Polska wspiera wojskiem Turcję; imigranci podpalają obóz; trzynastolatek bluźnierca. Przegląd wydarzeń 13-20.09

Jednak są rzeczy nowe sub sole: Polska wysyła żołnierzy do Turcji, trzynastolatek jest sądzony jak dorosły za bluźnierstwo, a imigranci podpalają swój własny obóz w Grecji.

Wiadomości

Trzynastoletni chłopiec skazany został na 10 lat więzienia w jednej z prowincji Nigerii, kierującej się prawem szariatu. Kolega oskarżył go o bluźnierstwo – nazwanie Allaha obelżywym słowem. Proces odbył się bez kontaktu obrońców z oskarżonym, którego sąd potraktował jak dorosłego. Więcej….

Imigranci podpalili obóz Moria na wyspie Lesbos, mając nadzieję, że po jego likwidacji 12 tysięcy przebywających w nim od miesięcy osób dostanie pozwolenie na udanie się do Niemiec i innych krajów europejskich. Jednak władze greckie przenoszą ich do innego obozu tymczasowego i budują duży obóz stały. Więcej

W obronie saudyjskiego blogera Raifa Badawiego wystąpiło 45 niemieckojęzycznych pisarzy, domagając się od niemieckiego rządu skutecznej interwencji u władz saudyjskich. Badawi, odbywa karę 10 lat więzienia za liberalne wpisy na swoim blogu. Więcej

Szwajcarski sąd skazał na ponad cztery lata więzienia islamistę z Winthertur, którego oskarżono o prowadzenie rekrutacji dla Państwa Islamskiego. Mężczyzna przekonywał sąd, że zmienił już zdanie i ekstremizmu nie popiera. Więcej

Hezbollah przemycił do Europy i składuje w różnych krajach materiał wybuchowy (azotan amonowy), żeby przeprowadzać w przyszłości ataki terrorystyczne na życzenie Iranu, twierdzi amerykański Departament Stanu. Więcej….

Analizy i opinie

Termin „islamofobia” jest narzędziem islamistów w walce z tymi, którzy krytykują ich ideologię, uważa Sara Khan, kierująca brytyjską Komisją ds. Zwalczania Ekstremizmu, muzułmanka. Więcej

Z pięcioletnim opóźnieniem Polska zdecydowała o wysłaniu grupy żołnierzy do Turcji, gdzie mieliby wspierać miejscową armię w zapewnieniu bezpieczeństwa ze względu na zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego. Decyzja NATO z 2015 roku jest dzisiaj bez znaczenia militarnego, ale jest politycznym gestem wsparcia Polski dla Turcji na tydzień przed szczytem Unii, która ma decydować o nałożeniu na Turcję sankcji za wiercenia w morskich strefach Grecji i Cypru. Więcej

Od 40 lat muzułmański filozof Bassam Tibi próbuje walczyć z muzułmańskim fundamentalizmem. To on stworzył pojęcie – od którego nazwę przejął nasz portal – euroislamu, czyli nowoczesnego islamu, zgodnego z europejskimi wartościami. Więcej

Dżihadyści cieszą się z ruchu Black Lives Matter, który osłabia USA i Zachód, i starają się w sieci zwiększać napięcia i niechęć do policji. WIęcej...




Gdzie jesteśmy 19 lat po 11 września

Od wydarzenia z 11.09.2001 roku już przez dziewiętnaście lat świat toczy wojnę z terroryzmem. Wahamy się jednak od czasu do czasu, czy przyznawać, że walczymy z terroryzmem islamskim lub islamistycznym.

Obecnie znajdujemy się w pewnej fazie względnego spokoju z punktu widzenia Europy. Pokonanie Państwa Islamskiego spowodowało ograniczenie jego zdolności operacyjnych. Zamachy zdarzają się, ale większość spisków jest wykrywana. To jednak spokój pozorny, okupiony wytężoną pracą służb wewnętrznych i wojska oraz ograniczeniami wolności.

Pojawiają się głosy, o czym uprzedzaliśmy wcześniej, że organizacje terrorystyczne odradzają się na pograniczu Syrii i Iraku. Część radykałów przeszła na służbę Turcji i pod jej parasolem działa w północnej Syrii. Bardzo niestabilna jest Afryka. Mamy konflikt w Libii z udziałem milicji i terrorystów, powstanie dżihadystyczne w Mozambiku, rozszerzającą się aktywność terrorystów korzystających z niewydolności państw na Sahelu. Niespokojnie jest w Somalii, ugrupowania terrorystów islamskich funkcjonują w Afryce Północnej.

Zdobycie gdzieś tam terytorium pozwoli na powtórzenie sukcesu ISIS, które pokazało, że marzenia o Państwie Islamskim są możliwe do zrealizowania. Cały czas pojawiają się doniesienia o przenikaniu i rozwoju terroryzmu w Azji Południowo-Wschodniej, USA wydają się pozostawiać Afganistan talibom, a na pograniczu Indii i Pakistanu intensyfikuje się konflikt, który także może prowadzić do wzmocnienia obecnych na miejscu terrorystycznych ugrupowań.

Walka z terroryzmem z jednej strony jasno wskazała zagrożenie, z drugiej skupiła uwagę na przemocy, odwracając ją od tych ugrupowań islamistycznych, które dążą do podobnych celów, tyle że metodami transformacji społecznej i politycznej. W ostatnich latach jednak uwaga państw coraz bardziej skupia się i na tym aspekcie. We Francji i Niemczech coraz głośniej mówi się o separatyzmie, islamizmie, salafizmie. O wpływach obcych krajów na radykalizację mniejszości. Jest też jednak druga strona medalu – islamiści wykształceni na Zachodzie przyswoili nasz język debaty i język praw człowieka, wykorzystując go do poszerzania swoich wpływów tak, że dzisiaj otrzymują wsparcie z unijnych funduszy, czy od uczelni.

Pocieszające jest to, że z islamizmem jest jak z komunizmem – im go więcej, tym bardziej ludzie rządzeni przez tą ideologię coraz mniej go chcą. Nowe badania z Iranu pokazują, że coraz mniej osób identyfikuje się z szyizmem, rośnie liczba ateistów (9%), osób nieokreślających swojego wyznania (22%), agnostyków (6%).

Zmienia się też układ geopolityczny, który też może mieć wpływ na rozwój islamizmu. Katar i Turcja są w sporze z Arabią Saudyjską, ZEA i Egiptem. Saudowie ograniczają swoje wysiłki misjonarskie, a Katar i Turcja wysuwają się tu na prowadzenie. Tymczasem ZEA zbliża się z Izraelem, już oficjalnie, i tworzy sojusz, o którym nikt wcześniej by nie pomyślał. Biorąc pod uwagę, jakim paliwem był „syjonistyczny spisek” w świecie islamistycznej propagandy, w dłuższym okresie może to wywrzeć pozytywny wpływ na sytuację.

Z okazji tej smutnej rocznicy życzymy sobie i wszystkim, żebyśmy za rok, w dwudziestą rocznicę WTC, mogli mówić o konkretnych działaniach przeciwko islamistom w Europie, żeby sny Erdogana o kalifacie zostały zniweczone, a zagrożenie terrorystyczne zminimalizowane.

Redakcja Euroislam.pl

 




Brytyjski rząd wyjaśnia zamach, muzułmanie uciszają media

Publiczne dochodzenie w Wielkiej Brytanii ujawniło, że Salman Abedi modlił się przed zamachem w Manchesterze. BBC jednak nie może o tym pisać w tytule, bo uraża to reprezentantów muzułmańskiej społeczności.

Rozpoczęło się publiczne dochodzenie w sprawie samobójczego zamachu na Manchester Arena, dokonanego przez Salmana Abediego, któremu pomagał jego brat Hashem skazany na 55 lat więzienia. W zamachu, dokonanym w imię islamistycznej ideologii, zginęły 22 osoby, a ponad 100 zostało rannych.

Dochodzenie ma zbadać przebieg wydarzeń, by nauczyć się na błędach i zapobiec podobnym wydarzeniom w przeszłości. Jednak już w pierwszych dniach pojawiły się problemy w ujawnianiu prawdy. Nie podoba się ona Muzułmańskiej Radzie Wielkiej Brytanii (MCB).

Podczas analizy zachowania Abediego w trakcie wieczoru, kiedy dokonał zamachu, dowiedziano się, że godzinę przed zamachem modlił się publicznie w okolicy. Jeden ze świadków modlitwy miał pół godziny przed zamachem poinformować funkcjonariusza Brytyjskiej Policji Transportu (BTP), który jednak nie przypomina sobie zgłoszenia.

CfMM chwali się efektami swojej pracy [zdj. Twitter]
CfMM chwali się efektami swojej pracy [zdj. Twitter]
Ta informacja pojawiła się w nagłówku artykułu BBC „Zamachowiec z Areny ‚widziany gdy modlił się przed wybuchem'”. Nagłówek zmieniono wkrótce po interwencji MCB na „Zamachowiec z Areny przyciągnął uwagę przed wybuchem”.

„Ten nagłówek na głównej stronie @BBCNews jest nie do zaakceptowania”, napisał dyrektor wykonawczy Centrum Monitoringu Mediów (CfMM) Miqdaad Versi, organizacji powołanej przez MCB. Zagroził także oficjalną skargą, że fakt modlenia się przed zamachem został uznany za na tyle ważny, żeby pojawił się na głównej stronie brytyjskiego koncernu mediowego. Informację uzyskaną w trakcie dochodzenia uznał za „niezweryfikowaną, wprowadzającą w błąd, i szczerze mówiąc nieistotny zarzut”. Zdaniem Versiego „modlitwa nie wskazuje na terroryzm i jest nieistotna dla terrorystycznej działalności”.

Tu specjalista do spraw antyterroryzmu i narodowego bezpieczeństwa Robin Simcox z Heritage Foundation ma trzy zastrzeżenia. Pierwsze to wolność prasy, i pytanie czy BBC dla świętego spokoju ulega aktywistom śledzącym najmniejsze odniesienia do religii?

Po drugie, istnieje uzasadnione ryzyko, że obywatele widząc taki sygnał płynący z mediów nie będą zgłaszać podobnych niepokojących zachowań, w obawie przed oskarżeniami o rasowe profilowanie. Nie zajdzie więc w przyszłości procedura „zobaczone, zgłoszone, wyjaśnione”. Zostało to wzmocnione przez komentarze innych ekspertów do spraw terroryzmu wyrażających obawy o marginalizację muzułmanów.

Wreszcie po trzecie, chociaż „sama w sobie modlitwa nie jest wskaźnikiem terroryzmu”, to jednak modlitwa przed wysadzeniem sali pełnej ludzi ma związek z działalnością terrorystyczną.

Simcox zgadza się, że „publiczna modlitwa nie jest podejrzana”, „noszenie ciężkich bagaży nie jest podejrzane”, „czekanie w wejściu na muzyczne wydarzenie przez godzinę jest dziwne, ale nie podejrzane”. „A jednak razem w czasie podwyższonego zagrożenia terrorystycznego (…) stają się istotne” – podsumowuje ekspert.

Ważny jest kontekst. Po wezwaniu, wystosowanym przez emira ISIS, do zamachów terrorystycznych wszystkimi możliwymi środkami w Europie oraz po zamachach, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii czy Francji, ostrożność była wskazana. I społeczeństwo, jak twierdzi Simcox, miało dobrą intuicję – zgłoszono modlitwę Abediego; inny świadek informował ochronę, że Abedi wydaje się być nie na miejscu z wielkim plecakiem w sali koncertowej. To zostało zignorowane, zginęły 22 osoby.

*

Jaką rolę odgrywa więc dyrektor CfMM? Ogranicza dziennikarzom mówienie prawdy, deprymuje ekspertów i opinię publiczną i wypacza znaczenie faktów redukując je do absurdalnych stwierdzeń. Na Twitterze atakuje posiadających odmienne opinie ekspertów z Policy Exchange czy Henry Jackson Society, zrównując ich z osobami głoszącymi teorie spiskowe. Nawet jeżeli celem jest tu dbałość o dobre imię islamu, to świadomie bądź nie, Versi ogranicza możliwość walki z islamskim radykalizmem i w dodatku tworzy wrażenie, że muzułmanie uciszają media.

Więcej o rodzinie zamachowca z Manchesteru w naszym artykule.

Jan Wójcik

Obserwuj autora na Twitter @jankwojcik

Źródło: counterextremism.org.uk




Proimigracyjna propaganda Niemiec i terroryzm we Francji. Przegląd wydarzeń 31.08-06.09

We Francji i Niemczech zagrożenie terroryzmem islamskim dalej jest poważne, lecz mimo to niemieckie elity odtrąbiły sukces integracji. Ten optymizm został podparty zmanipulowanymi danymi. We wschodniej części Morza Śródziemnego, w kolebce naszej cywilizacji, narasta konflikt, który może przerodzić się w wojnę.

Wiadomości

Mahomet wrócił na okładkę „Charlie Hebdo”, a to z okazji rozpoczynającego się procesu zamachowców, którzy zabili w 2015 roku dziennikarzy magazynu. Redakcja informuje, że się nie podda. Więcej…

Zagrożenie terrorystyczne we Francji jest „niezwykle wysokie” poinformował minister spraw wewnętrznych Francji przy okazji procesu wyżej wspomnianych zamachowców. Więcej…

Niemcy wykryły kolejny spisek terrorystyczny w tym roku – planowany zamach bombowy w restauracji. Więcej…

Niemiecki sąd pracy uchylił zakaz noszenia chust przez nauczycielki w szkole. Prawo do manifestowania swojej tożsamości religijnej postawił ponad neutralnością światopoglądową państwa. Więcej…

Turcja grozi Grecji wojną; spór między tymi krajami eskaluje, a obecność państw trzecich sugeruje, że nie chodzi tylko o kwestie dostępu do gazu. Więcej…

Narastająca nielegalna imigracja do Wielkiej Brytanii powoduje, że brytyjskie służby imigracyjne są przeciążone napływem osób szukających azylu. Więcej…

Media społecznościowe są trybuną dla kaznodziejów nienawiści. Wielkie firmy technologiczne oskarżane są o przymykanie oka na ich działalność w sieci. Więcej…

Opinie i analizy

Sukcesy integracji fali imigracyjnej z 2015 roku opisywały niemieckie, brytyjskie, a w ślad za nimi polskie media. Przedstawiane dane zmanipulowano, by popierały tezę. Gdzie nastąpiła manipulacja, pokazuje socjolog, dr Grzegorz Lindenberg. Więcej…

Polityczny islam przenika do systemów dążąc do zdobycia władzy i spycha na margines inne religie, a także sam islam, twierdzi reformatorka Raheel Raza. Więcej…

Przygotował JW




O kilka nieprawd za daleko: Interia o imigrantach

Grzegorz Lindenberg

Nie wiem, czy taki jest po prostu stan dzisiejszego dziennikarstwa, czy też następuje selekcja negatywna dziennikarzy, którzy zajmują się tematem imigracji, że bzdury mieszają się z propagandową manipulacją.

Spektakularnym przykładem połączenia dziennikarskiego lenistwa, bezmyślności i manipulowania czytelnikiem jest anonimowy artykuł z Interii, pod tytułem „Niemcy: zaskakujące skutki masowego przyjęcia uchodźców”.
Artykuł jest streszczeniem znacznie obszerniejszego tekstu z brytyjskiego „Observera” (dodatek do „Guardiana”), autorstwa korespondenta „Guardiana” w Niemczech Philipa Oltermana: „Opłaciło się wielkie ryzyko, które podjęła Angela Merkel”.

O ile anonimowy polski autor po prostu bezmyślnie, bez sprawdzania danych przepisuje twierdzenia Brytyjczyka, to Olterman na pewno wie, co robi, manipulując danymi i informacjami.

Sytuacja z imigrantami wygląda zupełnie inaczej, niż pisze Olterman i Interia, i gdyby uczciwie, zgodnie ze standardami dziennikarskimi przyjrzeli się danym, to musieliby to przyznać.

Oba te źródła twierdzą, że przyjęcie przez Niemcy półtora miliona imigrantów w latach 2015-2016 nie przyniosło, wbrew obawom, żadnych negatywnych konsekwencji, a czarnowidze się pomylili. Imigranci są świetnie zintegrowani, bo 80% dzieci imigranckich czuje się lubianych w szkołach, ponad połowa imigrantów już pracuje, zamachów terrorystycznych od trzech lat nie ma, a przestępczość zamiast rosnąć spada.

Sądzę, że korespondent „Guardiana” jest świadomym propagandzistą, który celowo ukrywa prawdziwe informacje i podaje fałszywe. Natomiast przepisujący od niego polski dziennikarz jest propagandzistą nieświadomym

Te stwierdzenia są pozornie prawdziwe, bo można znaleźć liczby, które są z nimi zgodne – ale znaczenie  tych liczb jest inne, niż przypisują im Olterman i anonim z Interii. Te twierdzenia są równie prawdziwe, jak na przykład takie, że sądy skazują wyłącznie niewinnych, spokojnych obywateli, bo przecież w więzieniach, gdzie jest najwięcej skazanych „przestępców”,  przestępstw jest najmniej.

Na czym polegają manipulacje Oltermana, a w ślad za nim Interii?

Zacznijmy od danych o integracji. Pomińmy już fakt, że to, czy dzieci są zintegrowane czy nie, nie mówi nam niczego o integracji osób dorosłych albo jej braku. Jednak wyciąganie wniosku, że dzieci imigrantów są zintegrowane, bo czują się lubiane w szkole, jest także całkowicie błędne.

Gdybyśmy spytali zamachowców z 11 września, którzy mieszkali wcześniej w Niemczech, czy czuli się lubiani przez innych studentów i sąsiadów, zapewne powiedzieliby, że tak – co nie przeszkodziło im zabić wkrótce potem czterech tysięcy ludzi.

Z tego, że dzieci imigrantów czują się lubiane, można wysnuć wniosek dotyczący nie ich, ale dzieci niemieckich: to znaczy, że te niemieckie są przyjazne, otwarte, nieuprzedzone do imigrantów. Żeby dowiedzieć się, czy dzieci imigrantów się zintegrowały, też trzeba pytać dzieci niemieckie – o to, czy młodzi imigranci zachowują się podobnie do nich, czy chcą się z nimi bawić, czy są koleżeńscy i tak dalej.

Jak widać, każde dane dają się zinterpretować w dowolny sposób, żeby potwierdzić z góry przyjętą tezę. To się właśnie nazywa manipulacja.

Podobna manipulacja dotyczy informacji o zamachach terrorystycznych, których „przez trzy lata nie było”. Wygląda to tak, jakby obecność imigrantów niemalże zapobiegała zamachom, bo wcześniej były, a potem się skończyły.

Akurat tak się nieszczęśliwie złożyło, że tuż przed opublikowaniem tekstów w „Observerze” i Interii doszło do terrorystycznego zamachu przeprowadzonego przez imigranta na autostradzie niemieckiej, ale rzeczywiście, w poprzednich trzech latach masowych zamachów nie było. Tylko że…

To jednak nie napływ masy imigrantów w tajemniczy sposób zbiegł się z brakiem zamachów, tylko niemieckie służby skutecznie te zamachy udaremniały. Po zamachu imigranta z Tunezji, który w grudniu 2016 wjechał w tłum na bożonarodzeniowym jarmarku ciężarówką skradzioną polskiemu kierowcy, służby te bardzo poprawiły swoją skuteczność.

Holger Münch, szef Urzędu Kryminalnej Policji Federalnej powiedział, że zostały wyeliminowane luki w prawie imigracyjnym, śledzeniu podejrzanych i postępowaniach karnych, które umożliwiły Tunezyjczykowi przeprowadzenie zamachu. W tym trzyletnim okresie, kiedy nie było zamachów terrorystycznych, służby udaremniły ich siedem, poinformował Holger Münch (nie wiemy, w ilu z nich uczestniczyli nowi imigranci).

Jeśli chodzi o przestępczość, to na pewno od wielu lat w Niemczech istnieje wyraźny trend jej spadku – dlatego, że rodowici Niemcy popełniają coraz mniej przestępstw, a nie dlatego, że imigranci ich nie popełniają, jak sugeruje Interia i Olterman. Nie wiem, czy rok 2019 miał najmniejszą liczbę przestępstw od 2003 – jak twierdzi brytyjska gazeta (linku do źródła danych nie podaje) – ale na pewno mniej było w ubiegłym roku przestępstw, niż w poprzednich kilku latach.

Mniej przestępstw niż w poprzednim roku popełnili też w roku 2019 migranci, ale i tak odpowiadają za nieproporcjonalnie dużą część niemieckiej przestępczości. Przytoczmy dane policji z najnowszej edycji oficjalnej publikacji „Przestępczość w kontekście przybyszów 2019” (mianem „przybyszów” określa policja imigrantów przybyłych od 2014 roku).

„Przybysze”, których jest 1 mln 906 tys., czyli 2,3% ludności, popełnili w ubiegłym roku 266 tysięcy, czyli 8% wszystkich przestępstw (mowa oczywiście tylko o tych, których sprawcy zostali wykryci).

Nowi imigranci popełnili w 2019 roku między innymi 443 morderstwa i zabójstwa (12% wszystkich), 36 tysięcy kradzieży i 48 tysięcy „przestępstw przeciwko mieniu” (po 10% wszystkich), 5400 przestępstw seksualnych (też 10%), 57 tysięcy napaści i pobić (8%). Łącznie w latach 2015-2019 nowi imigranci popełnili 1 350 000 przestępstw, w tym 1800 morderstw i zabójstw i 22 193 przestępstwa seksualne (różnego rodzaju, nie tylko gwałty).

Tych informacji ani brytyjski dziennikarz, ani jego polski kopista nie podają – bo może troszkę zmieniłoby to sielankowy obraz „najmniejszej od 2003 roku liczby przestępstw”.

O ile w kwestiach przestępczości dziennikarze stosują przemilczanie szczegółowych oficjalnych danych, to w kwestiach zatrudnienia nie tylko kłamią, ale do tego jeszcze manipulują informacjami. Idą tu ręka w rękę z niektórymi badaczami, posługując się danymi, które zostały przez badaczy (a może polityków) nazwane w taki sposób, który ma wprowadzić w błąd opinię publiczną.

Gdy przyjrzeć się, co oryginalne dane naprawdę znaczą, cała narracja, że „imigranci świetnie sobie poradzili na rynku pracy, gospodarka ma z nich wielką korzyść”, nadaje się tylko do kosza.

Dokładne przyjrzenie się, jak powstaje „fake news” w sprawie pracy imigrantów, jest bardzo pouczające. „Ponad połowa uchodźców z tego okresu już pracuje w Niemczech i płaci podatki” – pisze Interia za „Obseverem”. Od tego stwierdzenia jest link do artykułu z DW.com z lutego br., który mówi jednak co innego: „Połowa uchodźców znajduje pracę w ciągu pięciu lat” – a więc przybysze z 2015 i 2016 roku i tak w tej grupie się nie znajdują. Ale to dopiero początek.

Skąd wiadomo, że połowa uchodźców znajduje pracę w ciągu 5 lat? DW.com nie daje linku, ale z tekstu można się dowiedzieć, że źródłem jest właśnie opublikowany raport instytutu IAB, części Urzędu Imigracyjnego. IAB przeprowadził wywiady z kilkoma tysiącami pozaeuropejskich migrantów w 2016 roku, a potem powtórnie w 2017 i 2018.

Ostatnie dane pochodzą z jesieni 2018 roku – więc pięcioletni okres, jakiego potrzebowali imigranci, żeby połowa z nich miała pracę, dotyczy osób, które przybyły do końca 2013 roku, a nie imigrantów z lat 2015 i 2016.

Wsród tych ostatnich, dwa lata lub trzy lata po przybyciu do Niemiec, zatrudnienie ma 25-37 procent osób; na pewno nie „połowa tych, którzy przybyli”. Średnio dla całej grupy badanej „ma pracę” 35% osób. Już w tym momencie informacja polsko – brytyjska o „połowie” jest po prostu nieprawdziwa.

Ale teraz dochodzimy do najważniejszego elementu manipulacji, wspólnego dzieła polityków, badaczy i dziennikarzy. Kiedy mówimy „ma pracę, płaci podatki”, to rozumiemy przez to normalne, oficjalne zajęcie, pracę w pełnym wymiarze czasu.

Tymczasem sformułowanie „ma pracę” rozumiane jest przez badaczy z IAB zupełnie inaczej. Przyjmują oni definicję Federalnego Urzędu Statystycznego, który za zatrudnionych uważa osoby otrzymujące wynagrodzenie za pracę, w tym praktykantów, stażystów i osoby zatrudnione w minimalnym wymiarze czasu.

Wśród tych, którzy „mają pracę”, jedna piąta jest na czasowych stażach i szkoleniach, a co ósmy zatrudniony jest w minimalnym wymiarze czasu na pracach interwencyjnych za 450 euro miesięcznie płacone przez państwo (dane ze strony 14 raportu IAB).

Czyli tak naprawdę „ma pracę” 23-24% nowych imigrantów. Jak wynika z innych analiz Federalnego Urzędu Pracy, jakieś 17-18% w roku 2017 było  zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin, a reszta tylko na część etatu.

Czyli podatki płaci nie połowa, jak piszą Interia i „Observer” tylko mniej niż jedna czwarta nowych imigrantów, a pełne podatki płaci zaledwie co szósty. Pamiętajmy też, że te informacje pochodzą z wywiadów z imigrantami – którzy mogą mówić co chcą – a nie z twardych danych z biura zatrudnienia czy niemieckiego ZUS.

W dodatku tylko część grupy, którą wylosowano do badań, udzielała odpowiedzi w 2018 roku, a osoby, które wypadły z badanej grupy, raczej nie miały ustabilizowanej sytuacji zawodowej.

Nikt nie broni dziennikarzom dostępu do danych. Te podlinkowane w powyższym artykule są całkowicie oficjalne i publiczne dostępne, i znalezienie ich dla kogoś, kto zna niemiecki, jest kwestią kilkunastu minut a nie miesięcy dziennikarstwa śledczego.

Dlatego sądzę, że korespondent „Guardiana” jest świadomym propagandzistą, który celowo ukrywa prawdziwe informacje i podaje fałszywe. Natomiast przepisujący od niego polski dziennikarz jest propagandzistą nieświadomym, który chce w łatwy sposób zarobić wierszówkę. A może po prostu obaj nie rozumieją tego, co piszą.

W każdym razie, za publikowanie fałszywych, manipulacyjnych informacji, obaj powinni być z pracy wyrzuceni. I kiedyś być może by byli.

P.S. Już po ukazaniu się tego tekstu „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł identyczny jak „Interia”, tylko znacznie dłuższy: „Czy imigrancki hazard kanclerz Merkel się opłacił”.  Autor artykułu, Macieja Stasiński, równie bezkrytycznie jak Interia przepisał wszystkie bzdury i kłamstwa „Guardiana”.




Unia, Erdogan i… kwestia białoruska

Cypr i Grecja domagają się zwiększenia presji na Turcję. Jeśli Unia nie spełni ich oczekiwań, kraje te są gotowe sprzeciwić się sankcjom wobec Białorusi. Niemcy natomiast nie chcą zaognienia stosunków z Ankarą. Mamy więc pat.

Prezydent Turcji był jednym z pierwszych przywódców, którzy pośpieszyli z gratulacjami dla Aleksandra Łukaszenki. Kiedy demokratyczny i cywilizowany świat kibicował Białorusinom i potępiał przemoc wobec protestujących przeciwko sfałszowanym wyborom prezydenckim, Erdogan oficjalnie je uznał.

Kwestia turecka dzieli Unię

To bardzo niepokojący prognostyk. Erdogan w sensie symbolicznym dołączył do grona satrapów. Teraz nikogo nie będzie dziwić ani próba wyborczego fałszerstwa, ani siłowa rozprawa z opozycją. Turecki przywódca może sobie na to pozwolić, ponieważ ma silne narzędzie szantażowania i po części kontrolowania Europy.

Zresztą w ostatnim czasie posunięcia Ankary są coraz bardziej brawurowe. Kiedy Erdogan przekształcił kościół Hagia Sophia w meczet, kraje Unii wykonały jedynie symboliczne gesty. Kiedy Erodgan sprowokował zamieszki na granicy z Grecją, Unia dosypała mu pieniędzy, by w ten sposób ugasić pożar. Kiedy w końcu Erodgan prowadzi nielegalne odwierty na Morzu Śródziemnym, Unia kolejny raz okazuje słabość.

Spór o sankcje

W UE toczy się ostry spór o politykę wobec Turcji i planowane sankcje wobec Białorusi. Na ostatnim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych Unii w Berlinie, państwa bałtyckie uznały środki karne wobec zwolenników Łukaszenki, po które ma zamiar sięgnąć Wspólnota, za „dalece niewystarczające”.

Upiorny „sojusz” dwóch satrapów – Erdogana i Łukaszenki – jest szczególnie niebezpieczny dla Unii Europejskiej

Jednocześnie Cypr zagroził zawetowaniem sankcji wobec Białorusi, jeśli UE nie zwiększy swojej presji na Turcję w związku z nielegalnymi odwiertami gazu na Morzu Śródziemnym. Zbliżone stanowisko zaprezentował Wiedeń. Szef austriackiej dyplomacji Alexander Schallenberg, wezwał do „zwiększenia przewagi nad Turcją”, wyraził oficjalnie solidarność z Grecją i Cyprem, a także wezwał do debaty na temat wartości, jakimi kieruje się współczesna Turcja.

Schallenberg w specyficznym języku dyplomacji powiedział w zasadzie, że Erdogan jako przywódca autorytarny jest raczej zagrożeniem dla Unii, a nie partnerem dla niej. Na nowe sankcje wobec Ankary nie chce zgodzić się jednak Angela Merkel, która doskonale zdaje sobie sprawę, że Erdogan bez mrugnięcia okiem jest w stanie wywołać kolejny kryzys migracyjny. A tego kanclerz Niemiec boi się najbardziej. Jest więc pat.

Autorytaryzm i bezsilna Unia

Jednoosobowa, bezprawna i sentymentalna decyzja kanclerz Merkel o otwarciu granic dla imigrantów z Bliskiego Wschodu w 2015 roku, wywołała ogromny kryzys, który kanclerz próbowała rozwiązań, prowokując Unię do zawarcia strategicznego paktu z Erdoganem. Układ był prosty – my dajemy pieniądze, ty trzymasz uchodźców u siebie i uniemożliwiasz im przedostanie się do Europy. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że Unia, paktując z Erdoganem, straciła możliwość stawania w obronie demokracji.

Upiorny „sojusz” dwóch satrapów – Erdogana i Łukaszenki jest szczególnie niebezpieczny dla Unii Europejskiej; po pierwsze bowiem nie pozwala realizować celów Wspólnoty w basenie Morza Śródziemnego i bronić strategicznych interesów jej członków; po drugie – wzmacnia siły antydemokratyczne na wschodzie, sprawiając, że państwa bałtyckie czują się coraz bardziej zagrożone przez białoruski reżim, zza którego pleców wyglądają zielone ludziki Putina.

Piotr Ślusarczyk




W saudyjskim internecie wezwano do poprawienia Koranu

Na saudyjskich witrynach internetowych ukazały się w tym roku dwa artykuły, wzywające do poprawienia błędów popełnionych przez kopistów Koranu oraz ponownego zbadania tekstów religijnych w świetle nowoczesnego postrzegania świata.

W styczniu 2020 r. na witrynie internetowej “Saudyjskie opinie” dziennikarz Ahmad Haszem napisał, że Koran, jaki znamy dzisiaj, został spisany po zakończeniu życia przez Proroka w okresie rządów trzeciego kalifa, Usmana bin Affana (rządził 644-656), usmańskim pismem, które jest nazwane od jego imienia. Ponieważ ten system zapisu jest ludzkim wynalazkiem, pisze Haszem, nie ma powodu do uświęcania go, jak to robi wielu muzułmanów.

Właściwie, stwierdza, pora poprawić część z 2500 błędów ortograficznych i gramatycznych, popełnionych przez skrybów tamtego okresu, które pozostają częścią koranicznego tekstu do dnia dzisiejszego. Przedstawia liczne przykłady takich błędów i wzywa do przepisania słów według dzisiejszych standardów, żeby „uczynić tekst łatwiejszym do czytania przez [dzisiejszych] muzułmanów i bardziej poprawnym językowo”.

Drugi artykuł opublikował w lipcu 2020 r. na liberalnej saudyjskiej witrynie internetowej Elaph, Dżardżis Gulizada, pisarz i politolog kurdyjsko-irackiego pochodzenia i redaktor irackiego magazynu „Baghdad”. Pisze on, że podczas pandemii koronawirusa po raz pierwszy w islamskiej historii dokonano zmian w islamskich praktykach religijnych, kiedy pozwolono muzułmanom na zachowanie fizycznego dystansu od siebie podczas modlitwy, zamiast modlić się w ciasnych szeregach, jak nakazuje Koran.

Uważa on, że to pokazuje, iż w islamie istnieje miejsce na elastyczność i tę samą elastyczność można zastosować do islamskich tekstów, które powinny być zbadane na nowo i dostosowane do nowoczesnej percepcji, żeby przynosić korzyści muzułmanom i całej ludzkości.

Nawiązując do artykułu Ahmada Haszema, on także argumentuje, że irracjonalne jest traktowanie usmańskiego pisma w Koranie jako świętego i przedstawia kolejne przykłady błędów, jakie pojawiają się w tej księdze. Wzywa do opublikowania poprawionej wersji Koranu z użyciem nowoczesnej ortografii, ponieważ w obecnej formie “nie jest odpowiedni dla narodu islamskiego w nowoczesnym świecie, a szczególnie dla niearabskich muzułmanów”. Gulizada stwierdza, że tego zadania powinna podjąć się Arabia Saudyjska, konkretnie zaś król i następca tronu.

Należy zauważyć, że artykuł Gulizady został zdjęty z witryny Elaph po wściekłych reakcjach w mediach społecznościowych od użytkowników, którzy oskarżali Saudyjczyków, a szczególnie redaktora naczelnego Elaph, Osmana Al-Omeira, o bezczelność i obrazę Koranu. Na przykład kuwejcki akademik, dr Ahmad Al-Dhaidi, tweetował: „Witryna Elaph (…) wzywa do napisania na nowo Koranu w celu poprawienia wielkich błędów w piśmie usmańskim! Czy jego [Al-Omeiry] pogarda doszła do poziomu szkodzenia księdze Allaha?”

Konto Twittera „Ku wolności”, znane z krytycyzmu wobec saudyjskiego reżimu, zamieściło wpis: „Elaph, kierowany przez bliskiego przyjaciela króla Salmana i doradcę [następcy tronu, Muhammada] bin Salmana, żąda napisania na nowo Koranu i ponownego zbadania zasad islamskiego szariatu!”.

Fragmenty artykułów w jęz. angielskim: memri.org




Turcja chce zastąpić Arabię Saudyjską jako lider świata islamskiego

Przekształcenie kościoła Hagia Sophia, które odbyło się w oprawie nawiązującej do świetności Imperium Osmańskiego i przy komentarzach schlebiających prezydentowi Erdoganowi jako przywódcy nowego kalifatu, to tylko jeden z elementów długiego wyścigu o przywództwo nad światem muzułmańskim.

Ali Erbaş zarządzający dyrektoriatem spraw religijnych, Diyanetem, wszedł na kazalnicę w Hagii Sophii wspierając się o miecz, który jest przywilejem imamów prowadzących piątkowe modlitwy w meczetach symbolizujących podbój.

Na ten przywilej Erbaş zasłużył wraz z całym ministerstwem religijnym, które od lat inwestuje w promowanie islamistycznej wersji religii na całym świecie, od krajów zachodnich, przez Bałkany, po Azję Centralną i Afrykę, a nawet tak zaskakujące miejsca na mapie islamu, jak Haiti.

Jeżeli Diyanet ma podołać tym zadaniom, włącznie z rozwojem edukacji religijnej i budową mega meczetów, musi być dobrze doposażony. Z tego powodu jest to jedno z najbardziej obciążających budżet ministerstw, o środkach kilkukrotnie wyższych niż ministerstwo spraw wewnętrznych czy turecki parlament. Może to być zaskoczeniem, ale nie wtedy, gdy staje się w szranki z Arabią Saudyjską, która na rozpowszechnianie wahhabizmu, a także wspieranie wcześniej organizacji islamistycznych, wydała nawet, jak się szacuje, 100 miliardów dolarów.

„Ulica” równie ważna, jak rządy

I chociaż na powierzchni wygląda na to, że kraje, które były pod wpływem Imperium Osmańskiego nie życzą sobie tureckiego przywództwa, że coraz mocniejszy jest sojusz Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu, Jordanii, Bahrajnu, to gra toczy się o „arabską ulicę”.

Widać to było przy normalizacji stosunków między ZEA a Izraelem i kolejnym etapie zbliżenia państw arabskich z tym krajem. Prezydent Turcji, pomimo, że Ankara ma dość rozbudowane stosunki z Jerozolimą, ostro zaatakował Emiraty za podjęcie działań pokojowych. To zbliżenie nie było dobrze przyjęte przez społeczność muzułmańską na świecie i Erdogan dobrze sobie z tego zdawał sprawę.

Narzędziami budowania przez niego poparcia wśród społeczności muzułmańskich jest bezwarunkowe wspieranie sprawy palestyńskiej, wspieranie Hamasu, poparcie islamistów w trakcie Arabskiej Wiosny, przedstawianie się jako obrońca ludu w opozycji do dyktatorów. Tu zresztą pomaga Erdoganowi zmęczenie bliskowschodnimi dyktaturami, chociaż według sondaży opinii coraz mniej ludzi wierzy w podstawowy slogan islamistów –  „Islam jest rozwiązaniem”.

Kończy się zachodni kredyt zaufania

W państwach zachodnich wpływy tureckiego islamu, postrzeganego jako bardziej umiarkowany, były do tej pory akceptowane jako korzystna alternatywa dla wahhabizmu. Jednak biorąc pod uwagę coraz większą kontrolę, jaką Turcja chce sprawować nad społecznościami muzułmańskimi w diasporze, Zachód, a zwłaszcza Niemcy i Austria coraz baczniej przygląda się tym wpływom.

Polityka Erdogana nie skupia się jedynie na budowaniu protureckiego sentymentu wśród muzułmanów. Podważanie prymatu Arabii Saudyjskiej ma też miejsce w ramach stworzonej przez nią Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC).

Tutaj Turcja próbuje tworzyć frakcje, które mają odnowić organizację. Na razie udaje się to robić z Malezją i Katarem, ale Pakistan odmówił udziału we wspólnym spotkaniu. To może się jednak zmienić ponieważ OIC milczy w sprawie sporu Pakistanu i Indii o Kaszmir, a Ankara opowiada się po stronie Islamabadu.

Katar szczególnie związany jest z Turcją od czasu, gdy ta zapewniła mu bezpieczeństwo w trakcie sporu z państwami Zatoki Perskiej. Inne kraje, zwłaszcza afrykańskie, też coraz bardziej przychylnie patrzą na związki z Ankarą, która w regionie na razie nie jest postrzegana w kontekście neokolonializmu i imperializmu.

Przez Afrykę do kalifatu?

Turcja mocno osadziła się w Somalii, przy kluczowym dla transportu morskiego obszarze. Coraz częściej pojawia się na Sahelu. W Libii uratowała Rząd Jedności Narodowej w Trypolisie, a jednocześnie przedłużyła wojnę domową, nie pozwalając na zwycięstwo frakcji z Tobruku. W wymienionych miejscach wszędzie po drugiej stronie lokalnych sporów pojawiają się Arabia Saudyjska i ZEA.

Dwa tygodnie temu Grzegorz Lindenberg opisywał jakie rojenia wypełniają głowy dziennikarzy bliskich kręgom tureckiej władzy, pokazując świat niebezpiecznej fantazji, w jakiej żyją. Niestety tę utopię szczęśliwego kalifatu, opartą na historycznych przekłamaniach i wspartą przez supermocarstwo, Turcja próbuje realizować. Najpierw jednak musi usunąć w cień dotychczasowego lidera świata muzułmańskiego.

Jan Wójcik

Obserwuj autora na Twitterze: @jankwojcik

Więcej na temat aktywności Diyanetu

Na temat obecności Turcji w Somalii więcej w „Układzie SIł”.

Źródła: Foreign Policy, ZEE News India




Gaza, jakiej nie wolno pokazywać

Palestyńska grupa terrorystyczna Hamas ostrzegła Palestyńczyków w Strefie Gazy, żeby nie publikowali zdjęć stamtąd w mediach społecznościowych.

Hamasowskie ministerstwo spraw wewnętrznych twierdzi, że „izraelskie agencje wywiadowcze proszą mieszkańców Strefy Gazy – poprzez media społecznościowe – o używanie telefonów komórkowych i robienie zdjęć różnym miejscom”. Hamas ostrzegł Palestyńczyków przed spełnianiem tej rzekomej prośby izraelskiej i oznajmił, że Izrael używa mediów społecznościowych do „rekrutowania kolaborantów i zdobywania informacji”.

Hamas dodał, że siły bezpieczeństwa monitorują izraelskie i palestyńskie konta w mediach społecznościowych i podejmą „kroki prawne” przeciwko Palestyńczykom, którzy kontaktują się z domniemanymi izraelskimi agencjami wywiadowczymi.

Czy Hamas istotnie obawia się, że izraelskie agencje bezpieczeństwa użyją zdjęć do „rekrutowania” informatorów lub że Palestyńczycy mogą fotografować tunele i rakiety? Niezupełnie. Hamas niepokoi się, że zdjęcia i wideo robione przez Palestyńczyków ujawnią światu inną rzeczywistość Strefy Gazy – rzeczywistość, która jest sprzeczna z wszystkimi opowieściami i obrazami „nędzy”, „udręki” i „cierpienia” Palestyńczyków.

Tym, co Hamas stara się ukryć przed światem, są centra handlowe, supermarkety, wytworne restauracje, eleganckie kawiarnie i nowoczesne sklepy z odzieżą, które wyrosły w Strefie Gazy w ostatnich latach. Takie obrazy są bardzo kłopotliwe dla przywódców Hamasu, którzy chcą nadal bezkarnie kłamać o cierpieniu Palestyńczyków w Gazie jako wyniku izraelskiej blokady.

Zagraniczni i palestyńscy dziennikarze są wspólnikami zakłamywania rzeczywistości przez Hamas

Te obrazy są także kłopotliwe dla antyizraelskich propagandzistów, którzy starają się przedstawić zupełnie inną rzeczywistość życia w Strefie Gazy jako część kampanii delegitymizacji Izraela i demonizowania Żydów przez obarczanie ich pełną odpowiedzialnością za cierpienia Palestyńczyków.

Ostrzeżenie Hamasu pojawiło się, gdy wiele zdjęć i klipów wideo, pokazujących dobre życie Palestyńczyków w Strefie Gazy, pojawiło się na platformach społecznościowych, szczególnie na Twitterze. Jedno z popularnych kont Twittera, @Imshin, pokazuje wideo, blogi i wiadomości z życia klasy średniej i zamożnych ludzi w Gazie, które nigdy nie docierają do mediów głównego nurtu.

To konto dostarcza wyjątkowego wglądu w wygodne życie mieszkańców, którzy są zajęci zakupami lub przyjemnie spędzają czas na basenach, w wytwornych restauracjach, luksusowych hotelach i nadmorskich kurortach.

2 czerwca konto pokazało post o Royal House Chalet, na południe od Uniwersytetu Gazy – jednym z najnowocześniejszych i pełnych przepychu kurortów,  w pełni wyposażonym w imponujące baseny i nowoczesne apartamenty. Inny post przedstawia restaurację i kawiarnię Viola, popularne miejsce w porcie Gazy, słynne z różnorodności deserów i przekąsek.

Palestyńczycy planujący barbecue na czwartek wieczór (ostatni dzień pracy w tygodniu) mogą kupić wszystko do grillowania w Care4Mall w Strefie Gazy. To centrum handlowe, umieszczone na przedmieściu miasta Gaza, Tal al-Hawa, zawiera sklepy AGD, żywnościowe i restaurację. „Dostarczamy wszystkich dóbr i usług, jakich potrzebuje obywatel – oznajmia centrum na Facebooku. – Staramy się zyskać zadowolenie i uznanie klienta przez zapewnienie konkurencyjnych cen”.

Ironią jest, że to centrum handlowe chełpi się także tym, że wśród swoich towarów ma izraelską kawę instant marki „Namess” firmy Elite. Widocznie Hamas i Palestyńczycy ze Strefy Gazy nie słyszeli (lub nie wydaje się ich obchodzić) o antyizraelskiej kampanii bojkotowania izraelskich produktów i producentów (BDS), w tym również firmy Elite.

W lodziarni Glace w Gazie (Twitter)

Jednym z popularnych miejsc jest Lodziarnia Kazem w dzielnicy al-Rimal w Gazie, gdzie wielu przywódców Hamasu ma domy. Smartfony, włącznie z iPhone 11, najnowszą wersją Apple, są w sprzedaży w supermarketach w całej Strefie, jak niedawno anonsował Metro Market, jeden z największych supermarketów na tym terenie.

Kilka tygodni temu otwarto jedno z najwytworniejszych centrów handlowych w obozie uchodźców Nusierat w centrum Strefy Gazy – Al-Danaf Hyper Mall. Jest tam wielki supermarket, gdzie można kupić importowane towary, które często nie są nawet dostępne w izraelskich marketach.

Przed kilkoma miesiącami Palestyńczycy w Strefie Gazy świętowali otwarcie sklepu z ubraniami Deux Fashion, ulokowanego na ulicy Ahmad Abd al-Aziz w mieście Gaza. Ten duży sklep oferuje różne marki ubrań, głównie importowanych z Turcji i innych krajów. „Najlepsze miejsce na zakup męskiej odzieży, online lub offline, o najwyższej jakości za dobrą cenę” – czytamy w reklamie tego sklepu na FB.

To tylko garść obrazów ze Strefy Gazy, które wywołują irytację Hamasu. Trudno mu będzie nadal żebrać o pomoc finansową ONZ i innych międzynarodowych organizacji pomocowych, skoro Palestyńczycy zamieszczają zdjęcia rodzin w szale zakupowym i dzieci jedzących lody i kupujących smartfony? Jak może Hamas i jego zwolennicy na całym świecie opowiadać o nędzy i udręce Strefy Gazy, skoro co kilka tygodni następuje otwarcie nowych centrów handlowych i supermarketów pełnych ubrań i luksusowych towarów? (…)

Przywódcy Hamasu; od prawej – Chaled Meszal, Ismail Hanija.

Zagraniczni i palestyńscy dziennikarze są wspólnikami zakłamywania rzeczywistości przez Hamas: chcą nadal obwiniać Izrael za wszystko co negatywne, co spotyka Palestyńczyków. Po tym najnowszym ostrzeżeniu Hamasu jest tylko kwestią czasu, zanim usłyszymy o Palestyńczykach uwięzionych lub zabitych za „zdradę” sprawy palestyńskiej przez zamieszczanie zdjęć z najnowszej wersji hotelu Ritz w Gazie czy dzieci radośnie liżących lody.

Bassam Tawil – muzułmański badacz i publicysta mieszkający na Bliskim Wschodzie.

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Źródło: pl.gatestoneinstitute.org




Hipokryzja tureckich i pakistańskich skarg na „islamofobię”

Turecki prezydent Erdogan nie tylko postrzega siebie jako lidera muzułmańskiego świata – współczesnego, panislamistycznego, otomańskiego sułtana – ale prowadzi także wojnę przeciwko „islamofobii”. W ostatnich latach  dołączył do niego w tej szczególnej walce premier Pakistanu, Imran Khan. Razem uruchomili w ubiegłym roku program „antyislamofobiczny”.

Chociaż obaj są skorzy do udzielania Zachodowi lekcji o trudnej sytuacji muzułmańskich mniejszości, to głosy niemuzułmańskich społeczności w Turcji i w Pakistanie są często zagłuszane. Gdy Erdogan finalizował decyzje w sprawie Hagia Sophii, Khan uległ islamistycznej presji w sprawie sądowego zatrzymania budowy pierwszej hinduistycznej świątyni w Islamabadzie.

Do liderów islamistycznego oburzenia przeciwko świątyni należeli także powiązani z rządem kaznodzieje i osoby z rządzącej koalicji Khana. Wpływowy członek Pakistan Muslim League – Quaid (PML-Q), popierającej politycznie Khana, powołał się na burzenie idoli przez proroka  Mahometa podczas podboju Mekki, sugerując, że zbudowanie hinduistycznej świątyni byłoby bluźnierstwem przeciwko „państwu Medyny”, gdzie przestrzegano prawa szariatu.

Khan, którego retoryka często ogniskuje się na stworzeniu w Pakistanie „medyńskiego państwa dobrobytu”, poprosił teraz krajową Council of Islamic Ideology o decyzję czy islam zezwala na budowanie nieislamskich miejsc kultu. Obecnie ponad 95%  hinduistycznych świątyń sprzed podziału Indii już w Pakistanie nie istnieje. Działania Khana przypominają antychrześcijańskie zawłaszczenia dokonywane przez Erdogana. Od lat tureckie władze przejmują kościoły oraz klasztory i zmieniają je w meczety.

Oba państwa mają ze sobą wiele wspólnego. Turcja Erdogana wciąż zaprzecza, że dokonała ludobójstwa ormiańskich chrześcijan, a Khan jest przywódcą Pakistanu, który nigdy nie przyznał się do ludobójstwa dokonanego na Bengalczykach. Tak jak historycznie Pakistan postrzega hinduistyczną populację, zwłaszcza dawny Wschodni Pakistan, jako sympatyków Indii, podobnie większa część tureckiej wrogości w stosunku do  chrześcijan ma swoje korzenie w antagonizmie wobec sąsiadujących z nią Grecji i Cypru.

Khan, który wielokrotnie przyrzekał utworzenie państwa islamskiego, posługuje się zwrotem „hinduski nacjonalizm” jako obelgą potępiającą indyjską partię rządzącą i kwestionuje indyjski sekularyzm, podczas gdy kieruje krajem, w którym to słowo na „s” jest tabu. Zaś Erdogan wielokrotnie oskarżał Izrael o niszczenie islamskiej spuścizny w Jerozolimie, usilnie pracując nad usunięciem chrześcijańskiej przeszłości z historii własnego kraju.

Obaj ci ludzie nie tylko podnoszą krzyk na temat „islamofobii”; jednoczy ich również uparte dążenie do „prostowania nieprawdy” na temat islamu. A w rezultacie tracą na tym jedynie tureckie i pakistańskie mniejszości religijne.

Kunwar Khuldune Shahid

Autor jest korespondentem portalu TheDiplomat.com w Pakistanie. The Diplomat to istniejący od 2002 roku magazyn poświęcony tematyce Azji I Pacyfiku; redakcja mieści się w Waszyngtonie. Shahid należy do 101Reporters, pan-azjatyckiej sieci reporterów. Publikował w The GuardianThe IndependentForeign PolicyBBCHaaretzArab NewsLe Monde, The Telegraph

Oprac. Grażyna Jackowska na podst. spectator.us