Włochy kończą z blokadą portów Salviniego

Włoski rząd autoryzował przybycie do sycylijskich portów dwóch statków organizacji pozarządowych, które łącznie przewożą ponad stu nielegalnych imigrantów.

Decyzja Włoch zezwalająca na zejście na ląd imigrantów w Mesynie i Pozzallo została uzgodniona z Komisją Europejską i krajami unijnymi. Włochy, Francja, Niemcy i Malta podzielą miedzy siebie migrantów znajdujących się obecnie na statkach organizacji pozarządowych. „Alan Kurdi”, statek niemieckiej organizacji, nazwany imieniem kurdyjskiego chłopca, który utonął podczas próby dostania się do Grecji oraz „Ocean Viking” pływający pod banderą norweską, wpłyną tym razem do włoskich portów, kończąc prawdopodobnie blokadę dla statków organizacji pozarządowych, zarządzoną przez byłego ministra spraw zewnętrznych Matteo Salviniego jako recepta na kryzys imigracyjny.

Zakaz zawijania statków organizacji pozarządowych przewożących imigrantów Salvini wprowadził w 2018 roku. Po opuszczeniu przez niego koalicji i sformowaniu nowego rządu, dotychczasowy koalicjant Ruch Pięciu Gwiazd zapowiadał zmianę polityki imigracyjnej wprowadzonej przez lidera Ligi. Od czasu odejścia Salviniego Włochy jednak nie zgadzały się na przewożenie imigrantów do swoich portów. Część ekspertów uważa, że pomoc imigrantom w dostaniu się do Europy i brak skutecznej deportacji powoduje, że tworzy się silny czynnik przyciągający ich, skłaniający do migracji i nasilający kryzys imigracyjny. (j)




Między „spójnością etniczną” a „multi-kulti”

Pod koniec listopada Konfederacja w obliczu prognozowanej masowej imigracji do Polski zaproponowała rozwiązanie – „spójność etniczną”. Prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki stwierdził, że „zachowanie spójności etnicznej jest największym wyzwaniem”.

Te słowa potwierdził Krzysztof Bosak, mówiąc o pierwszeństwie interesów narodu, a nawet jego przetrwania, wobec interesów biznesowych. Dodał nawet, że „być może trzeba nieco spowolnić tworzenie nowych miejsc pracy, dopóki nie urodzi się więcej dzieci”.

Politycy Konfederacji zostali zaatakowani jako zwolennicy segregacji rasowej, Ku-Klux-Klanu i czystek etnicznych. Nawet jeżeli jest mi obca idea „spójności etnicznej”, to trzeba oddać im sprawiedliwość – w swoich wypowiedziach wypowiadali się jedynie przeciwko masowej imigracji. Polityka migracyjna jest ciągle jednak prerogatywą państwa i dyskusja o jej kształcie powinna stanowić element debaty publicznej.

Integracja a’la mayonnaise

Głosy, że masowa imigracja nie sprzyja integracji, nie padają wyłącznie po stronie skrajnej prawicy. W książce „Islam – sto pytań”, na które odpowiadał egipski jezuita Samir Khalil Samir, profesor Papieskiego Instytutu Wschodniego, padają podobne diagnozy. Profesor oskarża model wielokulturowy jako schodzący do poziomu „niebezpiecznej utopii”. Z drugiej strony, asymilacja według niego też nie jest rozwiązaniem możliwym do realizacji. Proponuje „model majonezu”, który – podobnie jak przygotowanie majonezu – wymaga „gruntu, stanowiącego płaszczyznę odniesienia” – to żółtka, zmieszane z octem i musztardą. Do tego stopniowo dodaje się oliwę intensywnie mieszając, co ma być porównaniem do stopniowego przybywania imigrantów, którzy łączą się z elementami konstruktywnymi społeczeństw przyjmujących.

Wymaga to jeszcze dwóch rzeczy: „wyraźnej woli akceptowania reguł przez tych, którzy przybywają z zewnątrz” oraz posiadania przez gospodarzy „czytelnych idei swojej tożsamości”. Na tej drodze tożsamość społeczeństwa może rozwijać się, tworząc „ubogaconą tożsamość” jednocześnie zachowując swoje cechy konstytutywne.

Leitkultur nie jest obca lewicy

Podobne wnioski wobec postrzeganego przez prof. Samira fiaska polityki multikulturalizmu wywiódł muzułmański profesor stosunków międzynarodowych i ekspert od politycznego islamu Bassam Tibi. Wprowadził pojęcie „Leitkultur”, kultury wiodącej, czyli tej, której istotne zasady, nienaruszalne, mają być wartościami całego społeczeństwa, a jednocześnie te elementy kultury przybyszów, które nie są w kolizji z nimi, mogą być swobodnie praktykowane.

Głosy, że masowa imigracja nie sprzyja integracji, nie padają wyłącznie po stronie skrajnej prawicy.

Tutaj wobec przybyszów z kultury islamskiej Tibi oczekiwałby wyzbycia się idei, że prawo religijne, szariat miałoby regulować życie w państwie, a także idei zbrojnej walki w imię religii oraz dążenia do narzucenia „jedynej prawdziwej religii” społeczeństwom zachodnim. Warto tu wspomnieć, że profesor Tibi uważa siebie w dziedzinie badań społecznych za kontynuatora lewicowej szkoły frankfurckiej. Nic więc dziwnego, że podobne poglądy można było też przeczytać na łamach „Gazety Wyborczej” u profesora Andrzeja Szahaja.

„W każdym państwie musi istnieć kultura dominująca, która znajduje swój wyraz np. w prawodawstwie czy systemie politycznym” – odpowiadał Szahaj na pytania o politykę multikulturalizmu, jednocześnie przekonując do życia w społeczeństwie wielokulturowości i tolerancji. Stawiał jednak, podobnie jak Tibi, ostre granice: „W przypadku rażącego pogwałcenia jej zasad wspólnota kulturowo dominująca ma prawo interweniować – np. w przypadku cywilizacji zachodniej wtedy, gdy się chce wprowadzić w jej granicach zasady tzw. szariatu, całkowicie sprzeczne z jej systemem wartości oraz prawodawstwem”.

Spójności etnicznej nie da się bronić

Do opisania tej sytuacji pojęcie „spójność etniczna” jednak nie pasuje, bowiem nie chodzi o pochodzenie etniczne członków społeczeństwa, lecz o kanon wyznawanych przez nich wartości i akceptację wspomnianych ram. Spójność etniczna jest pojęciem nie do obrony, bo niezależnie od intencji jej propagatorów, operuje kategoriami wrodzonymi, na które jednostka nie ma wpływu, a poza tym budzi jak widać obawy.

Na Zachodzie w obliczu kryzysu eksperymentu wielokulturowego też mówi się dużo o spójności – ale jest to spójność społeczna. Ta spójność opiera się nie na tożsamości narodowej, lecz na wspólnych wartościach, obywatelskiej kulturze, porządku społecznym i społecznej kontroli, społecznej solidarności i redukcji dysproporcji bogactwa, a także na innych cechach wymienianych w jednej z definicji podanych przez Obserwatorium Migracyjne Oxford University. Niestety cytowane w raporcie badania nad spójnością społeczną dają mieszany obraz. Amerykańskie twierdzą, że większa różnorodność sprzyja izolacji i ma negatywny wpływ na spójność społeczną, z kolei badania europejskie pokazują, że ten negatywny efekt można odwracać przez intensywne działania na rzecz integracji.

Spójność społeczna a sprawa polska

Jak to się ma do naszej polityki imigracyjnej, której błędy wytyka PiSowi Konfederacja? Po pierwsze, trzeba wyraźnie stwierdzić, że nie ma żadnej polityki imigracyjnej, a ostatnie próby jej stworzenia skończyły się przez wyciek wersji roboczej projektu, gdzie zapisano odwołania do religii katolickiej w procesie integracji i pomysły na „bykowe”, co spotkało się z ostrą krytyką.

Po drugie, znacząca większość imigrantów pochodzi z krajów bliskich Polsce kulturowo (Ukraina, Białoruś, Rosja), gdzie problemy co do wskaźników spójności społecznej nie będą znaczne. W odniesieniu do pozostałych kierunków imigracji, niestety zarzut wobec rządu jest zasadny, bowiem legalna migracja tymczasowa, która ma wszelki potencjał, żeby stać się stałą (na wzór Austrii, Niemiec czy Belgii), nie jest poddana żadnej polityce – ani imigracyjnej, ani integracyjnej.

Poza tym, jak podkreśla Konfederacja, powołując się na doniesienia medialne, bywa, że imigranci są poddawani dyskryminacji przez pracodawców, co na pewno nie będzie służyć ich integracji. W dodatku nie uruchamiamy dużych rezerw własnych pracowników, wynikających ze wskaźnika aktywizacji zawodowej, który jest poniżej średniej unijnej. Ostatecznie więc możemy na razie się cieszyć z tego, że imigracja z krajów odległych kulturowo jest na niskim poziomie, ale prawdopodobnie tak długo nie będzie. Jednym z charakterystycznych zjawisk współczesnej imigracji jest imigracja łańcuchowa (chain migration). Imigranci udają się tam, gdzie są już ich diaspory. Dlatego między innymi sporo imigrantów i ludzi szukających azylu traktuje Polskę jako kraj tranzytowy. Do czasu.

Jedna z lekcji, jakie wyniosłem miesiąc temu ze spotkania w Pradze w gronie specjalistów do spraw deradykalizacji (a więc jednego z elementów spójności społecznej), jest taka, że nie możemy dopuścić do powstania „ekosystemów”. Inaczej – do wytworzenia się dużych skupisk imigrantów, którzy tworząc samowystarczalne środowiska pielęgnują wartości, będące w opozycji do naszej kultury. Ta sytuacja przyprawia dziś o ból głowy decydentów i praktyków bezpieczeństwa w całej Zachodniej Europie.

Na szczęście nie musimy na gwałt wybierać pomiędzy wielokulturowością i potrzebami gospodarki z jednej strony, a spójnością etniczną i spowolnieniem gospodarczym z drugiej. Możemy opierać się na kilku źródłach: imigracji z krajów bliskich kulturowo, ale też z tych sprawdzonych jako bezpieczne (Wietnam); na aktywizacji zawodowej pracowników krajowych, a także na przyjęciu modelu integracji wspierającego spójność społeczną dla imigrantów z innych kierunków.

To ostatnie dotyczy wymienionych w tym artykule: ograniczonej imigracji, przedstawienia wyraźnych ram czy też podstaw kulturowych, stanowiących płaszczyznę odniesienia dla imigrantów, oraz działań integracyjnych w kierunku przyjęcia tych ram. Ostatecznie przecież należy wspierać przedsiębiorców w rozwiązaniach technologicznych i usprawnianiu procesów, które będą następowały w najbliższych dekadach wraz z rozwojem nowych technologii.

Jan Wójcik




„Malmö jak Bagdad”. O czym woleliśmy nie słyszeć

Jan Wójcik

„Czasami wydaje się, że Malmö ma więcej wspólnego z Bagdadem, niż z innymi europejskimi miastami”. Czy może coś takiego powiedział jakiś polityk PiS? Może Euroislam znowu coś wymyślił?

Otóż czytelnicy przekonani, że to kolejna porcja antyimigranckiej i „islamofobicznej” propagandy, będą zawiedzeni.

Te słowa padły w artykule na stronach niemieckiego Deutsche Welle. Magazyn nie tylko wylicza 29 zamachów bombowych w tym roku i 50 strzelanin w mieście liczącym niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców (coś między Lublinem a Białymstokiem). Zwraca też uwagę na to, że jest to najbardziej zróżnicowane szwedzkie miasto, a jedna trzecia jego populacji urodzona jest za granicą.

To nie jedyne porównania, jakie padają w tekście. Mieszkaniec Malmö, który przywykł już do codziennej przemocy, opisuje swoją wyprawę do Meksyku, gdzie ludzie sterroryzowani przez narkotykowe kartele też dają radę jakoś żyć. W Malmö na przykład zmieniają wystrój mieszkań, bo jeśli bomba wybuchnie gdzieś w pobliżu, trzeba zadbać, żeby dzieci nie zostały poranione jakimiś odpryskami.

Od lat pojawiały się u nas artykuły informujące o trudnej sytuacji w Szwecji. Prawda, że niektórzy autorzy, pomimo rzetelności co do opisywanych faktów, dawali się ponieść emocjom. Jednak z wielu stron słyszeliśmy zapewnienia, że nic takiego nie ma miejsca, a my nastrajamy społeczeństwo negatywnie do obcych.

Sytuacja w Szwecji jest poważna. Czy nie byłaby jednak mniej poważna, gdyby wcześniej nie towarzyszyło jej wyparcie i zaprzeczenie?

Za każdą negatywną informacją o Szwecji podążały różne wyjaśnienia. Więcej gwałtów w Szwecji? – bo ostrzejsze prawo. Strefy no-go? – byłem tam i żyję. Z drugiej strony: „Zamachy, wzrost przestępczości, gwałty, strach i strefy szariatu. Takie są konsekwencje multikulturalizmu i otwartych drzwi dla imigrantów”, napisała niedawno Beata Mazurek, polityk PiS. Niektóre opinie może są przesadzone, ale jak widać z niemieckich mediów, chyba nie do końca.

W każdym razie Wirtualna Polska opisała to jako mechanizm propagandy rosyjskiej. Czyżby tym mechanizmem stała się dzisiaj Deutsche Welle? Sami zwracaliśmy uwagę na propagandę Kremla w kwestii islamu i imigracji, ale też podkreślaliśmy, że zręczna informacja nie opiera się na czystych kłamstwach, lecz umiejętnie operuje faktami, dezinformując społeczeństwo.

Portal mieniący się weryfikatorem faktów, Oko.press, pisał: „Strefy no-go, gwałty, przestępstwa i terroryzm? Bzdury. Szwecja walczy z fake newsami o imigrantach”. Zawsze łatwiej walczyć z fake newsami, niż z prawdziwą przestępczością. Autor Kamil Fejfer wziął się nawet za weryfikację stwierdzenia czytelnika, który napisał do nas list, gdzie stwierdził, że w Szwecji „nie ma dnia bez gwałtu”. I jedyne, co Fejfer zweryfikował, to to, że w Polsce też.

Dzisiaj trudno już chyba zamiatać te sprawy pod dywan. Szwecja ma problem z przestępczością gangów. Są to gangi związane z imigrantami, nie z tymi najnowszymi z kryzysu imigracyjnego, chociaż tych zapewne próbuje się też wciągnąć w struktury przestępcze. I może się to udać, bo na miejscu istnieją społeczności, w których wzmacnia się wrogość do Zachodu.

Od wysokiej rangi specjalistów otrzymuję informacje, że Szwecja zaprasza ekspertów od przestępczości czy przeciwdziałania radykalizacji z innych krajów, żeby pomogli jej rozwiązać problem. Widocznie sytuacja jest poważna. Czy nie byłaby jednak mniej poważna, gdyby wcześniej nie towarzyszyło jej wyparcie i zaprzeczenie?




3 – 4 miliony nielegalnych imigrantów żyją w Europie

Amerykański instytut badawczy Pew Research ocenia, że w Europie w 2017 roku przebywało od 3-3.9 mln nielegalnych imigrantów: osób, które przedłużyły pobyt po okresie na jaki dostały wizy, otrzymały odmowy azylu lub przybyły nielegalnie i nie ubiegały się o azyl. W danych Pew Research uwzględniano także około 900 tys. osób, które czekały na rozpatrzenie wniosków azylowych, ale z liczby 3-3.9 mln zostały wyłączone.

Prawie połowa nielegalnych imigrantów mieszka w Wielkiej Brytanii i Niemczech (po prawie milionie). Ponad połowa pochodzi z muzułmańskich krajów Azji lub Bliskiego Wschodu, 17% z Afryki Subsaharyjskiej. (g)

Źródło: theguardian.com




Pakistańczycy kupowali żony ze Słowacji, pozostaną bezkarni

Brytyjski sąd skazał na kary wieloletniego więzienia grupę osób, która w latach 2011-2017 przywoziła ze Słowacji kobiety, obiecując im pracę, a następnie zmuszała je do prostytucji albo fikcyjnych małżeństw z Pakistańczykami. W grupie było troje słowackich Cyganów i Nepalczyk, który początkowo sam chciał kupić sobie żonę. Ile kobiet zostało sprowadzonych i sprzedanych nie wiadomo, na pewno kilkadziesiąt.

Kobiety sprzedawane były za kilka tysięcy funtów Pakistańczykom, którzy dzięki temu uzyskiwali prawo pobytu w Unii. Kobiety były przez nich maltretowane, często zmuszane do prostytucji i więzione. Sprawa rozpoczęła się, gdy jednej z kobiet udało się uciec, w 2014 roku. Żaden z fikcyjnych mężów nie zostanie postawiony przed sądem „z braku dowodów”. Przypuszczalnie zachowają również prawo pobytu w Unii, oprócz jednego, który został deportowany. (g)

Źródło: BBC




Policja likwiduje obozowiska imigrantów w Paryżu

Około 600 policjantów wzięło udział w czwartkowej likwidacji dwóch nielegalnych obozowisk imigrantów w północno-wschodnim Paryżu. Ponad 1600 imigrantów zostało tymczasowo umieszczonych w halach gimnastycznych. Według zastępczyni burmistrza około jednej piątej z nich nie udało się znaleźć mieszkania, chociaż są legalnie we Francji, bo przyznano im prawo pobytu. Jest to już 59. akcja likwidacji obozowisk imigrantów w Paryżu od 2015 roku. Policja obiecała, że nie pozwoli na odtworzenie zlikwidowanych obozowisk.

Akcja policji nastąpiła dzień po przedstawieniu przez rząd francuski nowych, ostrzejszych zasad dotyczących migracji zarobkowej. Od połowy przyszłego roku ograniczona do 33 tysięcy będzie liczba zezwoleń na pracę dla osób spoza Unii, rozdzielanych w poszczególnych departamentach według zapotrzebowania zgłaszanego na konkretne kategorie zawodowe. (g)
Źródło: dw.com

 




Niemcy: mniej wniosków o azyl, lecz nadal dużo

Liczba osób ubiegających się o azyl w Niemczech uległa zmniejszeniu i raczej będzie niższa niż w 2018 roku, podaje portal Deutsche Welle. Większość wniosków jest jednak odrzucana.

„Spodziewam się, że do końca roku dojdziemy do liczby 140 lub 145 tysięcy, a więc będzie ich nawet nieco mniej niż w 2018 roku” – powiedział Hans-Eckard Sommer, szef Federalnego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców (BAMF). Dotąd wpłynęło ok. 110 tysięcy wniosków, a w całym ubiegłym roku było ich 160 tysięcy.

Liczba osób ubiegających się o azyl w Niemczech stale spada, od najwyższego poziomu w 2015 roku, gdy kanclerz Merkel zdecydowała o otwarciu granic i przyjęciu około miliona uchodźców i migrantów, głównie z krajów Bliskiego Wschodu. Od tego czasu Niemcy zaostrzyły przepisy dotyczące migracji, aby przyspieszyć tempo deportacji, a także zwiększyć uprawnienia policji i urzędów imigracyjnych.

Pomimo że wniosków jest mniej, Sommer jest zaniepokojony liczbą nowych przybyszów. Według niego tylko 35 do 38% wniosków o azyl zostaje ostatecznie zatwierdzonych. „Oznacza to, że prawie dwie trzecie osób imigrujących do Niemiec nie ma podstaw do ubiegania się o azyl” – powiedział gazecie „Bild am Sonntag”. Szef BAMF wskazał na jego znaczącą rolę w zwalczaniu terroryzmu, stwierdzając, że postrzega urząd jako „agencję bezpieczeństwa”. Jego zdaniem w tych działaniach pomogła możliwość gromadzenia danych z telefonów komórkowych osób ubiegających się o azyl.

Nowe prawo przyspieszające deportacje, uchwalone w 2017 roku, umożliwiło BAMF zbadanie telefonów komórkowych, tabletów i innych urządzeń osób ubiegających się o azyl w celu ustalenia ich tożsamości. Jednak raport Bayerischer Rundfunk (publiczny nadawca w Bawarii) na początku tego roku wykazał, że chociaż władze zapisały dane z tysięcy telefonów i laptopów osób aplikujących o azyl, analizie poddano z nich ok. 30 procent. Z tych danych, które udało się przeanalizować, prawie dwie trzecie informacji okazało się bezużytecznych dla ustalenia tożsamości wnioskodawcy.

Oprac. Anna Żelazna na podst.: https://www.infomigrants.net

O działalności BAMF polecamy również: https://euroislam.pl/lustro-brodera-dlaczego-mamy-pretensje-tylko-do-bamf/

 




„Pier…cie się”? TVN wznawia debatę o masowej imigracji

Jan Wójcik

Debata wokół najnowszego dokumentu Wojciecha Bojanowskiego „Niech toną” już trwa. Zostałem poproszony o zabranie głosu.

Film jest mocno poruszający. Uważam, że reportaże, które poruszają ludzkie emocje, pokazują dramatyczne sytuacje, są potrzebne, zwłaszcza, że pomimo sześciu lat trwania tej tragedii głosy widzów sugerują, że spotkali się z nią pierwszy raz.

Samo pokazanie tragedii nie rozwiązuje ani problemu utonięć, ani problemu masowej imigracji i irytuje mnie autor, który unika prób takiego rozwiązania. Komentując film mówi: „Ja tylko opisuję, co się dzieje. Inni są od podejmowania decyzji”. A przecież tworzy dokument o jednoznacznej wymowie, w którym do przeciwników rozszerzania akcji ratunkowych skierowane są słowa członka ekipy ratowniczej: „Pierdolcie się”.

Choćby bardzo chciał, nie uniknie kontekstu politycznego, bo jego dokument przytaczany jest przez europosłankę Janinę Ochojską w kontekście odrzuconej rezolucji Europarlamentu o rozszerzeniu akcji ratunkowych. Zresztą sam Bojanowski w programie mówi, że rezolucja miała jedynie uporządkować kwestie pomocy na Morzu Śródziemnym. Co nie jest prawdą, bo znalazły się tam zapisy o zwiększeniu akcji ratowniczych, o relokacji, o przeniesieniu migrantów z ośrodków detencyjnych w Libii do Europy.

Rezolucja odwołuje się do ONZ-owskich postanowień ułatwiających imigrację. Głosujących przeciwko niej przedstawia się jako zwolenników tonięcia ludzi. „Pierdolcie się” zatem już nie tylko posłowie PiS, ale także PO i PSL, którzy byli do niedawna za relokacją uchodźców.

Reportaż Bojanowskiego zawęża problem do pojedynczej historii. Imigrantka mówi w filmie: „Jest nas tylko 32 osoby, pomóżcie nam, przecież możecie”. Gdyby tylko tak było. Czy więc autor próbuje uniknąć dyskusji o skali problemu? Zapewnia, że nie chodzi o przyjmowanie wszystkich. Ale do czego miałaby prowadzić przedstawiona przez niego logika, kierująca się wyłącznie nakazem ratowania?

W teorii gier, nauce zajmującej się nie igraniem ludzkim życiem, ale próbą zrozumienia ludzkich decyzji, definiuje się gry jednokrotne i gry powtarzalne. Tu mamy do czynienia z sytuacją powtarzalną, gdy skutki pojedynczej decyzji warunkują następne decyzje uczestników.

Prześledźmy więc, jaki jest pomysł osób ratujących na morzu, a także europosłanki Ochojskiej i zapewne mediów emitujących dokument. Chodzi o to, żeby nie tylko uratować na Morzu Śródziemnym ludzkie istnienia, ale także, żeby zapewnić uratowanym lepsze życie w Europie, nawet jeżeli nie mają do tego podstaw, wynikających z przepisów o przyznawaniu ochrony międzynarodowej.

Sprowadzenie debaty o masowej imigracji przez Morze Śródziemne do wyboru pomiędzy „Niech toną” a „Pierdolcie się” jest raczej wyrazem niedojrzałości, niż próby rozwiązania problemu.

Załóżmy, że wysyłamy odpowiednią liczbę statków ratowniczych, większą nawet niż w latach 2014-16, gdy z powodu dużej imigracji tonęło więcej ludzi niż dzisiaj. Zwiększy to presję migracyjną, bo więcej ludzi będzie widziało szansę na dobre życie w Europie, wobec tego my zwiększymy liczbę statków i udzielanej pomocy. Dzięki temu coraz bogatsze będą organizacje przemytnicze.

Więcej ludzi zginie na Saharze, zanim dotrą na południowy brzeg Morza Śródziemnego.  Uratowaliśmy ludzi w konkretnych pojedynczych decyzjach, czy jednak poprawiliśmy ogólną sytuację dotyczącą kryzysu imigracyjnego oraz biedy, bezrobocia i konfiktów w Afryce?

Może więc pójdziemy dalej, rozszerzymy tę logikę i ustanowimy miejsca, gdzie ludzie będą odbierani z Czarnego Lądu? Musimy pamiętać, żeby zabierać wszystkich chętnych, ponieważ tych, których odrzucimy, skażemy znowu na ryzykowną podróż, a to jest nienegocjowalnym warunkiem naszych decyzji.

Takich chętnych i gotowych do migracji do Europy jest już dzisiaj około 40 milionów osób, według badań przytaczanych przez dr Grzegorza Lindenberga w książce „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce”. Zachęceni możliwościami, przez Morze Środziemne przybywać też będą imigranci z Pakistanu, Iraku, Afganistanu, – a to kolejne kilkanaście milionów ludzi.

Taki jest więc rzeczywisty postulat: przyjmijmy dziś w Europie 40 milionów ludzi z Afryki i miliony z Azji, a w następnych latach przyjmujmy kolejne miliony. Jakie miałaby skutki jego realizacja? Wystarczy spojrzeć na Niemcy, które przyjęły tylko 2 miliony imigrantów. Nawet posiadając dużą nadwyżkę budżetową i prężną gospodarkę, kraj ten doświadczył bezprecedensowego w powojennej historii wzrostu popularności partii skrajnych. Jeśli przyjmiemy większe fale imigracji, to cały wielokulturowy sen się skończy, bo większość społeczeństwa nie chce masowej imigracji, a nawet ci, którzy deklarują chęć pomocy – jak pokazują wyniki jednego z eksperymentów – pozostają jedynie przy deklaracjach.

Tymczasem liczby, pokazujące wpływ możliwości dostania się do Europy na liczbę utonięć, są inne, mimo że w reportażu im także się zaprzecza. Mniej osób wyruszających przez Morze Śródziemne, to mniej śmierci przez utonięcie. Janina Ochojska pisze, żeby patrzeć na konkretnych ludzi, a nie na cyfry. Jednak różnica między czterema a dwoma tysiącami to dwa tysiące żywych, konkretnych ludzi.

Co prawda uratowanie tych ludzi poprzez ograniczenie migracji nie rozwiązuje wielu innych problemów mieszkańców Afryki – biedy, cierpienia, konfliktów. Tylko dlaczego rozwiązaniem ma być przenoszenie ich do Europy? To nie jest rozwiązanie problemów Afryki. Powinno zacząć się je rozwiązywać od zdecydowanego ograniczenia dzietności. Przydałoby się też zacząć mówić w  TVN24 o konieczności zmniejszenia dopłat dla europejskich rolników, obniżenia ceł i otwarcia na afrykańskie produkty rolne, ponieważ między innymi te środki pozwolą tworzyć w Afryce stabilny biznes i miejsca pracy. Czy TVN podejmie tę rękawicę?

Kolejny raz przedstawiam argumenty i rozwiązania, z którymi, zdaję sobie sprawę, można polemizować, ale debata wokół „Niech toną” powoduje, że doświadczam deja vu. Odpowiadając dzisiaj na nią, mógłbym przekleić inny artykuł z 2015 roku i byłby dalej aktualny.

Zamiast poszukiwania rozwiązania mamy do czynienia z kolejną pedagogiką wstydu. Minęły cztery lata i nie wyszliśmy poza debaty o relokacji i o tym, kto jest naiwnym lewakiem, a kto udającym chrześcijanina bezdusznym egoistą. Minęły ponad cztery lata i Unia Europejska, będąca jednym z najbogatszych i najpotężniejszych miejsc na Ziemi, nie potrafiła przygotować odpowiedzi na kryzys imigracyjny, takich jak hot spoty, efektywne procedury powrotów, plany wsparcia rozwoju dla krajów na południe od Morza Śródziemnego itd.

Sprowadzenie debaty o masowej imigracji przez Morze Śródziemne do wyboru pomiędzy „Niech toną” a „Pierdolcie się” jest raczej wyrazem niedojrzałości, niż próby rozwiązania problemu.




28% Duńczyków chce wyjazdu muzułmańskich imigrantów

Badanie opinii opublikowane w duńskim tygodniku „Mondag Morgen” pokazuje narastającą niechęć do muzułmańskich imigrantów w Danii.

Ponad co czwarty badany Duńczyk (28%) chce, żeby muzułmańscy imigranci opuścili kraj, a prawie 40% chce, żeby wyjechali także wszyscy imigranci nie posiadający pracy.

Badanie przeprowadzone na próbce 5 900 obywateli, we współpracy z profesorem Jørgenem Goulem Andersenem, pokazuje obraz Danii podzielonej w kwestii imigracyjnej. Na 28% domagających się wyjazdu imigrantów muzułmańskich – co jest zgodne z polityką skrajnie prawicowej partii Stram Kurs (Twarda Linia) – przypada 45% osób sprzeciwiających się takim poglądom.

Z kolei, jeżeli chodzi o osoby nie posiadające zatrudnienia, to jest przewaga zwolenników wydalania takich osób z kraju (39% za, 32% przeciw). Dotyczy to nie tylko imigrantów muzułmańskich, ale też mieszkańców Europy Wschodniej (Polski, Litwy i innych), których obecnie około 100 tysięcy pobiera różnego rodzaju zasiłki.

Do danych należy podchodzić ostrożnie, twierdzi Andersen. Nie jest tak, że nagle 28% Duńczyków jest przeciwko swoim sąsiadom, sklepikarzom itd., a raczej mowa jest o konstrukcie muzułmanina jako wroga. „W końcu tylko 1,8% głosowało na Stram Kurs w czerwcowych wyborach” – komentuje wyniki swoich badań profesor.

Badania pokazały też dużą różnicę pokoleniową. Ludzie młodzi, do 40 lat, są pozytywniej nastawieni wobec imigrantów, podczas gdy ci powyżej 40 lat w większym stopniu popierali deportację muzułmańskich przybyszów.

JW, na podst. https://www.mm.dk

 




Niemcy mogłyby współdziałać z Polską w kwestii imigracji

Gerald Knaus, niemiecki ekspert ds. migracji wierzy, że są szanse, żeby Polska i Niemcy wspólnie działały w celu ograniczenia nielegalnej imigracji z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Knaus twierdzi, że obydwa kraje mają w 90 procentach wspólne interesy. Proponuje, żeby „zapomnieć o i tak martwej idei przymusowego rozdziału migrantów pomiędzy kraje Unii Europejskiej”. Ekspert jest szefem berlińskiego think tanku Europejska Inicjatywa Stabilności i dał się wcześniej poznać jako pragmatyk; był między innymi autorem pomysłu umowy migracyjnej między UE a Turcją.

W wywiadzie dla PAP oskarża europejską debatę imigracyjną o zideologizowanie i oderwanie od interesów Unii. „Najwyższy czas więc, by rozwiązać ten temat między Polską a Niemcami, bo nasze kraje i tak muszą współpracować w wielu innych kwestiach” – proponuje. Wspólne interesy to utrzymanie strefy Schengen i redukcja nieuregulowanej imigracji na granicach zewnętrznych. Groźby wykluczania ze wspólnej strefy krajów sprzeciwiających się przyjmowaniu imigrantów, takie, jak formułują je Francja czy Luksemburg, są jego zdaniem absurdalne.

Knaus chwali też polskie służby graniczne na zewnętrznej granicy z Ukrainą. „Nikt nie chce wybudować muru na granicy z krajem, który jest w stanie wojny, ma 44 mln mieszkańców, a dochód na obywatela niższy niż w Maroku” – mówi ekspert, w kontrze do powszechnej na Zachodzie opinii o antyimigranckim nastawieniu Polaków.

Przeciwdziałanie nielegalnej imigracji „nie udaje się ani we Włoszech, ani w Niemczech, ani w Grecji”. Problemem są długie procedury, które uniemożliwiają odsyłanie tych, którzy nie kwalifikują się do ochrony międzynarodowej. To przez nie imigranci, którzy dotrą do Europy, mogą „tu zostać na zawsze, nawet jeżeli nie ma żadnych szans na otrzymanie azylu”, tłumaczy Knaus.

Drugim elementem szybkiej poprawy sytuacji jest poprawa dyplomacji z takimi krajami, jak Tunezja czy Maroko i wzorem analogicznej umowy z Turcją przekonanie ich do przyjmowania odrzuconych imigrantów.

Tymczasem Niemcy stanowią trzon nowej inicjatywy prowadzącej do dobrowolnego przyjmowania imigrantów, którzy dostają się do Włoch i rozpatrywania ich wniosków azylowych. Na razie oficjalnie bierze w niej udział pięć unijnych krajów. Istnieje ryzyko, że ponowne otwarcie włoskich portów i relokacja do innych krajów kontynentu będzie stanowić magnes, przyciągający falę imigracyjną. A to doprowadzi do sytuacji, którą berliński ekspert uważa za główną przyczynę problemu – trudności w odsyłaniu imigrantów.

Jednocześnie część niemieckich polityków zaczyna zauważać, że niekontrolowana imigracja zagraża spójności społecznej i prowadzi do niekorzystnych zmian w polityce, które nie są tymczasowe. Postawy przeciwne rozdzielaniu imigrantów są nie tylko cechą Polski, czy szerzej Grupy Wyszehradzkiej. Po porażce CDU w Turyngii, gdzie pierwsze miejsce zajęła skrajnie lewicowa Die Linke, a drugie skrajnie prawicowa AfD, coraz głośniej za porażkę centrum obwinia się decyzję o wpuszczeniu imigrantów, podjętą przez kanclerz Angelę Merkel w 2015 roku.

Hans-Georg Maassen, były szef niemieckiego Urzędu ds. Konstytucji (odpowiednik ABW) i członek CDU, domaga się rezygnacji Merkel po 13 przegranych od 2016 roku wyborach do parlamentów regionalnych. Domaga się od niej wzięcia odpowiedzialności politycznej. Maassen został zwolniony ze stanowiska w roku 2018, bo ośmielił się jako szef wywiadu wewnętrznego, wbrew dziennikarzom i politykom, powiedzieć, że w trakcie zamieszek w Chemnitz nie było polowania na imigrantów. Protesty i zamieszki pojawiły się po tym, jak imigranci zabili tamtejszego mieszkańca.

Czy Niemcy rzeczywiście zmienią swój stosunek do polityki imigracyjnej? Mają ku temu dużo powodów, ale czy to wystarczy?

Jan Wójcik