„Chcę sprawiedliwości!” dla Jazydów

Ekhlas była seksualną niewolnicą ISIS, jak jej siostra i matka. Miała 14 lat, kiedy uciekła po sześciu miesiącach niewoli. Dziś o walce o prawa Jazydek i spotkaniu po latach z siostrą opowiada w dokumencie nakręconym przez kurdyjsko-niemiecką reżyserkę Nuray Şahin i Irę Tondowski.

Najmłodsza z rodziny Jazydów mieszkających na terenie północnego Iraku została porwana w dniu 3 sierpnia 2014 roku, kiedy Państwo Islamskie popełniło ludobójstwo wobec tej społeczności. Uważali ich za czcicieli diabła i niewiernych. Ona, jej matka i siostra Makboule zostały uwięzione i sprzedane jako seksualne niewolnice. Trzykrotnie chciała popełnić samobójstwo. Po pół roku udało jej się uciec jako jednej z pierwszych kobiet i do tej pory walczy o sprawiedliwość i wolność dla innych kobiet schwytanych przez Państwo Islamskie.

W 2015 roku przybyła do Niemiec. Zeznawała przed parlamentem Wielkiej Brytanii i ONZ o łamaniu praw człowieka przez ISIS. Między innymi dzięki niej świat dowiedział się o ludobójstwie Jazydów. W Niemczech chodzi do szkoły, przechodzi przez psychoterapię i wspiera kobiety z Iraku. Wszyscy mężczyźni z jej rodziny zostali zabici.

W lutym 2019 roku z niewoli uciekła jej starsza siostra Makboule. Razem z nią Ekhlas pojechała do Iraku, by wspierać straumatyzowaną siostrę w walce o sprawiedliwość. Ekipa filmowa towarzyszy Ekhlas w jej drodze w miejsca, gdzie brutalny terror zniszczył jej życie.

Reżyserka Nuray Şahin tłumaczy powód swojego zainteresowania Jazydami tym, że sama należy do mniejszości religijnej Alewitów, pochodzącej z tego samego rejonu, więc bardzo dobrze rozumie problemy bohaterki i czuje z nią głęboki związek. To ułatwia nawiązanie relacji ze społecznością, która cierpi traumę i wstyd z powodu działań ISIS.

Poza tym w Niemczech Jazydzi paradoksalnie nie czują się jeszcze bezpiecznie wśród wielu muzułmanów, którzy też przybyli masowo jako uchodźcy i są obecni wszędzie – w szkołach, na lekcjach języka, w salach gimnastycznych, na ulicach i w domach dla uchodźców. „Jazydzi nie mogą zapomnieć, że to ludzie wyznający tą religię prześladowali ich, poniżali i skazali na niewyrażalne cierpienie”, twierdzi Şahin.

Jazydzi także w Iraku żyją obecnie w ciągle pogarszających się warunkach w obozach dla uchodźców i większość myśli o emigracji, chociaż Şahin przyznaje, że integracja dla nich nie jest łatwa. Kobiety w tej społeczności, podobnie jak u muzułmanów, muszą podporządkować się mężczyznom. Jazydzi często tworzą też społeczeństwa równoległe. Dlatego głos kobiet, które po takiej traumie walczą o swoje prawa, jest szczególnie ważny.

Odbudowa regionu w północnym Iraku, który zamieszkiwali, jest też problematyczna, bo nie jest priorytetem ani dla rządu kurdyjskiego, ani dla irackich władz. Autorki dokumentu chętnie widziałyby presję Niemiec w polityce zagranicznej, w celu poprawy sytuacji Jazydów w Iraku. (j)

Film jest emitowany przez telewizję 3Sat i niestety nie jest na razie dostępny poza Niemcami, Austrią i Szwajcarią.

JW




„Merkel zapraszając imigrantów złamała prawo”

Były prezes Federalnego Sądu Konstytucyjnego Hans-Jürgen Papier skrytykował politykę Niemiec w trakcie kryzysu imigracyjnego w roku 2015, 

Działania kanclerz Merkel, decyzję o otwarciu granic, Papier określił w swojej książce „Die Warnung” („Ostrzeżenie”) jako „złamanie prawa”. Działania rządu federalnego i landów w tej sprawie określił mianem „politycznej samowoli”. Autor narzeka także na „kapitulację państwa prawa” i wzywa do radykalnego przemyślenia ówczesnych i obecnych postaw.

„Pomogła w potrzebie”

Kanclerz broniła swojej decyzji mówiąc, że „wierzy, że Niemcy pomogły wielu ludziom w potrzebie”. Pomimo tych tłumaczeń jej krytycy uważają, że powinna była stosować obowiązujące prawo. Już w 2016 roku uznany konstytucjonalista Udo di Fabio twierdził, że rząd federalny jest zobowiązany konstytucyjnie do „utrzymania efektywnej kontroli na granicach federacji”. Jednocześnie ustawa zasadnicza nie gwarantuje ochrony wszystkich ludzi na całym świecie poprzez faktyczne lub legalne zezwolenia na wjazd.

Teraz najwyższy rangą sędzia w stanie spoczynku wprost krytykuje decyzje Merkel w książce, której pełny tytuł brzmi: „Ostrzeżenie – jak następuje erozja rządów prawa”. Analizując niemieckie prawo azylowe i imigranckie Papier dochodzi do poważnych wniosków. Jego zdaniem Merkel złamała prawo, a rząd powinien działać „tylko w ramach obowiązującego prawa” bez względu na to, jakie powodują nim strategiczne, polityczne, ekonomiczne czy moralne motywacje. Tymczasem naruszono niemieckie prawo azylowe, jak również europejską regulację Dublin III.

Ten brak zastosowania się do prawa w obszarze polityki azylowej i imigracyjnej uważa Papier za przyczynę, która „wstrząsnęła zaufaniem ludzi do demokracji i jej zdolności funkcjonowania”.

Przede wszystkim ludzie pochodzący z bezpiecznych krajów trzecich „nie mają prawa do wyjaśniania, czy przysługuje im azyl w Niemczech i nie mogą pozostawać w Niemczech tymczasowo”, wyjaśnia ekspert. Jego zdaniem „mogą – i powinni być – odprawieni na granicy”.

„Wir schaffen nicht”

Oskarża także sławny slogan Merkel „Wir schaffen das” (damy radę) o napędzanie kryzysu imigracyjnego na Morzu Śródziemnym przez wysłanie złego sygnału do obywateli krajów pochodzenia imigrantów.

Emocje takie, jak szczodrość, solidarność, chęć niesienia pomocy – słuszne, ale zastosowane bez poszanowanie dla prawa – wywołały chaos oraz „strach i opór w wielu Niemcach, co doprowadziło do politycznej radykalizacji i pogłębienia podziałów społecznych”. To istotny, ale nie jedyny problem, jaki wywołała zdaniem autora decyzja Merkel.

Uchodźstwo i imigracja stały się biznesem na skalę przemysłową, przy udziale bandytów i podrabianych paszportów. Prawo stało się narzędziem stosowanym arbitralnie zgodnie z doraźnymi interesami grup. Bezpieczne kraje trzecie stały się de facto krajami tranzytu, a Niemcy głównym krajem docelowym dla imigrantów. W Niemczech przebywają teraz setki tysięcy ludzi bez prawa do pobytu lub z prawem uzyskanym w sposób dyskusyjny. Nowym wyzwaniem dla rządów prawa będzie deportacja tych ludzi, nawet jeżeli brzmi to dramatycznie.

W tej sytuacji Hans-Jürgen Papier wzywa do przywrócenia kontroli granicznych w Niemczech, bo jest to jedyny – chociaż bardzo obciążający – sposób rozwiązania obecnych problemów.

Jan Wójcik

Od redakcji: Niektóre z problemów związanych z wykorzystywaniem bezpiecznych państw trzecich poruszaliśmy już na początku kryzysu w roku 2015.

źródło: Focus.de




Palestyńczycy: ”cudzoziemcy” w arabskim kraju

Khaled Abu Toameh

Palestyńczykom żyjącym w Iraku odebrano niedawno status równości praw, jaki mieli pod rządami Saddama Husajna. Teraz Palestyńczycy skarżą się, że są przedmiotem ataków ze strony irackich władz i różnych milicji.  

Społeczność międzynarodowa wydaje się jednak ignorować te skargi. Ignorują je również zachodni aktywiści i organizacje praw człowieka, którzy określają się jako „propalestyńscy”.

Nikogo w społeczności międzynarodowej nie obchodzą Palestyńczycy, kiedy są atakowani przez swoich arabskich braci.

ONZ, Unia Europejska i rozmaite organizacje praw człowieka zwracają uwagę na Palestyńczyków tylko wtedy, kiedy znajdują sposób na obarczanie Izraela odpowiedzialnością za ich „cierpienia”.

Zamiast pomóc Palestyńczykom, którzy są w Iraku pozbawiani wolności, zabijani i torturowani, ONZ, UE i „propalestyńskie” grupy zajęte są wylewaniem nienawiści na Izrael.

Liczba Palestyńczyków w Iraku spadła z ponad 40 tysięcy przed 2003 rokiem do poniżej 6 tysięcy obecnie. Wielu Palestyńczyków zostało zabitych, rannych i aresztowanych przez władze irackie i różne milicje. Tysiące Palestyńczyków uciekło do sąsiednich krajów, włącznie z Syrią i Jordanią.

W 2018 roku ówczesny iracki prezydent, Fuad Masum zaaprobował Prawo Nr 76 z 2017 roku, które odebrało Palestyńczykom żyjącym w Iraku ich prawa i zaklasyfikowało ich jako „cudzoziemców”. To nowe prawo zastąpiło Prawo Nr 202 z 2001 roku, wydane przez Saddama Husajna, zgodnie z którym Palestyńczycy byli traktowani na równi z irackimi obywatelami i mieli wszystkie przywileje i prawa obywatelskie, takie jak ulgi podatkowe, możliwość pracy w ministerstwach i dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej.

Źródła w Bagdadzie ujawniły, że liczne irackie instytucje rządowe, włącznie z departamentem emerytur i ministerstwem handlu, przyjęły nowe kroki przeciwko Palestyńczykom, które są uważane za „niebezpieczne i nieludzkie”.

Publikowana w Londynie gazeta „Al-Araby Al-Jadeed” powiedziała, że te nowe kroki obejmują odebranie Palestyńczykom kuponów żywnościowych, jak również odmawianie im praw do emerytury oraz ponowne narzucenie opłat za opiekę zdrowotną i edukację. Dodatkowo Palestyńczykom odmawia się obecnie prawa składania podań o finansowane przez rząd projekty mieszkaniowe i prawa do rekompensaty dla ofiar zamachów terrorystycznych w Iraku.

Wysoki rangą iracki funkcjonariusz powiedział „Al-Araby Al-Jadeed”, że wiele ministerstw i instytucji rządowych zawiesiło miesięczne racje żywnościowe i wypłatę emerytur dla palestyńskich rodzin. Anonimowy pracownik powiedział, że władze irackie „nie są świadome poważnych politycznych, moralnych i humanitarnych konsekwencji tych kroków dla Palestyńczyków”. Dodał, że „głodzenie palestyńskich rodzin jest sprzeczne z arabskimi i islamskimi wartościami”.

Ahmed Hatem, 42-letni Palestyńczyk żyjący w Iraku, powiedział w reakcji na te karne posunięcia, że „po raz pierwszy Palestyńczycy czują się, jakby byli obcymi w Iraku”.

Inny Palestyńczyk, Nidal Ahmed, powiedział, że Palestyńczycy w Iraku są ”ofiarami biedy, głodu, zniszczenia, wygnania, terroryzmu i aresztowań”. Podkreślił, że palestyńskie wdowy i sieroty są głównymi ofiarami działań podjętych przez irackie władze. Ahmed skarżył się także, że Autonomia Palestyńska nie robi niczego, by pomóc swoim ludziom w Iraku.

Palestyńska pisarka, Miriam Ali powiedziała, że Palestyńczycy w Iraku są traktowani gorzej niż cudzoziemcy i inni Arabowie. ”Palestyńczycy w Iraku są traktowani jak wyrzutki – powiedziała. – Są atakowani przez władze irackie i niektórzy z nich stracili domy, pieniądze i przedsiębiorstwa”.

Inne panarabskie medium, Arabi21, doniosło w maju, że dziesiątki Palestyńczyków aresztowanych w Iraku są w „tragicznej sytuacji pod nieobecność uczciwych procesów i brak uwagi z odpowiedniej strony”.

Według tej relacji około 50 Palestyńczyków przetrzymywanych w irackich więzieniach żyje w niepewności: niektórzy z nich zostali skazani na śmierć, podczas gdy inni otrzymali długie wyroki więzienia za ich domniemaną rolę w terroryzmie. „Aresztowania i trwające prześladowania skłoniły wielu Palestyńczyków do ucieczki z Iraku” – stwierdzono w tej relacji.

Palestyński badacz, Mohamed Abdullah powiedział, że świata wydaje się nie obchodzić tragedia Palestyńczyków żyjących w Iraku. Wielu zatrzymanych Palestyńczyków, powiedział, „porwały milicje, a potem przekazały irackim władzom”. Abdullah twierdził, że oskarżenia o terroryzm wobec niektórych aresztowanych, były „sfabrykowane”. Mówił o dwóch palestyńskich braciach z miasta Mosul, skazanych na 20 lat więzienia za zamordowanie mężczyzny, który żyje. „Rodziny zatrzymanych cierpią w surowych i tragicznych warunkach po utracie żywiciela rodziny – dodał Abdullah. – mamy informacje, że zatrzymani są brutalnie torturowani”.

Gdzie są media? Gdzie są tak zwane grupy praw człowieka?

Palestyńscy aktywiści mówili, że próbowali spotkać się z prezydentem Autonomii Palestyńskiej, Mahmoudem Abbasem, kiedy w marcu odwiedzał on Bagdad, ale odmówiono im. „Chcieliśmy spotkać prezydenta Abbasa, żeby powiedzieć mu o warunkach Palestyńczyków w Iraku, ale zignorował naszą prośbę” – powiedział Palestyński aktywista Abu Yazan. – Prezydent Abbas zignorował nas. Nie spotkał się z żadnym Palestyńczykiem żyjącym w Iraku”.

Palestyńczycy z Iraku są także źli na ONZ za brak zainteresowania ich losem. W otwartym liście do ONZ przedstawiciele Palestyńczyków napisali, że planują serię protestów, by żądać rozpoczęcia dostarczania im różnych usług od ONZ i jej agencji.


Raport
 opublikowany we wrześniu przez grupę o nazwie Muzułmańscy Uczeni Iraku stwierdza, że Palestyńczycy w Iraku stoją w obliczu „tragedii” i żyją „w surowych i nie do opisania nieludzkich warunkach” Ta grupa powiedziała, że Palestyńczycy w Iraku „cierpią z powodu świadomego zaniedbania” i są „poddani systematycznej kampanii prześladowań i czystki etnicznej”.

Los Palestyńczyków w Iraku jest kolejnym przykładem dyskryminacji i represji, z jakimi spotykają się Palestyńczycy w wielu krajach arabskich.

Ponad 4 tysiące Palestyńczyków zabito w Syrii od początku wojny domowej w 2011 roku. Palestyńczycy w Libanie mają zakaz pracy w około 70 zawodach, takich jak medycyna, prawo i inżynieria oraz zakaz wstępowania do związków zawodowych. Nikogo nie obchodzą ci Palestyńczycy ponieważ zabijają ich i odmawiają im pracy ich arabscy bracia.

Palestyńczycy są ofiarami nie tylko swoich arabskich braci, ale także podwójnych standardów międzynarodowej społeczności, która kontynuuje ze swoją obsesją Izraelem.


Palestinians: ”Foreigners’ in an Arab County

Gatestone Institute, 24 grudnia 2019

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

http://www.listyznaszegosadu.pl/dysydenci/palestynczycy-cudzoziemcy-w-arabskim-kraju

Khaled Abu Toameh – urodzony w 1963 r. w Tulkarem na Zachodnim Brzegu, palestyński dziennikarz, któremu wielokrotnie grożono śmiercią. Publikował między innymi w „The Jerusalem Post”, „Wall Street Journal”, „Sunday Times”, „U.S. News”, „World Report”, „World Tribune”, „Daily Express” i palestyńskim dzienniku „Al-Fajr”. Od 1989 roku jest współpracownikiem i konsultantem NBC News.

 




Czy trup generała jest dobrym papierkiem lakmusowym?

Andrzej Koraszewski

Próbowałem historii spojrzeć w oczy, ale była w ciemnych okularach i w otoczeniu bodyguards. Śmierć władcy pierścienia podzieliła światową klasę piszącą w mediach nurtu głównego i jego dopływach oraz w mediach społecznościowych.

Najlepszy polski ekspert, Ryszard Schnepf, pisał o śmierci „charyzmatycznego dowódcy elitarnych oddziałów”. W mediach amerykańskich i europejskich dominowały doniesienia, że Trump jest zamachowcem, że atak był bezprawny, że jest próbą sprowokowania wojny. „Gazeta Wyborcza” informowała, że „Trump ma szansę podpalić świat i przejść do historii”.

Brytyjski muzułmanin, Maajid Nawaz zwraca natomiast uwagę na fakt, że patrzenie na tę sprawę wyłącznie z perspektywy emocjonalnego stosunku do obecnego prezydenta USA może nie świadczyć o najlepszym rozeznaniu, a zazwyczaj bywa dowodem całkowitego braku rozeznania. Pewnie zgodziłby się z tym polski kandydat do fotela prezydenta, Kosiniak-Kamysz, proponujący wycofanie polskich wojsk z Iraku, bo nic z tamtych konfliktów nie rozumiemy (ten polityk jest przynajmniej uczciwy).

Pisanie o polityce Islamskiej Republiki Iranu jest jednak do tego stopnia kłopotliwe, że kiedy kandydatka do Białego Domu, Elizabeth Warren skrytykowała na twitterze Trumpa, pisząc jednak, że Sulejmani był mordercą odpowiedzialnym za śmierć tysięcy ludzi, w tym kilkuset Amerykanów, fala oburzenia ze strony partyjnych towarzyszy zmusiła ją do samokrytyki.

W mediach głównego nurtu czytaliśmy o płaczu Chameneiego na pogrzebie i o jedności irańskiego narodu. Prawicowy amerykański publicysta wyrażał przekonanie, że prawdopodobnie więcej Irańczyków niż Amerykanów było naprawdę szczęśliwych z powodu tej śmierci. Komentarze w Europie i w Ameryce zdominowane były jednak przez zrozumiały lęk, czy ten krok nie wywoła wojny, ale chyba w jeszcze większym stopniu, przez niechęć do Trumpa, której osobliwym tłem była całkowita obojętność, a nawet pogarda dla mieszkańców Bliskiego Wschodu. Przypominanie, że Sulejmani jest odpowiedzialny nie tylko za śmierć około 600 amerykańskich żołnierzy, ale również za śmierć grubo ponad 600 tysięcy muzułmanów, wyłącznie irytuje i budzi gwałtowną potrzebę zmiany tematu.

Zdaniem profesora Romana Kuźniara, decyzja Trumpa o eliminacji irańskiego generała była podyktowana wyłącznie zbliżającymi się wyborami prezydenckimi i obawą przed impeachmentem. W zachodnich mediach wśród najczęściej spotykanych zarzutów były twierdzenia, że likwidacja generała była bezprawna (czasem określana jako „pozasądowa egzekucja”), a pani Pelosi wyraziła gniew, że operacja nie została skonsultowana z Kongresem. Nawet doświadczeni dziennikarze nie zadają sobie trudu sprawdzenia, na jakich podstawach prawnych podobne decyzje podejmował prezydent Clinton, prezydent Bush czy prezydent Obama. Pani Pelosi w całkowitym zaślepieniu pomija fakt, że żaden z poprzednich prezydentów nie zdradzał swoich planów Kongresowi (i nie był do tego zobowiązany).

Konstytucjonalista Alan M. Dershowitz pisze na łamach WSJ, że w świetle prawa amerykańskiego i prawa międzynarodowego to działanie było całkowicie legalne, a z militarnego punktu widzenia znacznie bardziej uzasadnione niż likwidacja bin Ladena, ponieważ w przypadku likwidacji irańskiego generała mieliśmy do czynienia z działaniem prewencyjnym, a w przypadku likwidacji przywódcy Al-Kaidy już tylko z zemstą.

Ciekawe, że stosunkowo niedawna likwidacja przywódcy ISIS nie wywołała aż tak burzliwych reakcji jak likwidacja szefa zagranicznych operacji wojskowych Islamskiej Republiki Iranu. Próby zlikwidowania przywódcy ISIS podejmowano wielokrotnie, kilka razy prasa z zachwytem donosiła, że się udało, ale naprawdę udało się to dopiero za czasów Trumpa (co prawdopodobnie nie było w najmniejszym stopniu jego osobistą zasługą), więc gazeta „Washington Post” doniosła o „śmierci w wieku 48 lat ascetycznego teologa, stojącego na czele Państwa Islamskiego, Abu Bakra al-Baghdadiego”.

Urodzona w Libanie prawniczka i słynna dziennikarka arabska,  Baria Alamuddin przekonuje na łamach „Arab News”, że likwidacja Sulejmaniego, nazywanego Wazir Al-Mustawtanat (gubernatorem kolonii), rozbija całą dotychczasową strategię Islamskiej Republiki Iranu. Na czym to opiera? Na przekonaniu, że trudno go będzie zastąpić.

Niki Haley, była ambasador USA przy ONZ w dniu pogrzebu Sulejmaniego ujmowała to innymi słowami: “Mogliście dziś patrzeć na płaczącego ajatollaha, ponieważ był to jego najważniejszy strateg […] Był numerem jeden, ponieważ to on dosłownie mówił swoim armiom zastępczym, kiedy zabijać, gdzie zabijać i jak zabijać. Teraz tego człowieka zabrakło”.

Niemal to samo piszą autorzy artykułów w wydawanej w Libanie gazecie Hezbollahu „Al-Akhbar”. Gazeta w dzień po tej śmierci pisała, że Sulejmani nawiązał współpracę z Assadem już w 1998 roku, że jego rola w Syrii wzrosła niepomiernie po roku 2006 (po wojnie libańskiej), że kiedy w 2008 roku Imad Mughnijja (jeden z założycieli Hezbollahu i organizator zamachu na ambasadę amerykańską w Bagdadzie w 1983 roku), został „zamęczony”, cały ciężar spadł na ramiona Kasema Sulejmaniego.

Gazeta pisała również, że nie ma takiego antyizraelskiego i antyamerykańskiego przywódcy oporu, który nie spotykałby się z Sulejmanim, że to on zapewnił współpracę Iranu z Putinem w Syrii, on wymyślał różne drogi szmuglowania broni do Gazy, że z nim Turcja konsultowała ingerencję w Syrii. Śmierć generała pogrążyła redakcję „Al-Akhbar” w głębokim smutku. Ale nie tylko ich. „National Review” opublikował artykuł pod znamiennym tytułem: Mourning Soleimani, from Hollywood to the Campus.

Słowa „terroryzm” w szacownych mediach unikano jak zarazy, pojęcia takie jak „wojna asymetryczna”, „wojna niekonwencjonalna”, czy „wojna hybrydowa” spotkałem na marginesie tej śmierci zaledwie kilka razy. Wojna irańsko-amerykańska wybuchła w listopadzie 1979 roku, wraz zajęciem ambasady amerykańskiej w Teheranie. Od tamtej pory centralnym hasłem władców Iranu był okrzyk „Śmierć Ameryce”. Ten slogan nie był pustym gadaniem (jak to prezentował Günter Grass), to hasło przekładało się na bardzo konkretne działania, w postaci finansowania terroru, organizowania zamachów, działań zmierzających do destabilizacji politycznej.

Kanał ukraińskiej ultranacjonalistycznej grupy na Telegram zamieścił materiał upamiętniający Sulejmaniego (Foto: MEMRI)

W propagandzie irańskiej (podobnie jak w propagandzie radykałów sunnickich) Stany Zjednoczone przedstawiane są jako „papierowy tygrys”. Starsze pokolenie pamięta, że było to również ulubione pojęcie propagandy sowieckiej i chińskiej. W praktyce oznacza to, że ich zdaniem Stany Zjednoczone nie są już zdolne do działania i możemy się posuwać tak daleko jak chcemy. Asymetryczna, czy też niekonwencjonalna wojna oznacza, że zdając sobie sprawę z militarnych przewag przeciwnika, unikamy działań mogących doprowadzić do użycia całej siły jego armii, ale prowadzimy ciągłą wojną podjazdową na wielu frontach.

Warto przypomnieć, że Związek Radziecki po zorientowaniu się, że USA mają miażdżącą przewagę broni jądrowej, przeszedł do frontalnej walki o pokój i wyzwolenie uciśnionych narodów. Parasol atomowy oddalił grozę walnego starcia mocarstw nuklearnych, ale kałasznikow skutecznie wygrywał z najnowocześniejszym uzbrojeniem na dziesiątkach frontów rozrzuconych po całym globie. Zimna wojna była przez cały czas gorąca, miliony ludzi umierały, walka o pokój zapewniała zwycięstwo antyamerykanizmu w Europie i w Ameryce, i zwycięstwo socjalizmu w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej.

Opłakująca „szanowanego generała” lewica amerykańska i europejska łączy się w głębokim żalu po władcy pierścienia. Bernie Sanders porównał decyzję Trumpa o eliminacji Sulejmaniego do polityki Władimira Putina i zabójstw rosyjskich dysydentów. Znana aktorka, Rose McGowan, pisała na swoim koncie twittera: „Kochany Iranie, USA poniżyły wasz kraj, waszą flagę, wasz naród. 52 procent z nas pokornie przeprasza. Jesteśmy zakładnikami terrorystycznego reżimu”.

Kanał ukraińskiej ultranacjonalistycznej grupy na Telegram zamieścił materiał upamiętniający Sulejmaniego (Foto: MEMRI)

Ciekawe czy znana artystka zaliczyła do tych 52 procent amerykańskich neonazistów?
5 stycznia bowiem oficjalny kanał paramilitarnej organizacji białych nacjonalistów w Telegram zamieścił zdjęcie Solejmaniego z tekstem: „Chcemy wyrazić kondolencje dla Iranu z powodu straty wielkiego generała dywizji Kasema Sulejmaniego”. W poście są twierdzenia, że Żydzi użyli rządu USA i swoich marionetek w administracji Trumpa, żeby zabić Sulejmaniego; jest tam jego zdjęcie i lista jego osiągnięć:

  1. Zorganizował 120 bezpośrednich zamachów terrorystycznych na Żydów.
  2. Dowodził Hezbollahem w zwycięskiej wojnie z Izraelem.
  3. Dowodził iracką milicją w bitwach przeciwko ISIL i Al-Nusra.
  4. Powiedział  o Trzeciej Rzeszy: „To była ostatnia bitwa antysyjonistów Zachodu”.
  5. Współpracował z Hamasem, Hezbollahem, europejską prawicą.
  6. Uważał  migrantów zalewających Europę za: „Untermensch, ludzkie śmieci”
  7. Zorganizował kilka ataków terrorystycznych na Amerykanów na Bliskim Wschodzie.

David Duke, były wielki mistrz Ku-Klux-Klanu (nazywany w polskiej Wikipedii amerykańskim politykiem, pisarzem i historykiem), na śmierć Sulejmaniego zareagował błyskawicznie – już 3 stycznia debatował z brytyjskim zwolennikiem białej supremacji, Markiem Collettem. Duke przekonywał, że Trump został podpuszczony przez Żydów, że jest słaby i zostanie usunięty z urzędu przez ludzi, którzy chcą, żeby atakował Iran. On też  przypomniał  nagranie, na którym Sulejmani chwalił Hitlera i mówił o nazistowskich Niemczech jako o ostatniej walce zachodnich antysyjonistów. (Nic dziwnego, że zachodni neonaziści mają głęboki szacunek do irańskiego generała, ostatecznie wszystkie podległe mu jednostki pozdrawiają się nazistowskim salutem.)

Tak, trup generała jest dziś papierkiem lakmusowym, niektóre komentarze mówią więcej niż ich autorzy chcą powiedzieć. Czasem jednak trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia z bezprzykładną głupotą, czy z świadomym działaniem. CNN przeprowadziła wywiad z irańską działaczką, która stanowczo potępiła zabicie generała. 40 lat temu ta działaczka była rzeczniczką studentów okupujących amerykańską ambasadę w Teheranie i mówiła, że gotowa jest ich zabić:

„Question from reporter in Iran in 1979: “Could you really do that? Could you personally lift up a gun and put it to the head of one of these people and kill him?” Answer from woman who appeared on @CNN today to spew Iranian propaganda: “Yes.”  — Arthur Schwartz (@ArthurSchwartz) 7 stycznia 2020

Źródło: http://www.listyznaszegosadu.pl

 




Spory wśród Tatarów ujawniają przemiany islamu w Polsce

Petycja o odwołanie muftiego Muzułmańskiego Związku Religijnego Tomasza Miśkiewicza wpłynęła do kluczowych instytucji, informuje „Rzeczpospolita”.

Jak podaje gazeta, odwołać muftiego chcieliby przedstawiciele środowiska polskich Tatarów. Autorzy petycji zarzucają mu wiele nadużyć jak m.in. powoływanie sztucznych organizacji, żeby zwiększać swoje poparcie, przejęcie gminy warszawskiej, przejęcie dotacji dla Centrum Kultury Islamu oraz nepotyzm. Przypominają, że w 2012 roku mufti został odwołany z funkcji przez Wszechpolski Kongres Muzułmanów, ale interwencja rządu utrzymała go na stanowisku. Teraz domagają się cofnięcia tej decyzji.

Wśród autorów pisma skierowanego do władz są przewodniczący Gminy Wyznaniowej w Kruszynianach Bronisław Talkowski, imam tej gminy Janusz Aleksandrowicz, imam Bohoników Aleksander Ali Bazarewicz oraz prezeska Tatarskiego Towarzystwa Kulturalnego Róża Chazbijewicz. Jest wśród nich także Nezar Charif – imam Centrum Kultury Islamu, znajdującego się w Warszawie przy ul. Wiertniczej. „Rzeczpospolita” mylnie zalicza go do środowiska tatarskiego, bo ani nie jest Tatarem, ani na Wiertniczej nie pojawia się wielu Tatarów, a także islam reprezentowany przez niego jest daleki od formy wyznawanej przez Tatarów.

Spór między MZR a Charifem

O ile dyskusje w środowisku tatarskim powinny być sprawą wewnętrzną związku, to kontrowersje wokół meczetu w Warszawie już nie. W trakcie sporu o kontrolę nad meczetem, rzecznik MZR Musa Czachorowski przekonywał, że „Nezar Charif, będąc wcześniej imamem warszawskiej gminy wyznaniowej MZR, nie realizował założeń działalności, którą prowadzi MZR w RP i nie podporządkowywał się zaleceniom zarówno Muftiego RP Tomasza Miśkiewicz”. Nezar został więc usunięty z MZR, a prowadzone przez niego centrum zostało poza strukturami związku. Meczet jednak należał zawsze formalnie do MZR.

Islam związany z Tatarami coraz bardziej odchodzi w przeszłość, a zastępowany jest przez islam przynoszony przez imigrantów głównie z Bliskiego Wschodu i Czeczenii.

Spory te, jakkolwiek wewnętrzne, wchodzą w obszar interesu publicznego, ponieważ meczet po zarządem Charifa obiera niebezpieczny kierunek. Poczynając od głoszonych przez niego poglądów, gdzie przedstawia się jako zwolennik prawa szariatu, przez pojawienie się tam środowiska osób o poglądach fundamentalistycznych, zapraszanie salafitów z Wielkiej Brytanii, a nawet odwiedzanie go przez osoby związane z dżihadyzmem. Spór pomiędzy częścią MZR związaną z muftim Miśkiewiczem, a Nezarem Charifem urósł do tego stopnia, że w 2017 roku doszło do awantury i interwencji policji, gdy osoby związane z Miśkiewiczem próbowały wyłamać i wymienić zamki w meczecie.

Prawdopodobnie jednak istotą problemu jest to, że islam związany z Tatarami coraz bardziej odchodzi w przeszłość, a zastępowany jest przez islam przynoszony przez imigrantów głównie z Bliskiego Wschodu i Czeczenii. Świadczy o tym chociażby kolejny spór wewnątrz Tatarów o meczet w Białymstoku, który miał być finansowany przez Saudyjczyków. Część środowiska tatarskiego była przeciwna budowie dużego budynku, bo „nie będzie służył Tatarom zamieszkałym w Polsce, tylko muzułmanom z całego świata”, jak oświadczył przewodniczący Związku Tatarów w RP Jan Adamowicz.

Jan Wójcik

 




Irańskim sportowcom „plusy przesłoniły minusy”

Jan Wójcik

Irańska mistrzyni taekwondo Kimia Alizahed jest już kolejnym sportowcem, który uciekł z Iranu, czując tam brak wolności i możliwości realizowania swojej kariery.

W Iranie narastają coraz głośniejsze protesty. Decyzja Alizahed ośmieliła artystów, dziennikarzy, rysowników do bojkotu pracy dla reżimu. Irańscy sportowcy, jak zawodniczka taekwondo już od dłuższego czasu opuszczali Iran, nie widząc tam dla siebie możliwości.

Mistrzowie walki

Kimia Alizadeh, jedyna irańska medalistka olimpijska, uciekła do Holandii publikując list krytykujący prawa człowieka w Iranie. Opisała siebie jako „jedną z milionów prześladowanych kobiet w Iranie”. Skrytykowała powszechny seksizm oraz złe traktowanie ze strony przedstawicieli władz oraz zmuszanie do noszenia chusty. „Cokolwiek mówili, to nosiłam (…) Jakie zdanie nakazywali, takie powtarzałam”, napisała na swojej stronie Instagrama.

Nie jest jedynym sportowcem opuszczającym kraj, choć jest to dla niej, jak przyznaje, trudna decyzja. We wrześniu dżudoka Saeed Mollaei wyjechał z kraju do Niemiec. Nie zgadzał się z irańskimi władzami, które zmuszały go, by nie walczył z izraelskim przeciwnikiem. Mollaei ujawnił, że władze Iranu domagały się, żeby na mistrzostwach w Tokio przegrał celowo walkę, by uniknąć w dalszych rozgrywkach pojedynku z Izraelczykiem. W rezultacie Międzynarodowa Federacja Dżudo zakazała Iranowi udziału w rozgrywkach dopóki nie zmieni stosunku do izraelskich sportowców. Mollaei, obawiając się prześladowania w Iranie, zwrócił się o azyl do Niemiec, a wkrótce przyjął obywatelstwo Mongolii.

Do Iranu nie wróci na razie też bokserka Sadaf Khadem. Boks kobiecy to sport w Islamskiej Republice Iranu zakazany. W 2019 roku stoczyła swoją pierwszą oficjalną i zwycięską walkę we Francji. Planowała powrót, ale z pogłosek dowiedziała się, że w domu czeka na nią nakaz aresztowania. Do Francji pojechała wbrew ministerstwu sportu. Szef federacji boksu w Iranie zaprzecza pogłoskom, które mają rozpowszechniać „media związane z Arabią Saudyjską”.

Szachiści z refleksem

W ostatnich dniach 2019 roku szesnastolatek Alireza Firouzja wygrał srebrny medal na Światowych Mistrzostwach Szachów Szybkich i Błyskawicznych w Moskwie. Wygrał go jednak nie jako reprezentant Iranu, ale pod barwami międzynarodowej federacji szachów. I tutaj, podobnie jak w innych dziedzinach, Iran chciał wycofywać sportowców, by bojkotowali Izrael. Na razie Firouzja z ojcem przebywają we Francji.

Dwa lata wcześniej, w 2017 roku, szachistka Dorsa Derakhshani została wykluczona z reprezentowania Iranu, bo na zawodach w Gibraltarze, wystawiła na szwank „interes narodowy” grając bez hidżabu. Gry zakazano także jej bratu, 15-latkowi za to, że zmierzył się z izraelskim arcymistrzem szachowym Alexandrem Hutzmanem. W wyniku tej decyzji Derakhshani przeniosła się na katolicki Uniwersytet Saint Louis i zaczęła reprezentować Stany Zjednoczone.

Paraolimpijczycy niedofinansowani

Poza polityką i religią problemem dla sportowców jest gospodarka i nieefektywność rządu. Paraolimpijczyk Pouria Jalalipour w czerwcu po zawodach łuczniczych w Holandii odmówił powrotu do kraju. W 2008 roku członek zespołu koszykówki na wózkach, zdobywca brązowego medalu w azjatyckich rozgrywkach, nie powrócił do Iranu z zawodów w Hamburgu.

Nie wszyscy, którzy mają problemy, wyjeżdżają. Futbolistka Niloufar Ardalan nie mogła w 2015 roku pojechać z reprezentacją Iranu na Mistrzostwa Azji. Jej mąż, prezenter telewizyjny, skorzystał z prawa szariatu obowiązującego w kraju i zabronił jej wyjazdu. Tego samego roku władze Iranu jednorazowo unieważniły życzenie jej męża i wyjechała na mistrzostwa w Gwatemali. Jej wysoka pozycja skutecznego bramkarza pozwoliła skrytykować sytuację kobiet w Iranie, mimo że rząd wiele inwestuje w sport kobiecy w tym kraju.

Kogo chusta nie uwiera

Gdy sportowcy z Iranu buntują się przeciwko ograniczeniom przeszkadzającym im w karierze, takim jak chusta, zakaz współzawodnictwa z Izraelem czy zakazany sport, sportowcy z Zachodu realizując swoje marzenia przystają na ograniczenia narzucane przez Iran. W 2017 roku Polacy krytykowali Monikę Soćko, która zgodziła się wziąć udział w mistrzostwach szachów w Teheranie przyjmując warunki organizatora, czyli grę w chuście na głowie, chociaż Ukrainka Anna Muzychuk i Amerykanka Nazi Paikidze-Barnes nie poszły na kompromis.

Przetłumaczyć „Misia” na farsi

Ucieczki sportowców pamiętamy dobrze z okresu, kiedy Polska nie była w pełni suwerennym państwem, realizującym wytyczne socjalizmu. Temat był na tyle powszechny, że obśmiano go w kultowej komedii „Miś”. I może tym optymistycznym akcentem warto zakończyć, mając nadzieję, że podobnie jak ustrój socjalistyczny, islamistyczny też długo się nie utrzyma.

 




„Islamista” prowadzi fanpage Szymona Hołowni

Podczas awarii Facebooka okazało się, że prowadzącymi profil publiczny kandydata na prezydenta Szymona Hołowni są dziennikarze katolickiej strony Deon.pl, między innymi Karol Wilczyński, orientalista współprowadzący stronę „Islamistablog.pl”.

W piątek miała miejsce awaria Facebooka, która pozwalała zajrzeć pod podszewkę oficjalnych profili, ujawniając, kto dodaje i moderuje posty na tych stronach. Wyszły przy tym dość dyskusyjne powiązania polityków z różnymi środowiskami, wskazujące na konflikt interesów; wyszło też kto stoi za stronami hejterskimi.

Przy okazji, jak ujawnił na Twitterze dziennikarz „DoRzeczy” Marcin Makowski, ujawniono prowadzących profil Szymona Hołowni kandydującego w 2020 roku na prezydenta. Okazały się nimi osoby związane z katolickim portalem Deon.pl, założonym przez Towarzystwo Jezusowe i katolickie wydawnictwo WAM.


Związki Hołowni ze środowiskiem katolickiej inteligencji z Krakowa to żadna sensacja. Etyce dziennikarskiej trzeba natomiast pozostawić pytania o wiarygodność, kiedy wykonują prace dla polityka, którym stał się od niedawna Szymon Hołownia.

Natomiast samego kandydata na prezydenta, który obecnie deklaruje chęć dbania o bezpieczeństwo Polaków, mogą obciążać związki ze zwolennikami otwartych granic. Strona prowadzona przez Wilczyńskich nie raz zamieszczała materiały reklamujące „otwarte granice”, czy bardzo krytycznie wypowiadała się na temat projektu polityki migracyjnej, którego celem byłaby kontrolowana migracja do Polski uwzględniająca obecne zagrożenia społeczne.

W tej sytuacji trudniej będzie uwierzyć Szymonowi Hołowni – który wcześniej sam deklarował przyjmowanie imigrantów za wszelką cenę, nawet za ryzyko pozbawienia życia – że teraz zależy mu na bezpieczeństwie Polaków. W trakcie kryzysu imigracyjnego w 2015 roku Szymon Hołownia pisał na portalu Deon.pl: „Nawet jeśli przyjęlibyśmy (absurdalne) założenie, że każdy muzułmanin to potencjalne zagrożenie – to co z tego? Przecież Ewangelia mówi wyraźnie, że mam dobrze czynić również (albo: zwłaszcza) tym, którzy mnie prześladują i nienawidzą!”.

Jan Wójcik




Nowy rok, stare problemy? Jak 2019 wpłynie na 2020

Jan Wójcik

Trudno z wielu różnych wydarzeń 2019 roku wyłuskać te najważniejsze. Zawsze coś trzeba odrzucić. Poniżej subiektywnie dobrany zestaw tych, które w mojej opinii mają najszersze oddziaływanie i będą wpływać na następne lata.

Turcja rozpycha się w basenie

W roku 2019 mieliśmy bez dwóch zdań do czynienia z coraz bardziej asertywną Turcją na arenie międzynarodowej. Asertywną głównie wobec Zachodu czy konkurencji na Bliskim Wschodzie, a nie wobec Rosji czy Chin. Wymieńmy: romans z rosyjskim uzbrojeniem wbrew ostrzeżeniom Stanów Zjednoczonych; atak – pod pretekstem zapewnienia sobie bezpieczeństwa – na północno-wschodnią Syrię zamieszkałą głównie przez Kurdów; narastający spór o złoża węglowodorów na wschód od Cypru i bezpośrednie zaangażowanie się w konflikt libijski w ostatnich dniach roku.

Z drugiej strony mamy turecką bezradność wobec prowincji Idlib, gdzie kontrolę próbuje przejąć syryjski reżim przy pomocy Rosji i ciszę wokół chińskich obozów reedukacyjnych dla muzułmanów. Może to sugerować, że obecny rząd Turcji rozumie język siły, a takich komunikatów nie dostaje od swoich sojuszników z NATO. Dzięki temu prezydent Erdogan może szantażować Europę imigrantami, a NATO jeszcze większym zbliżeniem z Rosją. Próbuje też tworzyć własny układ sił wśród państw muzułmańskich podzielających islamistyczną ideologię, wyrywając spod wpływów Zatoki Katar, Pakistan czy Malezję.

Ruchy Turcji w Libii i wojna proxy, jaką tam toczy z państwami arabskimi oraz sytuacja w Idlib, będą zwiększać presję imigracyjną na Europę, a Erdogan chce się postawić w roli osoby trzymającej rękę na kurku z przepływem imigrantów. W noworocznym przemówieniu już wieszczył zamieszki na ulicach europejskich miast. Nadepnął już na odcisk tylu państwom, że pozostaje mieć nadzieję, iż w końcu otrzyma odpowiedź na swoje działania.

Nielegalna imigracja osłabła, ale nie wszędzie

Był to kolejny rok spadku liczby imigrantów przekraczających nielegalnie granicę. Według Frontexu, do listopada było to około 110 tysięcy osób. 70% z nich dostawało się na wyspy Grecji z terytorium Turcji. I co prawda w 2018 roku granice nielegalnie przekroczyło 136 tysięcy osób, ale jednak poprawa nastąpiła na szlaku centralnym (Libia/Tunezja – Włochy) i zachodnim (Maroko – Hiszpania), natomiast liczba imigrantów przedostających się z Turcji wzrosła, co oznacza, że kraj ten nie wywiązuje się z umowy z Unią Europejską o powstrzymywaniu imigracji.

Kolejnym powodem do zaniepokojenia jest skutek odejścia ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego z rządu we Włoszech i koniec blokady portów przed organizacjami przewożącymi imigrantów. Restrykcyjna polityka zmniejszała imigrację, co pośrednio przekładało się na mniejszą liczbę utonięć. Nowy rząd powoli zmniejsza ograniczenia, a część krajów unijnych obiecuje relokować imigrantów z Włoch, co ma stabilizować rząd w tym państwie, gdzie nastroje antyimigracyjne dają ponad 50% poparcia prawicowej opozycji.

Przyczynia się to jednocześnie do wzrostu liczb w statystykach imigracyjnych, co widać pod koniec roku. Nielegalna imigracja od sierpnia do października wynosiła w 2018 roku 3,7 tysiąca osób, a w 2019 już ponad 6,8 tys. To wzrost o ponad 80%. Obawy o wzmocnienie czynników przyciągających, czyli łatwość pozostania na danym terytorium i uniknięcia deportacji, są uzasadnione.

Polska wciąż nie ma swojej polityki imigracyjnej (…) a dzisiaj naszemu krajowi nie wystarczy już tylko niezgoda rządzących na relokację.

Ogólnie biorąc, wymienione liczby nielegalnych imigrantów nie byłyby problemem, gdyby skuteczność odsyłania osób niemających tytułu do pobytu na terytorium UE była wysoka. Jest niestety na odwrót, co więcej w niektórych krajach, na przykład w Niemczech, liczba deportacji spada.

Wracają dzielni chłopcy i dziewczęta

Kolejnym żywo dyskutowanym w ubiegłym roku wyzwaniem był powrót do Europy (ale nie tylko) obywateli europejskich (czasami podwójnego obywatelstwa), którzy wzięli udział w działaniach terrorystycznych na terenie Syrii i Iraku.

Państwa europejskie starają się tego uniknąć jak mogą, chociażby pozbawiając obywatelstwa, ale może to w ogóle nie rozwiązać problemu, zwłaszcza, że Turcja straszy wypuszczeniem ich bez porozumienia z ich krajami pochodzenia, a inne państwa regionu, delikatnie mówiąc, nie mają rozbudowanej polityki  w tym zakresie.

Oczywiście każdy zaprawiony w boju terrorysta, owiany legendą, stanowi niebezpieczeństwo, jednakże według statystyk, to na przykład Francja ma większy problem z imigrantami, którzy w najbliższym czasie wyjdą z jej więzień, niż z tymi, którym teoretycznie uda się wrócić do kraju. A Brytyjczycy z kolei przekonali się boleśnie jak nie zadziałał w tym przypadku system penitencjarny.

Problem osób zradykalizowanych, przebywających na wolności, które trzeba będzie objąć kontrolą służb, będzie narastał w roku 2020 i w następnych.

Pozytywnie

W minionym roku pojawiły się również trendy pozytywne. Na Bliskim Wschodzie spada liczba osób, które wierzą, że „islam jest rozwiązaniem”. Spada religijność muzułmanów w tamtym regionie. Słabsze jest także poparcie dla islamizmu jako ustroju społeczno-politycznego, który mógłby rozwiązać problemy społeczeństw. To nie musi jednak bezpośrednio przekładać się na Europę, ponieważ islam stał się tutaj cechą tożsamościową odróżniającą jego wyznawców od reszty społeczeństwa.

Warte odnotowania jest też to, że o radykalizmie islamskim wśród ekspertów i instytucji coraz częściej się mówi, że stanowi problem jako ideologia, a nie tylko jako proces prowadzący do przemocy. Podobnie jak w odniesieniu do ruchów faszystowskich, uważamy, że samo wyznawanie islamistycznych poglądów stanowi podstawę do kwalifikacji jako ekstremizm, a nie wyłącznie wtedy, kiedy przekładają się one na działania z użyciem przemocy.

Wreszcie, odrzucenie w Wielkiej Brytanii napisanej i popieranej głównie przez muzułmańskich posłów definicji „islamofobii”, która zdaniem krytyków i muzułmanów nastawionych reformatorsko ograniczałaby wolność słowa, jest też pozytywnym sygnałem. Nie należy mieć wątpliwości, że będą kolejne podejścia, żeby ustawę przepchnąć bocznymi drzwiami, ale zwycięstwo konserwatystów, którym próbowano zrzucić instytucjonalną islamofobię – dla równowagi z instytucjonalnym antysemityzmem, który pogrążył lewicę – nie ułatwi sprawy cenzorom.

Co z nami?

Na koniec pozostaje pytanie o Polskę, która wciąż nie ma swojej polityki imigracyjnej pozwalającej na układanie imigracji z korzyścią dla państwa. Niestety doniesienia z ubiegłego roku, takie jak o aresztowaniu osób przygotowujących zamachy islamistyczne, czy z drugiej strony planujących zamachy na muzułmanów, pokazują, że powielanie błędów Zachodu doprowadzi do tych samych rezultatów co tam, a dzisiaj naszemu krajowi nie wystarczy już tylko niezgoda rządzących na relokację.




Ich śmierć ochroni księcia bin Salmana

Po utajnionym procesie saudyjski sąd skazał pięć osób na karę śmierci a trzy na kary więzienia za zamordowanie w październiku 2018 roku Dżamala Chaszodżdżiego, saudyjskiego dysydenta mieszkającego na emigracji w USA.

Chaszodżdżi był niegdyś wpływowym doradcą władców Arabii Saudyjskiej, ale udał się na emigrację, bo nie zgadzał się z polityką aktualnych władz tego kraju i publikował swoje – często islamistyczne w wyrazie – teksty w „Washington Post”.

W październiku 2018 został zwabiony do konsulatu saudyjskiego w Stambule dla odebrania papierów potrzebnych mu do zawarcia ślubu i tam został zamordowany przez specjalną piętnastoosobową ekipę, przysłaną z Arabii Saudyjskiej. Po początkowych zaprzeczeniach rząd Arabii Saudyjskiej przyznał,  że Chaszodżdżi został zabity, ale miało to nastąpić „przypadkowo”. Jego zwłok nie znaleziono, zostały prawdopodobnie pocięte na kawałki i wyniesione z konsulatu. Chaszodżdżi był kolejnym z saudyjskich dysydentów, porywanych i mordowanych przez autokratyczne władze tego kraju.

Sąd saudyjski skazał wprawdzie pięć osób na karę śmierci (ich nazwisk nie podano) – ale jednocześnie oddalił oskarżenia przeciwko dwóm najważniejszym organizatorom zamachu. Obaj zostali pozbawieni stanowisk po wykryciu morderstwa, ale włos z głowy im nie spadnie. Jeden z nich to były wiceszef saudyjskiego wywiadu, Ahmed al-Assiri a drugi, Saud al-Qahtani, to były główny doradca saudyjskiego następcy tronu Mohammeda bin Salmana. On też prawdopodobnie wydał rozkaz zamordowania dysydenta – tak uważa zarówno CIA jak i prowadząca dochodzenie z ramienia ONZ Agnes Callamard.

Saudyjski sąd orzekł także, że zabicie Chaszodżdżiego było przypadkowe, co nie tylko sprzeczne jest z ustaleniami CIA i ONZ, ale także ze sposobem przeprowadzenia operacji, w którą zaangażowany był specjalista od prowadzenia sekcji zwłok (przyjechał ze specjalną piłą) oraz sobowtór Chaszodżdżiego, który po jego zabójstwie opuścił konsulat, udając zamordowanego publicystę (założył ubranie, ale zapomniał zmienić buty). Również nagrania, jakie zdobył turecki wywiad z wnętrza konsulatu, nie pozostawiają wątpliwości, że morderstwo zostało zaplanowane, a odpowiadać za nie powinien książę bin Salman.

Proces i wyrok nie przekona Zachodu, że książę bin Salman jest niewinny, a przeciwnie, potwierdzi przekonanie o jego winie. Cały przebieg procesu był tajny; obserwowało go wprawdzie kilku dyplomatów, ale zostali zaprzysiężeni do zachowania tajemnicy. Przypuszczalnie potwierdzą swoim rządom to, co już i tak wiadomo – że za zamachem stał książę.

Jemu jednak nic się nie stanie, nadal pozostanie de facto władcą Arabii Saudyjskiej. Chroni go zarówno prezydent Trump, który chce zachować dobre stosunki z Arabią, żeby mieć sojusznika w konflikcie z przygotowującym broń atomową Iranem, jak i międzynarodowy biznes, który chce skorzystać na otwieraniu się gospodarki saudyjskiej.

Dwa tygodnie przed ogłoszeniem wyroku sądu na giełdę w Arabii Saudyjskiej weszły pierwsze akcje saudyjskiego kolosa naftowego, Saudi Aramco. Jego dwa procent udziałów zostało sprzedanych międzynarodowym inwestorom za 25 miliardów dolarów, a dalsze udziały mogą trafić na rynek w bliskiej przyszłości.

Jednak zabójstwo Chaszodżdżiego, chociaż nie spowodowało upadku księcia bin Salmana, znacznie osłabiło jego pozycję międzynarodową. Opinia publiczna nie widzi już w nim młodego, liberalnego reformatora strupieszałego saudyjskiego państwa, tylko raczej bezwzględnego dyktatora, modernizującego kraj dla utrzymania autokratycznej władzy w XXI wieku.

Pod znakiem zapytania staje jego wielki plan modernizacji gospodarki „Vision2030”, wymagający ogromnego współudziału zagranicznego kapitału i rozwinięcia turystyki zagranicznej. Inwestowanie w Arabię Saudyjską, czyli w kraj rządzony nie przez liberalnego reformatora tylko przez bezwzględnego mordercę, nie musi być dobrze widziane przez udziałowców zachodnich firm.

Romans Zachodu z księciem bin Salmanem się skończył. Już nie jest młodym, liberalnym reformatorem, ale bezwzględnym dyktatorem.

Arabia Saudyjska jeszcze do niedawna była głównym sponsorem zagranicznych organizacji fundamentalistów muzułmańskich, ale dzisiaj w tej roli zastępują ją Katar i Turcja. Jej długoterminowe znaczenie dla gospodarki światowej będzie malało wraz z nadchodzącym spadkiem zapotrzebowania na ropę. A jej rola polityczna i militarna będzie trwała tak dopóty, dopóki Zachód nie poradzi sobie z atomowymi zbrojeniami Iranu.

Jednak romans Zachodu z przystojnym następcą tronu się skończył – nawet jeśli jest dziś potrzebny politycznie, to zostanie porzucony natychmiast, gdy przestanie być potrzebny. Pytanie, czy wówczas nie wróci do aktywnego wspierania islamskiego fundamentalizmu.

Grzegorz Lindenberg




Turcja: Zabójstwa kobiet stają się epidemią

Uzay Bulut

25 listopada, w Międzynarodowym Dniu Eliminacji Przemocy przeciw Kobietom, na Placu Taksim w Stambule tysiące Turczynek protestowało przeciwko wzrastającej w całym kraju liczbie mordów popełnionych przez mężczyzn na członkach ich rodzin.

Niemal natychmiast po odczytaniu oświadczenia dla prasy uczestniczki demonstracji zostały zaatakowane przez policję, która użyła gazu łzawiącego i plastikowych kul. Morderstwa kobiet przez męskich krewnych, szczególnie przez mężów lub byłych mężów, stały się w Turcji groźnym trendem. Brutalne morderstwo trzydziestoośmioletniej Emine Bulut, zamordowanej 18 sierpnia przez jej byłego męża na oczach ich dziesięcioletniej córki jest jednym z tych przypadków, na które szczególnie warto zwrócić uwagę. Bulut została wielokrotnie uderzona nożem w szyję w kawiarni w Kirikkale, gdzie poszła, żeby spotkać się ze swoim byłym mężem, z którym była rozwiedziona od kilku lat. Zapis tego ataku na wideo rozszedł się szeroko w mediach społecznościowych, gdzie widać ją, jak krzyczy ”Nie chcę umierać!” i przerażający krzyk dziecka stojącego obok niej.

W reakcji na to morderstwo kobiety w całej Turcji wyszły na ulice, żeby je potępić i wezwały rząd, by zagwarantował ich ochronę. To okrutne morderstwo Emine Bulut było jednak tylko jednym z wielu zamachów  na życie kobiet w Turcji. Poniżej kilka przykładów tylko z jednego tygodnia sierpnia 2019, które pokazują powagę sytuacji:

Według organizacji obrony praw kobiet „We Will Stop Femicide” (Zatrzymamy kobietobójstwo), 652 kobiety zostały zamordowane przez mężczyzn na przestrzeni półtora roku poprzedzającego listopad 2018, z tego 36 w październiku 2018 r.

37 procent sprawców tych mordów nie zostało zidentyfikowanych, reszta to byli mężowie, partnerzy, byli partnerzy, bracia, ojcowie i inni męscy członkowie rodziny. Przyczyny 50% mordów nie zostały określone, ale 16% tych kobiet zamordowano, ponieważ chciały podejmować decyzje o swoim życiu, żądały rozwodu, odrzucały propozycję pogodzenia się, a nawet dlatego, że nie odpowiadały na telefony mężów. 13% tych kobiet zostało zabitych z „przyczyn ekonomicznych”.

Komitet kobiet Tureckiego Stowarzyszenia Obrony Praw Człowieka (HRA) opublikował 26 sierpnia oświadczenie pod tytułem „Przemoc wobec kobiet jest efektem polityki dyskryminacji”, w którym czytamy m. in.: „Ochrona kobiet przed męską przemocą może być wprowadzona tylko przez państwową politykę zmierzającą do równości płci. Jednym z powodów tego, że tak wiele kobiet jest ofiarami przemocy, jest niechęć, a nawet powstrzymywanie przez odpowiednie instytucje wprowadzenia w życie obowiązujących praw.

Postanowienia Konwencji ONZ o eliminacji wszelkich form przemocy wobec kobiet, którą Turcja ratyfikowała w 1985 roku, nie są wprowadzane w życie. Komitet ds. Eliminacji Dyskryminacji Wobec Kobiet w swoich Ogólnych Rekomendacjach, w art. 35 dotyczącym związanej z płcią przemocy wobec kobiet, w paragrafie 16 stwierdza: „Związana z płcią przemoc wobec kobiet może oznaczać między innymi tortury lub okrutne, nieludzkie traktowanie, poniżanie, w tym przypadki gwałtów, domową przemoc lub szkodliwe praktyki”.

Konwencja ze Stambułu została podpisana przez Turcję 11 maja 2011 i ratyfikowana 14 marca 2012. Jej celem jest ochrona kobiet przed wszelkimi formami przemocy oraz prewencja, ściganie i eliminacja takiej przemocy i domowej przemocy; działanie na rzecz eliminacji wszelkich form dyskryminacji kobiet i promowanie równości płci, w tym wzmocnienia statusu kobiet; planowanie ram, polityki i konkretnych działań na rzecz ochrony i wsparcia dla wszystkich ofiar przemocy wobec kobiet; promowanie międzynarodowej kooperacji zmierzającej do eliminacji przemocy wobec kobiet i domowej przemocy; udzielanie wsparcia i pomocy organizacjom i siłom porządkowym, by współdziałały na rzecz eliminacji przemocy wobec kobiet.

Rzeczywistość pokazuje jednak, że te zalecenia nie są wprowadzane w życie, że te prawa nie są respektowane i że nie udało się doprowadzić do ich instytucjonalizacji.

Co więcej, władze zrobiły, co w ich mocy, żeby uniemożliwić skuteczne wprowadzenie w życie postanowień konstytucji i Prawa nr 6284, stanowiącego, że należy przeciwdziałać przemocy wobec kobiet.

Brak wymuszania prawa to tylko jeden z problemów; według HRA zarówno media, jak i główne instytucje religijne są współwinnymi: „Przemoc jest na porządku dziennym w różnych programach telewizyjnych. Na przestrzeni ośmiu miesięcy 16 000 skarg dotyczących pokazywania przemocy w telewizji skierowano do Najwyższej Rady Radia i Telewizji, jednak, jak poinformował zastępca przewodniczącego tej rady z ramienia Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), İlhan Taşcı, ani jedna nie była przedmiotem dyskusji. Taşcı przedstawił przerażającą prawdę na temat przemocy wobec kobiet mówiąc: ’Przez dwa sezony programu pokazywanego na prorządowym kanale telewizyjnym nie było w nim niepołamanych kości, ani kobiety, która nie byłaby bita’”.

W oświadczeniu Diyanet [Tureckiego Zarządu ds. Religii] na temat przemocy wobec kobiet widzimy prawdziwy obraz mentalności, która jest źródłem tej przemocy. Przewodniczący Diyanet, Ali Erbaş, powiedział: „W naszej religii życie, godność i prawa kobiet są nienaruszalne i powierzone [mężczyznom]”. Przez stwierdzenie, że życie, godność i prawa kobiet są ”powierzone mężczyznom”, Erbaş w rzeczywistości powiedział, że kobiety nie mają praw ani zdolności dokonywania samodzielnych wyborów niezależnych od akceptacji i zgody mężczyzn. Tym samym, jak się wydaje, postrzega kobiety jako ”własność mężczyzn”, dając do zrozumienia, że to mężczyźni  są odpowiedzialni za realizację praw kobiet, włącznie z ich prawem do życia. Erbaş – podobnie jak wielu innych autokratów islamistycznego tureckiego państwa – nie jest w stanie zrozumieć, że prawa kobiet są fundamentalnymi, naturalnymi i niezbywalnymi prawami kobiet i że kobiety są w pełni do nich upoważnione.


HRA przedstawia
 zestaw żądań prowadzących do naprawy obecnej nieznośnej sytuacji. Wśród nich:

  • Zwiększenie liczby schronisk dla kobiet oraz tworzenie możliwości chronionych miejsc pracy.
  • Trzeba rozpocząć skuteczne dochodzenia w stosunku do osób stosujących przemoc wobec kobiet; trzeba porzucić politykę pobłażliwości. Łagodzenie wyroków, np. za dobre zachowanie i w oparciu o osobiste odczucia sędziów, powinno się skończyć.
  • Należy utworzyć instytucje nadzorujące równość płci i nie powinny być one zdominowane przez mężczyzn, lecz bazować głównie na kobietach.
  • Struktura sił porządkowych i wymiaru sprawiedliwości powinna być zrewidowana, koncentrując się na ochronie jednostki, a nie rodziny, pracownicy tych instytucji powinni otrzymać szkolenie w tym zakresie.
  • Bezzwłocznie należy zaprzestać publikowania w mediach materiałów, które w jakikolwiek sposób legitymizują przemoc wobec kobiet.

Mizoginistyczne wypowiedzi przedstawicieli władz rządowych pokazują opozycję rządu do równości płci; ludzie nadzorujący siły porządkowe i wymiar sprawiedliwości nie umiejący egzekwować lub odmawiający stosowania praw mających chronić kobiety; pełne przemocy programy telewizyjne uderzające w kobiety; oraz nauczanie religijne, które promuje przemoc wobec kobiet – to wszystko prowadzi do wzrostu liczby mordów i krzywd wyrządzanych kobietom w Turcji.

 

Uzay Bulut –Turecka dziennikarka, która ze względu na obawę przed aresztowaniem od kilku lat przebywa poza krajem.

 

Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski

Źródło tekstu polskiego: www.listyznaszegosadu.pl