Kto uratuje Liban? MFW czy Chiny?

Kryzys ekonomiczny i polityczny w Libanie. O jego przyczynach, skutkach i o tym jak Liban ma „pod górkę” przy wychodzeniu z kryzysu rozmawiał Jan Wójcik w polityko.com

 

 




Erdogan i „resztki po mieczu”

Podczas spotkania informacyjnego 4 maja o koronawirusie prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdoğan, mówiąc o chrześcijańskich mieszkańcach Turcji użył uwłaczającego zwrotu: „resztki po mieczu”. 

Powiedział: „Nie pozwalamy terrorystycznym resztkom po mieczu w naszym kraju na próby dokonywania akcji [terrorystycznych]. Ich liczba bardzo zmalała, ale nadal istnieją”.

„Resztki po mieczu” (kılıç artığı po turecku) jest powszechnie używaną w Turcji obelgą wobec ocalałych z chrześcijańskich masakr, które głównie uderzyły w Ormian, Greków i Asyryjczyków w Imperium Osmańskim i jego spadkobierczyni Turcji.

Publiczne użycie tego zwrotu przez głowę państwa, Erdoğana, jest ze wszech miar przerażające. Ten zwrot jest nie tylko obelgą wobec ofiar i ocalałych z masakr, ale zagraża bezpieczeństwu zanikającej społeczności chrześcijańskiej w Turcji, która często narażona jest na prześladowania, włącznie z fizycznymi atakami.

Protestując przeciwko temu Garo Paylan, ormiański poseł do tureckiego parlamentu, napisał na Facebooku: „W pełnym nienawiści przemówieniu w ubiegły wieczór Erdoğan raz jeszcze użył zwrotu ‚resztki po mieczu’. ‚Resztki po mieczu’ wymyślono jako określenie sierot, takich jak moja babka, która przeżyła ludobójstwo Ormian [1915]. Za każdym razem, kiedy słyszymy ten zwrot, nasze rany krwawią”.

Inni ormiańscy działacze i piszący w mediach społecznościowych także krytykowali Erdoğana. Dziennikarka Aline Ozinian napisała: „Dla tych, którzy nie wiedzą: zwrot ‚resztki po mieczu’ oznacza ormiańskich ‚terrorystów’, którzy przeżyli ludobójstwo i nie zostali zmasakrowani mieczem. Co znaczy ‚terrorysta’? No cóż, to zmienia się codziennie: to może być dziennikarz, przedstawiciel społeczeństwa obywatelskiego, pisarz, lekarz lub matka pięknego dziecka. (…) Oni nie chcą, żeby wstydzili się ci, którzy trzymali miecz, ale by wstydziły się wnuki ocalałych z masakry narodu i kultury dokonanej mieczami”.

Publicysta Ohannes Kılıçdağı napisał: „Pomyślcie o kraju, w którym używa się zwrotów takich, jak ‚resztki po mieczu’ w politycznej kulturze i języku. Używają go najwyższe władze. Ale te same władze w tym samym kraju twierdzą, że ‚nie było żadnych masakr w naszej historii’. Jeśli nie było, to skąd wziął się ten zwrot? Do czego się odnosi?”

Zbrodnie, które Turcja próbuje ukrywać przez obwinianie ofiar, są w rzeczywistości dobrze udokumentowanymi faktami historycznymi. Profesorowie Benny Morris i Dror Ze’evi opublikowali książkęThe Thirty-Year Genocide: Turkey’s Destruction of Its Christian Minorities, 1894–1924, opisując „olbrzymie masakry dokonane przez Imperium Osmańskie, a następnie Republikę Turecką przeciwko chrześcijańskim mniejszościom”. Według ich badań:

„Między 1894 a 1924 rokiem trzy fale przemocy przetoczyły się przez Anatolię, uderzając w chrześcijańskie mniejszości regionu, które poprzednio stanowiły 20 procent populacji. W 1924 roku Ormianie, Asyryjczycy i Grecy zostali zredukowani do 2 procent społeczeństwa”.

Podczas trwania ludobójstwa działania sprawców obejmowały „zaplanowane masowe zabijanie, mordercze deportacje, przymusowe nawracania, masowe gwałty i brutalne porwania. Jedna rzecz była w tym stała: bojowe wezwanie do dżihadu”.

Podobnie jak chrześcijanie, również społeczność Alewitów jest atakowana w Turcji za to, że są ‚resztkami po mieczu”. Na przykład sojusznik Erdoğana, Devlet Bahçeli, szef Partii Narodowego Działania (MHP), nazwał w 2017 roku dziennikarza Abdülkadira Selviego „resztką po mieczu” odnosząc się do jego rzekomych korzeni alewickich.

Prorządowy dziennikarz Ahmet Taşgetiren opisał następnie ten zwrot: „Likwidujesz całą grupę (społeczeństwo, społeczność religijną, armię), którą uważasz za ‚wroga’. Pozostaje grupa ludzi, którzy przeżyli miecze i poddali ci się. To są resztki po mieczu”.

Selvi następnie próbował wyjaśnić, dlaczego nie jest „resztką po mieczu”: „Chciałbym przypomnieć Bahçeliemu: mój dziadek, Osman, był synem ojczyzny, który szedł z jednej linii frontu na drugą i był więźniem wojennym w wojnie osmańsko-rosyjskiej. Jestem wnukiem Turków Oguz; moi przodkowie, Hasan i Hüseyin, zostali męczennikami w Jemenie. Ten honor mi wystarcza”.

Wyjaśnienie Selviego raz jeszcze pokazuje, że posiadanie chrześcijańskich, alewickich lub innych niemuzułmańskich korzeni, widziane jest jako obelga lub haniebna obraza przez wielu Turków. Zamiast wyjaśnić, dlaczego nazywanie kogoś „resztką po mieczu” jest nie do przyjęcia, Selvi próbował dowieść swego „czystego”, tureckiego pochodzenia i sunnicko-islamskiego wyznania.

„Dzisiaj mniej niż pół procenta populacji Turcji stanowią chrześcijanie, co jest rezultatem historii, w której Turcy prześladowali rdzennych chrześcijan regionu – napisał historyk, dr Vasileios Meichanetsidis. – Wielu Turków nadal dumnie potwierdza tę historię bez żadnej próby uczciwego do niej podejścia lub okazania szacunku dla ofiar. W rzeczywistości fałszywie określają ofiary jako sprawców, chwalą zbrodniarzy i obrażają pamięć ofiar i ich potomków”.

Użycie zwrotu „resztki po mieczu” nie oznacza więc zaprzeczania masakrom i ludobójstwu. Wręcz przeciwnie, oznajmia o dumie sprawców. Znaczy: „Tak, zamordowaliśmy chrześcijan i innych niemuzułmanów, bo na to zasłużyli!”.

 Uzay Bulut
Autorka jest turecką dziennikarką, która ze względu na obawę przed aresztowaniem od kilku lat przebywa poza krajem; mieszka w USA.

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Źródło: https://pl.gatestoneinstitute.org/16113/turcja-resztki-po-mieczu




Zachodowi zagrażają jego własne słabości

Często dyskutujemy o zmierzchu Zachodu w kontekście imigracji, obecności dynamicznej muzułmańskiej kultury w Europie. Autor artykułu, Ammar Anwer, skupia się jednak na wewnętrznych problemach Zachodu, które odpowiadają za jego słabość.(red.)

* * *

Latem 2016 r. niektóre francuskie miejscowości zakazały noszenia burkini (muzułmańskiego stroju kąpielowego) na plażach. Jedynym z miast, które wprowadziło nowe zasady, była Nicea. Ostatecznie zakaz został zniesiony przez francuski Najwyższy Sąd Administracyjny.

Zaledwie miesiąc przed wprowadzeniem zakazu, Tunezyjczyk wjechał ciężarówką w tłum ludzi świętujących rocznicę zburzenia Bastylii na promenadzie w Nicei. Zginęło osiemdziesiąt sześć osób, wiele innych zostało rannych.

Zaskakujące było to, że w ciągu kilku tygodni i miesięcy po tej okrutnej tragedii, najgłośniejsza debata publiczna toczyła się wokół zakazu noszenia islamskiego stroju, wynalezionego zaledwie dziesięć lat wcześniej. Ludzie dzielili się swoimi poglądami, zgodnie z którymi zakaz ten był bezpośrednim naruszeniem wolności wyboru – nawet po tym, gdy został unieważniony. Niewiele mówiło się natomiast o potencjalnej motywacji stojącej za atakiem terrorystycznym w Nicei, poza tym, że jak zwykle nazwano to aktem terroru i przeszło się nad nim do porządku dziennego.

Na tym nie koniec. O ile Francja kiepsko poradziła sobie w dyskusjach na ten temat, Niemcom poszło jeszcze gorzej. W poniedziałek po zamachu w Nicei siedemnastoletni Mohammad Riyad wyciągnął w pociągu jadącym przez Bawarię nóż i siekierę, i zaczął atakować nimi pasażerów. Zanim został zastrzelony przez policję zdążył zranić pięć osób. ISIS przyjęło odpowiedzialność za ten atak. Po tym zdarzeniu parlamentarzystka z Partii Zielonych, Renate Künast, pytała, dlaczego policjant w pociągu zabił napastnika zamiast strzelać tak, żeby go zranić.

Wydawałoby się, że zabicie osoby siejącej zniszczenie było ważniejsze niż dyskusja o tym, co mogło skłonić siedemnastolatka do popełnienia tak strasznego czynu.

Podobne apologetyczne stanowisko wobec islamu przyjęli prezydenci Bush i Obama, którzy ciągle podkreślali, że walczą z ludźmi, którzy wykorzystują islam jako pretekst do realizacji własnych celów politycznych, zaprzeczając tym samym, jakoby za ich działaniami mogła stać motywacja religijna.

Jedynie prezydent Trump uznał ideologiczne korzenie ekstremizmu, ale biorąc pod uwagę jego nieprzewidywalność i zmienność, często trudno traktować poważnie jego wypowiedzi.

Poprawność polityczna to nie jedyne widmo, które prześladuje współczesny Zachód. Są jeszcze dwa inne: świecki fundamentalizm i hiperindywidualizm.

Dlaczego tak niechętnie rozmawia się o aktach islamskiego ekstremizmu?

Odpowiedź brzmi: poprawność polityczna.

Ale poprawność polityczna to nie jedyne widmo, które prześladuje współczesny Zachód. Są jeszcze dwa inne: świecki fundamentalizm i hiperindywidualizm.

Poprawność polityczna

Zacznijmy od poprawności. Wszystko zaczęło się wraz z przybyciem do państw zachodnich imigrantów z dawnych kolonii. Zachód przyjął ich po części dlatego, że czuł się moralnie zobligowany do zrekompensowania im kolonialnej przeszłości, a częściowo dlatego, że w dobie postępującej industrializacji potrzebował siły roboczej.

To poczucie winy za zbrodnie z przeszłości stworzyło polityczną poprawność, wymagającą natychmiastowego i niezawodnego poszanowania osobliwych zwyczajów przybyszów, którzy teraz stali się obywatelami. Jeśli chodzi o problematyczne poglądy religijne kultywowane przez imigrantów, na przykład mizoginię, czy też o ich drakoński stosunek do bluźnierstwa i apostazji, nawet najbardziej agnostyczni zachodni liberałowie, znani od dawna z polemiki z chrześcijaństwem i judaizmem, zdecydowali się nabrać wody w usta.

Ta nowo narzucona poprawność polityczna, często będąca synonimem „całkowitej tolerancji, nawet dla tych, którzy są nietolerancyjni”, utrzymuje się do dziś. Jest ona tak zakorzeniona w polityce, że nawet niektórzy zaniepokojeni zachodni liberałowie wstrzymują się przez wypowiadaniem swoich poglądów. Strach przed byciem nazwanym rasistą u niektórych osłabia pewność siebie, u innych paraliżuje zdolność do krytycznego myślenia. To właśnie z tego powodu wielu zachodnich polityków, w obliczu islamskiego ekstremizmu, podchodzi z obawą do wszelkich prób wiązania islamu z ekstremizmem.

Oczywiście niedorzeczne byłoby wrzucać 1,6 miliarda muzułmanów na całym świecie do jednego worka i uważać, że wszystkie formy islamu są takie same. Muzułmanie nie stanowią monolitu, a w ramach islamu istnieje wiele tradycji religijnych. Jednak równie błędnym podejściem jest zakładanie, że pomiędzy działaniami radykalnych muzułmanów a konkretną formą rozumienia islamu (islamizmem) nie ma żadnego związku.

Kolejnym problemem, który towarzyszący poprawności politycznej, jest to, że zawsze promuje ona mentalność opartą na poczuciu winy. Mentalność ta wymaga, żeby obecne pokolenie ludzi Zachodu nieustannie przepraszało za czyny swoich dziadków. Co więcej, cnoty tej oczekuje się tylko od Europejczyków. Turcja do dziś nie chce przyznać, że kiedykolwiek doszło do czegoś takiego, jak ludobójstwo Ormian, nie mówiąc już o tym, żeby miała za nie przeprosić. Na subkontynencie indyjskim, skąd pochodzę, ludzie oczekują, że Wielka Brytania przeprosi za kolonizację Indii, ale przeprosiny te wymagane są tylko od Wielkiej Brytanii. Nie oczekuje się ich od sąsiadów z Azji Środkowej, którzy nieustannie atakowali i plądrowali Indie. Nikt nie oczekuje od dzisiejszych Uzbeków, że przeproszą za najazd Timura Chromego na Indie Północne.

Ludzie Zachodu nie muszą porównywać się do innych, ale fakt, że niektóre standardy stosuje się tylko i wyłącznie w stosunku do nich, jest zdumiewający.

Mentalność obarczona poczuciem winy daje rezultat w postaci podwójnych standardów. Badanie przeprowadzone cztery lata temu przez Channel 4 pokazało, że według 52% brytyjskich muzułmanów homoseksualizm powinien być nielegalny. Podobnego zdania było zaledwie 5% pozostałej części społeczeństwa. Wyobraźmy sobie teraz, że badanie Channel 4 wykazało, iż 52% brytyjskich chrześcijan chce delegalizacji homoseksualizmu. Możemy sobie tylko wyobrazić, jaki szum medialny wywołałaby lewica.

Poza polityczną poprawnością widać dużą naiwność w kwestii tego, kto jest prawdziwym zagrożeniem dla zachodnich wartości. Większość ludzi wciąż postrzega chrześcijaństwo jako nieprzychylne postępowi. I o ile niektórzy konserwatywni chrześcijanie rzeczywiście opierają się reformom społecznym, o tyle najważniejsze konflikty mające miejsce w ciągu ostatnich stu lat na Zachodzie nie miały z chrześcijaństwem nic wspólnego. Ani Oświęcim ani gułagi nie były dziełem gorliwych katolików. Tych okropności dokonali ludzie, którzy pogardzali chrześcijaństwem.

Od czasów Oświecenia trudno wskazać konflikt lub bitwę, które toczono by stricte w imię chrześcijaństwa. Konflikt etniczno-narodowy w Irlandii Północnej miał pewien sektariański wymiar, ale – jak zauważył Peter Hitchens – oczywiste jest, że choć opisuje się go jako bitwę między protestantami i katolikami, „nie chodziło o prawdziwą obecność Chrystusa albo o zasadność uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, ani nawet o władzę biskupa Rzymu. Była to klasyczna wojna plemienna o posiadanie i kontrolę terytorium”.

Najważniejszym zagrożeniem religijnym przed jakim stanął ostatnio Zachód, jest islamizm, polityczny islam.

Przyjrzyjmy się pewnej analogii. Zarówno dżihad, jak i wyprawy krzyżowe, to święte wojny jednej religii przeciwko drugiej. Do dziś dżihad przywodzi na myśl religijne skojarzenia, podczas gdy o krucjatach nie mówi się już w tym kontekście. Mamy krucjaty w kwestiach środowiskowych, w sprawie równości, egalitaryzmu czy postępu, ale nie prowadzi się ich w imię chrześcijaństwa. W ciągu ostatnich kilku stuleci żaden z papieży nie wyraził pragnienia, żeby prowadzić krucjaty religijne. Jan Paweł II wręcz przeprosił za wyprawy krzyżowe. Wezwania do dżihadu tymczasem wciąż odbijają się szerokim echem. Zostały one z pewnością ograniczone, ale samej idei nadal towarzyszy ten sam religijny zapał.

Weźmy inny przykład. Od dłuższego czasu za krytykę i satyrę wiary chrześcijańskiej nie grozi na Zachodzie kara śmierci. „Żywot Briana” Monty Pythona obraził wiele uczuć religijnych pobożnych chrześcijan, ale nikt z jego powodu nie stracił życia. Ogólnie rzecz ujmując, nikt nie obawia się o życie krytykując chrześcijaństwo lub Jezusa, czy też nabijając się z nich. Z drugiej strony, ludzie byli mordowani za kręcenie filmów o islamie (Theo Van Gogh), rysowanie karykatur postaci religijnej z 7 wieku (redaktorzy „Charlie Hebdo”), a pisarz Salman Rushdie spotkał się z międzynarodowym potępieniem i groźbami śmierci po tym, jak przelał na papier słowa, które część ludzi uznała za obraźliwe dla wrażliwości religijnej muzułmanów.

Mimo tego zachodnie elity intelektualne z powodzeniem wmówiły ludziom (albo same są tak naiwne), że zagrożeniem dla ich wolności i godności jest chrześcijaństwo.

Świecki fundamentalizm

Nie tylko nasza zdolność do rozróżniania zagrożenia jest wadliwa. Okazuje się, że w społeczeństwie obecne jest również odczucie pogardy w stosunku do religijnego dziedzictwa Zachodu. Nie można zrozumieć historii zachodniej cywilizacji oddzielając Zachód od jego chrześcijańskiego dziedzictwa. Analizowanie zachodniej historii w taki sposób nie byłoby uczciwe.

Dziś jednak jest to normą, a prawie wszystko, co „chrześcijańskie” – być może poza Wielkanocą i Świętami Bożego Narodzenia – postrzegane jest negatywnie. Te dwa święta zostały oszczędzone, ponieważ odbierane są w dużym stopniu jako wydarzenia kulturalne i choć mają chrześcijańskie korzenie, nie są całkowicie związane z wiarą. Istnieje jednak tendencja do przedstawiania ich w całkowicie świecki sposób i pomijania ich chrześcijańskich źródeł. Jak zauważył Peter Hitchens: „W ostatnich latach prezenterzy BBC zamiast mówić, że w Wielkanoc świętuje się zmartwychwstanie Chrystusa, zaczęli ogłaszać, że tego dnia ‘Chrześcijanie świętują swoją wiarę w zmartwychwstanie Chrystusa’ lub też posługiwać się innymi neutralnymi stwierdzeniami.”

Jest to przykład świeckiego fundamentalizmu – ruchu, który dzisiejszych czasach stał się bardzo wpływowy. Ideologia ta nie polega na oddzieleniu religii od spraw administracyjnych, co jest typową definicją świeckości. Jest to ideologia tak niechętna w stosunku do religii, a w szczególności do chrześcijaństwa, że nie toleruje żadnego nawiązania do tradycji chrześcijańskiej. Cechuje się taką nienawiścią w stosunku do religii, że nie potrafi zwrócić uwagi na kluczowy fakt, a mianowicie na to, że można nie być wierzącym i odrzucać system religijny, a jednocześnie doceniać rolę, jaką religia odgrywa w społeczeństwie. Nie trzeba być chrześcijaninem, żeby zaakceptować znaczenie chrześcijaństwa dla zachodniej polityki, społeczeństwa i myśli kulturowej.

Właśnie taki błąd popełnia jednak wielu ludzi. W swojej niechęci do chrześcijaństwa umniejszają rolę, jaką odgrywało ono przez eony w historii Zachodu. Jeśli już wspomina się o jego roli, to tylko o tej negatywnej – przypomina się wyprawy krzyżowe, wielką inkwizycję i wojny religijne w Europie. Nikt nie może zaprzeczyć, że te negatywne zjawiska miały miejsce, ale czy oznacza to, że unieważniają one całe nasze chrześcijańskie dziedzictwo?

W zwyczaju jest rozpoczynanie dyskusji o postępie na Zachodzie od epoki Oświecenia. W dużym stopniu jest to zgodne z prawdą, ale przy takim podejściu często zaniedbujemy wydarzenia, które miały miejsce wcześniej i utorowały drogę do Oświecenia, na przykład o Reformacji, która osłabiła autorytet i władzę kościoła i tym samym stworzyła grunt pod idee oświeceniowe.

Co więcej, najbardziej fundamentalne zasady, które wciąż celebrujemy, wywodzą się z tradycji judeo-chrześcijańskich. Najważniejszym elementem zachodniej cywilizacji jest oddzielenie kościoła od państwa i właśnie to w dużym stopniu odróżnia nas od innych cywilizacji. Dziś traktujemy to jako oczywistość, ale po raz pierwszy takie rozwiązanie pojawiło się w chrześcijaństwie. W ewangelii św. Mateusza (22:21) czytamy, że Chrystus rzekł do swoich uczniów: „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Zdanie to wyznaczyło podział między władzą religijną i polityczną lub – innymi słowy – między kościołem i państwem.

Podział ten nie zawsze obowiązywał i bywały czasy, w których księża sprawowali tymczasowo władzę lub królowie rościli sobie boskie prawo władzy nad kościołem, ale były to odstępstwa od chrześcijańskiej normy. Idea ta odżyła za czasów Marcina Lutra i teologów baptyzmu.

Pomysł, żeby patrzeć na religię jako na zgliszcza zabobonnej przeszłości albo światopogląd pozbawiony psychologicznych mechanizmów obronnych, jest obecny w społeczeństwie od czasu Oświecenia, jednak dopiero w naszych czasach stał się znakiem firmowym ruchu nowych ateistów. Ruch ten idzie ramię w ramię ze świeckim fundamentalizmem.

Przedstawiciele tego ruchu opierają się na dwóch twierdzeniach. Pierwsze z nich zakłada, że nauka może dostarczyć nam wszystkiego, czego potrzebujemy. Zgodnie z drugim zaś wszystkie pytania, na które nauka nie jest w stanie odpowiedzieć, nie są w ogóle ważne. Pytania takie jak: „Dlaczego tu jestem?” albo: „Co się ze mną stanie po śmierci?”, nie mają więc sensu, ponieważ nie można dostarczyć dowodów empirycznych w odpowiedzi na nie.

Sprowadzanie rozumowania do metody naukowej sprawia, że wszelkie filozoficzne i teologiczne rozważania stają się daremne. Skoro prawda nie może wykraczać poza naukę, twierdzenia filozoficzne na temat prawdy są zaledwie osobistymi opiniami. Jest to jeden z korzeni dzisiejszego relatywizmu, w ramach którego poza prawdami naukowymi nie istnieją żadne prawdy, a jedynie przeciwstawne światopoglądy.

Co więcej, założenie, jakoby nauka miała ostatecznie stworzyć pozbawione boga społeczeństwo, jest błędne, ponieważ niezależnie od tego, jak doskonałe byłyby naukowe zaklęcia, nie uczynią one ludzi całkowicie niefilozoficznymi i niereligijnymi jednostkami. Jak mawiał amerykański pisarz Will Herberg: „Człowiek jest homo religiosus, ‚z natury’ religijny. Tak samo jak potrzebuje pożywienia, żeby jeść i powietrza, żeby oddychać, potrzebuje też wiary, żeby żyć”.

Hiperindywidualizm

Kolejną ideologią, która poprzez fragmentaryzację tradycyjnego etosu wywarła na nas niekorzystny wpływ, jest hiperindywidualizm. Teorię indywidualizmu ze szczerych pobudek zaczął rozwijać Thomas Hobbes. Podważała ona feudalizm i była protestem przeciwko arystokratycznemu etosowi rycerskości, który nakazywał ludziom poświęcać życie w ramach wojen religijnych. Hobbes zachęcał ludzi, żeby zamiast poddawać się kaprysom arystokracji i boskości, na pierwszym miejscu stawiali własne interesy. Ogólnie rzecz ujmując jego teoria zakłada, że ludzie różnią się od siebie i należy rozpatrywać ich jako oddzielne byty.

Towarzyszące indywidualizmowi wezwanie do wzięcia pełnej odpowiedzialności za własne życie jest słuszne i nie można zaprzeczyć korzyściom płynącym z przyznania ludziom prawa do kierowania własnym życiem. Jedną z przyczyn, dla których zachodnim społeczeństwom udało się przetrwać i zostawić w tyle zarówno reżimy komunistyczne, jak i faszystowskie, jest ich poszanowanie dla autonomii jednostek w ich sferach prywatnych zamiast skłaniania ich do tego, żeby porzuciły one własne priorytety na rzecz jakiegoś zbiorowego celu. Dlatego też nie powinniśmy obawiać się indywidualizmu samego w sobie, ale jego przejaskrawionej formy, która całkowicie odrzuca wszelką zależność oraz potrzebę jakiejkolwiek hierarchii.

Hiperindywidualizm forsuje ideę, zgodnie z którą człowiek może wyzwolić się na zawsze z wszelkich ograniczeń i potrafi funkcjonować niezależnie od jakiegokolwiek tradycyjnego czy istniejącego wcześniej znaczenia. Idea ta, jak zauważył polski filozof Leszek Kołakowski, jest „najbardziej skutecznym narzędziem samobójczym, jakie wytworzyła ludzka kultura”.

To prawda, że pragniemy realizować własne potrzeby i nie chcemy, żeby zagrażał im pościg za jakąś utopijną wizją, ale jako zwierzęta społeczne mamy jednocześnie silne poczucie wspólnoty i nie możemy funkcjonować w izolacji, oddzieleni od siebie i innych, dbając tylko o własne samolubne interesy.

Niekorzystnym skutkiem tej skrajnej formy indywidualizmu jest spadek znaczenia tradycyjnych wartości, takich jak poczucie przynależności, wspólnoty i solidarności. Dawno temu przewidywali to już kontroświeceniowi myśliciele. Zdaniem filozofa Stephena Hicksa: „Kontroświeceniowi myśliciele obawiali się, co stanie się z tradycyjnymi wartościami, takimi jak poczucie wspólnotowości i poświęcenia, poczucie obowiązku i spójności grupowej, jeśli jednostki będzie zachęcać się do racjonalnej kalkulacji własnych zysków. Czy ten racjonalny indywidualizm nie doprowadzi do bezwzględnego, nastawionego na krótkotrwałe rezultaty, pazernego egoizmu? Czy nie skłoni jednostek do odrzucenia wieloletnich tradycji i więzi wspólnotowych, tworząc tym samym zatomizowane społeczeństwo złożone z odizolowanych, pozbawionych korzeni, nerwowych jednostek?”.

Ten upadek tradycyjnych wartości jest doskonale widoczny w trakcie epidemii koronawirusa, kiedy to mamy pozostawać zamknięci w domach, w pewien sposób zmuszeni do spędzania czasu z naszymi rodzinami, co dla wielu z pewnością jest niekomfortową sytuacją. Nie byłoby to niczym nietypowym w społeczeństwach, gdzie rodzina jest silna, a tradycyjne wartości wciąż istnieją. Goniąc za indywidualnymi celami posunęliśmy się bardzo daleko w podważaniu filarów, które przez wieki podtrzymywały naszą cywilizację.

Istnieje jeszcze inny problem związany z taką formą indywidualizmu. Zakłada on, że człowiek sam w sobie jest najwyższą jednostką pozbawioną wszelkiego odniesienia do ogólnej zasady, dlatego też trudno jest zdefiniować koncepcje takie jak „wolność” czy „swoboda”. Brytyjska filozof, Mary Midgley, pisała, że „kampanie na rzecz wyzwolenia bywają sprzeczne, ponieważ różni ludzie mają różne cele. Wolny handel może stwarzać warunki bardzo dalekie od wolności dla pracowników, wolność zabudowy może doprowadzić do powstania miast, w których okropnie się żyje (…)”.

Dlatego ważne jest, żebyśmy dysponowali ogólną strukturą, w ramach której ludzie mogą się poruszać. W przeciwnym razie każda opinia w debacie publicznej będzie wydawać się równie dobra jak każdy inna.

Dzisiejszy Zachód nie tylko manifestuje objawy kruchości politycznej poprzez nieumiejętność nazywania rzeczy po imieniu. W naszym społeczeństwie brakuje też kierunku, znaczenia, dochodzi do rozpadu tradycyjnych wartości. Niektórzy uważają wręcz, że to imigranci mogą dostarczyć nam wartości i instytucji, których obecnie nam brakuje, lub które są po prostu słabe – na przykład małżeństwo, solidarność, poczucie wspólnoty i duchowość. Islam w tym kontekście jest systemem bardzo wspólnotowym, religijnym i odpornym na poprawność polityczną. Co jednak jest zaskakujące, bardzo rzadko rozmawia się na ten temat w kontekście odkrycia tych wartości na nowo w tradycjach judeo-chrześcijańskich.

Jeśli Zachód ma poczynić jakiekolwiek polityczne i kulturowe postępy, będzie musiał rozwinąć takie poczucie politycznej uczciwości, które nie wiąże się z tolerancją w stosunku do tych, którzy stoją w opozycji do naszych wartości. Musimy też zdobyć się na wolne od uprzedzeń podejście do własnego dziedzictwa – ani nie broniąc tego, czego obronić się nie da, ani nie pomijając pozytywnych aspektów, które wciąż mogą być źródłem wartości, jakich zdaje się nam brakować w przesadnie materialistycznym społeczeństwie. Powinniśmy też przekonać się co do tego, że o ile warto zachować osobistą niezależność, o tyle nie możemy przetrwać oderwani od szerszego społeczeństwa. Więzi nie są dla nas ograniczeniami – są ostatnią deską ratunku.

I wreszcie ci, którzy do tego stopnia uwielbiają naukę, że nie wyobrażają sobie wykraczającej poza nią rzeczywistości, powinni zdać sobie sprawę, że istoty ludzkie są wielowymiarowe i że ludzkie życie ma wiele aspektów, takich jak duchowość, której nie można zrozumieć empirycznie, a która mimo to wciąż jest kluczowym elementem naszego życia.

Idąc tą drogą zapewnimy naszej kulturze ogólną równowagę, której wydaje się jej dziś brakować.

Autor pochodzi z Pakistanu, ma 22 lata. Studiuje inżynierię w Polsce; interesuje się naukami społecznymi, historią i teologią. Publikował na stronach Quilliam Foundation i w anglojęzycznym „Daily Times” z Lahore. Jest ateistą, humanistą i liberałem, pochodzącym z bardzo konserwatywnej muzułmańskiej rodziny.

Opinie wyrażane przez autorów artykułów niekoniecznie są zbieżne z poglądami redakcji. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Tłumaczenie Bohun. Artykuł napisany dla Euroislam.pl




KE zaproponuje politykę migracyjną zbliżoną do naszych postulatów

W propozycji nowej polityki migracyjnej Komisja Europejska planuje zrezygnować ze schematu relokacji imigrantów, wzmocnić granice i usprawnić proces deportacji. Informuje o tym hiszpański dziennik „El Pais”.

Nie oznacza to zakończenia dyskusji w tej sprawie, najpierw wszystkie kraje muszą zaakceptować zmiany, ale oznacza to, że KE staje w tej kwestii po stronie przede wszystkim państw wyszehradzkich, Słowenii, Austrii, Danii i Łotwy. Zmiana jest także zgodna z oczekiwaniami Polaków z roku 2015, kiedy szczyt kryzysu imigracyjnego zbiegł się w czasie z wyborami parlamentarnymi w Polsce.

Wobec tymczasowego schematu relokacji przebywających we Włoszech i Grecji uchodźców, kraje takie jak Polska, Węgry i Czechy „stanęły okoniem”, sabotując procedurę. W tym roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że wymienione kraje złamały prawo unijne.

Dla Stowarzyszenia Europa Przyszłości prowadzącego portal euroislam.pl to także realizacja naszych postulatów, o których pisaliśmy, gdy kryzys dopiero się zaczynał. Przypomnijmy część z tych działań:

  • W 2014 roku zwracaliśmy uwagę na postulaty antyimigracyjnego, niemieckiego ruchu PEGIDA, który domagał się między innymi przyspieszenia procedur deportacyjnych. Brak realizacji tych postulatów, a nawet pójście w przeciwną stronę zaowocowało dużym poparciem dla nowej partii Alternative für Deutschland, która zagroziła układowi politycznemu w Niemczech.
  • W maju 2015 roku wysłaliśmy do polskich polityków w Sejmie i rządzie raport z naszymi postulatami i ostrzeżeniami wobec masowej imigracji. Uzasadniliśmy nasz sprzeciw wobec planu relokacji azylantów i przedstawiliśmy propozycje rozwiązania problemu, zbieżne z obecną propozycją KE. W weekend, kiedy nasz apel, zlecony „Rzeczpospolitej” w formie płatnego ogłoszenia, miał pojawić się w druku, nastąpiła awaria i materiał nie ukazał się.
  • Przy braku odzewu, podjęliśmy decyzję o większym skupieniu uwagi na problemie i przygotowaliśmy akcję plakatową „Polska jadę tam”, która była odwróceniem trwającej kampanii reklamowej „Tunezja jadę tam”. Przypomnieliśmy o zagrożeniu terrorystycznym, o jakim na początku roku informowały włoskie służby. W wyniku krytycznych, a także kłamliwych, jak w przypadku „Newsweeka” i artykułu Renaty Kim publikacji, minister ds. równości w rządzie PO Małgorzata Fuszara skierowała sprawę do zbadania przez Prokuratora Generalnego. Prokuratura nie podjęła działań wobec nas, za to terroryści wykorzystujący szlak imigracyjny podjęli działania w Europie. Do dnia dzisiejszego łącznie ponad 100 osób, które wykorzystały tę metodę dostania się do UE, dokonało zamachów terrorystycznych bądź brało udział w ich przygotowaniu.
  • We wrześniu 2015 próbowaliśmy nadal, niestety bezskutecznie, przekonać rząd do zmiany postawy w kwestii relokacji. Dopiero wybory, które zmieniły rządy w Polsce, przyniosły zmianę polityki także w tym zakresie.
  • W latach 2017-18 współdziałaliśmy z międzynarodową grupą ekpertów nad opracowaniem raportu i propozycji zarządzania przyszłymi kryzysami imigracyjnymi. Projekt zakończył się przedstawieniem zmian w głównym think tanku Europejskiej Partii Ludowej, Wilfried Martens Center. Już wtedy można było zobaczyć, że stanowisko głównej partii europejskiej ewoluuje w kierunku naszych postulatów.
  • W 2019 roku ukazała się książka/raport „Wzbierająca fala” dr Grzegorza Lindenberga o demografii w Afryce i trzech głównych mitach, jakie pokutują w kwestii imigracji. Książka została wydana we współpracy z „Układem Sił”. Była to kolejna okazja do dyskusji i przesyłania informacji decydentom.

To nie wszystkie nasze działania. Poza tym bierzemy udział w licznych rozmowach i konsultacjach oraz ciągle prowadzimy portal.

Dzisiaj dowiedzieliśmy się również, że Narodowy Instytut Wolności odrzucił nasz wniosek o grant. Widocznie dla recenzentów wymienione wyżej działania to nie aktywność think tanku. Think tankami są według nich stowarzyszenia na rzecz rodzica w mieście czy leczenia chorób klatki piersiowej.

Dlaczego o tym wspominamy? Często ludzie zastanawiają się, jak pracujemy. Aplikują, bo chcą odbyć staż w jakimś biurze, niektórzy może myślą, że nasza redakcja takowe posiada. Otóż nigdy nie otrzymaliśmy żadnej instytucjonalnej pomocy. Utrzymujemy się dzięki finansowemu wsparciu indywidualnych osób i pracy wolontariuszy, którzy wierzą w te same cele co my. Dzięki nim możemy poświęcać maksymalną ilość czasu na realizację tych celów. To małe święto dla nas i dla nich. Jesteśmy nawet dumni, że odbywa się to w taki sposób. Dziękujemy.

Jan Wójcik w imieniu redakcji.

 




Al Jazeera krzyczy „łapać złodzieja!”

Fala demonstracji w USA jest fantastyczną okazją dla wszystkich, którzy nienawidzą Stanów Zjednoczonych, do przyłączenia się do nagonki nie tylko na ten kraj, ale też inne kraje Zachodu, kraje „białego człowieka”. Wśród telewizji prym wiedzie Al Jazeera.

Katarska telewizja Al Jazeera  wykorzystuje okazję do maksimum, chociaż sama jest propagandową tubą kraju rządzonego przez dyktaturę, który wykorzystuje niewolniczą pracę milionów imigrantów, popiera fanatyków z Bractwa Muzułmańskiego i w którym dyskryminacja jest legalna.

Czarni uchodźcy z USA?

„Co to znaczy być czarnym w USA” – tak zatytułowany jest film Al Jazeery, którego narratorem jest pracująca w tej telewizji Sandra Gathman (o mały włos napisałbym „dziennikarka”, ale to propagandzistka) i z którego dowiadujemy się, że to po prostu koszmar. Taki koszmar, żeGdyby czarni Amerykanie chcieli ubiegać się o azyl, mieliby do tego podstawy” pisze na stronie Al Jazeery była pracownica agendy ONZ ds. uchodźców, Amali Tower.

Ucisk, którego doznają czarni Amerykanie, to przypadek prześladowań, o których mówi Konwencja ONZ ds. Uchodźców”, twierdzi w artykule w Al Jazeera pani Tower. „W żadnym wypadku nie doradzam, by czarni Amerykanie opuścili Stany Zjednoczone, ale gdyby szukali azylu za granicą, to same niepokoje społeczne i polityczne, które wstrząsnęły tym krajem w ostatnich tygodniach, wystarczyłyby, żeby  wesprzeć ich przekonanie, że mają ‚dobrze uzasadnione obawy’ o swoje bezpieczeństwo i spokojne życie w kraju”.

Na razie nie widać jakoś tłumu chętnych do opuszczenia USA i schronienia się pod skrzydłami Al Jazeery i jej fundatora, szejka Tamima bin Hamadiego.

Krytyka Al Jazeery nie ogranicza się do USA. Inny propagandzista Al Jazeery pochodzenia pakistańskiego, Imran Khan, krytykuje Wielką Brytanię, twierdząc, że „Wielką Brytanię zbudowano na plecach i duszach niewolników”. A ponieważ dwieście lat temu, gdy zakazano handlu niewolnikami, rząd brytyjski wypłacił handlarzom niewolników rekompensatę, dzisiaj jest winien pieniądze nie tylko potomkom niewolników, ale i zwykłym podatnikom, bo rekompensata została sfinansowana z ich podatków. Gdyby jeszcze uważał, że to potomkowie handlarzy niewolników powinni zwrócić pieniądze, jakoś trzymałoby się to kupy. Ale nie chodzi o logikę: chodzi o to, żeby dzisiejszy rząd brytyjski obciążyć odpowiedzialnością za to, co ktoś inny robił 200 lat temu.

Kto nie miał niewolników?

Może lepiej jednak nie przypominać, co kto robił 200 lat temu, bo mogą wyjść na jaw fakty raczej nieprzyjemne dla p. Khana. Na przykład jego współwyznawcy, muzułmanie, prowadzili wówczas handel niewolnikami z Afryki, wysyłanymi na  Bliski Wschód. Mieli w tym niezłe doświadczenie, bo robili to od VII w. n.e. i z Afryki  wywieźli przynajmniej 17 mln osób, głównie kobiet. Tyle samo, albo i więcej, niż wywieźli Europejczycy do obu Ameryk. Do tego dochodzą jeszcze miliony niewolników porywanych w Azji (Indie) i w Europie (również w Polsce – to z Europy pochodzili janczarzy, czyli dzieci przymusowo nawrócone na islam i wcielone do armii).

Nie trzeba nawet sięgać 200 lat wstecz. Żyją jeszcze ludzie, którzy osobiście mieli albo mają niewolników – Arabia Saudyjska zniosła niewolnictwo dopiero w 1962 roku, a Mauretania (też muzułmańska) w 1981. W ciągu ostatnich 15 lat trzy kraje muzułmańskie wprowadziły kary za posiadanie niewolników (Niger, Mauretania i Czad), więc można przypuszczać, że problem nadal nie został tam rozwiązany.

W Katarze niewolnictwo też nie jest opowieścią z zamierzchłej przeszłości, bo zostało tam zniesione w 1952 roku. Ale ponieważ Koran dopuszcza posiadanie niewolników i jeńcy wojenni (niemuzułmanie) traktowani są jak zdobycz, to nic dziwnego, że niewolnictwo tak długo dobrze się miało w różnych krajach muzułmańskich. A może muzułmańscy przodkowie p. Khana w Indiach jeszcze przed podbojem przez Brytyjczyków też mieli hinduskich niewolników? Byłby to wspaniały temat na artykuł: „Oddaję pieniądze potomkom niewolników mojej rodziny”.

Współczesne niewolnictwo w Katarze

Al Jazeera, pochylając się nad strasznym losem czarnych obywateli amerykańskich, jakoś nie widzi pod swoim nosem milionów ludzi, którzy pozbawieni są wszelkich praw i zmuszani do niewolniczej pracy. W Katarze, najbogatszym kraju świata,  tylko 320 tysięcy to obywatele (12%), ponad 2,3 mln to obcokrajowcy z Pakistanu, Indii, Iranu, Nepalu i innych krajów, pracujący na ten dobrobyt, ale bez szans na obywatelstwo.

Al Jazeera może się pochylać z troską nad losem amerykańskich czarnych, nie dostrzegając setek ludzi, których zabija system pół-niewolniczej pracy w jej własnym kraju.

Pracują oni w systemie wyzysku znanym na całym Bliskim Wschodzie pod nazwą „kafala” (sponsoring), ponieważ każdy przyjeżdżający do pracy musi mieć swojego miejscowego sponsora. Osoba objęta tym systemem nie może z kraju wyjechać bez zgody sponsora, dla pewności odbierany jest jej paszport. Pracować może tylko w jednym miejscu, chyba, że sponsor przeniesie ją w inne. Mieszka oczywiście w wyznaczonej, zatłoczonej kwaterze, wraz z innymi imigrantami, karmiona jest kiepsko. Do centrów handlowych może chodzić tylko w dni, kiedy zakupów nie robią tam miejscowi, żeby nie musieli się z nią stykać. Zarabia mniej, niż jej obiecywano (średnio nieco powyżej 200 dolarów na miesiąc). Za nadgodziny często nie dostaje pieniędzy. Oprócz tego wobec imigrantów-pracowników stosowana jest często przemoc fizyczna, a kobiety są molestowane seksualnie. No i za przywilej pracy muszą pośrednikom zapłacić przynajmniej półroczną pensję, a czasem więcej.

O warunkach pracy robotników cudzoziemskich zrobiło się głośno w 2012 roku, kiedy Katar za łapówki dla oficjeli z FIFA otrzymał prawo zorganizowania mistrzostw świata w piłce nożnej w 2022 roku („Oskarżenia FIFA o korupcję to rasizm”  cytowała wtedy Al Jazeera szefa FiFA) i zaczął budować wielkie klimatyzowane stadiony. Al Jazeera napisała o tym, lekceważąc problem, kilka razy. Siedem lat temu, gdy delegacja międzynarodowych związków zawodowych przyjechała sprawdzać co się dzieje, to, jak podała Al Jazeera, wprawdzie „znalazła niepokojące dowody złego traktowania robotników, ale władze twierdzą, że to mało znaczące przypadki”. Telewizja nie znalazła też okazji, żeby przyjrzeć się przyczynom utraty życia przez ponad 200 robotników z Indii rok w rok (o innych nic nie wiadomo) i nie przepytała szefa rządowego katarskiego Komitetu Praw Człowieka, który stwierdził, że to „normalne”.

Rasizm w krajach arabskich

Rasizm nie jest w krajach arabskich czymś nieznanym, wręcz przeciwnie. Słowo „abeed” oznacza czarnego niewolnika, ale tak samo określani są dzisiaj czarni mieszkańcy Afryki. Cytat z wiersza arabskiego poety sprzed tysiąca lat Al-Mutannabiego stał się przysłowiem: Nigdy nie kupuj niewolnika bez kija, bo niewolnicy są od urodzenia nieczyści. Tylko dwa kraje – Zjednoczone Emiraty Arabskie i Tunezja – kryminalizują dyskryminację (rasową, etniczną), w pozostałych jest ona legalna.

„Wydarzenia w USA są tym, co dzieje się w krajach arabskich codziennie, za zamkniętymi drzwiami”, pisze tunezyjska czarna działaczka. „Al Jazeera może się pochylać z troską nad losem amerykańskich czarnych, nie dostrzegając setek ludzi, których zabija system pół-niewolniczej pracy w jej własnym kraju”.

Te cytaty pochodzą z niezwykle ciekawego artykułu pod tytułem „Czerń i przemoc, które nie doczekały się hasztaga” z portalu o współczesnej kulturze arabskiej ScenArabia, pokazującego, że pogarda, jaką otaczani byli czarni niewolnicy, do dziś utrzymuje się w krajach arabskich. W telewizji i filmach czarni portretowani są negatywnie i ośmieszani, przedstawiani dla żartu w rolach prostytutek, służących, albo kompletnych głupków. Są postrzegani jako inni,animalistyczni, dzicy, moralnie zdegradowani i zdeformowani fizycznie„, pisze bahrański naukowiec Nader Kadhim. Poczucie wyższości i pogardy jest publicznie wyrażane i akceptowane.

Owszem, Al Jazeera opublikowała siedem lat temu tekst „Stawiając czoła rasizmowi wobec czarnych w świecie arabskim”, ale jedyny kraj, który został tam wyraźnie skrytykowany za rasizm, to Izrael – który nie jest chyba (jeszcze) krajem arabskim. Oczywiście, o Katarze w tekście nie było ani słowa.

Antysemityzm i islamizm – nierozłączne

Al Jazeera to nie jest jakaś zwykła telewizja. To najpopularniejsza telewizja satelitarna krajów arabskich, z osobnym anglojęzycznym serwisem przeznaczonym dla odbiorców w krajach zachodnich. Jest propagandową tubą emira Kataru, która ma wspierać Bractwo Muzułmańskie. Katar jest głównym sponsorem politycznym i finansowym Bractwa, międzynarodowej organizacji, która dąży do wprowadzenia na świecie kalifatu z tradycyjnym islamem.

Katar przekazał parę miliardów dolarów Egiptowi w latach 2011-2012 gdy rządziło nim Bractwo, wspiera setkami milionów Hamas, czyli palestyńską odnogę Bractwa. Na terytorium Kataru mieszkali i mieszkają przywódcy Bractwa i Hamasu, mieszka tam też główny ideolog Bractwa, szejk Al Karadawi, który ma w Al Jazeerze swój regularnie nadawany program. Zajmuje się w nim systematycznym szkalowaniem i szczuciem na Żydów, głosi wyższość islamu nad zachodnim stylem życia i mężczyzn nad kobietami. Gdyby jakikolwiek duchowny na Zachodzie mówił połowę rzeczy, które mówi Karadawi, zostałby w najlepszym wypadku symbolicznie ukamienowany na Twitterze, ale najpewniej znalazłby się w więzieniu za mowę nienawiści i wzywanie do przemocy.

Al Jazeera jest w bardzo wygodnej sytuacji. W USA wszystko jest jawne, śmierć Floyda została nagrana smartfonami przez kilka osób, a nagrania natychmiast rozpowszechniono. Dane o przemocy policji są zbierane i analizowane. W Katarze, ani w żadnym innym kraju arabskim, żadnych danych się nie zbiera, więc problemu przemocy ze strony policji nie ma. Nikogo za rasistowskie zachowania i dyskryminację nie stawia się przed sądem, bo są to działania legalne, więc rasizmu i dyskryminacji też nie ma.

Dzięki temu Al Jazeera może się pochylać z troską nad losem amerykańskich czarnych, nie dostrzegając setek ludzi, których zabija system pół-niewolniczej pracy w jej własnym kraju. Będąc na służbie dyktatorskiego reżimu, ubolewa nad niedostatkami amerykańskiej demokracji.

Grzegorz Lindenberg




Przymusowe nawrócenia na islam: norma w Pakistanie

Rodzice Suntary Kohli, Bhagwanti Kohli, Aishy Megwad i Priyanki Kumari wciąż protestują przeciwko porwaniu ich córek i wymuszeniu zmiany ich wiary. Według  lokalnych gazet, te Hinduski to cztery z siedmiu przypadków wymuszonej zmiany wiary w Pakistanie tylko w ubiegłym tygodniu.

Suntara, Bhagwanti i Aisha to wciąż nastolatki; jednak ich historie nie są wyjątkowe.

Według raportu pakistańskiej Human Rights Commission, w tym kraju przynajmniej tysiąc niemuzułmańskich dziewcząt jest co roku zmuszonych do zmiany wiary. Wiele z nich pochodzi z hinduskiej społeczności w Sindh, gdzie mieszka większość spośród ośmiu milionów pakistańskich Hindusów.

Według lokalnych mieszkańców, takie porwania są tak częste, że mają wpływ na życie „co drugiej rodziny”, a zdecydowana większość z nich dotyczy osób nieletnich. Niektóre ofiary mają jedynie 12 lat.

Prawo jest, ale nie działa

A gdzie jest prawo działające przeciwko temu nieustającemu szaleństwu wymuszania zmiany wiary? Dwa takie projekty ustaw, wniesione w 2016 a potem w 2019 roku, zostały storpedowane. W projektach znalazł się wymóg, aby minimalny wiek dla zmiany wiary wynosił 18 lat, postulat karania więzieniem osób winnych takiego wymuszenia oraz zagwarantowany czas 21 dni w bezpiecznym domu, dla pewności, że osoba chcąca zmienić religię robi to z własnej woli.

Odrzucając pierwszy projekt tej ustawy, były gubernator Sindh, Saeeduzzaman Siddiqui, powiedział: „Jeśli  Hazrat Ali [czwarty kalif odłamu sunnickiego i pierwszy imam szyickiego] mógł nawrócić się na islam w młodym wieku (dziewięciu lat), czemu nie mogą hinduskie dziewczęta?”.

Prawa zakazujące wymuszania zmiany wiary zostały uznane przez niektórych jako „nieislamskie”, ze względu na próbę ustalenia limitu wieku dla przyjęcia islamu. Podobny islamistyczny opór ma miejsce przeciwko próbom wyplenienia w Pakistanie ślubów z dziećmi, a Council of Islamic Ideology powołuje się na ślub proroka Mahometa z sześcioletnią Aiszą, jak to opisują hadisy.

Chociaż Pakistan w ubiegłym roku w końcu uchwalił prawo zakazujące małżeństw z dziećmi, sądy wciąż zezwalają na wymuszone zmiany wiary i małżeństwa nieletnich dziewcząt, rażąco naruszając te przepisy. Szczególnie dotyczy to prowincji Sindh, gdzie prawo zakazujące małżeństw z dziećmi (Child Marriages Restraint Act) jest w mocy od 2013 roku.

Nie wolno odejść od islamu

Te rozpowszechnione przypadki porażek w egzekwowaniu prawa kontrastują z niezachwianym stanowiskiem państwa w sprawie osób chcących opuścić islam. Polityka rejestracyjna pakistańskiego National Database and Registration Authority, w sekcji „zmiana religii” stwierdza: „Gdy już zadeklarowany/przyjęty zostanie islam, zmiana religii z islamu nie jest dozwolona”.

Katedra św. Patryka w Karaczi, jeden z nielicznych kościołów w Pakistanie. Mniejszość chrześcijańska to ok. 1% ludności; doświadcza ona ciągłych prześladowań.

Ta klauzula jest zgodna z pakistańskimi islamistycznymi prawami „hudud”, ustanawiającymi barbarzyńskie kary, takie jak ukamienowanie, a także z kodeksem karnym przewidującym karę śmierci za wykroczenia przeciwko islamowi. Pakistan jest jednym z 13 krajów sankcjonujących śmierć za bluźnierstwo przeciwko islamowi.

Chociaż w kodeksie karnym Pakistanu za apostazję nie ma jawnie ustanowionej kary śmierci, jednak jest ona intepretowana jako zbrodnia karana śmiercią nie tylko przez tradycyjne prawo muzułmańskie (fiqh) ale także przez wielu teraźniejszych islamskich prawników, włączając w to pakistańską Council of Islamic Ideology, której zadaniem jest zapewnienie, żeby wszystkie przepisy były zgodne z Koranem i sunnami (historią życia Mahometa).

W rezultacie pakistańscy ateiści żyją w śmiertelnym zagrożeniu, a wielu z nich zostało zlinczowanych lub uwięzionych pod nieuzasadnionymi zarzutami bluźnierstwa. Zagrożenie to wzmogło się od 2017 roku, gdy państwo zainicjowało totalną walkę z ateizmem. Świeccy blogerzy byli porywani, rząd publikował reklamy nakłaniające ludzi do identyfikowania bluźnierców w swoich środowiskach, a najwyżsi sędziowie określili ich mianem „terrorystów”.

Hipokryzja władzy państwowej

Premier Imran Khan, poświęcający wiele swojej energii na ujawnianie „islamofobii” na całym świecie, jest liderem tych groźnych działań. Należałoby mu uświadomić, że sposób, w jaki Pakistan traktuje głosy muzułmańskich dysydentów i „złego rodzaju muzułmanów” jest prawdopodobnie bardziej „islamofobiczny” niż działania wielu innych krajów, które on oskarża o to samo.

W rzeczywistości jego poplecznicy, wszechmocna armia pakistańska, odegrali wiodącą rolę w islamizacji kraju. Polityczni oponenci Khana też wydają się być współwinni i nawet samozwańcza partia liberalna, Pakistan People’s Party, czyni niewiele, żeby zdystansować się od osób organizujących wymuszone zmiany wiary w Sindh.

Na korytarzach władzy w Pakistanie mamy do czynienia z kryminalnym brakiem świadomości w odniesieniu do rażącej nieszczerości, z jaką to państwo potępia łamanie praw człowieka, brak wolności religijnej czy ucisk mniejszości w innych krajach. Pod rządami Khana prześladowane pakistańskie społeczności tracą nadzieję na wybawienie.

Kunwar Khuldune Shahid

Autor jest korespondentem portalu TheDiplomat.com w Pakistanie. The Diplomat to istniejący od 2002 roku magazyn poświęcony tematyce Azji I Pacyfiku; redakcja mieści się w Waszyngtonie. Shahid należy do 101Reporters, pan-azjatyckiej sieci reporterów. Publikował w The GuardianThe IndependentForeign PolicyBBCHaaretzArab NewsLe Monde, The Telegraph.

Oprac. Grażyna Jackowska na podst.: spectator.us

Polecamy również, tegoż autora:

Za ateizm w Pakistanie grozi śmierć

Ahmadijja – muzułmanie prześladowani przez muzułmanów

Tytuł i śródtytuły – Euroislam.pl




Tęczowy Wiedźmin przegrał z Mahometem

Producent kultowej gry „Wiedźmin” postanowił okazać solidarność z mniejszościami LGBT, wybiórczo zapominając o krajach muzułmańskich.

W ramach kampanii promującej tolerancję dla mniejszości seksualnych CD Projekt Red opatrzyło logo swojej firmy tęczową flagą. Jak jednak wskazał dziennikarz Polskiego Radia Mateusz Maranowski, dla krajów w których  dominującym wyznaniem jest islam, logo pozostało niezmienione.

I rzeczywiście, po wejściu na strony firmy na Facebooku widać tęczowe logo. Po zmianie domyślnych ustawień regionu – dla krajów zachodnich – na Hongkong czy Tajwan logo dalej pozostaje tęczowe. Natomiast przy wyborze krajów arabskich, takich jak Katar, Kuwejt, Arabia Saudyjska czy Egipt, logo pojawia się w oryginalnej formie, bez elementu wsparcia dla ruchu LGBT.

Na pytania o to, czy firma zapomniała zmienić znak, czy też uważa, że w tych krajach problem praw mniejszości seksualnych nie istnieje, dział medialny do tej pory nam nie odpowiedział. Polska firma próbuje pokazać Odpowiedzialność Społeczną Biznesu (CSR), ale kiedy jest to nieszczere, gdy wychodzi na jaw hipokryzja, mogą pojawić się zarzuty o „virtue signaling”, czyli „sygnalizowanie cnoty” – co jest pejoratywnym neologizmem dotyczącym afiszowania się z moralną wrażliwością.

Niestety, dla wymienionych krajów to poważny problem, o którym pisaliśmy nieraz. Z najnowszych doniesień medialnych z tego tygodnia, portal Queer.pl pisze o samobójstwie lesbijki Egipcjanki, która była torturowana przez trzy miesiące w Egipcie ze względu na orientację. Udało jej się uzyskać azyl w Kanadzie, ale niestety doświadczenia przemocy były dla niej zbyt ciężkie. Sara Hegazy w niedzielę popełniła samobójstwo.

W Tunezji, innym kraju, który pominęli producenci gry „Wiedźmin”, homoseksualista kandydował nawet na prezydenta. Tu jednak homofobia społeczeństwa i liczne groźby spowodowały, że Mounir Batour uciekł do Francji. Podobne lub jeszcze gorsze rzeczy można powiedzieć o innych pominiętych krajach.

A szkoda, bo uderza to w symboliczny wizerunek Wiedźmina, kultowej postaci z gry, która przyniosła bogactwo firmie CD Projekt. Znany z powieści Andrzeja Sapkowskiego odmieniec nie bał się walki, nawet kiedy wydawała się beznadziejna. Nie da się tego powiedzieć o producentach gry z jego udziałem.

Jan Wójcik




Polityka migracyjna: Czego chcą przeciwnicy relokacji?

Na początku czerwca do Komisji Europejskiej trafił list państw sprzeciwiających się stałemu mechanizmowi przymusowej relokacji imigrantów. Czego chcą jego sygnatariusze?

Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Słowenia, Estonia i Łotwa, skierowały do wiceprzewodniczącego KE i komisarza ds. wewnętrznych list. zawierający wspólne stanowisko tych państw w sprawie nowej polityki migracyjnej przygotowywanej przez Komisję. Część propozycji siódemki w osobnym liście poparły Dania i Austria.

Ministrowie spraw wewnętrznych siedmiu państw (w imieniu Polski list podpisał Mariusz Kamiński), podkreślają, że w obliczu wyzwania migracyjnego należy „odbudować wzajemne zaufanie i stać się wiarygodną siłą w oczach obywateli, którzy oczekują od nas zdecydowanych działań w kwestii nielegalnej imigracji”.

Podstawowym celem nowej polityki migracyjnej Unii Europejskiej ma być, według projektu, poprawa ochrony granic zewnętrznych. Siódemka proponuje wprowadzenie współdziałających ze sobą systemów monitorowania granic i wspólnych minimalnych standardów ich ochrony, dla zapobiegania nielegalnemu ich przekraczaniu.

Drugim elementem jest przyspieszenie i uczynienie efektywniejszą polityki powrotów osób nieposiadających prawa do legalnego pobytu na terenie UE. Najlepiej, żeby odbywało się to od razu w punkcie wejścia na terytorium Unii Europejskiej. Tutaj ministrowie wzywają do skuteczniejszej dyplomacji wobec państw trzecich, uzależniającej współpracę z UE w obszarze wizowym i w rozwoju gospodarczym, od współpracy przez te kraje w zakresie przyjmowania swoich obywateli, którzy na terenie UE przebywają nielegalnie.

To jest jeden z kluczowych problemów, także dla systemu azylowego, ponieważ przeciążanie go przez nielegalnych imigrantów powoduje wzrost niechęci Europejczyków do przyjmowania uchodźców.

Migracja ma w zamyśle stać się jednym z centralnych filarów relacji z państwami trzecimi, będącymi krajami źródłowymi migrantów. Oznacza to też, że UE miałaby zająć się problemami, które są „podstawowymi przyczynami migracji”.

Co do systemu azylowego, nie ma zgody na rozwiązania, które nie będą konsensusem wszystkich państw unijnych, czyli na system przymusowej relokacji. Co więcej, unijna siódemka domaga się, żeby system azylowy był tak skonstruowany, żeby zabezpieczyć przed tzw. wtórnymi migracjami z jednych państw unijnych do drugich. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że większość migrantów po trafieniu do Grecji, Włoch czy Hiszpanii, wcale nie zamierza tam pozostawać. „Obowiązkowa relokacja” stworzyłaby „silny czynnik przyciągający, jak i bodziec dla przemytników imigrantów i handlarzy ludźmi, tworząc zagrożenie dla życia ludzi” – twierdzą autorzy listu.

Pomoc, na którą skłonni są zgodzić się przeciwnicy relokacji, to pomoc w działaniach operacyjnych na granicach, pomoc finansowa i techniczna, szybka reakcja w obliczu narastającej presji imigracyjnej. Nie ma więc mowy o braku solidarności wewnątrzunijnej, tylko nacisk kładziony jest na ochronę granic. Jest to wspólny interes wszystkich państw unijnych, a zwłaszcza tych posiadających zewnętrzne granice. Należy pamiętać, że jest wśród nich także Polska, gdzie coraz częściej odnotowuje się próby nielegalnego przedostania się na jej terytorium.

Podobne propozycje, rozbudowane o konkretną politykę, złożyliśmy, jako Instytut Spraw Europejskich, politykom unijnym, zaproszeni do współpracy w międzynarodowym gronie ekspertów przez czeski think tank European Values.

Jan Wójcik

Pełna treść listu ministrów spraw zagranicznych w sprawie polityki imigracyjnej

Więcej o debacie wokół nowych planów migracyjnych UE




Ahmadijja – muzułmanie prześladowani przez muzułmanów

Premier Pakistanu Imran Khan poświęcił wiele energii trudnemu położeniu muzułmanów na całym świecie. Teraz jego rząd zdecydował się zwrócić uwagę na cierpienie własnych mniejszości religijnych, tworząc planowaną od dawna komisję parlamentarną. I zaledwie kilka dni po jej utworzeniu wykluczył z niej członków ruchu Ahmadijja.

Khan, od kiedy doszedł do władzy w 2018 r., głośno wypowiadał się w kwestii obrony mniejszości muzułmańskich, zwłaszcza tych w Indiach. Jednocześnie cofnął decyzję o włączeniu wpływowego ekonomisty z Ahmadijja do finansowej instytucji doradczej, a teraz wycofał wszystkich członków ruchu z prac komisji, która ledwie uznaje ich za mniejszość religijną.

Pakistan jest jedynym krajem na świecie, którego kodeks karny zabrania niektórym muzułmanom recytowania islamskich tekstów, nawoływania do modlitw albo nauczania swoich wierzeń. Jeśli określone działania zostaną uznane za „obrazę uczuć religijnych” większości, muzułmanin w Pakistanie może zostać skazany na karę śmierci za manifestowanie swojej wiary.

Oznacza to, że Pakistan, posługując się ciągle rozszerzaną definicją tego terminu, jest z pewnością krajem „islamofobicznym” w większym stopniu niż inne państwa. Występuje w nim religijny apartheid zalegalizowany przez konstytucję, co nie tylko odbiera muzułmanom ich fundamentalne prawa, ale poprzez przyzwolenie na groźby śmierci pod adresem określonych grup stanowi dyskryminację wielu społeczności.

Muzułmanie, którzy muszą zmagać się z tymi prześladowaniami, należą do sekty Ahmadijja, która została poddana oficjalnej „ekskomunice” w drugiej poprawce do konstytucji Pakistanu z 1974 r. Jako że islam skutecznie zakazał szerzenia tej wersji religii, państwo może wysuwać oskarżenia o islamofobię, zamiast samemu być o nią oskarżane.

Liderzy innych odłamów islamu za herezję wśród Ahmadijja uznają wiarę, że założyciel ugrupowania, Mirza Ghulam Ahmad, był mesjaszem, co stoi w sprzeczności z tą wersją islamu, w której to Mahomet uznawany jest za ostatecznego proroka.

Walka ortodoksyjnych muzułmanów z sektą Ahmadijja, której korzenie sięgają XIX w., czyli czasów Indii Brytyjskich, nie jest niczym nowym. Przepychanki te zaczęły się jeszcze przed powstaniem Pakistanu. Poeta i filozof, dr Muhammad Iqbal, czczony jako „ideologiczny ojciec” Pakistanu, przez krótki czas sam był Ahmadijja, po czym obrócił się przeciwko swojej wspólnocie. Po tym, jak założyciel kraju, Muhammad Ali Jinnah, porzucił politykę, wywodzący się z Ahmadijja imam Abdul Rahim Dard z londyńskiego meczetu Fazl nakłonił go w 1933 r. do powrotu do Indii, żeby udowodnił swoje „oddanie dla islamskiej sprawy”.

Nawet jako przywódca islamskiego ruchu separatystycznego z lat 1940′, Jinnah pozostał wiernym obrońcą prawa Ahmadijja do identyfikowania siebie jako muzułmanów i mianował ich przywódcę, Zafarullaha Khana, pierwszym ministrem spraw zagranicznych Pakistanu. Niemniej jednak Jinnah do tego stopnia upolitycznił islam w ramach ruchu separatystycznego, że doprowadził nieuchronnie do przejęcia władzy w kraju przez islamistów.

W 1953 r. wybuchły zamieszki skierowane przeciwko członkom sekty Ahmadijja, które skłoniły sąd do ponownego przyjrzenia się definicji muzułmanina. Sąd orzekł, że żaden z odłamów „nie jest islamski” zgodnie z definicją drugiej strony i powołał się na przykład nawrócenia Muhammada Iqbala na islam Ahmadijja, tym samym odrzucając pomysł uznania tej sekty za nieislamską.

Jak na ironię, na Iqbala powoływano się również w 1974 r., kiedy w poprawce do  konstytucji, za kadencji premiera – socjalisty Zulfikara Ali Bhutto, ogłoszono, że Ahmadijja odstąpili od wiary. Po zamachu stanu w 1977 i obaleniu Bhutto, wojskowy dyktator, generał  Zia-ul-Haq, dążąc do przeprowadzenia w Pakistanie pełnej islamizacji, wprowadził w 1984 r. apertheid wobec sekty Ahmadijja.

W ciągu ostatnich trzydziestu sześciu lat regularnie pojawiały się doniesienia o aresztowaniach członków tej sekty za praktykowanie swojej wiary i o podpalaniu ich meczetów. Co więcej, islamistyczne gangi dokonały na Ahmadijja wielu morderstw. W 2010 r. talibowie napadli na kilka należących do sekty meczetów w Lahore, zabijając ponad osiemdziesięciu wyznawców. Stanowiło to najbardziej krwawą manifestację pakistańskiej konstytucji, która – podobnie jak islamistyczne ugrupowania terrorystyczne – uznaje niektórych muzułmanów za apostatów i przewiduje karę śmierci za bluźnierstwo.

Narastająca przemoc doprowadziła do masowej emigracji Ahmadijja z Pakistanu do Wielkiej Brytanii. Ich główną siedzibą jest meczet Fazl w Londynie. Jednak i na Wyspach nie są bezpieczni. Cztery lata temu jeden z członków Ahmadijja został zamordowany z powodu swojej wiary w Glasgow.

W Pakistanie tymczasem wciąż znajdziemy w przestrzeni publicznej, na sklepowych witrynach, takie napisy, jak: „Ahmadijja i psom wstęp wzbroniony”. Partie polityczne w kraju aktywnie spychają to ugrupowanie na boczny tor, a Barjees Tahir, przywódca Pakistan Muslim League-Nawaz (PML-N), największej partii opozycyjnej, nazwał decyzję o uwzględnieniu Ahmadijja w mniejszościowej komisji parlamentarnej „teorią spiskową” rządu.

Pakistan, który wyrzekł się pierwszego muzułmańskiego laureata Nagrody Nobla [Abdusa Salama – laureata w dziedzinie fizyki w 1979 r. – przyp. red] z powodu jego przynależności do Ahmadijja, najpierw odmówił uznania tej mniejszości za muzułmanów, a następnie odmówił im statusu mniejszości religijnej. Nie zapowiada się, żeby ich sytuacja uległa poprawie, a wielu z nich boi się o swoją przyszłość w Pakistanie rządzonym przez Khana.

Kunwar Khuldune Shahid

Autor jest korespondentem portalu TheDiplomat.com w Pakistanie. Należy do 101Reporters, pan-azjatyckiej sieci reporterów. Publikował w The GuardianThe IndependentForeign PolicyBBCHaaretzArab NewsLe Monde, The Telegraph.

Tłum. Bohun, na podst. spectator.co




Maska przeciwko wirusowi i islamska zasłona: nic wspólnego

Jeżeli zestawimy nakazy zasłaniania twarzy wprowadzane w celu walki z COVID-19, z zakazami noszenia burki, nikabu czy chust, otrzymamy paradoksalną sytuację, twierdzą niektórzy dziennikarze i muzułmanie.

„New York Times” twierdzi, że ujawnia to stereotypy społeczne w państwach, które domagały się zakazania najpierw islamskich strojów, używając do tego pretekstu bezpieczeństwa publicznego i zakazując zasłaniania twarzy dla niepoznaki zarówno kobietom jak i mężczyznom. Przywołuje Saudyjkę Alię Jafar, która zamieściła zdjęcia z czasów hiszpanki, podpisując, że zasłony wyglądają jak burka.

Francja zdaniem dziennikarza NYT doprowadziła do „paragrafu-22”, w który pochwycone zostały muzułmanki, którym nie wolno zasłaniać twarzy, ale jednocześnie mają nakaz noszenia maseczki. Gdzie jest jednak ten haczyk, skoro sam autor zauważa, że wiele krajów europejskich ma w swoim prawie  wyjątek, dopuszczający zasłanianie twarzy ze względów zdrowotnych? To raczej sposób na obejście problemu niż pułapka, bo nie ma definicji „maseczki”, więc może za nią od biedy posłużyć wszystko, także islamska zasłona.

Pomieszaniem z poplątaniem jest próba wciągnięcia do tej dyskusji przepisów francuskich, zakazujących noszenia chust w szkołach. Tutaj nie było żadnego pretekstu bezpieczeństwa, lecz zadziałała wprost ustawa podtrzymująca świeckość i sprzeciwiająca się fundamentalistycznej indoktrynacji, nakazującej kobietom zakrywanie głowy, zwłaszcza na wczesnym etapie kształtowania się światopoglądu. Podobne nonsensy wyciągnęły „Washington Post” i Al-Jazeera.

Zrównanie narzuconych przez fundamentalistyczną interpretację zasłon kobiet z maskami hamującymi rozprzestrzenianie wirusa, to nie jest żadne genialne odkrycie paradoksu, tylko próba wywołania burzy w szklance wody.

O wiele więcej zdrowego rozsądku przejawiają „Arab News”, które w debacie burka kontra maska, przytacza opinię badacza islamu, profesora Oliviera Roya. „To są dwie kompletnie oddzielne sprawy. Zakaz burki dotyczy ultra-sekularnej polityki, którą mamy od 20 lat we Francji, podczas gdy noszenie masek ochronnych na twarz przyciąga drwiny ze strony muzułmanów, którzy przeciwstawiają się zakazowi burki i zasłon”, twierdzi Roy. Jego zdaniem to jest wciąganie francuskich muzułmanów w debatę, która tak naprawdę nie ma miejsca we francuskim społeczeństwie.

NYT wylicza, że podobna ironia dotycząca zasłon twarzy dotyczy Belgii, Holandii, Danii, Austrii oraz niektórych części Hiszpanii i Włoch, które poszły w ślady Francji zakazując islamskich zasłon twarzy. Zdaniem cytowanych ekspertów nowe regulacje związane z pandemią dają mocniejsze podstawy prawne zwolennikom zasłaniania twarzy przez kobiety w miejscach publicznych. Koronnym argumentem mają być słowa specjalnego sprawozdawcy ONZ do spraw nowych form rasizmu, E. Tendayi Achiume’a, który ma nadzieję, że maski staną się powszechne, normalne, co pokaże, że prawa dotyczące zasłon opierały się na strachu i tworzeniu rzekomego zagrożenia dla społeczeństwa i kultury.

Obojętnie pod jakim pretekstem i w jakim prawnym otoczeniu zostały wprowadzone w europejskich krajach ustawy o zakazie zasłaniania twarzy, podstawowym powodem był sprzeciw przeciwko obecności islamskiego fundamentalizmu, i to w jego skrajnej formie, w przestrzeni publicznej. Nie jest tak, że „strach” – jak chce tego Achiume – przed ultrakonserwatywną wersją religii jest czymś nieuzasadnionym. Narzucanie norm społecznych, które są dyskryminacyjne dla kobiet, nie jest czymś, co zyska szerszą akceptację we współczesnej Europie.

Oczywiście pojawią się kobiety, które będą twierdzić, że to właśnie zakaz ogranicza ich wolność i będą przekonywać, jakim zasłona jest dla nich wyzwoleniem. Jak uważa profesor Bassam Tibi, one zinternalizowały swoją opresję i jeśli rozejrzymy się dokoła, możemy dostrzec szereg innych zakazów, drobnych lub większych, które naszą wolność ograniczają.

Ostatecznie wydaje się, że to co robią muzułmanie i media zrównując narzucone przez fundamentalistyczną interpretację zasłony kobiet z maskami hamującymi rozprzestrzenianie wirusa, to żadne genialne wykrycie paradoksu, tylko próba wywołania burzy w szklance wody, żeby poszerzyć granice akceptacji dla religijnego fundamentalizmu i segregacji w społeczeństwie.

Muzułmanów, którzy podkreślają, że na skutek epidemii nagle wprowadzamy zasady islamskie, przed którymi broniła się Europa, takie jak zakaz podawania ręki płci przeciwnej, zakrywanie twarzy, zakaz tańców i występów, krytyk islamu egipskiego pochodzenia, Hamed Abdel-Samad pyta: „Czy nie zauważyliście, że porównujecie swoją religię do śmiertelnej epidemii?”.