Rohingya są prześladowani i sami też prześladują

O dramacie muzułmanów Rohingya prześladowanych w Mjanmie (Birmie) cały świat słyszy od 2012 roku. Wielu z nich znalazło schronienie w Bangladeszu. Tam okazało się, że prześladowani muzułmanie stali się prześladowcami dla chrześcijan.

Muzułmańska większość prześladuje chrześcijan w obozie dla uchodźców, który znajduje się w miejscowości Koks Badżar. Chrześcijanie są uprowadzani, bici i zmuszani do przejścia na islam.

Dramat chrześcijan

Human Rights Watch alarmuje, że muzułmański tłum brutalnie zaatakował i okradł chrześcijańskie rodziny. Ich domy zostały splądrowane i zburzone. Dzień po ataku porwano pastora i jego 14-letnią córkę. Matka nastolatki twierdzi, że dziewczynka została zmuszona do przyjęcia islamu i zawarcia małżeństwa. Pastora Tahera porwano z obozu 27 stycznia tego roku. Jego żona Roshida podejrzewa, że został zamordowany. „Nikt nie może udzielić mi jasnych informacji, ale moi krewni powiedzieli mi, że moja córka została zmuszona do przejścia na islam i do małżeństwa” – mówi kobieta. Policja przyznała, że tłum mężczyzn zaatakował 22 chrześcijańskie rodziny zamieszkujące obóz Kutupalong II w Koks Badźar w noc przed porwaniem. W wyniku rozruchów co najmniej 12 chrześcijańskich uchodźców zostało rannych i przewiezionych do szpitala.

Ofiary oskarżają rząd

Wiele rodzin przeniosło się do centrum przesiedleńczego ONZ i złożyło sprawę na policję przeciwko 59 podejrzanym o dokonanie napaści. Ofiary twierdzą jednocześnie, że władze Bangladeszu bagatelizują ataki na chrześcijan, klasyfikując je jako „zwykłe naruszenie prawa i porządku”. Ponadto nie robią wystarczająco dużo, żeby znaleźć pastora i jego córkę. Strażnicy czuwający nad porządkiem w obozie starają się unikać odpowiedzi na pytania zadawane przez prześladowanych.

Anonimowa ofiara skarży się także na reakcję policji. Jeden z funkcjonariuszy miał powiedzieć prześladowanemu, że jeśli chce się czuć bezpiecznie, powinien „pojechać na księżyc”. Chrześcijanie podkreślają, że już wcześniej spotykali się z groźbami i przemocą.

Apel ONZ

Specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. praw człowieka w Mjanmie (Birmie), Yanghee Lee, wyraziła swoje zaniepokojenie sytuacją chrześcijańskich uchodźców w Bangladeszu, którzy zmagają się z „wrogością i przemocą”.

Do władz Bangladeszu trafiają apele o pilne ustalenie miejsca pobytu pastora Tahera i jego córki, a także o postawienie winnych przed sądem. Powtarzają się także wezwania do wzmocnienia ochrony mniejszości etnicznych i religijnych.

Niejasna rola ARSA

Agencja Informacyjna Benar i Radio Wolna Azja poinformowały, że mieszkańcy obozu oskarżają Arakan Rohingya Salvation Army, czyli zbrojną organizację reprezentującą interesy grupy etnicznej Rohingya, o antychrześcijańskie pogromy.

Przedstawiciel ARSA zaprzeczył tym doniesieniom i potępił ataki na chrześcijan, zaznaczając, że napastnicy szkodzą sprawie walki o prawa prześladowanej mniejszości muzułmańskiej.

ONZ: ludobójstwo trwa

Obozy dla uchodźców w Bangladeszu zapełniły się Rohingya (nazywanymi także Arakanami) na skutek nasilenia się konfliktu etnicznego w Mjanmie w 2017 roku. Eskalacja przemocy zmusiła tysiące muzułmańskich Arakanów do opuszczenia domów. Setki z nich zostało zabitych. Niektórych nawet spalono żywcem w bambusowych klatkach.

W październiku 2018 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych opublikowała raport, w którym stwierdza się, że w Birmie nadal mają miejsce ludobójcze praktyki. Obecnie w Koks Badżar przebywa 700 tysięcy arakańskich uchodźców wyznania islamskiego oraz 150 tysięcy wyznania chrześcijańskiego. (PŚ)

Źródło: https://www.dailymail.co.uk




Turcja grozi Syrii odwetem

Turecki minister obrony zagroził odwetem wobec syryjskiej armii rządowej, jeśli nie powstrzyma swojej ofensywy w Idlib, ostatniej prowincji kontrolowanej przez islamistycznych rebeliantów. Mają oni poparcie tureckie i zgodnie z zawartym w 2018 porozumieniem, Turcy umieścili w tej prowincji 12 „posterunków obserwacyjnych”. Trzy z nich zostały w ubiegłym tygodniu ostrzelane i ośmiu tureckich żołnierzy zginęło w ofensywie syryjskiej. Siły rządowe, wspierane przez rosyjskie lotnictwo, kontrolują obecnie połowę prowincji i zaciskają pętlę wobec miasta Idlib, stolicy.

W związku z walkami w stronę granicy tureckiej uciekło ponad pół miliona mieszkańców, Turcja ostrzegła również Europę, że nie będzie w stanie przyjąć nowych uchodźców. Jednocześnie wzmocniła poważnie swoje stanowiska w Syrii, wysyłając tam ponad 1000 pojazdów z wojskiem i zaopatrzeniem. Turecki minister ostrzegł Syrię, że „mamy plan B i C na wypadek kolejnych ataków” i poinformował 10 lutego rano Rosję, że „Turcja podejmie niezbędne kroki, jeśli Syria nie zaprzestanie ofensywy” g)
Źródło: Al Jazeera

 




Macron prosi Polskę o wsparcie walki w Sahelu

Przebywający z wizytą w Polsce prezydent Francji Emmanuel Macron poprosił Polskę o wsparcie działań Francji stabilizujących sytuację w Sahelu. Ma to także pomóc obniżyć nielegalną imigrację do Europy.

Francja już ogłosiła, że zwiększy swoją obecność wojskową na pograniczu Burkina Faso, Nigru i Mali o 600 żołnierzy. Celem misji jest ćwiczenie i wsparcie żołnierzy lokalnych wojsk w walce z dżihadystami w tym regionie. Macron podczas wizyty w Polsce w poniedziałek i wtorek miał zaapelować do władz naszego kraju o zaangażowanie w tę operację.

Francja miałaby dzięki temu przestać naciskać na Polskę w sprawie przyjmowania masowo napływających imigrantów z Afryki. Jednocześnie zaangażowanie na Sahelu w ograniczenie migracji byłoby zgodne z Polską koncepcją rozwiązywania problemów tam, gdzie one powstają. Polskie władze wyraziły wstępnie gotowość udziału w misji.

W naszej części Europy nie tylko Polska została poproszona o wsparcie. Również władze Republiki Czeskiej proszą swój parlament o zgodę na wysłanie 60-osobowego kontyngentu w ten rejon Afryki. W 2018 roku Polska przekazała nieodpłatnie Czadowi 900 tys. sztuk amunicji.

W roku 2017 przy wsparciu Francji i Unii Europejskiej władze pięciu krajów (Nigru, Burkina Faso, Mali, Czadu i Mauretanii) utworzyły grupę G5, łączącą armie w celu zwalczania terroryzmu, lokalnych milicji i przemytników imigrantów. W rejonie Sahelu działają liczne urgupowania terroryzmu islamskiego, m.in. Ansar Al-Din, Al-Kaida Islamskiego Maghrebu, MUJAO, Ansar Ul-Islam. Tamtędy też wiodą szlaki przemytu ludzi, narkotyków i broni w kierunku Afryki Północnej i Europy.

Pomimo różnic dotyczących oceny praworządności w Polsce i kwestii relacji Francji z Rosją, Macron deklaruje odbudowanie pozytywnych relacji z Polską między innymi w takich dziedzinach, jak współpraca militarna czy energetyka atomowa. (j)




Izraelscy Arabowie nie chcą być częścią Palestyny

Ogłoszony w ubiegłym tygodniu plan pokojowy prezydenta Trumpa dla Izraela i Palestyńczków przewiduje możliwość oddania przez Izrael przyszłej Palestynie dziewiętnastu miejscowości, zamieszkanych przez około 300 tysięcy Arabów. Miejscowości te są częścią Izraela od wojny w 1948 roku.

Chociaż arabscy mieszkańcy Izraela popierają na ogół powstanie przyszłego państwa palestyńskiego, to nie chcą być jego częścią. Ich przywódcy nazwali plan Trumpa „koszmarem”, ludzie mówią, że czują się „zdradzeni”. Politycy izraelscy uspokajają, że nikt nie będzie zmuszony do zostania obywatelem Palestyny, a izraelscy Arabowie, jako obywatele Izraela, będą mogli przenieść się tam, jeśli będą woleli pozostać jego mieszkańcami.

Na podstawie Haaretz oraz israeltoday.com




Palestyńczycy: ”cudzoziemcy” w arabskim kraju

Khaled Abu Toameh

Palestyńczykom żyjącym w Iraku odebrano niedawno status równości praw, jaki mieli pod rządami Saddama Husajna. Teraz Palestyńczycy skarżą się, że są przedmiotem ataków ze strony irackich władz i różnych milicji.  

Społeczność międzynarodowa wydaje się jednak ignorować te skargi. Ignorują je również zachodni aktywiści i organizacje praw człowieka, którzy określają się jako „propalestyńscy”.

Nikogo w społeczności międzynarodowej nie obchodzą Palestyńczycy, kiedy są atakowani przez swoich arabskich braci.

ONZ, Unia Europejska i rozmaite organizacje praw człowieka zwracają uwagę na Palestyńczyków tylko wtedy, kiedy znajdują sposób na obarczanie Izraela odpowiedzialnością za ich „cierpienia”.

Zamiast pomóc Palestyńczykom, którzy są w Iraku pozbawiani wolności, zabijani i torturowani, ONZ, UE i „propalestyńskie” grupy zajęte są wylewaniem nienawiści na Izrael.

Liczba Palestyńczyków w Iraku spadła z ponad 40 tysięcy przed 2003 rokiem do poniżej 6 tysięcy obecnie. Wielu Palestyńczyków zostało zabitych, rannych i aresztowanych przez władze irackie i różne milicje. Tysiące Palestyńczyków uciekło do sąsiednich krajów, włącznie z Syrią i Jordanią.

W 2018 roku ówczesny iracki prezydent, Fuad Masum zaaprobował Prawo Nr 76 z 2017 roku, które odebrało Palestyńczykom żyjącym w Iraku ich prawa i zaklasyfikowało ich jako „cudzoziemców”. To nowe prawo zastąpiło Prawo Nr 202 z 2001 roku, wydane przez Saddama Husajna, zgodnie z którym Palestyńczycy byli traktowani na równi z irackimi obywatelami i mieli wszystkie przywileje i prawa obywatelskie, takie jak ulgi podatkowe, możliwość pracy w ministerstwach i dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej.

Źródła w Bagdadzie ujawniły, że liczne irackie instytucje rządowe, włącznie z departamentem emerytur i ministerstwem handlu, przyjęły nowe kroki przeciwko Palestyńczykom, które są uważane za „niebezpieczne i nieludzkie”.

Publikowana w Londynie gazeta „Al-Araby Al-Jadeed” powiedziała, że te nowe kroki obejmują odebranie Palestyńczykom kuponów żywnościowych, jak również odmawianie im praw do emerytury oraz ponowne narzucenie opłat za opiekę zdrowotną i edukację. Dodatkowo Palestyńczykom odmawia się obecnie prawa składania podań o finansowane przez rząd projekty mieszkaniowe i prawa do rekompensaty dla ofiar zamachów terrorystycznych w Iraku.

Wysoki rangą iracki funkcjonariusz powiedział „Al-Araby Al-Jadeed”, że wiele ministerstw i instytucji rządowych zawiesiło miesięczne racje żywnościowe i wypłatę emerytur dla palestyńskich rodzin. Anonimowy pracownik powiedział, że władze irackie „nie są świadome poważnych politycznych, moralnych i humanitarnych konsekwencji tych kroków dla Palestyńczyków”. Dodał, że „głodzenie palestyńskich rodzin jest sprzeczne z arabskimi i islamskimi wartościami”.

Ahmed Hatem, 42-letni Palestyńczyk żyjący w Iraku, powiedział w reakcji na te karne posunięcia, że „po raz pierwszy Palestyńczycy czują się, jakby byli obcymi w Iraku”.

Inny Palestyńczyk, Nidal Ahmed, powiedział, że Palestyńczycy w Iraku są ”ofiarami biedy, głodu, zniszczenia, wygnania, terroryzmu i aresztowań”. Podkreślił, że palestyńskie wdowy i sieroty są głównymi ofiarami działań podjętych przez irackie władze. Ahmed skarżył się także, że Autonomia Palestyńska nie robi niczego, by pomóc swoim ludziom w Iraku.

Palestyńska pisarka, Miriam Ali powiedziała, że Palestyńczycy w Iraku są traktowani gorzej niż cudzoziemcy i inni Arabowie. ”Palestyńczycy w Iraku są traktowani jak wyrzutki – powiedziała. – Są atakowani przez władze irackie i niektórzy z nich stracili domy, pieniądze i przedsiębiorstwa”.

Inne panarabskie medium, Arabi21, doniosło w maju, że dziesiątki Palestyńczyków aresztowanych w Iraku są w „tragicznej sytuacji pod nieobecność uczciwych procesów i brak uwagi z odpowiedniej strony”.

Według tej relacji około 50 Palestyńczyków przetrzymywanych w irackich więzieniach żyje w niepewności: niektórzy z nich zostali skazani na śmierć, podczas gdy inni otrzymali długie wyroki więzienia za ich domniemaną rolę w terroryzmie. „Aresztowania i trwające prześladowania skłoniły wielu Palestyńczyków do ucieczki z Iraku” – stwierdzono w tej relacji.

Palestyński badacz, Mohamed Abdullah powiedział, że świata wydaje się nie obchodzić tragedia Palestyńczyków żyjących w Iraku. Wielu zatrzymanych Palestyńczyków, powiedział, „porwały milicje, a potem przekazały irackim władzom”. Abdullah twierdził, że oskarżenia o terroryzm wobec niektórych aresztowanych, były „sfabrykowane”. Mówił o dwóch palestyńskich braciach z miasta Mosul, skazanych na 20 lat więzienia za zamordowanie mężczyzny, który żyje. „Rodziny zatrzymanych cierpią w surowych i tragicznych warunkach po utracie żywiciela rodziny – dodał Abdullah. – mamy informacje, że zatrzymani są brutalnie torturowani”.

Gdzie są media? Gdzie są tak zwane grupy praw człowieka?

Palestyńscy aktywiści mówili, że próbowali spotkać się z prezydentem Autonomii Palestyńskiej, Mahmoudem Abbasem, kiedy w marcu odwiedzał on Bagdad, ale odmówiono im. „Chcieliśmy spotkać prezydenta Abbasa, żeby powiedzieć mu o warunkach Palestyńczyków w Iraku, ale zignorował naszą prośbę” – powiedział Palestyński aktywista Abu Yazan. – Prezydent Abbas zignorował nas. Nie spotkał się z żadnym Palestyńczykiem żyjącym w Iraku”.

Palestyńczycy z Iraku są także źli na ONZ za brak zainteresowania ich losem. W otwartym liście do ONZ przedstawiciele Palestyńczyków napisali, że planują serię protestów, by żądać rozpoczęcia dostarczania im różnych usług od ONZ i jej agencji.


Raport
 opublikowany we wrześniu przez grupę o nazwie Muzułmańscy Uczeni Iraku stwierdza, że Palestyńczycy w Iraku stoją w obliczu „tragedii” i żyją „w surowych i nie do opisania nieludzkich warunkach” Ta grupa powiedziała, że Palestyńczycy w Iraku „cierpią z powodu świadomego zaniedbania” i są „poddani systematycznej kampanii prześladowań i czystki etnicznej”.

Los Palestyńczyków w Iraku jest kolejnym przykładem dyskryminacji i represji, z jakimi spotykają się Palestyńczycy w wielu krajach arabskich.

Ponad 4 tysiące Palestyńczyków zabito w Syrii od początku wojny domowej w 2011 roku. Palestyńczycy w Libanie mają zakaz pracy w około 70 zawodach, takich jak medycyna, prawo i inżynieria oraz zakaz wstępowania do związków zawodowych. Nikogo nie obchodzą ci Palestyńczycy ponieważ zabijają ich i odmawiają im pracy ich arabscy bracia.

Palestyńczycy są ofiarami nie tylko swoich arabskich braci, ale także podwójnych standardów międzynarodowej społeczności, która kontynuuje ze swoją obsesją Izraelem.


Palestinians: ”Foreigners’ in an Arab County

Gatestone Institute, 24 grudnia 2019

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

http://www.listyznaszegosadu.pl/dysydenci/palestynczycy-cudzoziemcy-w-arabskim-kraju

Khaled Abu Toameh – urodzony w 1963 r. w Tulkarem na Zachodnim Brzegu, palestyński dziennikarz, któremu wielokrotnie grożono śmiercią. Publikował między innymi w „The Jerusalem Post”, „Wall Street Journal”, „Sunday Times”, „U.S. News”, „World Report”, „World Tribune”, „Daily Express” i palestyńskim dzienniku „Al-Fajr”. Od 1989 roku jest współpracownikiem i konsultantem NBC News.

 




Jak Iran sabotuje pokój na Bliskim Wschodzie

W kontekście i na marginesie ostatniej konfrontacji amerykańsko – irańskiej i zabicia przez USA generała Sulejmaniego, przypominamy jeden z nieczęsto analizowanych elementów irańskiej aktywności w rejonie Bliskiego Wschodu – sterowanie Palestyńczykami, żeby nie dopuścić do zawarcia głębszego porozumienia pokojowego między Hamasem i Izraelem.*

* * *

Iran wydaje się zaniepokojony, że jego palestyńscy sojusznicy w Strefie Gazy mogą zawrzeć długotrwałe zawieszenie broni z Izraelem. Prawdopodobnie dlatego Iran wezwał przywódców Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu (PIJ) do Teheranu po doniesieniach w mediach arabskich, które sugerowały, że Egipcjanie mogli poczynić znaczące postępy w staraniach o osiągnięcie długotrwałego zawieszenia broni między działającymi w Gazie frakcjami, włącznie z Hamasem i PIJ, a Izraelem. 

Według tych informacji przywódcy Hamasu i PIJ, którzy odwiedzili niedawno Kair, zgodzili się na długotrwałe zawieszenie broni z Izraelem. Obie grupy podobno powiedziały Egipcjanom, że zgodzą się na proponowane zawieszenie ognia, jeśli Izrael zaprzestanie punktowego zabijania działaczy Hamasu i PIJ.

Mimo tych doniesień, funkcjonariusze PIJ zaprzeczali informacjom, że zgodzili się na „konsolidację” porozumień o zawieszeniu broni z Izraelem, zawartych w tym roku pod auspicjami Egiptu, Kataru i ONZ. Przywódcy PIJ podobno poinformowali egipskich mediatorów, że choć są przeciwni długotrwałemu zawieszeniu ognia, będą honorować formułę, według której „spokój spotka się ze spokojem”. Innymi słowy, PIJ oświadczył, że będzie atakował Izrael tylko w odpowiedzi na izraelską „agresję” na Strefę Gazy.

Hamas również zaprzeczył doniesieniom o rychłym długotrwałym zawieszeniu broni z Izraelem. Jahja Musa, wysoki rangą funkcjonariusz Hamasu w Strefie Gazy, zbył te doniesienia jako „nonsens” i „fake news”.

Inny wysoki rangą funkcjonariusz Hamsu, Mahmoud Zahar, minimalizował doniesienia o możliwym długoterminowym zawieszeniu broni z Izraelem. Powiedział, że nawet jeśli jego grupa zgodzi się na chwilowe zaprzestanie ataków terrorystycznych na Izrael, będzie to tylko po to, by pozwolić Hamasowi na dalsze zgromadzenie broni. „Nie ma ignorowania naszego głównego celu: wyzwolenia całej Palestyny – wyjaśnił Zahar. – Ktokolwiek próbuje przedstawić spokój jako rodzaj współpracy lub porozumienia z [izraelskim] wrogiem, myli się”.

Wypowiedzi przywódców Hamasu i PIJ zaprzeczają poczuciu optymizmu, jakiemu dali wyraz Egipcjanie po dyskusjach o zawieszeniu broni w Kairze.

Egipski optymizm opiera się widocznie na tym, co słyszeli funkcjonariusze wywiadu w Kairze od Hamasu i PIJ podczas spotkań za zamkniętymi drzwiami. Obie grupy podobno zapewniły Egipcjan, że palestyńskie frakcje w Strefie Gazy są zainteresowane zachowaniem porozumienia o zawieszeniu broni z Izraelem.

Niemniej przywódcy Hamasu i PIJ wyparli się tych słów, gdy tylko opuścili Kair. Czy jest możliwe, że te dwie grupy kłamały Egipcjanom, że są chętne do długiego okresu spokoju? Czy też jest inna przyczyna, dla której obie mówią teraz wszystkim, że nigdy nie zgodziły się na egipską propozycję zawieszenia broni?

Istnieje tylko jedno wyjaśnienie, dlaczego Hamas i PIJ wydają się być w panice: to strach przed reakcją Iranu na jakąkolwiek umowę z Izraelem. Hamas i PIJ od dawna otrzymują z Iranu wsparcie finansowe, polityczne i wojskowe, żeby mogły kontynuować dżihad przeciwko Izraelowi. Oczywiście Teheran nie może sobie pozwolić na utratę tych palestyńskich najemników, szczególnie w sytuacji, kiedy irańska milicja i agenci polityczni nasilają działalność w Iraku, Syrii, Jemenie i Libanie.

Delegacja PIJ pod przewodnictwem sekretarza generalnego grupy, Zijada al-Nachalaha, jest obecnie (grudzień 2019 – red.) w drodze do Teheranu, gdzie oczekuje się, że jej członkowie zapewnią irańskich przywódców, że w wyniku rozmów w Kairze wcale nie porzucili walki przeciwko Izraelowi. Głównym celem Iranu jest ewidentnie zapewnienie, że Hamas i PIJ będą nadal służyć jako zaufani agenci w wojnie przeciwko Izraelowi. Arabscy analitycy polityczni uważają, że Irańczycy starają się obecnie wziąć odwet za izraelskie naloty na proirańskie milicje i bazy w Iraku i w Syrii.

”Iran chce użyć rakiet Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu w odpowiedzi na ataki Izraela na proirańskie milicje w Syrii i Iraku – powiedział arabski politolog, Abdel Moneim Ibrahim. – Równocześnie jednak, Iran nie chce rozszerzać zasięgu militarnej konfrontacji w tym momencie, w której Izrael zaatakowałby bazy irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji wewnątrz Iranu. Największą tragedią w tej grze między Izraelem a Iranem i jego zastępcami w Strefie Gazy są dziesiątki niewinnych Palestyńczyków, którzy giną w każdej konfrontacji”.

Wydaje się, że polityką Iranu jest podtrzymywanie konfliktu między Izraelem a palestyńskimi grupami w Strefie Gazy na „wolnym ogniu”. Ta polityka oznacza rakiety na Izrael ze Strefy Gazy od czasu do czasu, przy staraniu się, żeby przemoc nie przerodziła się w pełną wojnę z tą rządzoną przez Hamas nadbrzeżną enklawą. Irańczycy są świadomi tego, że taka wojna mogłaby skończyć się całkowitym zniszczeniem ich marionetek w Strefie Gazy, podczas gdy sporadyczne ataki rakietowe wywołają tylko ograniczoną reakcję Izraela.

Irański plan udaremnienia długoterminowego zawieszenia broni w Strefie Gazy może być także próbą Teheranu odwrócenia uwagi od potężnych protestów, jakie w ostatnich tygodniach wybuchły w tym kraju. Dziesiątki protestujących zabito podczas tych demonstracji przeciwko obcięciu subsydiów na benzynę. Tym, co prawdopodobnie najbardziej niepokoi przywódców Iranu, są hasła wykrzykiwane przez protestujących: „Nie dla Gazy, nie dla Libanu”. Te hasła są skierowane przeciwko finansowemu wspieraniu Hamasu i PIJ w Strefie Gazy oraz Hezbollahu w Libanie. Innymi słowy, protestujący mówią, że naród irański ma dość patrzenia, jak ich kraj daje miliony dolarów palestyńskim i libańskim grupom terrorystycznym zamiast polepszyć sytuację gospodarczą w kraju.

Palestyńczycy mówią, że w dodatku do pomocy finansowej i militarnej dla Hamasu i PIJ, Iran finansuje także rozmaite projekty w Strefie Gazy, włącznie z budowaniem nowych domów i wypłacaniem stypendiów rodzinom Palestyńczyków uwięzionych przez Izrael za udział w terroryzmie przeciwko Izraelczykom.

Palestyński politolog, Mohammed Anabtawi, uważa, że irańska pomoc ma na celu „sabotowanie” starań Egiptu o osiągnięcie zawieszenia broni w Strefie Gazy oraz „wbicie klina” między Hamas a Autonomię Palestyńską prezydenta Mahmouda Abbasa na Zachodnim Brzegu. „Gdyby Iran był szczery w sprawie pomocy, przekazywałby ją przez Autonomię Palestyńską – powiedział Anabtawi. – Ale jest to pomoc motywowana politycznie z agendą, która nie służy interesom Palestyńczyków. Iran rozgrywa kartę Gazy jako część swoich konfliktów w innych częściach świata”.

Iran jest wyraźnie zdecydowany dążyć do swojego celu eksportowania ”rewolucji islamskiej” do tak wielu krajów arabskich, jak to możliwe, włącznie z palestyńską areną. Innym celem irańskim jest zlikwidowanie Izraela. Iran może osiągnąć swój cel tylko wówczas, jeśli jego marionetki i milicje nadal mieszają w wewnętrznych sprawach krajów arabskich i przypuszczają więcej ataków na Izrael. Przywódcy Iranu widzą swoje stosunki z Hamasem i Palestyńskim Islamskim Dżihadem następująco: „Nie wysyłamy tym grupom i milicjom gotówki i broni po to, żeby mogły zawierać porozumienia o zawieszeniu broni. Dopóki  dostarczamy im pieniędzy i broni, muszą robić wszystko, co chcemy”.

Dlatego można spokojnie założyć, że nawet jeśli Egipcjanom uda się doprowadzić do jakiegoś rodzaju zawieszenia broni między palestyńskimi grupami a Izraelem, przywódcy Teheranu zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby przeszkodzić takiemu porozumieniu.

Khaled Abu Toameh

Urodzony w 1963 r. w Tulkarem na Zachodnim Brzegu, palestyński dziennikarz, któremu wielokrotnie grożono śmiercią. Publikował między innymi w „The Jerusalem Post”, „Wall Street Journal”, „Sunday Times”, „U.S. News”, „World Report”, „World Tribune”, „Daily Express” i palestyńskim dzienniku „Al-Fajr”. Od 1989 roku jest współpracownikiem i konsultantem NBC News.

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Źródło tekstu polskiego: http://www.listyznaszegosadu.pl

* Artykuł z grudnia 2019.




Nowy rok, stare problemy? Jak 2019 wpłynie na 2020

Jan Wójcik

Trudno z wielu różnych wydarzeń 2019 roku wyłuskać te najważniejsze. Zawsze coś trzeba odrzucić. Poniżej subiektywnie dobrany zestaw tych, które w mojej opinii mają najszersze oddziaływanie i będą wpływać na następne lata.

Turcja rozpycha się w basenie

W roku 2019 mieliśmy bez dwóch zdań do czynienia z coraz bardziej asertywną Turcją na arenie międzynarodowej. Asertywną głównie wobec Zachodu czy konkurencji na Bliskim Wschodzie, a nie wobec Rosji czy Chin. Wymieńmy: romans z rosyjskim uzbrojeniem wbrew ostrzeżeniom Stanów Zjednoczonych; atak – pod pretekstem zapewnienia sobie bezpieczeństwa – na północno-wschodnią Syrię zamieszkałą głównie przez Kurdów; narastający spór o złoża węglowodorów na wschód od Cypru i bezpośrednie zaangażowanie się w konflikt libijski w ostatnich dniach roku.

Z drugiej strony mamy turecką bezradność wobec prowincji Idlib, gdzie kontrolę próbuje przejąć syryjski reżim przy pomocy Rosji i ciszę wokół chińskich obozów reedukacyjnych dla muzułmanów. Może to sugerować, że obecny rząd Turcji rozumie język siły, a takich komunikatów nie dostaje od swoich sojuszników z NATO. Dzięki temu prezydent Erdogan może szantażować Europę imigrantami, a NATO jeszcze większym zbliżeniem z Rosją. Próbuje też tworzyć własny układ sił wśród państw muzułmańskich podzielających islamistyczną ideologię, wyrywając spod wpływów Zatoki Katar, Pakistan czy Malezję.

Ruchy Turcji w Libii i wojna proxy, jaką tam toczy z państwami arabskimi oraz sytuacja w Idlib, będą zwiększać presję imigracyjną na Europę, a Erdogan chce się postawić w roli osoby trzymającej rękę na kurku z przepływem imigrantów. W noworocznym przemówieniu już wieszczył zamieszki na ulicach europejskich miast. Nadepnął już na odcisk tylu państwom, że pozostaje mieć nadzieję, iż w końcu otrzyma odpowiedź na swoje działania.

Nielegalna imigracja osłabła, ale nie wszędzie

Był to kolejny rok spadku liczby imigrantów przekraczających nielegalnie granicę. Według Frontexu, do listopada było to około 110 tysięcy osób. 70% z nich dostawało się na wyspy Grecji z terytorium Turcji. I co prawda w 2018 roku granice nielegalnie przekroczyło 136 tysięcy osób, ale jednak poprawa nastąpiła na szlaku centralnym (Libia/Tunezja – Włochy) i zachodnim (Maroko – Hiszpania), natomiast liczba imigrantów przedostających się z Turcji wzrosła, co oznacza, że kraj ten nie wywiązuje się z umowy z Unią Europejską o powstrzymywaniu imigracji.

Kolejnym powodem do zaniepokojenia jest skutek odejścia ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego z rządu we Włoszech i koniec blokady portów przed organizacjami przewożącymi imigrantów. Restrykcyjna polityka zmniejszała imigrację, co pośrednio przekładało się na mniejszą liczbę utonięć. Nowy rząd powoli zmniejsza ograniczenia, a część krajów unijnych obiecuje relokować imigrantów z Włoch, co ma stabilizować rząd w tym państwie, gdzie nastroje antyimigracyjne dają ponad 50% poparcia prawicowej opozycji.

Przyczynia się to jednocześnie do wzrostu liczb w statystykach imigracyjnych, co widać pod koniec roku. Nielegalna imigracja od sierpnia do października wynosiła w 2018 roku 3,7 tysiąca osób, a w 2019 już ponad 6,8 tys. To wzrost o ponad 80%. Obawy o wzmocnienie czynników przyciągających, czyli łatwość pozostania na danym terytorium i uniknięcia deportacji, są uzasadnione.

Polska wciąż nie ma swojej polityki imigracyjnej (…) a dzisiaj naszemu krajowi nie wystarczy już tylko niezgoda rządzących na relokację.

Ogólnie biorąc, wymienione liczby nielegalnych imigrantów nie byłyby problemem, gdyby skuteczność odsyłania osób niemających tytułu do pobytu na terytorium UE była wysoka. Jest niestety na odwrót, co więcej w niektórych krajach, na przykład w Niemczech, liczba deportacji spada.

Wracają dzielni chłopcy i dziewczęta

Kolejnym żywo dyskutowanym w ubiegłym roku wyzwaniem był powrót do Europy (ale nie tylko) obywateli europejskich (czasami podwójnego obywatelstwa), którzy wzięli udział w działaniach terrorystycznych na terenie Syrii i Iraku.

Państwa europejskie starają się tego uniknąć jak mogą, chociażby pozbawiając obywatelstwa, ale może to w ogóle nie rozwiązać problemu, zwłaszcza, że Turcja straszy wypuszczeniem ich bez porozumienia z ich krajami pochodzenia, a inne państwa regionu, delikatnie mówiąc, nie mają rozbudowanej polityki  w tym zakresie.

Oczywiście każdy zaprawiony w boju terrorysta, owiany legendą, stanowi niebezpieczeństwo, jednakże według statystyk, to na przykład Francja ma większy problem z imigrantami, którzy w najbliższym czasie wyjdą z jej więzień, niż z tymi, którym teoretycznie uda się wrócić do kraju. A Brytyjczycy z kolei przekonali się boleśnie jak nie zadziałał w tym przypadku system penitencjarny.

Problem osób zradykalizowanych, przebywających na wolności, które trzeba będzie objąć kontrolą służb, będzie narastał w roku 2020 i w następnych.

Pozytywnie

W minionym roku pojawiły się również trendy pozytywne. Na Bliskim Wschodzie spada liczba osób, które wierzą, że „islam jest rozwiązaniem”. Spada religijność muzułmanów w tamtym regionie. Słabsze jest także poparcie dla islamizmu jako ustroju społeczno-politycznego, który mógłby rozwiązać problemy społeczeństw. To nie musi jednak bezpośrednio przekładać się na Europę, ponieważ islam stał się tutaj cechą tożsamościową odróżniającą jego wyznawców od reszty społeczeństwa.

Warte odnotowania jest też to, że o radykalizmie islamskim wśród ekspertów i instytucji coraz częściej się mówi, że stanowi problem jako ideologia, a nie tylko jako proces prowadzący do przemocy. Podobnie jak w odniesieniu do ruchów faszystowskich, uważamy, że samo wyznawanie islamistycznych poglądów stanowi podstawę do kwalifikacji jako ekstremizm, a nie wyłącznie wtedy, kiedy przekładają się one na działania z użyciem przemocy.

Wreszcie, odrzucenie w Wielkiej Brytanii napisanej i popieranej głównie przez muzułmańskich posłów definicji „islamofobii”, która zdaniem krytyków i muzułmanów nastawionych reformatorsko ograniczałaby wolność słowa, jest też pozytywnym sygnałem. Nie należy mieć wątpliwości, że będą kolejne podejścia, żeby ustawę przepchnąć bocznymi drzwiami, ale zwycięstwo konserwatystów, którym próbowano zrzucić instytucjonalną islamofobię – dla równowagi z instytucjonalnym antysemityzmem, który pogrążył lewicę – nie ułatwi sprawy cenzorom.

Co z nami?

Na koniec pozostaje pytanie o Polskę, która wciąż nie ma swojej polityki imigracyjnej pozwalającej na układanie imigracji z korzyścią dla państwa. Niestety doniesienia z ubiegłego roku, takie jak o aresztowaniu osób przygotowujących zamachy islamistyczne, czy z drugiej strony planujących zamachy na muzułmanów, pokazują, że powielanie błędów Zachodu doprowadzi do tych samych rezultatów co tam, a dzisiaj naszemu krajowi nie wystarczy już tylko niezgoda rządzących na relokację.




Słuszny gniew indyjskich muzułmanów?

Grzegorz Lindenberg

Drugi tydzień trwają w Indiach zamieszki po wejściu w życie nowych przepisów o przyznawaniu obywatelstwa nielegalnym imigrantom, ponieważ te przepisy nie obejmują muzułmanów.

Zmiany pozwolą na szybsze przyznawanie obywatelstwa sześciu mniejszościom religijnym pochodzącym z sąsiadujących z Indiami krajów muzułmańskich – Pakistanem, Bangladeszem i Afganistanem. Obywatelstwo może być przyznane po 6, a nie jak dotychczas po 11 latach pobytu w Indiach, jeśli imigrant jest hinduistą, chrześcijaninem, parsem, sikhem, buddystą albo dżinistą  – ale nie muzułmaninem.

Rząd Indii tłumaczy, że chodzi o zalegalizowanie pobytu mniejszości, prześladowanych w krajach o ogromnej większości muzułmańskiej, a muzułmańscy imigranci nie są w swoich krajach prześladowani. Nie wiadomo, ilu imigrantów nowe przepisy dotyczą, ale na pewno jest to kilka milionów osób.

Zamieszki, w których kilkadziesiąt osób odniosło rany, objęły kilkanaście indyjskich miast, a biorą w nich udział głównie studenci muzułmańskich uczelni. W Indiach muzułmanów jest około 170 milionów, czyli ok. 14% mieszkańców. Demonstranci, działacze muzułmańscy i politycy opozycji twierdzą, że nowe przepisy naruszają zasadę świeckości Indii i są dyskryminacją ze względu na religię. W mediach na świecie wielokrotnie twierdzenia te były publikowane bez komentarza.

Z protestów można by sądzić, że nowe przepisy pozbawią muzułmanów obywatelstwa Indii, co jest całkowitą nieprawdą. Nie dotyczą one obywateli Indii, muzułmanów czy niemuzułmanów, tylko nielegalnych imigrantów – dotychczas będących formalnie obywatelami innych krajów.

Dla tych z nich, którzy nie mogą, czy nie chcą powrócić do swoich krajów ze względu na prześladowania, nowe przepisy stwarzają szansę na zdobycie obywatelstwa Indii i stabilizację. Te prześladowania nie są wymysłem nacjonalistycznego rządu indyjskiego – wystarczy przypomnieć sprawę chrześcijanki Asi Bibi, oskarżanej w Pakistanie (jak wielu innych chrześcijan) o bluźnierstwo – za które w tym kraju grozi kara śmierci.

Regulacje nie są też naruszeniem świeckiej zasady państwa – tak jak priorytetowe traktowanie muzułmańskich azylantów w Europie wobec chrześcijan nie naruszało zasady świeckości państw europejskich, chociaż było niesprawiedliwe.

Owszem, można powiedzieć, że nowe prawo jest niesprawiedliwe, bo nie daje równych szans muzułmańskim imigrantom, ale oni mają gdzie wrócić. W czasie podziału brytyjskich Indii w 1947 roku stworzone zostało specjalnie dla muzułmanów osobne państwo, Pakistan (które po wojnie domowej w 1971 podzieliło się na Pakistan i Bangladesz), żeby wyznawwcy islamu nie musieli być mniejszością w niepodległych hinduistycznych (i świeckich) Indiach. W tych dwóch krajach żyje ponad 350 mln muzułmanów, a jeden z nich – Pakistan – nazywa się oficjalnie Islamską Republiką Pakistanu.

Imigranci muzułmańscy przybywają do Indii z krajów muzułmańskich dlatego, że jest to kraj spokojniejszy niż te pierwsze, gdzie działają islamistyczne bojówki albo partyzantka, kraj znacznie bardziej demokratyczny niż Pakistan i znacznie od sąsiednich krajów zamożniejszy.

Indie wprawdzie nadal są biedne, ale ich dochód narodowy na głowę jest o 40% wyższy niż w  Pakistanie i o 75% wyższy niż w Bangladeszu. Przybywają więc tam imigranci ekonomiczni z krajów, które miały być ich schronieniem, a wyjeżdżają dlatego, że są one gorzej zarządzane, bardziej niebezpieczne i biedniejsze. Teraz być może będą musieli do swoich ojczyzn wrócić.

Prawdziwą przyczyną demonstracji w Indiach nie są obawy tamtejszych muzułmanów, że zostaną pozbawieni obywatelstwa, czy że staną się obywatelami drugiej kategorii, bo nowe przepisy nie mają z tym nic wspólnego. Stanowić będą jednak podstawę do przyszłych wydaleń nielegalnych imigrantów.

Minister spraw wewnętrznych Amit Shah zaproponował stworzenie ogólnokrajowego rejestru wyborców, na wzór rejestru stworzonego w tym roku w stanie Assam, graniczącym z Bangladeszem. W Assamie około 2 milionów ludzi nie znalazło się w rejestrze i zostało uznanych za nielegalnych imigrantów – ale wśród nich byli też Hindusi z Bangladeszu, nie tylko muzułmanie.

Ogólnokrajowy rejestr wyborców, po wprowadzeniu nowych przepisów o obywatelstwie dla imigrantów, będzie obejmował tylko muzułmanów, a jego celem, jak powiedział minster Shah, będzie „wydalenie z Indii do roku 2024 wszystkich nielegalnych”.

Sprzeciw demonstrantów wobec nowych przepisów jest więc protestem przeciwko potencjalnej groźbie wydalenia kilku – kilkunastu milionów imigrantów muzułmanów, co zredukuje liczebność muzułmańskiej mniejszości w Indiach i odbierze jej część politycznego znaczenia poprzez zmniejszenie liczby wyborców.

Poparcie dla nowych przepisów wyraziła Taslima Narseen, pochodząca z Bangladeszu pisarka, która od 25 lat mieszka w Indiach, bo w jej kraju rodzinnym została wydana fatwa orzekająca dla niej karę śmierci za krytykę islamu. Narseen, która jest niewierząca, chciałaby poszerzenia przepisów, aby obejmowały także ateistów i wolnomyślicieli, prześladowanych w sąsiadujących z Indiami krajach muzułmańskich.




Turcja grozi USA zamknięciem bazy z bronią nuklearną

Turcja przygotowana jest do zamknięcia bazy lotnictwa w Incirlik, jeżeli Waszyngton nałoży sankcje na kraj, zagroził prezydent Turcji Erdogan.

„Zamkniemy bazę Incirlik, jeżeli to będzie konieczne”, powiedział w niedzielę  Erdogan w tureckim programie informacyjnym „A Haber”.

W bazie NATO w Turcji przechowywanych jest około 50 amerykańskich bomb nuklearnych, których los już od kilku lat niepokoi obserwatorów narastającego konfliktu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Turcją. Wcześniej przy wzroście napięcia w tym roku prezydent Donald Trump zapewnił, że broń składowana w bazie jest bezpieczna.

Kiedy w roku 2016 po puczu przeciwko Erdoganowi nasiliła się antyamerykańska retoryka, a bazie odcięto dostawy prądu i zablokowano przyloty i odloty amerykańskich samolotów; pojawiły się pogłoski, że USA zabierze broń z Turcji. „Euractiv”, powołując się na dwa różne źródła, informował, że USA po tym incydencie zaczęły przenosić broń masowego rażenia do Rumunii.

Kolejnym elementem szantażu Erdogana przeciwko amerykańskim sankcjom jest grożenie zamknięciem bazy NATO, gdzie znajduje się radar kluczowy dla europejskiego systemu obrony przeciwrakietowej.

Groźby pojawiły się w reakcji na poparcie przez amerykański senat sankcji gospodarczych wymierzonych w Turcję za zakup rosyjskiego uzbrojenia przeciwrakietowego i atak na północną Syrię. Chociaż w Kongresie znakomita większość reprezentantów jest za ich wprowadzeniem, prezydent Donald Trump nie sygnalizował na razie chęci ich nałożenia. (j)

Na podst. Stars and Stripes




Islamiści z Turcji zbroją islamistów z Libii

Rząd Turcji pod władzą partii AKP przez ostatni rok wysyłał drony, pojazdy opancerzone i amunicję do libijskiego, proislamistycznego Rządu Zgody Narodowej (GNA) w Trypolisie, który ONZ uznaje jako legalny rząd Libii.

Turcja szkoli także personel armii i policji GNA. Choć już w 2015 r. informowano o tym militarnym wsparciu, wydaje się, że zostało rozszerzone w 2019 r.

Ta polityka pokazuje rolę Turcji w trwającej drugiej libijskiej wojnie domowej, która zaczęła się w 2014 r. i obecnie w znacznej mierze stanowi walkę między GNA a Libijską Armią Narodową (LNA), dowodzoną przez marszałka Chalifa Belkasim Haftara, który jest lojalny wobec mieszczącej się w Tobruku Izby Reprezentantów (HoR).

Rząd AKP wysłał do Libii, według doniesień, między inną bronią i wyposażeniem wojskowym, 100 Kirpi („Jeż”) odpornych na miny pojazdów opancerzonych produkowanych przez turecką firmę BMC i podobno opłaconych przez rząd w Katarze. Baykar, turecka firma zarządzana przez Selçuka Bayraktara, zięcia prezydenta Turcji Erdoğana, produkuje tureckie drony, których używają w Libii.

W listopadzie dyrektor tureckiego Urzędu Bezpieczeństwa powiedział, że „z 50 członkami personelu uczestniczącymi w każdym programie, w sumie 200 członków libijskiej policji otrzymuje czterotygodniowe ‘podstawowe szkolenie w operacjach specjalnych’”.

Przez wspieranie GNA Turcja wspiera także niektórych wrogów Stanów Zjednoczonych, w tym Mohameda Ben Dardafa, który, jak informowano, został zabity walcząc w Brygadzie Somoud GNA 26 maja i był oskarżony o wzięcie udziału w ataku na dyplomatyczną misję amerykańską w Bengazi, kiedy to zabito ambasadora USA, Christophera Stevensa i trzech innych dyplomatów we wrześniu 2012 r.

MEMRI opublikował przegląd informacji (w języku angielskim) o broni, jaką rząd AKP wysyła do Libii, jej użyciu, tureckim szkoleniu libijskiego personelu armii i policji, kilku atakach LNA na tureckie interesy w Libii oraz możliwych motywacji takiej polityki.

Źródło: https://www2.memri.org
Raport (ang.): https://www.memri.org/reports