Spadek liczby nielegalnych imigrantów trafiających do Hiszpanii

W pierwszych siedmiu miesiącach bieżącego roku liczba nielegalnych imigrantów trafiających do Hiszpanii z Maroka spadła o 39 procent w stosunku do roku ubiegłego, do 18 tys. osób. W zeszłym roku, po zamknięciu włoskich portów dla statków wyławiających imigrantów, Hiszpania była krajem o największej liczbie nielegalnych imigrantów, trafiło tam 65 tysięcy osób. Obecnie najwięcej imigrantów przybywa do Grecji, w tym roku 28 tysięcy.

Zmniejszenie liczby nielegalnych imigrantów w Hiszpanii jest wynikiem współpracy z Marokiem, które dostało na wzmocnienie służb granicznych 140 mln euro od Unii i 30 mln od Hiszpanii. Maroko lepiej chroni granicę z hiszpańskimi enklawami na swoim terenie, Melillą i Ceutą, rozpoczęło też wyławianie imigrantów na swoich wodach terytorialnych. Według marokańskich danych, które niekoniecznie są rzetelne, w 2019 roku  zatrzymano w sumie na lądzie i morzu 50 tysięcy imigrantów. (g)

Źródło: El Pais




„Islamskie getta” – idea i rzeczywistość

Kto jako jeden z pierwszych posłużył się pojęciem „islamskie getta” w odniesieniu do Europy? Czy słusznie kojarzymy je z prawicą?

Czytając informacje i analizy niektórych mediów można odnieść wrażenie, że pojęcie „islamskich gett” w odniesieniu do Szwecji jest produktem prawicowego populizmu i nieuprawnioną próbą dyskredytacji idei multikulturalizmu. Tymczasem to nikt inny, jak lider Bractwa Muzułmańskiego w Europie uważa, że drogą wiodącą do islamizacji Europy jest właśnie postawa izolacjonistyczna, przejawiająca się w tworzeniu czegoś na kształt „islamskich gett” przez muzułmańskich imigrantów.

Stworzyć równoległe społeczeństwo

Muzułmański teolog i wpływowy lider Bractwa Muzułmańskiego Yusuf Al-Karadawi w książce „Najpilniejsze cele Ruchu Islamskiego na obecnym etapie”  już w 1990 roku powiązał kwestię migracji muzułmańskiej z celem, jakim jest rozwój politycznego islamu w Europie. Uznał on, że wobec spodziewanego wzrostu liczby muzułmanów na Starym Kontynencie, powinni oni tworzyć własne skupiska i zakładać organizacje (szkoły, meczety, instytucje rekreacyjne) niezależne od społeczeństwa i państwa, do którego przyjeżdżają. Innymi słowy, muzułmanie powinni tworzyć coś na kształt quasi-państwa, które uchroni wyznawców Allaha przed wpływami Zachodu i zapewni respektowanie prawa koranicznego czy wywiązywanie się z innych obowiązków muzułmanina. Zresztą Karadawi zwrócił się wprost do współwyznawców, mówiąc: spróbuj stworzyć swoje własne „muzułmańskie getto”. Otwartość, o której Karadawi także wspomina, ma jedynie służyć szerzeniu islamistycznej ideologii, jest więc ona pozorna z punktu widzenia integracji. Podsumowując, Bractwo Muzułmańskie, stawiając sobie za cel islamizację Europy, nakłania wyznawców islamu do tego, żeby zamiast integrować się ze społeczeństwem, tworzyć enklawy od niego niezależne, co w konsekwencji ma doprowadzić do powstania społeczeństwa równoległego.

Czym jest „strefa wrażliwa”?

Jeśli przyjrzymy się terminologii, za pomocą której opisuje się zjawisko muzułmańskiego izolacjonizmu w aspekcie terytorialnym, wyraźnie ujawnią się różnice światopoglądowe i ideologiczne. Najlepiej widać to na przykładzie Szwecji. 3. czerwca tego roku policja szwedzka opublikowała raport, mówiący o strefach wrażliwych i tych zagrożonych przestępczością. To trzeci tego typu dokument. Poprzednie zostały opublikowane w 2015 i 2017 roku. Mówiąc o „imigranckich przedmieściach” władze szwedzkie raczej sięgają po eufemizm, wprowadzając pojęcie „stref wrażliwych” oraz „obszarów podatnych na zagrożenie”. Służby bezpieczeństwa koncentrują się bardziej na przestępczości niż na aktywności muzułmańskich radykałów, choć ten kontekst także dostrzegają.

Strefy wrażliwe to „obszar określony geograficznie, charakteryzujący się niskim poziomem społeczno-ekonomicznym, w którym przestępcy mają wpływ na społeczność lokalną”. Zdaniem policyjnych analityków sytuację tę wykorzystują ci, którzy chcą przejąć kontrolę nad takimi miejscami. Próbują zastraszać mieszkańców stosując przemoc bezpośrednią, groźby, wymuszenia czy pośrednią – publicznie popełniane akty przemocy. Do tego dochodzi prowadzony otwarcie handel narkotykami oraz świadome rozbudzanie resentymentów wobec państwa. Skutkiem tego, zdaniem policji, jest „ogólna niechęć do udziału w procesie sądowym”.

Używając pojęcia „sfery szariatu” w odniesieniu do tzw. „dzielnic wrażliwych” wypada wiedzieć, co w istocie się mówi.

Ta powszechna postawa dystansu wobec struktur państwowych przejawia się tym, że „misja policji jest trudna do wypełnienia albo zupełnie niemożliwa”. Co istotne, w dokumencie czytamy, że „obszar szczególnie wrażliwy” do pewnego stopnia „obejmuje równoległe struktury społeczne”, ale także fundamentalizm i ekstremizm religijny. Z tego jasno wynika, że publikowane przez policję raporty nie są tożsame z mapą fundamentalizmu religijnego, lecz do pewnego stopnia pozwalają uchwycić część problemu. A zatem dwa skrajne stanowiska okazują się nieprawdziwe: utożsamienie „stref wrażliwych” z terenami, nad którymi rząd dusz sprawują muzułmańscy fundamentaliści nie jest prawdziwe, lecz zaprzeczanie temu, że takie miejsca w Szwecji istnieją, jest również kłamstwem.

Co z tym szariatem?

Wiele emocji budzi użycie terminu „sfery szariatu” w odniesieniu do tzw. „dzielnic wrażliwych”. Używając tego pojęcia wypada wiedzieć, co w istocie się mówi. Po pierwsze twierdzenie, że w tych miejscach nie obowiązuje prawo szwedzkie z czysto formalnego punktu widzenia nie jest prawdą, bowiem rząd szwedzki nigdy nie zaakceptował de iure konkurencyjnego systemu prawnego. Jednak w praktyce państwo, o czym wspominają rządowe raporty, z trudnością egzekwuje przepisy prawa w odniesieniu do mieszkańców stref wrażliwych lub w wielu wypadkach egzekwować ich nie może. Po drugie należy pamiętać, że szariat nie jest przede wszystkim prawem w znaczeniu terytorialnym, lecz w znaczeniu podmiotowym, tzn. nie tyle obowiązuje na danym terenie, ile obowiązuje wyznawców Allaha niezależnie od tego, gdzie się znajdują, zaś jego zapisy, zgodnie z klasycznym islamem, powinny być stosowane w takim zakresie, w jakim pozwalają na to zewnętrze warunki. Mówiąc precyzyjnie, w Szwecji istnieją miejsca, w których ludność imigrancka ostentacyjnie lekceważy przepisy prawa, neguje instytucje państwa szwedzkiego oraz odnosi się wrogo lub obojętnie do funkcjonariuszy publicznych. Jednocześnie w większym lub mniejszym zakresie podporządkowuje swoje życie normom wynikającym z tradycji i religii islamskiej.

Marks czy religia?

W debacie nad źródłami tego zjawiska dominuje stanowisko, które można nazwać neomarksistowskim, zakłada ono bowiem, że ekstremizm religijny i fundamentalizm są efektem wykluczenia społecznego oraz wypadkową „kontekstu społeczno-ekonomicznego”. Teoria ta nie bierze w ogóle pod uwagę „projektu islamizacyjnego”, który realizuje w Europie przede wszystkim Bractwo Muzułmańskie. Postawy izolacjonistyczne w Szwecji widoczne były już w latach 90-tych, przejawiając się w traktowaniu kobiet zgodnie z tradycjami krajów pochodzenia i nakazami religijnymi, wyłączaniu ich z rynku pracy (bezrobocie motywowane kulturowo). Znawca zagadnienia Ryszard Michalak przypomina, że jeszcze w ostatnich latach XX wieku, „kiedy Szwedzi podjęli próbę zachęcenia nowo przybyłych do większego udziału w życiu Szwecji, „najbardziej oporne wobec planów integracyjno-asymilacyjnych były zamknięte kulturowo, ortodoksyjnie religijne grupy imigrantów islamskich”. Twierdzenie więc, że postawa ta wynika z ekonomicznych niedostatków czy braku otwartości po stronie szwedzkiej w żadnym razie nie wyczerpuje zagadnienia, ale stanowi raczej poprawnie polityczny sposób na to, żeby ominąć niewygodny problem islamskiego fundamentalizmu w Szwecji.

W moim przekonaniu model „neomarkstowski” myli przyczyny ze skutkami. To właśnie postawa izolacjonistyczna (zalecana mi.in. przez ideologów Bractwa Muzułmańskiego) jawnie przestrzegająca przed integracją, polegająca na utrzymywaniu także tych elementów religii i tradycji islamskich (w tym szariatu), które stoją w sprzeczności z wartościami i prawem społeczeństwa przyjmującego, zrodziła szereg problemów ekonomicznych czy społecznych. Doprowadziła w praktyce do „wyłączenia państwa”, na czym skorzystały zarówno gangi, jak i zwolennicy politycznego islamu.

Żeby uświadomić sobie skalę problemu, wystarczy zwrócić uwagę na to, co powiedział szwedzki pisarz Björn Ranelid w rozmowie z dziennikarzem gazety „Expressen”: „W ostatnią niedzielę czerwca 2019 roku wieczorem, dwóch młodych mężczyzn zostało zastrzelonych w Sollentuna. Mniej więcej w tym samym czasie inny młody człowiek został dźgnięty nożem w Vällingby. Później tego samego wieczora jeszcze jeden młody mężczyzna został postrzelony w Blackeberg. To się wydarza niemal codziennie gdzieś w Szwecji. To wojna na małą skalę, która dotyczy wszystkich mieszkańców tego kraju. Zapas usprawiedliwień dla sprawców już się wyczerpał”. Przypadki te wpisują się w szerszy, ponury kontekst masowego palenia samochodów, detonowania bomb i granatów w miejscach publicznych, czy fali antysemickich wystąpień.

Piotr Ślusarczyk




Urlop w Syrii pozbawi statusu uchodźcy

Syryjscy uchodźcy wyjeżdżający na urlop z Niemiec do Syrii mogą spodziewać się ostrzejszych reakcji, zapowiada minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer (CSU).

„Syryjski uchodźca, który regularnie spędza urlop w Syrii, nie może przecież na poważnie twierdzić, że jest w niej prześladowany”, powiedział minister w wywiadzie dla gazety „Bild am Sonntag”. Zagroził jednocześnie odbieraniem im statusu uchodźcy. Informacje o pobytach urlopowych w Syrii ma sprawdzać Federalny Urząd ds. Migracji i Uchodźców (BAMF). Posłuży to weryfikacji, czy danej osobie w dalszym ciągu przysługuje ochrona międzynarodowa.

Tabloid „Bild” twierdzi, że zjawisko jest masowe. Wyraża też zdumienie, że syryjscy uchodźcy, przedtem rzekomo uciekający przed śmiercią, teraz jeżdżą tam w odwiedziny do krewnych. Co więcej, wjazd na terytorium Syrii jest możliwy tylko z syryjskim paszportem lub tymczasowym dokumentem uzyskanym od syryjskiej ambasady. Jednak samo przebywanie na terenie placówki dyplomatycznej państwa, z którego się uciekło, narusza przepisy azylowe i podważa zasadność statusu uchodźcy. Wspomniane osoby wjeżdżają do Syrii na dokumentach syryjskich, a wracają z państw tranzytowych, posługując się papierami azylowymi przyznanymi przez Niemcy, ewentualnie w Danii zgłaszają zgubienie niemieckich dokumentów. Wyprawa do Syrii ma kosztować 800 euro od osoby, podaje „Bild”.

Temat został ostatnio nagłośniony w prasie niemieckiej i przebił się także do mediów polskich. To nie jest jednak nowa sytuacja, w 2016 roku gazeta „Welt am Sonntag” informowała już o podobnych nadużyciach. (j)

źródło: DW




Włoscy prokuratorzy nakazują przybicie do portu statku z imigrantami

Włoscy prokuratorzy wydali nakaz przybicia do portu statku „Open Arms” z 83 imigrantami, który od paru tygodni czekał w pobliżu Lampedusy. Po wizycie na statku zdecydowali, że warunki higieniczne i psychologiczne na statku, gdzie stłoczeni imigranci nie mogli chodzić, wymagają natychmiastowej interwencji. Włoski minister spraw wewnętrznych odmawiał dotychczas statkowi prawa przybicia do portu.

Wcześniej hiszpański rząd zdecydował o wysłaniu okrętu wojennego, który miał przejąć imigrantów ze statku „Open Arms” i przewieźć ich do hiszpańskiego portu – statek należy do hiszpańskiej fundacji „Proactiva Open Arms”. Ponieważ okręt może przybyć dopiero za trzy dni, imigranci znajdą się wcześniej na włoskim terytorium.

Na Morzu Śródziemnym pływa statek innej organizacji pomocowej z 356 imigrantami na pokładzie, który nie został wpuszczony do portów na Malcie i we Włoszech.

Aktualizacje 22.08.19. W nocy ze środy na czwartek statek przybił do portu na Lapmedusie, a imigranci zeszli na ląd i zostali przetransportowani do ośrodka dla imigrantów. (g)

Źródło: theguardian.com




NIK: Skala imigracji przerosła państwo polskie

Państwo nie wie, czy niebezpieczni imigranci opuścili jego terytorium, a przedłużające się procedury powodują, że w Polsce przebywają ci, którzy być może nie powinni, wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli.

Raport NIK stwierdza, że Polska to „państwo niegotowe na cudzoziemców”, wskazując zaniedbania na różnych poziomach.

Dwie informacje wynikające z raportu budzą szczególne zaniepokojenie: długi okres oczekiwania cudzoziemców na rozpatrywanie wniosku i brak formalnej wiedzy o opuszczeniu kraju przez cudzoziemca.

Pierwszy problem wiąże się z ogromnym napływem wniosków o pobyt czasowy, to już ponad 300 tysięcy rocznie wniosków o pozwolenie na pracę zarobkową. W efekcie rozpatrywanie wniosku w urzędach wojewódzkich może trwać nawet rok, zamiast ustawowych 90 dni. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że to problem wyłącznie cudzoziemców. Od momentu złożenia wniosku do czasu jego rozpatrzenia cudzoziemiec przebywa legalnie na terenie RP. Oznacza to, że przebywają tu także osoby, które nie otrzymają zgody i nie powinny tu przebywać. W przypadku osób z krajów muzułmańskich, będących przedmiotem zainteresowania portalu euroislam.pl, to około 30-40% wnioskujących, którzy dostaną odpowiedzi odmowne, a ich dłuższe przebywanie na terenie Polski jest niepożądane.

Drugi powód jest poważniejszy, bo dotyczy braku informacji czy osoby, które powinny opuścić kraj, rzeczywiście wyjechały. Na ten problem Fundacja Instytut Spraw Europejskich wskazywała w ubiegłym roku w raporcie „Imigracja z krajów OIC do Polski w latach 2013-2018”.

Z obecnego systemu Urzędu ds. Cudzoziemców nie można też uzyskać informacji, czy konkretne osoby, pomimo decyzji negatywnej bądź skończenia się prawa pobytu, w dalszym ciągu przebywają na terenie RP. „Ewidencja taka prowadzona jest przez Straż Graniczną, ale oba systemy nie są spójne” – czytamy w opracowaniu. Według raportu NIK problem jest dużo poważniejszy. MSWiA wydało decyzje zobowiązujące cudzoziemców do wyjazdu z powodu zagrożenia terrorystycznego lub podejrzeń o szpiegostwo (12 decyzji w latach 2016-18). Ministerstwo nie wie jednak, czy osoby wydalone „faktycznie opuściły terytorium RP”. Jeżeli takie problemy pojawiają się w sytuacji marginalnego zagrożenia terroryzmem i stosowania indywidualnego podejścia, jak wyglądałaby sytuacja, w której skala problemu byłaby zbliżona do poziomu zachodnioeuropejskiego? Po kontroli NIK, informuje raport, wprowadzono jednak praktykę przygotowywania dokumentacji o wykonaniu decyzji MSWiA przez Straż Graniczną.

Przyczyn tego stanu rzeczy NIK upatruje w brakach kadrowych i finansowych MSWiA oraz podległych mu jednostek, a także w braku spójności systemów informatycznych. Kontrolerzy zwracają także uwagę na brak strategicznego dokumentu „Polityki imigracyjnej”, która nadałaby kierunek działaniom przygotowującym Polskę na zwiększoną imigrację, która już trwa. Tymczasem roboczy dokument, który wyciekł do prasy, skrytykowali zarówno pracodawcy oraz lewica i organizacje proimigranckie. Nie zawsze krytyka ta była zasadna. Opracowanie takiego dokumentu jest z jednej strony obowiązkiem rządu, z drugiej zaś nieprzygotowanie go nie powinno stanowić paliwa dla politycznego konfliktu.  Jednak, jak donosi TVN, niektóre zapisy mogły doprowadzić do zmian kadrowych i zatrzymania projektu.

Jan Wójcik




„Nie należy wymagać, żeby wszyscy byli identyczni”

W swojej najnowszej książce „Identity: The Demand for Dignity and the Politics of Resentment”  („Tożsamość: potrzeba godności i polityka urazy”), politolog i filozof polityki Francis Fukuyama analizuje zaskakujące podobieństwa pomiędzy tak odmiennymi ugrupowaniami, jak Black Lives Matter i białymi nacjonalistami.

Zdaniem naukowca, oba stanowią „poważne zagrożenie dla nowoczesnej, liberalnej demokracji”. Rozmowę z Fukuyamą przeprowadził Andrew Coyne, kanadyjski dziennikarz, komentator „National Post” i telewizji CBC (publikacja: 09.2018).

Andrew Coyne: Główna teza twojej książki mówi, że polityka tożsamości lewicy, populistyczny nacjonalizm prawicy, islamizm i nawet prezydent Trump we własnej osobie, kierują się potrzebą godności, uznania i szacunku. Dlaczego wszyscy muszą być aktywni w tym samym czasie?

Francis Fukuyama: Myślę, że te ruchy są konsekwencją rozwoju gospodarczego i globalizacji. Ten neoliberalny okres wzmożonego przepływu dóbr, usług, handlu i inwestycji przynosi korzyści niewielu osobom, kosztem znacznie większej grupy ludzi. Nie chodzi tu jedynie o deindustrializację i poszukiwanie zagranicznej siły roboczej – do Europy i Stanów Zjednoczonych przyjeżdżają całe rzesze ludzi urodzonych poza ich granicami. Poczucie zagrożenia spowodowane zmianami ekonomicznymi oraz gwałtowne zmiany kulturowe rodzą potrzebę bycia dostrzeżonym, która została podchwycona przez populistycznych polityków.

Niektórzy, jak prezydent Trump, patrzą pod kątem opłacalności pewnych działań, ale to nie takie proste, prawda?

Polityka tożsamości narodziła się na lewicy. W latach 60. powstały wielkie ruchy społeczne, definiowane przez rasę, płeć, preferencje seksualne, które domagały się równości społecznej, ponieważ czuły się zmarginalizowane i miały ku temu powody. Program lewicy głównego nurtu, jakim była ogromna klasa robotnicza, zaczął przemieszczać się w stronę roszczeń mniejszości. Myślę, że z czasem przeobrażenie lewicy wywołało reakcję prawicy, której biali członkowie obecnie mówią: „Tak naprawdę to my jesteśmy uciskaną mniejszością, niewidzialną dla elit, o której wszyscy zapomnieli”.

Jak wielkie znaczenie ma prezydent Trump w procesie polaryzacji amerykańskiej polityki?

Trump poniekąd wzmocnił polaryzację, ale nawet bez jego pomysłów mielibyśmy problem, który będzie się ciągnął również po jego odejściu, mam nadzieję dość rychłym.

Z ostrożnością przyznajesz, że pretensje wielu zwolenników Trumpa są uzasadnione. 

To, co spotkało białą klasę robotniczą, to nic innego jak społeczna katastrofa. Niejedna wiejska społeczność cierpi na epidemię [używania] opiatów. Najnowsze dane mówią, że w ubiegłym roku zabiły one 72 tysiące Amerykanów.  Kryzys widoczny jest w liczbie samotnych rodziców i dzieci, żyjących w skrajnej biedzie. Myślę, że przed wyborami w 2016 r. ten problem w ogóle nie był dostrzegany. W trakcie prawyborów przeprowadzonych w New Hampshire, stanie zamieszkanym prawie całkowicie przez białych mieszkańców, okazało się, że głównym problemem społecznym jest uzależnienie od heroiny. Do tego czasu w ogóle nie poruszano tematu dramatu amerykańskiej klasy robotniczej.

Twierdzisz, że zanim zmierzymy się z negatywnymi aspektami lewicowej polityki tożsamości, musimy uznać zasadność roszczeń zmarginalizowanych grup społecznych.

To nie ulega wątpliwości. Organizację Black Lives Matter oraz #Metoo zbudowano na fundamencie faktycznych nadużyć, którym trzeba zadośćuczynić.

Polityka tożsamości może prowadzić do podziałów na przekór tradycyjnym wartościom, takim jak powszechność praw człowieka jako jednostki w roli komórki społecznej.

Tak. Oto konkretny przykład: Martin Luther King powiedział: “Czarni ludzie są tacy sami jak biali. Chcemy tych samych praw. Nie chcemy niczego wyjątkowego. Chcemy jedynie być traktowani tak, jak należy traktować Amerykanów”. Jednak pewne frakcje ruchu black power ewoluowały i teraz rozumują w następujący sposób: ”Nie. Czarni ludzie wcale nie są tacy jak biali. Mamy własną kulturę i własne wartości. Mamy odrębny styl życia. Domagamy się, by to szanować”. Podobne podejście przejawiają inne grupy. Problem polega na tym, że definiują one swoją odrębność w oparciu o aspekty biologiczne, cechy wrodzone, na które nie ma się wpływu – jak na przykład religia, w której jest się wychowanym. W pewnym sensie cofa nas to do tradycjonalistycznego pomysłu, że różnimy się od siebie w sposób fundamentalny.

Wydaje się, że w polityce tożsamości między tymi dwoma podejściami istnieje duże napięcie. Z jednej strony mamy dużą potrzebę integracji w jakąś większą całość. Z drugiej, nacisk na odrębność, niemal na separatyzm.

Uważam, że w społeczeństwie liberalnym nie należy wymagać, by wszyscy byli identyczni. Jednak są pewne odmiany wielokulturowości, gdzie odrębność zaczyna stanowić pewne wyzwanie dla głęboko liberalnych wartości. Za typowy przejaw tego zjawiska można uznać muzułmańską rodzinę, w której córka pragnie poślubić osobę, którą sama wybierze, a rodzina postanawia wysłać ją z powrotem do Maroka lub Pakistanu, żeby wzięła udział w zaaranżowanym małżeństwie. Widać tu wyraźny konflikt pomiędzy wartościami kulturowymi społeczności imigranckich, a  fundamentalną zasadą, wedle której każdy, wliczając w to kobiety, ma prawo sam zdecydować, kogo chce poślubić. W tym przypadku uważam, że nakaz poszanowania wartości poszczególnych społeczności, a nie jednostki mieszkającej w liberalnym społeczeństwie, jest złą interpretacją liberalizmu.

Uderza mnie, jak często to, co nazywamy “różnorodnością”, polega w rzeczywistości na podkreślaniu podobieństw między jednostkami wewnątrz grupy, na konformizmie.

To kolejny problem z pewnymi interpretacjami polityki tożsamości, które mówią, że grupa, w której się urodziłeś, determinuje to, co myślisz o polityce, kulturze i wielu innych sprawach. To pewne nieporozumienie. Ludzie są w rzeczywistości zdolni wznieść się wyżej niż ich nadana tożsamość i [potrafią] myśleć niezależnie.

Kiedy podkreśla się różnice między ludźmi, nie da się uniknąć tworzenia stereotypów i fałszywych archetypów.

Zgadza się. Za przykład może posłużyć pogląd, że istnieje coś takiego, jak “przywileje białych”. Kiedy przyjrzysz się temu, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, aż trudno uwierzyć, jak wielka może być różnica w poziomie życia między wykształconymi białymi i tymi z klasy pracującej. Przez ostatnich 30 lat ich losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Jesteś dość krytyczny względem lewicy z powodu jej skupienia się głównie na coraz mniejszych grupach społecznych, zamiast walki o interesy ubogich i niższych warstw społeczeństwa.

Łatwiej jest dyskutować na tematy związane z tożsamością, niż zrobić coś konkretnego dla poprawy sytuacji całych zmarginalizowanych grup. Moim zdaniem w Stanach Zjednoczonych (w odróżnieniu od Kanady) już dawno przestaliśmy na poważnie myśleć o polityce społecznej. O wiele łatwiej, na przykład, jest walczyć o finansowanie etnicznych wydziałów na uniwersytetach niż zastanawiać się, jak poprawić konkretną sytuację socjoekonomiczną danej grupy jako całości.

Porozmawiajmy o sposobach wyjścia z tego impasu. Kładziesz duży nacisk na możliwość odbudowania narodowej tożsamości, odnosisz się jednak do konkretnego jej rodzaju, nazywanego przez nas nacjonalizmem obywatelskim – w odróżnieniu od nacjonalizmu kulturowego.

Zgadza się. W Europie jest wiele krajów, które definiują swoją tożsamość w oparciu o kwestie etniczne. Uważam, że to błędne podejście w społeczeństwie multikulturowym. Potrzeba w nim tożsamości opartej na wartościach politycznych, a nie etnicznych, czy religijnych. W USA jest to wiara w konstytucję, w literę prawa, w zasadę równości między ludźmi. Potrzeba nam obywatelskiego zrozumienia nacjonalizmu.

Mówisz, że potrzeba jeszcze czegoś. Czego dokładnie?

Myślę, że im bardziej intensywna jest dana kultura, tym mocniej ogranicza mieszkańców. Uważam, że należy kultywować również inne wartości, takie jak obowiązki obywatelskie. Jestem zwolennikiem powszechnej służby wojskowej, dzięki której obywatel demokratycznego społeczeństwa nie tylko posiada pewne prawa i dostaje przywileje od rządu, ale również coś z siebie daje.

Jak udaje ci się kultywowanie tej odmiany nacjonalizmu i jednoczesne unikanie wyłączania innych kultur w dobie problemów o charakterze globalnym?

Współpraca międzynarodowa musi być oparta o narody. Naród nadal stanowi o odrębności danej grupy, do której nie należą narodowe podgrupy lub organizacje ponadpaństwowe. Może używać siły, by egzekwować prawo i chronić obywateli. Musimy się tego trzymać. Nie oznacza to jednak, że narody nie mogą dobrowolnie ze sobą współpracować. Gospodarka światowa nie mogłaby funkcjonować bez warstwy międzynarodowych porozumień i wspólnych organizacji. Uważam, że nie należy rezygnować z ważnych aspektów suwerenności po to, żeby rozwiązywać problemy, które są skutkiem globalizacji.

Pozwolę sobie zakończyć obowiązkowym pytaniem. Dlaczego uważasz Kanadę za wyjątek w kontekście omawianych trendów kulturowych? Mieliśmy tu do czynienia z polityką tożsamości, chociaż nie doświadczyliśmy populistycznego nacjonalizmu w większej skali.

Miałem nadzieję, że do tego dojdziemy. Odpowiedź na to pytanie leży w dużej mierze w waszym podejściu do imigracji. Wasza polityka w tym zakresie opiera się na umiejętnościach i daleko wam do skali nielegalnej imigracji obecnej w USA. Myślę, że część sprzeciwu wobec imigracji oparta jest na ksenofobii, rasizmie itd., ale większa jego część spowodowana jest poczuciem, że imigracja wymknęła się spod kontroli, a my nie panujemy nad własnymi granicami. W Kanadzie nie widać tego tak wyraźnie.

Francis Fukuyama (ur. 1952) – jeden z najbardziej znanych i najczęściej cytowanych politologów i filozofów polityki. Doktorat z nauk politycznych obronił na Uniwersytecie Harvarda. Wcześniej studiował literaturę porównawczą. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Stanforda. Jest uznawany za twórcę intelektualnych podstaw neokonserwatyzmu, choć dziś się od niego dystansuje. Jego najbardziej znaną koncepcją pozostaje idea końca historii. Zgodnie z nią, po upadku komunizmu w Europie i upadku ZSRR demokracja liberalna staje się dominującą formą rządów i stanowi szczytowe osiągnięcie rozwoju społeczeństw i kultury Zachodu. „To, czego możemy być świadkami, to nie tylko koniec zimnej wojny lub upływ określonego okresu powojennej historii, ale koniec historii jako takiej … To znaczy punkt końcowy ideologicznej ewolucji ludzkości i uniwersalizacji zachodniej liberalnej demokracji jako ostatecznej formy ludzkiego rządu” – pisał. Uczony poparł prezydenturę Baracka Obamy i sprzeciwiał się interwencji wojsk amerykańskich w Iraku. Jego myśl zwykle przeciwstawia się poglądom Huntingtona (kolegi Fukuyamy z czasów studiów na Harwardzie).

Tłumaczenie Borsuk. Źródło: nationalpost.com

Tytuł – redakcja Euroislamu




Co drugi uchodźca ma pracę? Nieuzasadniony optymizm

Austriacki Urząd Pracy (AMS) ogłosił sukces. Austriacka Agencja Prasowa i największe dzienniki podały informację, że co drugi uchodźca z 2015 roku ma pracę. Okazało się jednak, że optymizm ten jest nieuzasadniony, a informacje przekazywane przez dziennikarzy są albo niepełne, albo zupełnie mylne.

Informacja o tym, że „44 procent uchodźców przybyłych do Austrii w 2015 roku ma pracę” bardzo szybko obiegła rozmaite media. Podawały ją m.in. serwisy informacyjne „Der Standard”, „Kurier”, a nawet Austriacka Agencja Prasowa. Niewielu podjęło wysiłek, żeby słowa urzędnika skonfrontować z rzeczywistością, zapytać o metodologię i sposób wyliczenia zaprezentowanych danych.

Tymczasem urząd nie badał i nie bada grupy uchodźców, którzy przybyli do Austrii w 2015 roku. Dane natomiast mówią o tych, którzy w 2015 roku otrzymali azyl lub ochronę uzupełniającą i którzy z tego tytułu byli uprawnieni do podjęcia pracy. Grupa ta wcale nie pokrywa się z grupą osób przybyłych do Austrii razem z falą migracyjną, która swoje apogeum osiągnęła jesienią; ci bowiem najczęściej oficjalnie rejestrowani byli przez austriackie władze dopiero w 2016 roku. Cała procedura trwała dłużej niż do grudnia 2015 roku, gdyż ponad połowa z 90 tysięcy osób ubiegających się o azyl przybyła nad Dunaj w ciągu ostatnich czterech miesięcy 2015 roku. Urzędnicy nie nadążali więc z rozpatrywaniem wniosków. Ówczesny minister spraw wewnętrznych Wolfgang Sobotka poinformował oficjalnie parlament, że procedura rozpatrywania wniosków o ochronę zastępczą w pierwszej instancji trwała ponad osiem miesięcy. Wobec tego sytuację na rynku pracy uchodźców przybyłych do Austrii w 2015 roku pokazują dane z 2016 roku, choć i tutaj należy liczby te interpretować ostrożnie. Austriacki Urząd Pracy, próbując określić skalę problemu zatrudnienia azylantów na potrzeby badań, utworzył trzy grupy kontrolne o tej samie liczbie osób. Pierwsza obejmuje imigrantów wyodrębnionych na podstawie dwóch kryteriów, a mianowicie przyznanie azylu lub ochrony uzupełniającej między styczniem a grudniem 2015 roku oraz zarejestrowanie jako osoba bezrobotna i odbycie szkolenia w urzędzie pracy między styczniem 2015 roku a czerwcem 2016 roku. Z tej grupy pracuje 44,1 procent.

Pozostałe grupy kontrolne dotyczą lat 2016 (grupa II) i 2017 (grupa III). I tak w grupie drugiej pracuje 39,8 procent tych, którzy uzyskali oficjalnie zarówno status uchodźcy, jak
i status bezrobotnego, zaś w trzeciej 35,2 procent.

Innymi słowy, z publikowanych oficjalnie przez austriackie służby zatrudnienia raportów nie sposób wywnioskować, ilu realnie z tych, którzy przybyli do Austrii jako uchodźcy w 2015 roku, ma pracę.

Piotr Ślusarczyk na podst.addendum.org




Sześć krajów weźmie część imigrantów ze statku, któremu Włosi odmówili wejścia do portu

Premier Włoch poinformował, że sześć krajów Unii: Francja, Niemcy, Portugalia, Hiszpania, Rumunia i Luksemburg, zgodziło się wziąć część ze 134 imigrantów, przebywających na pokładzie statku „Open Arms” („Otwarte ramiona”), któremu włoski minister spraw wewnętrznych odmówił prawa przybicia do portu. Chociaż sąd włoski unieważnił rozporządzenie ministra, to statek znajdujący się u wybrzeży włoskiej wyspy Lampedusa, nie wszedł do portu, przypuszczalnie w obawie przed ostatnio uchwalonym prawem, przewidującym wysokie kary za wpłynięcie do portu bez zezwolenia.

Nie wiadomo, jak wielu imigrantów zgodziło się sześć krajów rozdzielić między sobą. Ze statku, który od początku sierpnia  oczekuje na włoskie zezwolenie, ewakuowano już do Włoch kilkanaście chorych osób. Fundacja hiszpańska, będąca właścicielem statku, odmówiła skierowania go do Libii, skąd wypłynęli imigranci. (g)

Źródło: euobserver.com




Integracja: sposób na likwidację niechęci do muzułmanów

Amerykańscy badacze zastanawiali się, jak zlikwidować konflikty między imigrantami a ludnością miejscową i wymyślili eksperyment społeczny, który przeprowadzili w Niemczech.

Wiadomo, pisze trzech badaczy w opublikowanym pod koniec lipca artykule, że mamy wrodzoną tendencję do czynienia rozróżnień między „nami” a „nimi”, dzielenia ludzi na grupę, do której sami należymy i grupę, która jest obca. Ale na czym polega ten podział w dzisiejszym wielokulturowym świecie i jak można go osłabiać, zapobiegając konfliktom? Czy zależy on od etnicznego pochodzenia imigrantów, a może od ich religii? Badacze wymyślili sprytny eksperyment społeczny, który przeprowadzili w 2018 roku w Niemczech (bo tam jest spory odsetek imigrantów) ponad 1600 razy.

Hipoteza, którą chcieli w eksperymencie sprawdzić, brzmiała mniej więcej tak: postrzeganie, że imigranci wyznają te same wartości, będzie prowadziło do uznania ich za „swoich”, osłabiając obcość, wynikającą z ich pochodzenia etnicznego i religii. Eksperyment z udziałem dwojga współpracowników przeprowadzano na stacjach kolejowych w różnych częściach Niemiec.

W pierwszej części eksperymentu mężczyzna rzucał na ziemię kubek po napoju, naruszając tym powszechną w Niemczech zasadę, że nie wolno śmiecić. Współpracownica eksperymentatora albo nie zwracała na to uwagi (czyli nie uznawała wartości nieśmiecenia), albo zwracała mężczyźnie uwagę, że powinien kubek podnieść, czyli pokazywała innym pasażerom, że uznaje te same co oni, niemieckie wartości.

Zamiast potępiać „islamofobię” i rasizm, państwo, media i szkoły powinny skupić się na integracji kulturowej muzułmanów.

Współpracownica wyglądała na imigrantkę (ciemna skóra i włosy) i w jednym wariancie eksperymentu ubrana była normalnie, w innym – nosiła chustę, sygnalizując, że jest muzułmanką. W drugiej części eksperymentu kobieta wdawała się w rozmowę przez komórkę – albo po niemiecku, albo w obcym języku, a w tym momencie z niesionej przez nią torby rozsypywały się na peron pomarańcze. Eksperymentatorzy badali, jak często świadkowie całego wydarzenia pomagali kobiecie pozbierać pomarańcze – im częściej, tym bardziej uznawali ją za „swoją”.

Dla porównania identyczną procedurę zastosowano z udziałem współpracownicy wyglądającej na Niemkę (jasna skóra, blond włosy, mówi przez telefon po niemiecku). Ponieważ powtarzano eksperyment tak wiele razy, można było wyeliminować wpływ takich czynników, jak liczba czekających na peronie i ich płeć.

Wyniki są następujące (procent przypadków, kiedy pomagano w zbieraniu pomarańczy):

wyglądająca na muzułmankę, nie zwraca uwagi mężczyźnie 60%
wyglądająca na muzułmankę, zwraca uwagę mężczyźnie 73%
nie wygląda na muzułmankę, średnio    76%
wygląda na Niemkę, średnio         78%
wygląda na Niemkę, nie zwraca uwagi mężczyźnie   73%
wygląda na Niemkę, zwraca uwagę mężczyźnie      84%

Wyniki były dla badaczy nieco zaskakujące. Okazało się, że praktycznie identycznie traktowane były zarówno rodowita Niemka, jak i imigrantka nie nosząca chusty – różnica dwóch punktów procentowych (78% i 76% to średnie z sytuacji ze zwracaniem uwagi i niezwracaniem) jest statystycznie nieistotna, czyli prawdopodobnie jest przypadkowa.  Można by powiedzieć, że świadkowie uznawali imigrantkę za należącą do „nich”, jeśli różniła się tylko kolorem skóry, a nie religią.

Natomiast wyraźnie mniej chętnie (60%) pomagano kobiecie, która wyglądała na religijną muzułmankę i nie zwracała uwagi na naruszenie obowiązującej normy. Jednakże, kiedy kobieta wyglądająca na muzułmankę zwraca uwagę na śmiecenie, czyli uznaje niemieckie wartości, chęć pomocy gwałtownie wzrasta – do 73%. Nie jest jednak tak wysoka, jak w przypadku niereligijnej imigrantki. Nie jest zaskakujące, że rodowitej Niemce pomagano najczęściej – nawet jeśli nie zwracała uwagi mężczyźnie, pomagano jej tak samo chętnie, jak muzułmance zwracającej uwagę.

Wniosek z badań jest taki, że poczucie „obcości” wobec imigrantów wynika z tego, że są muzułmanami, a nie z odmiennego wyglądu czy narodowości. Ale to poczucie obcości prawie całkowicie znika, jeśli muzułmanin postrzegany jest jak osoba uznająca te same wartości, co Niemcy. Jeżeli zaś imigrant nie jest muzułmaninem, to traktowany jest identycznie jak rodowity Niemiec.

Badacze nie zwrócili uwagi na dwa fakty, które dla mnie są bardzo interesujące. Po pierwsze, w każdej z badanych sytuacji – nawet wówczas, gdy występowała religijna muzułmanka, która była kulturowo obca – w znacznej większości sytuacji  (60%) znajdowali się ludzie gotowi pomóc. Po drugie, różnice w gotowości do pomagania w różnych sytuacjach były relatywnie niewielkie, nawet jeśli statystycznie istotne. Inaczej mówiąc, poczucie obcości, dzielenia ludzi na swoich i obcych, wydaje się w społeczeństwie niemieckim bardzo niewielkie, dotyczące zaledwie kilku, kilkunastu procent osób.

Ciekawe są wnioski z tych badań. Piszący o nich dziennikarze chyba nie bardzo rozumieją, co przeczytali, gdyż piszą: ”ucząc ludzi, że imigranci dzielą wspólne człowieczeństwo z miejscowymi obywatelami, możemy działać na rzecz zmiany tej szczególnej postaci antyimigranckich emocji”. Tymczasem wniosek autorów badań jest zupełnie inny – nie chodzi o żadne edukowanie na temat „wspólnego człowieczeństwa”.

„Przestrzeganie zasad może być podstawą do redukowania dyskryminacji i uprzedzeń – piszą autorzy eksperymentu. – Politycy i osoby kształtujące opinię publiczną mogą pomóc, wskazując na to, że w kwestii współdziałania grup nie należy skupiać się na różnicach w wyglądzie i religii, ale na integracji kulturowej.”

Innymi słowy – jeśli imigranci muzułmańscy będą przestrzegać norm i wartości niemieckiego społeczeństwa, poczucie obcości i niechęć wobec nich znikną. Zamiast więc potępiać „islamofobię” i rasizm, państwo, media i szkoły powinny skupić się na integracji kulturowej muzułmanów.

Grzegorz Lindenberg




Nawet milion euro kary dla statków z imigrantami we Włoszech

Parlament włoski uchwalił przepisy, dotychczas obowiązujące jako rządowy dekret, przewidujące ostre kary dla statków bez zezwolenia przypływających z imigrantami do włoskich portów. Statki mogą być konfiskowane, ich kapitanowie aresztowani, a organizacja będąca właścicielem statku karana grzywną wynoszącą do miliona euro.

Po wprowadzeniu przez nowy włoski rząd w roku 2018 obostrzeń dla statków wyławiających imigrantów na Morzu Śródziemnym liczba przybywających do Włoch spadła o 90%. Obecnie (wtorek 13 sierpnia) – przy wybrzeżu włoskim znajdują się dwa statki z ponad 500 imigrantami, które nie otrzymały pozwolenia na wejście do portu. (g)

Źródło: telegraph.co.uk oraz New York Times