na granicy…

Najprostszym rozwiązaniem byłoby umożliwienie przez rząd syryjski tym osobom, które mają nastawienie antyrządowe, powrót na łono społeczeństwa przez ogłoszenie amnestii,  umożliwienie im normalnego funkcjonowania i zapewnienie bezpieczeństwa. Problem jest taki, że to się nie dzieje. Doskonałą ilustracją jest powrót uchodźców z Libanu, gdzie uchodźca, przed powrotem do Syrii, ma możliwość dostania takiego glejtu bezpieczeństwa ze strony Muhabaratu – syryjskich służb. Uchodźcy dostają takie glejty bezpieczeństwa, ale one wcale dużo nie znaczą. Po powrocie do Syrii mają mniej więcej miesiąc względnego spokoju, a potem mężczyźni są bardzo często siłą wcielani do wojska. A oni nie po to wracają do Syrii, żeby walczyć za reżim, za który nie chcieli walczyć i z którego powodu uciekli.

Dochodzi też do różnego rodzaju represji, gdzie ten aparat syryjski nie wiadomo, czy jest aparatem terroru ze strony państwa, czy państwem w państwie. Dostajemy na przykład informacje, że uchodźcy powracający z Libanu – a z Libanu powracają nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że żyją w takim ubóstwie, że mówią: „To już wolę umrzeć w Syrii niż w Libanie” – są porywani przez syryjską bezpiekę. I ich rodzina dostaje informację, że wypuścimy porwanego, jeśli rodzina zapłaci siedem tysięcy dolarów – a w Syrii to są kosmiczne pieniądze, bo urzędnik państwowy zarabia około pięćdziesięciu dolarów miesięcznie. Jeżeli to się dzieje wobec osób, które dostały ten glejt bezpieczeństwa i wróciły, to ja nie wiem, co by musiało się stać, jak musiałoby się zmienić zachowanie rządu syryjskiego, całego aparatu władzy w Syrii, żeby umożliwić odbudowę jedności społecznej.

Dysproporcja tego, jakie są potrzeby pomocy humanitarnej tam na miejscu, w zestawieniu z pomocą udzielaną w Europie, jest gigantyczna.

Pomoc z Polski

Ale pewnie myśli pan: „Czy będę do Syrii wysyłał te TIRy przez następne trzydzieści lat”?

Wewnątrz Syrii jest promyk nadziei, chociaż promyki nadziei tam długo nie trwają. Są regiony, które były pod kontrolą sił opozycyjnych, które się „pogodziły’ z rządem. Uzyskały taki rodzaj para-autonomii. Przykładem może być miasto Rastan między Homs a Hamą. Rastan zawsze było bastionem opozycji i w okolicach tego miasteczka nastąpiło takie „pogodzenie się” ruchu oporu z rządem i jest tam para-autonomiczna enklawa. Jest odrębnym pytaniem, jak będzie wyglądała polityczna autonomia Kurdów, czy w ogóle zostaną uszanowane ich żądania dotyczące autonomii.

Powinniśmy się liczyć z kolejną falą emigracji do Europy?

Problem jest taki, że grozi nam fala migracyjna w ciągu najbliższych paru tygodni, a nie za rok czy dwa. Przy granicy tureckiej w prowincji Idlib, przy tym murze, są zbudowane setki obozów dla setek tysięcy ludzi. Ci ludzie szukają bezpieczeństwa w tym cieniu muru na granicy tureckiej, wierząc, że tam nie będą bombardowani, bo wojska syryjskie będą się bały przestrzelić i trafić w terytorium po tureckiej stronie. Od tych obozów front jest nie więcej niż o 20 kilometrów. Czyli wszystkie są w zasięgu ognia artyleryjskiego, w listopadzie na jeden z nich spadła rakieta wystrzelona spod Aleppo. Naprawdę nie trzeba jakichś dalekosiężnych procesów, aby fala migracyjna ruszyła.

Jak wygląda teraz i jak się może rozwinąć sytuacja z uchodźcami w północno-zachodniej Syrii, o której pan mówił, po decyzji Erdogana, że otwiera granicę z Syrią i przepuszcza uchodźców do Europy?

Od analityków polityki tureckiej słyszałem, że wśród tureckiej elity politycznej, niezależnie od tego, czy popierającej Erdogana czy nie, istnieje konsensus w sprawie zbudowania pasa bezpieczeństwa wzdłuż granicy syryjskiej, który byłby zasiedlony ludnością arabską i byłby naturalnym buforem wobec Kurdów. Widać wyraźnie, że ten pas jest tworzony, ale istnieje w nim istotna luka koło miasta Kobane (Ain El-Arab), gdzie nie ma sił syryjskich, ale zainstalowały się siły rosyjskie, patrolujące teren wspólnie z Turkami. Łącznie ten pas terenu na północy Syrii jest wielokrotnie większy niż teren prowincji Idlib. Kontrolowane przez “rebeliantów” obszary prowincji Idlib są zaś obecnie wielkości polskiego powiatu, na którym jest ściśnięte dwa i pół do trzech milionów ludzi. Mówimy o znalezieniu dla tych osób, uciekających przed wojną, stosunkowo bezpiecznego miejsca w granicach Syrii. Natomiast musimy pamiętać o tym, że tego typu rozwiązania wspierają politykę Turcji, mającą na celu fizyczne odepchnięcie ludności kurdyjskiej od granicy tureckiej.

Niemcy wydają rocznie 20 mld euro na nowych imigrantów. Co pan o tym myśli?

Niemcy wydają 23 miliardy dolarów – pomoc humanitarną liczymy w dolarach – na pomoc dla imigrantów i uchodźców w ramach swoich granic i te 23 miliardy wracają z powrotem do ich gospodarki. Pieniądze, które są wydawane na pomoc zagraniczną, do tej gospodarki nie wracają, to jest nie krążenie, tylko odpływ pieniędzy. Z drugiej strony ONZ co roku przygotowuje strategie pomocy humanitarnej dla krajów tego regionu i w przygotowaniu tych strategii PCPM uczestniczy. Strategia pomocy humanitarnej dla Syrii, Jordanii, Iraku, Libanu, Turcji i Egiptu, sześciu krajów najbardziej dotkniętych kryzysem syryjskim, to jest mniej więcej 11-12 miliardów dolarów rocznie. Czyli połowa tego, co Niemcy wydają u siebie na pomoc dla imigrantów i uchodźców, wystarczyłaby na sfinansowanie całego programu humanitarnego na Bliskim Wschodzie, a on jest realnie finansowany na poziomie tylko 50% potrzeb. Dysproporcja tego, jakie są potrzeby pomocy humanitarnej tam na miejscu, w zestawieniu z pomocą udzielaną w Europie, jest gigantyczna.

Trzeba także pamiętać, że do Europy nie dotarli ludzie najbiedniejsi. W 2015 roku za przerzut z Damaszku do granicy Unii trzeba było zapłacić nawet 2,5 tysiąca dolarów za osobę, co jak na Syrię było bardzo wysoką kwotą, szczególnie jeśli to była cała rodzina. Uciekała syryjska klasa średnia. Ruch migracyjny w październiku 2015 roku pokrył się z początkiem rosyjskiej interwencji w Syrii. Wówczas reżim Asada przeżywał militarne załamanie, wyczerpanie rezerw osób zdolnych do walki, które powodowało rozpad całej machiny wojskowej. Gdyby nie wsparcie Iranu i Rosji sytuacja dziś wyglądałaby inaczej. Emigracja z Syrii w roku 2015 nie była z terenów zajętych przez opozycję, syryjska klasa średnia emigrowała z terenów kontrolowanych przez rząd. Widzieli, że ten rząd się wali i mając groźbę potencjalnych rządów islamistów sprzedali co mogli i uciekli do Europy. Co z drugiej strony jest ogromnym problemem dla kraju, bo jeśli uciekła cała ekipa gospodarcza czy intelektualna, to kto zostanie, żeby ten kraj odbudować?

To, co robicie, jest konkretne i sprawdzalne, pieniądze nie są marnowane, wiecie na co zostały wykorzystane?

Bardzo dużą rolę przywiązujemy do tego, żeby każdą złotówkę móc prześledzić i do kogo ona trafiła. Zdajemy sobie sprawę, że przy działaniu w Syrii, szczególnie na terenach kontrolowanych przez rząd, istnieją bardzo duże naciski ze strony instytucji rządowych na przekazanie części pomocy humanitarnej dla osób, które mają takie czy inne sympatie polityczne. Dlatego w Syrii zdecydowaliśmy się na dostarczenie domów modułowych, a nie pomocy finansowej. Z domkiem ciężko uciec, szczególnie, jeśli jest przykotwiczony do betonowej platformy. Jeśli to jest obóz dla uchodźców pod patronatem ONZ, to jest dosyć dobry sposób upewnienia się, że pieniądze darczyńców będą prawidłowo wykorzystane.

Z tego powodu pracujemy w Libanie. PCPM działa tam jako część koordynowanej przez ONZ pomocy humanitarnej i to widać w bardzo wymierny sposób. Gdy mamy rodzinę, którą chcielibyśmy objąć pomocą, to PCPM ma dostęp do bazy uchodźców, którą prowadzi Wysoki Komisarz ONZ ds Uchodźców, gdzie widać przy nazwisku każdej rodziny czy się kwalifikuje do otrzymania pomocy (lub nie) i czy nie jest już objęta pomocą humanitarną jakiejś innej organizacji, a jeśli jest, to do kiedy. W ten sposób możemy zapewnić, że pomoc trafi od osób zakwalifikowanych przez ONZ do jej otrzymania i że się nie dubluje.

Problemem jest to, że w tej chwili pomocy dla syryjskich uchodźców w Libanie jest za mało. System współpracy z ONZ działa też w drugą stronę: ONZ przekazuje do PCPM przypadki rodzin syryjskich, które muszą otrzymać wsparcie na opłacenie mieszkania, bo są o krok od wyrzucenia na ulicę. O ile normalnie bylibyśmy w stanie przyjmować takie rodziny i zapewniać im wsparcie przez cały rok, to w tym roku pula pieniędzy skończyła się już w lutym, więc przez kolejne miesiące nie wiem, jak będziemy mogli tym ludziom pomóc, po prostu nie mamy na to funduszy.

Czy jesteśmy w stanie odróżnić uchodźcę od emigranta ekonomicznego?

Oczywiście, zdecydowanie jesteśmy w stanie to zrobić. Na uchodźcy ciąży obowiązek udowodnienia tego, że jest prześladowany w swojej ojczyźnie i z tego powodu nie może powrócić do swojego kraju. To nie służby kraju przyjmującego powinny się domyślać, że on jest w takiej czy innej sytuacji – to osoba aplikująca o status uchodźcy powinna udowodnić, że jest prześladowana i nie może wrócić. Proces ustalenia, czy daną osobę należy objąć ochroną prawną jako uchodźca nazywa się „refugee status determination”. Problem jest taki, że UNHCR wobec uchodźców syryjskich, a wcześniej wobec uchodźców irackich, ze względu na ich ogromną liczbę zastosował taki wytrych prawny. Uciekinierzy z tych krajów zostali uznani za uchodźców prima facie, po polsku mówi się w takich przypadkach o “uchodźcach zbiorowych”. Oznacza to, że każda osoba, która jest obywatelem Syrii i która jest poza Syrią a była na terytorium Syrii 15 marca 2011 roku, kiedy wybuchła rewolucja, powinna według zaleceń UNHCR otrzymać status uchodźcy.

Zastosowanie definicji uchodźcy zbiorowego jest, delikatnie mówiąc, dyskusyjne. Czy na przykład te osoby uciekające z Damaszku w 2015 roku mogłyby udowodnić, że były prześladowane?

Co pan myśli o papieżu Franciszku, który wzywa do otworzenia Europy i serc dla imigrantów, i do niekontrolowanej imigracji?

Ja bym tego tak nie ujął. Zgadzam się z papieżem Franciszkiem, że my, jako mieszkańcy Unii Europejskiej, cały czas największej gospodarki na świecie, powinniśmy być bardziej solidarni z tymi, którzy nie mają tyle, co my. Nie możemy udawać, że nas to nie interesuje.

Niedawno doznałem olśnienia czytając historię Małopolski. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych XIX wieku w Małopolsce były regularne głody, w których co rok umierało do sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Ta nędza galicyjska spowodowała masową emigrację Polaków do Ameryki. Jeżeli teraz mamy do czynienia z taką nędzą galicyjską w Afryce to jak powinniśmy do tego podejść? Uważam, że powinniśmy przyłożyć tę samą miarę, która była przykładana do Polaków, do przedstawicieli innych narodów. A drugim argumentem jest to, że Polacy po II wojnie światowej, po 1968 roku, podczas „Solidarności”, też byli uchodźcami.

Podając konkretny przykład – znam uchodźcę syryjskiego w Turcji, który zawsze był po niewłaściwej stronie i który dostał pogróżki z Syrii, że go zabiją. Ten człowiek nie może zostać w Turcji, nie może powrócić do swojego kraju, to jest osoba, która powinna zostać przesiedlona do bezpiecznego kraju trzeciego.

Prowadzicie albo prowadziliście projekty nie tylko w Libanie, również w Gruzji, Kenii, Ugandzie, Południowym Sudanie, Autonomii Palestyńskiej, Iraku. Z którego z nich jest pan najbardziej zadowolony?

Osobiście jestem najbardziej zadowolony z naszego sztandarowego projektu w Kenii, gdzie od 2014 roku szkolimy straż pożarną. Za łączną kwotę  3-4 milionów złotych udało nam się przeszkolić połowę strażaków w Kenii, która ma 50 milionów mieszkańców, poprawić zabezpieczenie przeciwpożarowe dla prawie połowy mieszkańców. Dzięki szkoleniu przez polskich instruktorów strażacy kenijscy nie tylko zaczęli bardziej skutecznie gasić pożary – gasić, a nie tylko dojeżdżać z pustym samochodem bez wody – ale zaczęli używać nieznanych tam wcześniej technik ratownictwa linowego, zaczęli o wiele bardziej skutecznie ratować ludzi z powodzi, ludzi zakleszczonych w wypadkach samochodowych, reagować skutecznie pod kątem pomocy medycznej w tak zwanych zdarzeniach masowych. Zmiana jest gigantyczna przy bardzo niewielkich środkach.

——————————————–

Jeśli chcecie Państwo wesprzeć działanie Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, to wszystkie dane są na ich stronie: https://pcpm.org.pl/pomoc

Biogram Wojciecha Wilka https://pcpm.org.pl

Wszystkie zdjęcia pochodzą z www PCPM




Większość Niemców przeciwko przyjmowaniu nieletnich uchodźców

Obecnie w Niemczech debata na temat otwarcia granic koncentruje się na nieletnich pozbawionych opieki, którzy koczują przy granicy z Turcją. Zieloni i niektóre władze lokalne naciskają na przyjmowanie ich do kraju. Większość Niemców mówi jednak – nie.

51 procent nie zgadza się na przyjmowanie nieletnich imigrantów z Grecji do Niemiec. Za jest 39%, a 10% nie ma zdania  – jak wynika z sondażu Instytutu Badania Opinii Publicznej Civey dla „Augsburger Allgemeine”. Badanie pokazuje wyraźne różnice między zwolennikami poszczególnych partii w kwestii otwarcia granic. Wyborcy CDU iak i bliźniaczej CSU odrzucają zdecydowaną większością głosów (71%) pomysł sprowadzania dzieci uchodźców do Niemiec. Sprzeciw jest jeszcze większy wśród zwolenników FDP – Wolnej Partii Demokratycznej (75%) oraz AfD – Alternatywy dla Niemiec (96%). Największym poparciem kampania pomocowa cieszy się wśród wyborców Zielonych (67 %) i zwolenników SPD – Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (59 %).

Władze lokalne chcą przyjmować

Siedem dużych niemieckich miast żąda, aby rząd federalny podjął kroki w celu przyjęcia dzieci z greckich obozów dla uchodźców. „Należy natychmiast pomóc przede wszystkim dzieciom, których rodzice w wielu przypadkach już nie żyją i które przebywają samotnie w obozach dla uchodźców” – oświadczyli burmistrzowie Kolonii, Dusseldorfu, Poczdamu, Hannoweru, Freiburga, Rottenburga am Neckar i Frankfurtu nad Odrą. Apel ten poparł także minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii Boris Pistorius. Inicjatywa była odpowiedzią na decyzję niemieckiego parlamentu, który nie zgodził się na sprowadzenie do Niemiec pięciu tysięcy osób wymagających szczególnej ochrony, w tym małoletnich bez opieki.

Chętnie otworzyliby granice…cudze

Wniosek złożony przez Zielonych został odrzucony 495 głosami, jedynie 117 deputowanych głosowało za proponowanym rozwiązaniem. 48 posłów chrześcijańskiej demokracji po głosowaniu wydało oświadczenie, w którym wyrażają przejęcie „dramatyczną sytuacją w greckich ośrodkach” i postulują rozwiązanie problemu dzieci, przebywających na granicy turecko-greckiej, na poziomie Unii Europejskiej lub ewentualnie stworzenie „koalicji chętnych” państw, które chciałyby przyjąć do siebie nieletnich.

Sygnatariusze oświadczenia głosowali mimo wszystko przeciw przyjęciu uchodźców, motywując swoją decyzję tym, że wniosek obciążał tylko Niemcy i nie było w nim mowy o innych krajach Unii. Pomysł relokacji cieszy się nad Renem cały czas wysokim poparciem. Jak pokazały badania WRD (regionalna stacja publiczna), 57 procent Niemców chętnie otworzyłoby granicę grecko-turecką, pod warunkiem rozdzielenia uchodźców do innych krajów Unii Europejskiej. 41 procent nie zgadza się na takie rozwiązanie.

Wysyłają zachęty dla imigrantów

Jeden z polityków CDU, Armin Schuster, ostro skrytykował ofertę krajów związkowych, wyrażających gotowość przyjmowania nieletnich uchodźców. „Ta informacja nie pozostaje w Niemczech, ale trąbi się o niej na całym świecie i ponownie wysyła się fałszywe sygnały” – powiedział w wywiadzie dla „Rheinische Post”. Zdaniem deputowanego, doświadczenie kryzysu migracyjnego pokazało, że inne kraje Unii Europejskiej oskarżyły Niemcy w 2015 roku o „zwiększenie napływu uchodźców poprzez rozmaite zachęty” i z tego powodu odmówili przyjęcia na siebie obciążeń wynikających z sytuacji kryzysowej.

„Nadal opracowujemy ramy integracji w związku ze skutkami tamtego czasu, ale mamy uporządkowany system przyjmowania uchodźców: rząd federalny decyduje i rozdziela ich między landy, a te między gminy. Nie możemy tego wyrzucić i uruchomić tego samego mechanizmu, co wówczas” – powiedział Schuster. „Nie widzę poparcia większości parlamentarnej ani społecznej dla ciągłego przemarszu przez Niemcy” – dodał.

Wielkie serce, ograniczone możliwości

Przeciwko przyjmowaniu uchodźców z greckich wysp opowiedział się premier Saksonii Michael Kretschmer. „Nasze serce jest wielkie, ale nasze możliwości są ograniczone”, powiedział polityk CDU. Jako „naganne” określił wykorzystywanie sytuacji ludzi do celów politycznych. Zwrócił też uwagę na to, że politycy uciekają od sedna problemu, czyli od tego, jak zakończyć wojnę domową w Syrii: „Jaki jest europejski wkład w stabilizację tego kraju? Jest to pytanie nieprzyjemne, ale właściwe” – oświadczył Kretschmer.

Społeczeństwo ma prawo czuć się oszukane

Powyższe dane bez wątpienia świadczą o zmianie nastrojów w społeczeństwie niemieckim. Jesienią 2015 roku statystyki wyglądały zupełnie inaczej. Podkreślić trzeba, że pytanie dotyczyło dzieci pozbawionych opieki. Bez żadnych wątpliwości mamy więc do czynienia z tymi, którym pomoc humanitarna się należy. Z drugiej strony pewne jest, że wrażliwość niemieckiego społeczeństwa była wielokrotnie nadwerężana i traktowana instrumentalnie. Co jakiś czas pojawiały się na przykład  informacje o tym, że przybywający do Europy nieletni to w rzeczywistości dorośli mężczyźni.

We wrześniu 2019 roku media informowały o bardzo dużej skali oszustw: „Eksperci medycyny sądowej zbadali na zlecenie niemieckich sądów i urzędów ds. młodzieży ok. 600 uchodźców, którzy jako niepełnoletni, bez opiekunów, przyjechali do Niemiec i ubiegali się o azyl. Okazało się, że 40 % rzekomo nieletnich, to osoby dorosłe – podał Polsat. Lekarze niechętnie przeprowadzali podobne badania. Nazywali je „nieetycznymi” i „niewiarygodnymi”. Wobec tego władze nie dysponowały przez długi czas rzetelnym narzędziem weryfikacji wieku przybyszów. Z czasem rosło więc przekonanie, że pomoc trafia nie do tych osób, do których powinna. „Dobrzy ludzie” poczuli się wykorzystani. Naiwność zderzyła się z cynizmem. Z tego punktu widzenia sceptycyzm niemieckiego społeczeństwa wobec kolejnej humanitarnej akcji wydaje się zrozumiały.

Zawiedli politycy, działacze i dziennikarze

Jeśli władze w odpowiednim momencie wprowadziłyby odpowiednie procedury, pozwalające oddzielić imigrantów od uchodźców oraz osoby dorosłe od dzieci, dziś zapewne statystyki te wyglądałyby inaczej. Jednak mszczą się teraz błędy popełnione w 2015 roku. Politycy, którzy pozwalali mieszać kategorię imigranta z kategorią uchodźcy oraz przymykali oko na tych, którzy udawali osoby niedorosłe, w istocie działali przeciwko uchodźcom i dzieciom pozostawionym bez opieki.

Efekt tej krótkowzrocznej i opartej na fałszywych przesłankach polityki sprawia teraz, że granice Europy zamykają się przed tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Zresztą zrobiono bardzo dużo, żeby zatrzeć granicę między nielegalnym imigrantem a człowiekiem prześladowanym, który ucieka przed wojną: aktywiści proimigracyjni rzucali bałamutne hasła w rodzaju „Żaden człowiek nie jest nielegalny”, a dziennikarze zamiennie używali słów imigrant i uchodźca. Skutki wrzucania wszystkich do jednego worka właśnie się ujawniły – skoro jakoby nie istnieje różnica między uchodźcą a imigrantem, to wszystkich potraktujemy tak samo; tym razem zamykając granice.

Piotr Ślusarczyk

Źródła: www.augsburger-allgemeine.dewww.welt.dewww.polsatnews.pl

 




Tożsamość i granice. Jak Turcja pomaga w budowaniu Europy

To, czego nie dały parady Schumana, ulotki i plakaty reklamujące Unię Europejską, obowiązkowe oznaczenia przy unijnych instytucjach, slogany „jedność w różnorodności” i tym podobne prounijne działania, paradoksalnie może teraz dać Europie Turcja, atakując grecką granicę.

Kiedy w 2004 roku podjęto decyzję o rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z Turcją, na wokandzie pojawiła się kwestia tożsamości europejskiej. Tożsamość ta była podważana szczególnie przez tureckich oficjeli i negocjatorów. Pamiętam tureckiego ambasadora w Warszawie na konferencji w „Gazecie Wyborczej”, który poddawał ją w wątpliwość. Bo co wspólnego ma Irlandczyk z Grekiem, Hiszpan z Litwinem, itd?

Ten kryzys wspólnej tożsamości pogłębiały kolejne kryzysy unijne – finansowy, imigracyjny, Brexit. Ujawniały się różnice interesów i perspektyw wobec tego, czym ma być Wspólnota. Z drugiej strony trudno budować poczucie lojalności i wspólnoty wobec biurokratycznej instytucji i jej dość niezrozumiałych mechanizmów.

I nagle Turcja, która do tej pory wykorzystywała podział wewnątrz Unii i wewnątrz unijnych krajów, dotyczący relokacji imigrantów i rozwiązywania tego problemu, postanowiła zrealizować swoje groźby głoszone pod adresem Europy od czterech lat. Otworzyła granice dla migrantów licząc, że zastraszy unijne państwa. Stało się inaczej.

Czy Unia Europejska swój ruch w kierunku dalszej integracji będzie zawdzięczać nieprzewidywalnemu dyktatorowi znad Bosforu?

Grecja zamknęła granice, zyskała wsparcie unijnych przywódców, niektórzy liderzy państw, w tym i Polska, także deklarują konkretne działania. Kiedy czyta się komentarze w internecie, wielu Europejczyków, okazuje się, zaczyna myśleć o granicy Grecji jako o granicy Europy, o swojej granicy.

I nie ma w tym niczego zaskakującego. Tożsamość budowana jest w relacji ja – nie ja. A wzmacniana dodatkowo, kiedy to, co identyfikowane jako „swoje” doświadcza zagrożenia od strony tego, co „obce”, co „poza”. Tożsamości posiadamy na wielu poziomach. Poza swoją osobistą, są tożsamości regionalne, narodowe, religijne itd. Najsilniejszą w Europie tożsamością łączącą ludzi jest jak do tej pory tożsamość narodowa – pomimo lat integracji utożsamiamy się najczęściej z narodem.

Tożsamość europejska była do tej pory słaba, od interesów całej Europy ważniejsze były nasze interesy krajowe. Taki układ zapewne jeszcze pozostanie, ale działania Turcji wzmacniają tę tożsamość wspólną. Wspólny interes europejskich społeczeństw, żeby nie dopuścić do szantażowania nas, do zachwiania naszego bezpieczeństwa, do destabilizacji politycznej, jaka będzie tego skutkiem.

Możliwe więc, że ostatecznie Unia Europejska swój ruch w kierunku dalszej integracji będzie zawdzięczać nieprzewidywalnemu dyktatorowi znad Bosforu.

Jan Wójcik




Kontrolować debatę, kontrolując język

Organizacje pozarządowe działające na rzecz masowego przyjmowania imigrantów i uchodźców, a także dziennikarze reprezentujący podobne poglądy próbują narzucić język debaty o kryzysie imigracyjnym. Akurat tego wyrażenia – „kryzys imigracyjny” – też chcieliby, żebyśmy nie używali.

W mediach społecznościowych dziennikarz portalu gazeta.pl Patryk Strzałkowski kolportuje zasady mówienia o imigracji, które pochodzą m.in. ze strony promującej migrację – uchodzcy.info. Pod pretekstem, że szerzą dehumanizację, niektóre słowa są deprecjonowane po to, żeby sterować dyskusją i odebrać innym możliwość opisywania sytuacji w inny sposób, niż pożądany przez zwolenników przyjmowania imigrantów. I tak wzywa się, żeby nie używać słów:

Nielegalny imigrant, ponieważ człowiek nie jest nielegalny, argumentują.

To nadużycie, bo stwierdzenie „nielegalny imigrant” nie oznacza, że człowiek sam w sobie jest nielegalny, tylko że w sposób bezprawny przekroczył granicę. Co prawda konwencja gwarantuje uchodźcom prawo do wjazdu bez dokumentów, ale nie każda taka osoba jest uchodźcą. Mamy też wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który pozwala państwu wydalać osoby nielegalnie przekraczające granicę bez rozpatrywania ich wniosków zaraz po złapaniu. ETPC uzasadnia: „Postawili siebie samych w sytuacji niezgodnej z prawem, usiłując jako część dużej grupy przekroczyć granicę z Hiszpanią w miejscu niedozwolonym, wykorzystując przy tym przewagę liczebną i używając siły”.

Fala imigracyjna – ponieważ przedstawienie tego w ten sposób jest jakoby odczłowieczaniem imigrantów.

Prezentującym taki pogląd widocznie zależy na tym, żeby pozbawić język możliwości przedstawienia takiego zjawiska jako potencjalnego zagrożenia. Nie ma wątpliwości, że sytuacja imigrantów i uchodźców jest trudna, ale zjawisko masowej, nielegalnej migracji jest także zagrożeniem dla stabilności państw i nie ma powodu, żeby nie używać do tego celu języka opisowego, który w żaden sposób nie narusza dobrego imienia poszczególnych imigrantów, ani nie neguje ich trudnej sytuacji.

Kryzys imigracyjny – bo nie jest kryzysem szukanie azylu przez tych ludzi, lecz sami oni doświadczają kryzysu.

Jest to zmuszanie nas do przyjęcia perspektywy imigranta i jednostronnego spojrzenia na zjawisko, co jest niedopuszczalne, bo sama masowa imigracja stanowi kryzys i wyzwanie dla państw. Jeżeli nie można nazwać zjawiska, to nie można podjąć środków mu przeciwdziałających.

Takie podejście przypomina orwellowską metodę kontroli nad językiem. Doprowadzi to nie do ucywilizowania dyskursu, lecz do wytrącenia tym, którzy chcą powstrzymywać masową, nieuregulowaną migrację, narzędzi komunikowania swoich zastrzeżeń. O wyzwaniach, jakie stanowią masowe próby przekroczenia nielegalnie granicy nie byłoby można wówczas mówić językiem opisującym to zjawisko jako problem, zagrożenie, łamanie prawa. A na to nie może być przyzwolenia.

Jan Wójcik




Terroryści wśród migrantów – prawda czy mit?

Jan Wójcik

Amerykański think tank Center for Immigration Studies oszacował skalę wykorzystania fali imigracyjnej przez terrorystów. Mieliśmy rację ostrzegając przed tym polski rząd i społeczeństwo w roku 2015, wbrew atakom politycznie poprawnych mediów.

W roku 2015 zwracaliśmy uwagę na problem wykorzystania kryzysu imigracyjnego przez organizacje terrorystyczne. Wysyłaliśmy opracowania do polityków i mediów, a po braku reakcji przygotowaliśmy kampanię plakatową. Oskarżono nas wtedy nawet o podżeganie do nienawiści. Dzisiaj fakty, niestety, potwierdziły nasze obawy. Przynajmniej 104 islamistycznych terrorystów, według Center for Immigration Studies, wykorzystało nieregularną imigrację w latach 2014-18. 

Według danych tej organizacji 28 z nich udało się skutecznie przeprowadzić 16 zamachów terrorystycznych, w których zginęło 170 ofiar, a rannych zostało 878 osób. Na szczęście 37 zostało aresztowanych lub zabitych w trakcie planowania ataków, a 39 aresztowanych za związki z organizacjami terrorystycznymi. Spośród tych zidentyfikowanych aż 75 było powiązanych z ISIS, a 13 z Dżabat al-Nusra. Co ważne, większość z nich ubiegała się o międzynarodową ochronę w państwach europejskich.

Ataków było więcej

Badanie CIS nie obejmuje wszystkich ataków, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Wykluczony z analizy został na przykład Anis Amri, sprawca zamachu na berliński jarmark bożonarodzeniowy w 2016 roku, w którym zginął polski kierowca ciężarówki. Amri dostał się na włoską Lampedusę jako „uchodźca”, ale w roku 2011, czyli poza okresem badania (2014-18).

Wśród sprawców zamachów wymieniany jest między innymi Mohammad Daleel, Syryjczyk starający się o azyl, który w 2015 roku popełnił zamach samobójczy raniąc 15 osób. Daleel związany był z ISIS, a w jego pokoju w ośrodku dla uchodźców znaleziono materiały o przygotowaniu ładunków wybuchowych. Z kolei Abderrahman Mechkah, marokański „uchodźca” zasztyletował dwie kobiety i ranił sześć innych w Turku, w Finlandii w 2017 roku.

Chociaż terroryści stanowili ułamek całkowitej nieregularnej migracji, to jednak wywołali istotne skutki polityczne.

Sprawne działanie służb europejskich państw pozwoliło uniknąć większej liczby ataków. I tak Ayoub el-Khazzani planował w 2015 zmasakrować pasażerów pociągów z Amsterdamu do Paryża. Przez lata mieszkał w Europie, dołączył do syryjskiego dżihadu i wrócił wraz z falą imigracyjną do Europy. Aladjie Touray z Gambii planował w 2018 roku wjechać samochodem w przechodniów w Neapolu, a przybył wraz z 800 imigrantami na łodzi rok wcześniej. Tadżyk Mukhamadsaid Saidov, chociaż nie planował ataków, został aresztowany, bo należał do wewnętrznego kręgu dowódców ISIS, odpowiedzialnego za terroryzm i egzekucje.

Informacja o zagrożeniu nazwana hejtem

Większość spośród 65 terrorystów zaangażowanych w przeprowadzenie, skuteczne bądź nie, akcji terrorystycznych w Europie zostało specjalnie wytrenowanych i umieszczonych wśród uchodźców. Najsłynniejsi z nich to członkowie komórki belgijsko – francuskiej, sprawcy zamachów w Paryżu w listopadzie 2015 roku, w sześciu miejscach, gdzie zabito 130 osób i raniono około 500, oraz zamachów samobójczych w Brukseli, w których zginęły 32 osoby, a raniono ponad 300.

Za takie plakaty byliśmy oskarżani o „podżeganie do nienawiści na tle wyznaniowym”

To właśnie na podstawie doniesień włoskiego wywiadu w roku 2015 przestrzegaliśmy rząd Platformy Obywatelskiej przed takim procederem i za to Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania, Małgorzata Fuszara, skierowała wobec naszej organizacji Stowarzyszenie Europa Przyszłości wniosek do Prokuratora Generalnego o zbadanie czy nie podżegamy do nienawiści. Były jednak również  wyrazy poparcia dla naszych prognoz.

Chociaż terroryści stanowili ułamek całkowitej nieregularnej migracji, to jednak wywołali też skutki polityczne, takie jak zmiana w układzie sił w państwach europejskich, wzrost znaczenia ugrupowań populistycznych, zwiększenie wydatków na służby bezpieczeństwa, ograniczenie ruchu w strefie Schengen, czy wpływ na Brexit.

Zmiany w polityce

W wyniku masowej migracji i zamachów terrorystycznych na znaczeniu w Europie zyskały partie skrajnie antyimigranckie i antyislamskie, takie jak Liga Północna we Włoszech, AfD w Niemczech, Szwedzcy Demokraci w Szwecji, czy Prawdziwi Finowie. Nawet w Danii centro-lewicowej partii socjaldemokratycznej udało się utrzymywać popularność przez zaostrzanie antyimigracyjnej retoryki.

Słabość ochrony granic zewnętrznych poskutkowała ponownym wzmocnieniem granic wewnętrznych. Ograniczono ruch w strefie Schengen. Belgia wprowadziła kontrole na granicy z Francją, Niemcy z Austrią, Dania z Niemcami i Szwecją, Austria z Węgrami i Słowenią.

Raport CIS bada, jakie są implikacje europejskich problemów dla Stanów Zjednoczonych. Zwłaszcza, że USA same odkrywają problemy ze swoim systemem imigracyjnym. W styczniu FBI aresztowało Alego Yousifa Ahmeda Al-Nouriego, który był liderem komórki Al-Kaidy w Faludży w Iraku. Mimo tego otrzymał w Ameryce status uchodźcy. W Stanach Zjednoczonych jednak senatorowie domagają się wyjaśnień, jak dopuszczono do tego, że terrorysta został uchodźcą, a potem amerykańskim obywatelem.

W Europie stawianie takich pytań grozi zaliczeniem do grona populistów, jeżeli nie „islamofobów”.

Nadal trzeba przestrzegać

Z perspektywy czasu należy sobie postawić pytanie, czy w 2015 roku bardziej było zasadne napisanie na plakacie: „Państwo Islamskie ukrywa terrorystów wśród imigrantów”, czy twierdzenie, jak Małgorzata Fuszara, że „mamy tu do czynienia z negatywnym obrazem wyznawców islamu, w celu podsycania nienawiści na tle etnicznym i wyznaniowym”?

Możliwe, że są osoby, które tak jak Kazimiera Szczuka uważają, że martwić się należy dopiero, gdy się okaże, że większość jest terrorystami, czy Szymon Hołownia, którzy nalega na chrześcijańską otwartość wobec muzułmańskich imigrantów bez względu na konsekwencje.

Nasz portal z pewnością do tej grupy nie należy i dalej zamierzamy przestrzegać przed niebezpieczeństwem kolejnych migracji, które mogą być gorsze w długofalowych skutkach.

Jan Wójcik