Tunezja: #EnaZeda oznacza #MeToo

Molestowanie seksualne jest karalne w Egipcie, z karą od sześciu miesięcy więzienia i grzywną od 3000 funtów egipskich.

Jednak ostatnie głośne incydenty pokazują, że skala problemu zwykle nie spotyka się z równym publicznym potępieniem ani reakcją.

W przypadku piłkarza Amr Wardy na przykład, szybka akceptacja jego przeprosin i przywrócenie go do reprezentacji przez egipski Związek Piłki Nożnej po tym, jak znaczna liczba kobiet ujawniła jego chore zachowania, jest tragicznym przykładem tego, jak cierpienie ofiar jest minimalizowane, z jakim dystansem jest traktowane i jak jest odrzucane.

Podobnie, tunezyjski polityk oskarżony o molestowanie seksualne uzyskał prawny immunitet, gdy złożył przysięgę jako nowy członek parlamentu. Zouheir Makhlouf wygrał wybory pomimo tego, że znane było wideo dokumentujące, jak dokonuje aktu obscenicznego w aucie przed szkołą – donośny przykład na to, jak molestujący unikają kary za swoje nikczemne przestępstwa.

To oskarżenie słusznie wywołało odrazę i spowodowało, że tysiące tunezyjskich kobiet podzieliło się swoimi doświadczeniami bycia molestowaną seksualnie poprzez hashtag #EnaZeda, który oznacza #MeToo. Została założona prywatna grupa na Facebooku  oraz strona internetowa, żeby ofiary mogły ujawniać przypadki molestowania. Strona ma już 21 600 członków.

Hasztag najpierw pojawił się na Twitterze i od tego czasu spotkał się z dużą aprobatą, doprowadzając do spontanicznego powstania ruchu, który nadal codziennie rośnie. “Ruch EnaZeda jest po prostu kulminacją wysiłków trwających od lat – mówi Najma Kousri, jedna z osób zarządzających stroną EnaZeda. – Mamy dość tego, czego jesteśmy świadkami i czego codziennie doświadczamy.” Ruch ujawnia skalę problemu i jednocześnie jasno pokazuje, że uciszanie ofiar oznacza, że sprawa agresji seksualnej nigdy nie zostanie rozwiązana.

„Świadectwa mają na celu zapewnić „widoczność” kobietom będącym ofiarami molestowania seksualnego, chcemy także, aby władze były bardziej świadome skali agresji, z powodu której w życiu codziennym kobiety cierpią- mówi Kousri. – Nawołujemy, by skutecznie wdrożony został paragraf 58 o agresji wobec kobiet, aby nie pozostał tylko zapisem na papierze, ale żeby położył kres bezkarności seksualnych napastników.”

Wsparcie i empatia, które kobiety otrzymują poprzez media społecznościowe tego ruchu, w  dodają im odwagi, chociaż nie jest to jedyny cel, bo społeczna percepcja tego przestępstwa również powinna ulec zmianie.

“Molestowanie seksualne jest jeszcze jednym aspektem, poprzez który społeczeństwo stara się ograniczać dostęp kobiet do przestrzeni publicznej – dodaje Kousri – jednak dzisiaj kobiety już nie są własnością swoich rodziców lub obiektami należącymi do mężów, którym powinny być poddane. Są wolne i niezależne; powinny zatem domagać się takiej samej przestrzeni, jak mężczyźni w każdym aspekcie życia codziennego.”

Ruch jest dowodem na to, że same przepisy nie wystarczają, żeby radzić sobie ze sprawami społecznymi wymagającymi szerokich zmian kulturowych.  Wypowiadając się w trakcie Powszechnego Przeglądu Okresowego praw człowieka w Egipcie (przeprowadzanego przez Radę Praw Człowieka ONZ), prawniczka i aktywistka na rzecz praw kobiet, Nehad Aboul Komsan podkreśliła znaczenie mechanizmów sprawdzania skuteczności i szkolenia sędziów dla pełnego zapewnienia wdrożenia przepisów prawa. Te dwa aspekty, wdrożenie prawa i zmiany kulturowe, zawsze były ze sobą powiązane i dlatego nadal kluczowa jest praca nad nimi równocześnie.

Oprac. GJ/PJ, na podst.: https://egyptianstreets.com




„Wzorowo” zresocjalizowany terrorysta z Londynu

Podczas gdy polskie media poruszone są tym, że nasz rodak walczył przeciwko terroryście, nad Tamizą toczy się właśnie debata na temat nieskuteczności resocjalizacji ekstremistów.

Symulowane nawrócenie

Usman Khan uczestniczył w programie resocjalizacyjnym Learning Together (Wspólna nauka) prowadzonym przez Uniwersytet Cambridge. Po jego ukończeniu pokazywany był jako przykład procesu zakończonego sukcesem. W noc ataku została usunięta strona internetowa programu. Niemniej z kopii i wersji archiwalnych można się dowiedzieć, że Khan „bardzo angażował się w Learning Together”, był gościem na debacie Instytutu Kształcenia Ustawicznego w Cambridge oraz uczestnikiem dyskusji organizowanych w więzieniu. W nagrodę otrzymał komputer, „by móc kontynuować naukę i pisanie”.

Terrorysta napisał nawet wiersz i złożył podziękowania terapeutom. W najbliższych miesiącach miał uczyć się zawodu w Instytucie Kształcenia Ustawicznego. Jego działania wyglądają na świadomą manipulację specjalistami z Cambridge. 28-latek właśnie dzięki udziałowi w Learning Together uzyskał pozwolenie na podróż do Londynu. Ofiarą terrorysty został Jack Merritt, koordator kursów resocjalizacyjnych w więzieniu, w którym przebywał Khan.

W 2012 r. Khan, bliski współpracownik ekstremisty Anjema Choudary’ego, trafił do więzienia za planowanie zamachu na londyńską giełdę. Dostał dożywocie, po odwołaniu zmniejszone do 16 lat, a ostatecznie za kratami spędził 8. Wyszedł na wolność w dużej mierze dzięki rekomendacji resocjalizatorów, z którymi współpracował od 2016 r. Na zwolnieniu warunkowym miał obowiązek noszenia bransoletki elektronicznej, nie mógł przebywać na terenie Londynu oraz korzystać z Internetu. Na wolności dwa razy w tygodniu spotykał się z kuratorem sądowym.

Wewnętrzna „przemiana”

Przedstawiciel Learning Together powiedział, że jest dumny z tego, że może zbierać pieniądze na zapewnienie Khanowi „bezpiecznego, niepodłączonego do sieci komputera, którego może użyć do studiowania i rozwijania umiejętności pisarskich, przestrzegając jednocześnie warunków zwolnienia”.

To być może na tym laptopie Khan napisał, że projekt resocjalizacji „zajmuje szczególne miejsce w jego sercu”. „Learning Together to otwieranie umysłów, otwieranie drzwi i dawanie głosu tym, którzy są zamknięci i ukryci przed resztą z nas” – napisał, deklarując jednocześnie, że nie jest w stanie wyrazić wdzięczności całemu zespołowi i wszystkim, którzy tę „wspaniałą działalność” wspierają.

Khan nie pierwszy raz deklarował, że przeszedł wewnętrzną przemianę. Siedem lat temu ze swojej celi prosił o możliwość „udowodnienia”, że nie wyznaje już ekstremistycznych poglądów islamskich i nie stanowi zagrożenia dla społeczeństwa. Służba więzienna widziała w nim modelowo zachowującego się więźnia.

Meczety kaznodziejów nienawiści

Dzień przed zamachem Khan odwiedził meczet prowadzony przez islamskich radykałów i kaznodziejów nienawiści w Stoke-on-Trent. Bywał tam też, zanim trafił do więzienia. Wcześniej uczęszczał także do meczetu Tunstall, który zamknęły władze, kiedy okazało się, że imam Kamran Hussain wspiera Państwo Islamskie. W 2016 roku policji udało się nagrać jego kazania, w których mówi do dzieci, że „męczeństwo to największy sukces”. Meczet Tunstall znajdował się w pobliżu domu terrorysty.

Jak mogło do tego dojść?

Szokujących w tej historii jest co najmniej kilka elementów. Jak to możliwe, że terrorysta nie odbywa całej kary, którą i tak wcześniej przez sąd została złagodzona? Jak to możliwe, że zajmujący się terrorystą kurator sądowy nie nabrał podejrzeń odnośnie jego motywacji? Jak to w końcu możliwe, że tak łatwo dali się ograć specjaliści prestiżowego Uniwersytetu Cambridge?

Anjem Choudary i Usman Khan

Na te pytania padają rozmaite odpowiedzi. Dr Muhammad Fraser-Rahim z organizacji Quilliam International, skupiającej byłych ekstremistów działających na rzecz deradykalizacji, twierdzi, że zwolennicy szybkiej resocjalizacji zapominają, iż jest to proces długotrwały – oczekiwanie rezultatów już po paru miesiącach skazane jest na porażkę.

Ponadto terapeutom, pracującym z islamskimi radykałami, często brakuje doświadczenia. W tej kwestii niezbędna jest dogłębna znajomość problemu. Specjalista podkreśla, że „resocjalizacja radykałów jest trudna, lecz możliwa”.

Naiwność wymiaru sprawiedliwości

Z kolei publicystka Melanie Phillips, autorka znanej książki „Londonistan”, wskazuje na naiwność sądu oraz prowadzących resocjalizację. Oto fragment jej tekstu z „The Sunday Times”:

„Atak terrorystyczny Usmana Khana na uczestników konferencji na temat resocjalizacji więźniów w Londynie był możliwy dzięki dwóm katastrofalnym błędom. Pierwszy z nich został popełniony przez sąd apelacyjny, który zmienił wyrok. (…) U podstaw tego błędu leży niezrozumienie fanatycznego islamu.

To, że ekstremizm religijny jest promowany przez najbardziej wpływowe islamskie autorytety, zapewnia mu szerokie oddziaływanie na pobożnych muzułmanów

Ta porażka charakteryzuje również drugi błąd w ocenie, zarówno ze strony grupy, która zaprosiła Khana na swoją konferencję, jak i służby kuratorskiej, która umożliwiła mu uczestnictwo w niej, wierząc, że jest zresocjalizowanym bohaterem. Wynikało to z odmowy uznania wyjątkowości islamskiego ekstremizmu; błąd ten popełnia większość wymiaru sprawiedliwości.

Ujawniły to komentarze wygłoszone po ataku Khana przez Iana Achesona, byłego oficera służb antyterrorystycznych, który w 2015 roku przeprowadził niezależną weryfikację problemu islamskiego ekstremizmu w więzieniach i systemie kuratorskim. Odkrył szokujący stopień nieudolności, bezbronności i braku woli w prawie każdym aspekcie radzenia sobie z przestępcami skazanymi za terroryzm, z ‚zapierającym dech w piersiach poziomem naiwności i biurokratycznego zaciemniania’. Jego badania sugerowały, że występuje ‚instytucjonalny lęk w radzeniu sobie z zagrożeniem terrorystycznym, które jest bardziej dotkliwe niż chcą przyznać wyżsi urzędnicy’.(…)

Ten opór wynika z odmowy uznania przyczyny tego zagrożenia: jest to obecnie dominująca, dosłowna interpretacja islamu, zakorzeniona w jego doktrynie religijnej i tekstach, która, według słów Achesona tworzy ‚ekstremistów religijnych z kompleksem męczeństwa’.

Oczywiście miliony muzułmanów nie przyjmują takiego sposobu myślenia; i rzeczywiście jego najliczniejszymi ofiarami na całym świecie są sami muzułmanie. Niemniej jednak to, że [ekstremizm religijny] jest promowany przez najbardziej wpływowe islamskie autorytety zapewnia mu szerokie oddziaływanie na pobożnych muzułmanów. (…).

Można ponadto obserwować doktrynę takijji, nakaz oszukiwania dla islamu. Według Samiego Mukarama, byłego profesora studiów islamskich na Amerykańskim Uniwersytecie w Bejrucie, jest to powszechne. ‚Takijja ma fundamentalne znaczenie w islamie. Praktycznie każda sekta islamska zgadza się na to i ją praktykuje’.

To może wyjaśniać, dlaczego programy deradykalizacji w więzieniach zawodzą. Wielu ich uczestników udaje, że zmienili swoje poglądy, żeby ograć system. Wszystko to oznacza, że radykalizacja islamska tworzy wyjątkowy zestaw wyzwań. Jednak cały establishment boi się uznać którekolwiek z nich z obawy przed oskarżeniem o ‚islamofobię’ – a termin używany jest do uciszenia wszelkiej krytyki świata muzułmańskiego.”

Piotr Ślusarczyk, na podst. The Telegraph; The Times

 




Między „spójnością etniczną” a „multi-kulti”

Pod koniec listopada Konfederacja w obliczu prognozowanej masowej imigracji do Polski zaproponowała rozwiązanie – „spójność etniczną”. Prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki stwierdził, że „zachowanie spójności etnicznej jest największym wyzwaniem”.

Te słowa potwierdził Krzysztof Bosak, mówiąc o pierwszeństwie interesów narodu, a nawet jego przetrwania, wobec interesów biznesowych. Dodał nawet, że „być może trzeba nieco spowolnić tworzenie nowych miejsc pracy, dopóki nie urodzi się więcej dzieci”.

Politycy Konfederacji zostali zaatakowani jako zwolennicy segregacji rasowej, Ku-Klux-Klanu i czystek etnicznych. Nawet jeżeli jest mi obca idea „spójności etnicznej”, to trzeba oddać im sprawiedliwość – w swoich wypowiedziach wypowiadali się jedynie przeciwko masowej imigracji. Polityka migracyjna jest ciągle jednak prerogatywą państwa i dyskusja o jej kształcie powinna stanowić element debaty publicznej.

Integracja a’la mayonnaise

Głosy, że masowa imigracja nie sprzyja integracji, nie padają wyłącznie po stronie skrajnej prawicy. W książce „Islam – sto pytań”, na które odpowiadał egipski jezuita Samir Khalil Samir, profesor Papieskiego Instytutu Wschodniego, padają podobne diagnozy. Profesor oskarża model wielokulturowy jako schodzący do poziomu „niebezpiecznej utopii”. Z drugiej strony, asymilacja według niego też nie jest rozwiązaniem możliwym do realizacji. Proponuje „model majonezu”, który – podobnie jak przygotowanie majonezu – wymaga „gruntu, stanowiącego płaszczyznę odniesienia” – to żółtka, zmieszane z octem i musztardą. Do tego stopniowo dodaje się oliwę intensywnie mieszając, co ma być porównaniem do stopniowego przybywania imigrantów, którzy łączą się z elementami konstruktywnymi społeczeństw przyjmujących.

Wymaga to jeszcze dwóch rzeczy: „wyraźnej woli akceptowania reguł przez tych, którzy przybywają z zewnątrz” oraz posiadania przez gospodarzy „czytelnych idei swojej tożsamości”. Na tej drodze tożsamość społeczeństwa może rozwijać się, tworząc „ubogaconą tożsamość” jednocześnie zachowując swoje cechy konstytutywne.

Leitkultur nie jest obca lewicy

Podobne wnioski wobec postrzeganego przez prof. Samira fiaska polityki multikulturalizmu wywiódł muzułmański profesor stosunków międzynarodowych i ekspert od politycznego islamu Bassam Tibi. Wprowadził pojęcie „Leitkultur”, kultury wiodącej, czyli tej, której istotne zasady, nienaruszalne, mają być wartościami całego społeczeństwa, a jednocześnie te elementy kultury przybyszów, które nie są w kolizji z nimi, mogą być swobodnie praktykowane.

Głosy, że masowa imigracja nie sprzyja integracji, nie padają wyłącznie po stronie skrajnej prawicy.

Tutaj wobec przybyszów z kultury islamskiej Tibi oczekiwałby wyzbycia się idei, że prawo religijne, szariat miałoby regulować życie w państwie, a także idei zbrojnej walki w imię religii oraz dążenia do narzucenia „jedynej prawdziwej religii” społeczeństwom zachodnim. Warto tu wspomnieć, że profesor Tibi uważa siebie w dziedzinie badań społecznych za kontynuatora lewicowej szkoły frankfurckiej. Nic więc dziwnego, że podobne poglądy można było też przeczytać na łamach „Gazety Wyborczej” u profesora Andrzeja Szahaja.

„W każdym państwie musi istnieć kultura dominująca, która znajduje swój wyraz np. w prawodawstwie czy systemie politycznym” – odpowiadał Szahaj na pytania o politykę multikulturalizmu, jednocześnie przekonując do życia w społeczeństwie wielokulturowości i tolerancji. Stawiał jednak, podobnie jak Tibi, ostre granice: „W przypadku rażącego pogwałcenia jej zasad wspólnota kulturowo dominująca ma prawo interweniować – np. w przypadku cywilizacji zachodniej wtedy, gdy się chce wprowadzić w jej granicach zasady tzw. szariatu, całkowicie sprzeczne z jej systemem wartości oraz prawodawstwem”.

Spójności etnicznej nie da się bronić

Do opisania tej sytuacji pojęcie „spójność etniczna” jednak nie pasuje, bowiem nie chodzi o pochodzenie etniczne członków społeczeństwa, lecz o kanon wyznawanych przez nich wartości i akceptację wspomnianych ram. Spójność etniczna jest pojęciem nie do obrony, bo niezależnie od intencji jej propagatorów, operuje kategoriami wrodzonymi, na które jednostka nie ma wpływu, a poza tym budzi jak widać obawy.

Na Zachodzie w obliczu kryzysu eksperymentu wielokulturowego też mówi się dużo o spójności – ale jest to spójność społeczna. Ta spójność opiera się nie na tożsamości narodowej, lecz na wspólnych wartościach, obywatelskiej kulturze, porządku społecznym i społecznej kontroli, społecznej solidarności i redukcji dysproporcji bogactwa, a także na innych cechach wymienianych w jednej z definicji podanych przez Obserwatorium Migracyjne Oxford University. Niestety cytowane w raporcie badania nad spójnością społeczną dają mieszany obraz. Amerykańskie twierdzą, że większa różnorodność sprzyja izolacji i ma negatywny wpływ na spójność społeczną, z kolei badania europejskie pokazują, że ten negatywny efekt można odwracać przez intensywne działania na rzecz integracji.

Spójność społeczna a sprawa polska

Jak to się ma do naszej polityki imigracyjnej, której błędy wytyka PiSowi Konfederacja? Po pierwsze, trzeba wyraźnie stwierdzić, że nie ma żadnej polityki imigracyjnej, a ostatnie próby jej stworzenia skończyły się przez wyciek wersji roboczej projektu, gdzie zapisano odwołania do religii katolickiej w procesie integracji i pomysły na „bykowe”, co spotkało się z ostrą krytyką.

Po drugie, znacząca większość imigrantów pochodzi z krajów bliskich Polsce kulturowo (Ukraina, Białoruś, Rosja), gdzie problemy co do wskaźników spójności społecznej nie będą znaczne. W odniesieniu do pozostałych kierunków imigracji, niestety zarzut wobec rządu jest zasadny, bowiem legalna migracja tymczasowa, która ma wszelki potencjał, żeby stać się stałą (na wzór Austrii, Niemiec czy Belgii), nie jest poddana żadnej polityce – ani imigracyjnej, ani integracyjnej.

Poza tym, jak podkreśla Konfederacja, powołując się na doniesienia medialne, bywa, że imigranci są poddawani dyskryminacji przez pracodawców, co na pewno nie będzie służyć ich integracji. W dodatku nie uruchamiamy dużych rezerw własnych pracowników, wynikających ze wskaźnika aktywizacji zawodowej, który jest poniżej średniej unijnej. Ostatecznie więc możemy na razie się cieszyć z tego, że imigracja z krajów odległych kulturowo jest na niskim poziomie, ale prawdopodobnie tak długo nie będzie. Jednym z charakterystycznych zjawisk współczesnej imigracji jest imigracja łańcuchowa (chain migration). Imigranci udają się tam, gdzie są już ich diaspory. Dlatego między innymi sporo imigrantów i ludzi szukających azylu traktuje Polskę jako kraj tranzytowy. Do czasu.

Jedna z lekcji, jakie wyniosłem miesiąc temu ze spotkania w Pradze w gronie specjalistów do spraw deradykalizacji (a więc jednego z elementów spójności społecznej), jest taka, że nie możemy dopuścić do powstania „ekosystemów”. Inaczej – do wytworzenia się dużych skupisk imigrantów, którzy tworząc samowystarczalne środowiska pielęgnują wartości, będące w opozycji do naszej kultury. Ta sytuacja przyprawia dziś o ból głowy decydentów i praktyków bezpieczeństwa w całej Zachodniej Europie.

Na szczęście nie musimy na gwałt wybierać pomiędzy wielokulturowością i potrzebami gospodarki z jednej strony, a spójnością etniczną i spowolnieniem gospodarczym z drugiej. Możemy opierać się na kilku źródłach: imigracji z krajów bliskich kulturowo, ale też z tych sprawdzonych jako bezpieczne (Wietnam); na aktywizacji zawodowej pracowników krajowych, a także na przyjęciu modelu integracji wspierającego spójność społeczną dla imigrantów z innych kierunków.

To ostatnie dotyczy wymienionych w tym artykule: ograniczonej imigracji, przedstawienia wyraźnych ram czy też podstaw kulturowych, stanowiących płaszczyznę odniesienia dla imigrantów, oraz działań integracyjnych w kierunku przyjęcia tych ram. Ostatecznie przecież należy wspierać przedsiębiorców w rozwiązaniach technologicznych i usprawnianiu procesów, które będą następowały w najbliższych dekadach wraz z rozwojem nowych technologii.

Jan Wójcik




Kalif Erdogan?

Zorganizowana przez Turcję konferencja na temat Kaszmiru jest kolejnym przykładem imperialnych ambicji Erdogana. Taka jest teza artykułu Abhinava Pandyi, zamieszczonego na indyjskim portalu Firstpostdziałającym z Mumbaju.

Pod koniec listopada Turcja zorganizowała międzynarodową konferencję na temat Kaszmiru, na której potępiono decyzję Indii o pozbawieniu tego regionu statusu autonomicznej prowincji. Sprawa Kaszmiru, indyjskiej prowincji o muzułmańskiej większości, do której prawa rości sobie również Pakistan i w której działa islamska partyzantka, jest dla Turcji znakomitą okazją do zdobywania poparcia wśród hinduskich muzułmanów. Nie chodzi po prostu o zdobywanie międzynarodowego uznania, ale, jak pisze Pandya, o odzyskanie przez Turcję czołowego miejsca wśród krajów muzułmańskich, o odtworzenie zniesionego w 1923 roku kalifatu.

Od średniowiecza do I wojny światowej Turcja sprawowała władzę nad większością świata muzułmańskiego jako Imperium Ottomańskie, a władca Imperium miał tytuł kalifa, czyli zwierzchnika muzułmanów. Po przegranej Turcji w czasie wojny i po zamachu stanu przeprowadzonym przez Atatürka imperium się rozpadło. Kraj stał się republiką, a kalif został wygnany. Przez większość XX w. Turcja starała się być krajem świeckim, choć niekoniecznie demokratycznym i dopiero Erdogan od 2003 roku, najpierw jako premier, a potem jako prezydent, zaczął przekształcać ją znowu w państwo islamskie.

Zamiast demokracji buduje państwo autorytarne, w którym islam zdobywa coraz większe znaczenie, jego polityka międzynarodowa Turcji zwrócona jest w kierunku wspierania różnych ruchów islamistycznych – na przykład kierownictwo Bractwa Muzułmańskiego przebywa w Turcji po ucieczce z Egiptu. W Syrii Erdogan wspiera ugrupowania islamistyczne, również miejscowy odłam Al Kaidy, a przez długi czas udzielał niejawnego wsparcia ISIS.

Turcja finansuje obecnie nie tylko wspólnoty tureckie w Europie (głównie w Niemczech i Austrii), ale stara się zastąpić w różnych krajach muzułmańskich Arabię Saudyjską jako budowniczego meczetów i sponsora muzułmańskich duchownych oraz szkolnictwa religijnego. Wspólnota muzułmańska w Indiach jest dla Turcji niezwykle łakomym kąskiem, ponieważ jest to trzecia co do wielkości na świecie zbiorowość muzułmanów. A ponieważ nie są to Arabowie i są wyznawcami tej samej co w Turcji hanafickiej szkoły islamu, więc w rywalizacji z Arabią Saudyjską Turcja ma poważne szanse na sukces – stąd między innymi konferencja o Kaszmirze.

Antyindyjskie rozruchy w Kaszmirze (2010) (Foto: flickr.com – Kashmir Global)

Według Abhinava Pandyi, Erdogan chce stać się kalifem, być może w setną rocznicę zniesienia kalifatu w 2023 roku (albo 2024, w rocznicę formalnego zniesienia kalifatu, bo w 1923 proklamowano republikę w Turcji). Autor nie zakłada, że Turcja chce odbudowy Imperium Ottomańskiego – zjednoczenia muzułmanów w jednym państwie. Erdogan chce być przywódcą, chce występować w imieniu muzułmanów z całego świata, a Turcja ma być głównym krajem islamskim, spychającym w cień Arabię Saudyjską. Rywalizacja z nią jest w tej chwili jednym z głównych kierunków polityki zagranicznej Erdogana, który de facto zrezygnował ze starań o wejście do Unii Europejskiej.

Jeśli Erdoganowi udałoby się osiągnąć status kalifa, to – o czym Pandya już nie pisze, bo sprawy Europy mniej go interesują niż sprawy Indii – również w Europie próbowałby odgrywać większą rolę, jako samozwańczy reprezentant mniejszości  muzułmańskich w krajach Unii. Jego kartą przetargową jest i będzie możliwość otwierania drzwi do Europy dla milionów muzułmańskich imigrantów z Azji, dla których droga do Unii prowadzi przez Turcję.

Póki jednak jest prezydentem, to jest po prostu jednym z przywódców państw w Europie, natomiast jeśli stanie się kalifem, uzna się za ważniejszego od wszystkich innych prezydentów i każde przeciwstawienie się jego żądaniom będzie traktował jak atak na islam. A ponieważ jest nie tylko fanatykiem, ale i człowiekiem o nadmiernie rozbudowanym ego, stanie się groźniejszy.

O tym, że Erdogan będzie chciał zostać kalifem, pisaliśmy w Euroislamie już w 2016 roku: „Celem ostatecznym Erdogana jest przywrócenie kalifatu, którego setna rocznica zniesienia przypada na rok 2024”.  Ale przewidywaliśmy, że nie ograniczy się do przyjęcia tytułu, że będzie chciał odtwarzać Imperium Ottomańskie w postaci realnej. „Jeżeli go nie powstrzymamy – pisaliśmy – za osiem lat będziemy mieli pod bokiem siedmiusettysięczną armię, gotową nieść do Europy dobrą nowinę, z którą 1400 lat temu zjawił się w Medynie Mahomet”.  Na razie Erdogan wprowadził wojska tureckie na teren Syrii i nie zapowiada wycofania się stamtąd.

Grzegorz Lindenberg, na podst. https://www.firstpost.com




„Malmö jak Bagdad”. O czym woleliśmy nie słyszeć

Jan Wójcik

„Czasami wydaje się, że Malmö ma więcej wspólnego z Bagdadem, niż z innymi europejskimi miastami”. Czy może coś takiego powiedział jakiś polityk PiS? Może Euroislam znowu coś wymyślił?

Otóż czytelnicy przekonani, że to kolejna porcja antyimigranckiej i „islamofobicznej” propagandy, będą zawiedzeni.

Te słowa padły w artykule na stronach niemieckiego Deutsche Welle. Magazyn nie tylko wylicza 29 zamachów bombowych w tym roku i 50 strzelanin w mieście liczącym niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców (coś między Lublinem a Białymstokiem). Zwraca też uwagę na to, że jest to najbardziej zróżnicowane szwedzkie miasto, a jedna trzecia jego populacji urodzona jest za granicą.

To nie jedyne porównania, jakie padają w tekście. Mieszkaniec Malmö, który przywykł już do codziennej przemocy, opisuje swoją wyprawę do Meksyku, gdzie ludzie sterroryzowani przez narkotykowe kartele też dają radę jakoś żyć. W Malmö na przykład zmieniają wystrój mieszkań, bo jeśli bomba wybuchnie gdzieś w pobliżu, trzeba zadbać, żeby dzieci nie zostały poranione jakimiś odpryskami.

Od lat pojawiały się u nas artykuły informujące o trudnej sytuacji w Szwecji. Prawda, że niektórzy autorzy, pomimo rzetelności co do opisywanych faktów, dawali się ponieść emocjom. Jednak z wielu stron słyszeliśmy zapewnienia, że nic takiego nie ma miejsca, a my nastrajamy społeczeństwo negatywnie do obcych.

Sytuacja w Szwecji jest poważna. Czy nie byłaby jednak mniej poważna, gdyby wcześniej nie towarzyszyło jej wyparcie i zaprzeczenie?

Za każdą negatywną informacją o Szwecji podążały różne wyjaśnienia. Więcej gwałtów w Szwecji? – bo ostrzejsze prawo. Strefy no-go? – byłem tam i żyję. Z drugiej strony: „Zamachy, wzrost przestępczości, gwałty, strach i strefy szariatu. Takie są konsekwencje multikulturalizmu i otwartych drzwi dla imigrantów”, napisała niedawno Beata Mazurek, polityk PiS. Niektóre opinie może są przesadzone, ale jak widać z niemieckich mediów, chyba nie do końca.

W każdym razie Wirtualna Polska opisała to jako mechanizm propagandy rosyjskiej. Czyżby tym mechanizmem stała się dzisiaj Deutsche Welle? Sami zwracaliśmy uwagę na propagandę Kremla w kwestii islamu i imigracji, ale też podkreślaliśmy, że zręczna informacja nie opiera się na czystych kłamstwach, lecz umiejętnie operuje faktami, dezinformując społeczeństwo.

Portal mieniący się weryfikatorem faktów, Oko.press, pisał: „Strefy no-go, gwałty, przestępstwa i terroryzm? Bzdury. Szwecja walczy z fake newsami o imigrantach”. Zawsze łatwiej walczyć z fake newsami, niż z prawdziwą przestępczością. Autor Kamil Fejfer wziął się nawet za weryfikację stwierdzenia czytelnika, który napisał do nas list, gdzie stwierdził, że w Szwecji „nie ma dnia bez gwałtu”. I jedyne, co Fejfer zweryfikował, to to, że w Polsce też.

Dzisiaj trudno już chyba zamiatać te sprawy pod dywan. Szwecja ma problem z przestępczością gangów. Są to gangi związane z imigrantami, nie z tymi najnowszymi z kryzysu imigracyjnego, chociaż tych zapewne próbuje się też wciągnąć w struktury przestępcze. I może się to udać, bo na miejscu istnieją społeczności, w których wzmacnia się wrogość do Zachodu.

Od wysokiej rangi specjalistów otrzymuję informacje, że Szwecja zaprasza ekspertów od przestępczości czy przeciwdziałania radykalizacji z innych krajów, żeby pomogli jej rozwiązać problem. Widocznie sytuacja jest poważna. Czy nie byłaby jednak mniej poważna, gdyby wcześniej nie towarzyszyło jej wyparcie i zaprzeczenie?




Arabskie klany w Niemczech: wyzwanie dla państwa

Arabskie klany w Niemczech rekrutują uchodźców, wprowadzają kulturę przestępczości i próbują zdominować społeczeństwo.

Nie każda szeroko pojęta arabska rodzina jest przestępczym klanem, ale te przestępcze są na tyle liczne, że stanowią wyzwanie dla państwa, opowiada dziennikarz zajmujący się przestępczością, Olaf Sundermeyer.

W wywiadzie dla RBB24 wymienia takie klany, jak rodzina Miri, która ma 10 tysięcy członków; z kolei pochodząca z Libanu rodzina Remmo to około 500 osób, jest też rodzina El-Zein, której nazwiska wymienia się na osiemnaście sposobów. Utrzymują się z handlu narkotykami, napadów, ale także prania pieniędzy. Klan Remmo pięć lat temu okradł bank na około dziesięć milionów euro, te pieniądze zostały przetransferowane do Libanu, a stamtąd używane są do kupowania nieruchomości w Berlinie.

Film dokumentalny Sundermeyera o klanach koncentruje się też na nowym zagrożeniu, rekrutacji uchodźców na członków przestępczych gangów. Prowadzi to także do wojny wewnątrz gangów, bo Irakijczycy czy Syryjczycy po pewnym czasie wypowiadają posłuszeństwo starym strukturom i próbują tworzyć nowe.

Niepokojące jest to, że klany te tworzą subkulturę przemocy. Nie działają jak włoska mafia, która być może działając po cichu powoduje większe straty materialne, ale otwarcie kontestują rządy prawa. Są widoczne, „bo prowokują społeczeństwa miejskie i zastępują zasady współżycia zasadami swojej dominacji”, twierdzi Sundermeyer. Mówią o tym wprost i nie unikają tematu. Stają się zjawiskiem kulturowym poprzez gangsta-rap i programy telewizyjne, takie jak „4 Blocks”.  Prawdziwi członkowie gangów chcą w takich programach występować i płacą nawet za to, że pojawią się w odcinku. Gloryfikacja przestępczości utrudnia z kolei pracę policjantom w rejonach działania klanów.

Policja jednak nie jest zupełnie bezbronna. Nowy projekt to akcja wyczerpania środków finansowych przestępczych grup. Naloty policji na bary szisza mają pozbawić je dochodów. Tym celom służy też konfiskata nieruchomości. Klan Remmo ostatnio stracił 77 nieruchomości i jeżeli w sądzie ich przejęcie się obroni, policja zacznie stosować tę metodę na innych klanach.

Obywatele oczekują jednak konsekwentnego stosowania prawa wobec przestępców, a to daje coraz większą popularność tym, którzy obiecują zaostrzenie prawa.

Jan Wójcik, na podst. www.rbb24.de




Pokrętne ścieżki katarskiej edukacji

Dr Abd Al-Hamid Al-Ansari, były dziekan wydziału prawa islamskiego na Qatar University, a obecnie publicysta katarskiej gazety “Al-Watan”, opublikował serię artykułów zatytułowaną „Ku religijnej edukacji, która zachowuje pokój ze światem”. 

Warto dodać, że uczony w 2007 roku wyraził poparcie dla amerykańskiej obecności w Iraku.

W swoich artykułach ostro krytykuje te programy nauki islamu, które propagują ekstremistyczne pojęcia, takie jak dżihad, jako osobisty obowiązek każdego muzułmanina, nienawiść do innych wyznań lub poglądów i wykluczenie kobiet z publicznej areny, jak również teorie spiskowe, na przykład, że muzułmanie są pod nieustannym atakiem świeckich i globalistycznych sił.

Skupiając się głównie na kwestii dżihadu, Al-Ansari pisze, że system edukacyjny w świecie islamskim uczy młodzież, jak umierać za Allaha, ale nie uczy, jak żyć dla Allaha. Jego zdaniem wpaja się młodzieży wypaczone postrzeganie dżihadu, w którym muzułmanie mają obowiązek walki za każdy muzułmański kraj, który jest atakowany i w ten sposób podżega się  uczniów do uczestniczenia w wojnach w innych krajach. Jest to wypaczona koncepcja dżihadu, która zachęca młodzież do wstępowania do morderczych organizacji, takich jak Al-Kaida i ISIS.

Argumentując, że prawdziwym dżihadem jest dążenie do nauki, wiedzy i technologii, Al-Ansari wzywa państwo, media i społeczne oraz religijne instytucje do przyjęcia strategii, która uodporni młodych na wypaczone postrzeganie dżihadu. Wzywa także do wzbogacenia programów o wartości humanistyczne, które zachęcą ich do poświęcania czasu na produktywne przedsięwzięcia.

Należy wspomnieć, że chociaż Al-Ansari oręduje za wpajaniem młodszemu pokoleniu wartości tolerancji, w tej serii artykułów używa antysemickich zwrotów, by opisać Żydów, którzy żyli na Półwyspie Arabskim w czasach  Mahometa. W jednym z artykułów napisał, że prorok Mahomet zainicjował porozumienie o pokoju i pojednaniu z Żydami, ale Żydzi – których nazywa „gwałcicielami porozumień i mordercami proroków” – byli tymi, którzy szybko złamali porozumienie i spiskowali, by zabić proroka, „i byli piątą kolumną i nożem w plecy muzułmanów”.

Należy zauważyć, że katarskie programy szkolne istotnie propagują wartość militarnego dżihadu, przedstawiając to jako jeden z czynników, które prowadziły do zwycięstw wczesnego islamu, jako oznakę prawdziwej wiary muzułmańskiej i jako honor, do którego towarzysze proroka tęsknili całym sercem. Dżihad i samopoświęcenie są przedstawiane jako religijne obowiązki, które dają wiernym boże nagrody, szczególnie wstęp do wyższych poziomów raju.

W dodatku te programy określają sekularyzm jako herezję i jako zagrożenie islamu, omawiają potrzebę odrzucenia niemuzułmanów, przedstawiają judaizm i chrześcijaństwo jako wypaczone religie, a Żydów jako zdrajców i twierdzą, że akademicka dziedzina badań orientalnych jest zachodnio – chrześcijańskim spiskiem przeciwko islamowi.

Źródło:https://www2.memri.orga-allaha-nie-zas-jak-zyc-dla-allaha/13406 (tamże fragmenty artykułów po angielsku)




Włochy: presja migracyjna i polityczny konflikt

Piotr Ślusarczyk

Większość z nas zna Włochy jako atrakcyjne miejsce turystyczne, gdzie można wieść słodkie życie. Wino, pyszne jedzenie i zapierające dech w piersiach krajobrazy i zabytki. Jednak ten piękny kraj, jak również wiemy, od dłuższego czasu zmaga się z napływem masowej migracji.

Przybysze z Afryki po części wypełniają lukę ekonomiczną, po części również zasiedlają opuszczone lub wyludniające się przestrzenie. Gerard Baker, redaktor naczelny „Wall Street Journal”, nazwał dlatego Italię „pionierem upadku Zachodu” – tam bowiem obok kultury miejscowej wyrastają skupiska przybyszów, którzy nie znają ani języka włoskiego, ani nie mają zamiaru z kulturą miejscową się utożsamiać.

Dziennikarz Giulio Meotti podaje konkretne przypadki, wskazujące na postępującą dezintegrację społeczeństwa. Niektóre z nich są paradoksalne:

  • W Turynie w szkołach podstawowych są klasy, w których nie ma ani jednego włoskiego dziecka, zaś ogólna liczba obcokrajowców wynosi nawet 60%;
  • Marokański imigrant w Bolonii, mieszkający we Włoszech od trzydziestu lat, zabrał z przedszkola własne dziecko, ponieważ w wielokulturowym tyglu nie dostrzega szans na jego rozwój i integrację. „W przedszkolu istnieje poważny problem z integracją. (…) Władze lokalne muszą wiedzieć, że niemożliwa jest integracja, jeśli w grupach umieszcza się ponad dwadzieścioro zagranicznych dzieci” – wyjaśnia Mohamed, który nad Tybrem ukończył studia i uzyskał włoskie obywatelstwo;
  • Oficjalne analizy raportów na temat edukacji potwierdzają te obawy. Osiągnięcia szkolne zaczynają spadać, jeśli liczba obcokrajowców w klasie przekroczy 30 procent;

Ostatnia zmiana rządu i odejście Matteo Salviniego ze stanowiska wiecepremiera i szefa MSW doprowadziły do wzrostu imigracji z Afryki. Jest za wcześnie, żeby twierdzić, że mamy do czynienia z masową tendencją. Jednak można przypuścić, że po dwuletnim okresie spadku migracji zaczyna ona znowu rosnąć. Organizacje zajmujące się obsługą przybyszów nie radzą sobie ze skalą zjawiska. Dla mieszkańców południa kraju to właśnie migracja stanowi najważniejsze wyzwanie.

Biorąc pod uwagę eksplozję demograficzną w Afryce, prognozy Departamentu Demograficznego ONZ mówią, że do 2050 roku populacja Afryki Subsaharyjskiej się podwoi. Problem migracyjny będzie się zwiększał, a nie zmniejszał. Już dziś Włochy są na trzecim miejscu wśród państw europejskich z najwyższym odsetkiem obcokrajowców, zaś w ciągu 10 lat liczba imigrantów wzrosła tam o 419%. Wizję afrykanizacji Południowej Europy trudno uznać jedynie za polityczną fikcję.

Kościół Katolicki jest w sprawie migracji podzielony. Papież Franciszek oficjalnie ją wspiera, zaś kardynał Robert Sarah (Gwinea) dostrzega analogię z upadającym Rzymskim Imperium. „Jeśli Europa zniknie, wraz z nią znikną bezcenne wartości Starego Kontynentu, islamski świat całkowicie zmieni naszą kulturę, antropologię i moralność” – mówi duchowny.

Nie bez znaczenia jest zapaść demograficzna, w jakiej znaleźli się Włosi. Ćwierć miliona młodych ludzi opuściło swój kraj. Szacunki mówią, że do 2050 roku ubędzie 17% ludności. Mamy więc do czynienia z paradoksem – Włochy dostarczają innym państwom wykształconych, młodych ludzi i przyjmują na ich miejsce imigrantów.

Jak włoscy politycy reagują na tę zachodzącą na ich oczach diametralną zmianę? Otóż wielu z nich planuje zerwać z surową polityką migracyjną i uprościć nadawanie obywatelstwa imigrantom. Nieletni poniżej 12 roku życia ma zdobyć włoskie obywatelstwo po pięciu latach nauki. W praktyce działanie to jest legalizacją imigracji i nadaniem imigrantom pełni praw politycznych.

Poseł z Ruchu Pięciu Gwiazd, Nicola Morra, mówi wprost: „Od teraz do 2050 r. i 2060 r. będziemy musieli stawić czoła najważniejszemu problemowi epoki – od 50 do 60 milionów ludzi pojawi się w świecie śródziemnomorskim”. Laura Boldrini, była przewodnicząca włoskiego parlamentu znalazła rozwiązanie tej kwestii. Lewicowa polityk uważa, że styl życia imigrantów z czasem przejmą Włosi. Słowem, to nie imigranci mają integrować się z Włochami, ale Włosi z imigrantami.

Zadziwiająca to naiwność i samobójcza kulturowo ideologia. Zwłaszcza głoszona przez zdeklarowaną feministkę, która wspiera i masową imigrację, i kobiety, nie chcąc widzieć niebezpieczeństwa, jakie płynie dla równouprawnienia płci ze strony masowej migracji właśnie.

Oprac. na podstawie: https://www.gatestoneinstitute.org  (tamże odnośniki do źródeł informacji)




Imigrancka utopia Richarda Gere

Piotr Ślusarczyk

W debacie na temat masowej migracji z Afryki i Bliskiego Wschodu biorą udział także celebryci, gwiazdy ekranu czy estrady, a także przywódcy duchowi. W związku ze swoją działalnością publiczną na rzecz Tybetu pojawił się w Polsce Richard Gere.

Ten znany aktor spotkał się w sejmie z posłami Koalicji Obywatelskiej, a także z Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Jak mówił, sława pozwala mu na „komunikowanie się ponad podziałami i stereotypami, by tworzyć braterstwo”. Jednym z najważniejszych tematów, poruszanych przez Gere, była kwestia imigracji. Aktor przekonywał, że nad Wisłą problem ten jest zdemonizowany, ponieważ imigranci do Polski nie przyjeżdżają, a także wskazał, że przyjmowanie imigrantów jest obowiązkiem humanitarnym Europy. „To nie uchodźcy są największym problemem, tylko Chiny” – przekonywał (tak jakby jedno wykluczało drugie).

W wystąpieniu tym, jak w soczewce, skupiły się najczęściej pojawiające się argumenty zwolenników otwartych granic. Po pierwsze Gere i ci, którzy myślą podobnie, występują z pozycji etycznych. Mówią o tym, jak powinno być, budując atrakcyjną moralnie, ale utopijną wizję porządku światowego, pomijając jednocześnie wszystkie problemy, jakie realnie się z „otwartością imigracyjną” wiążą.

Wygodnie jest bowiem wychodzić z pozycji powinności i mówić, jak powinien być zbudowany świat; trudniej jest zmierzyć się z realiami. Argumenty etyczne padają na podatny grunt, dopóki ludzie mają poczucie bezpieczeństwa – kiedy je tracą, zaczynają myśleć w kategoriach twardego realizmu.

Z racjonalnego punktu widzenia masowa migracja sprawia, że Europa tkwi w ciągłym kryzysie, spada poziom bezpieczeństwa, nasila się polaryzacja, ekonomiczne korzyści pomimo zapewnień jakoś nie nadchodzą. Wystarczy prześledzić wskaźniki społeczne dla Szwecji, żeby zobaczyć, że wielokulturowe społeczeństwo każdego roku funkcjonuje coraz gorzej.

Mając świadomość rosnącej w geometrycznym tempie populacji w Afryce, kreślenie wizji powszechnego braterstwa i niezmąconego współżycia imigrantów z mieszkańcami Europy jest po prostu niewykonalne i nie opiera się na żadnych obiektywnych danych. Presja migracyjna będzie cały czas rosnąć. Kryzys migracyjny z 2015 roku ma szansę powtarzać się wielokrotnie. Na Zachodzie minęły dekady, a mimo tego nie udało się zintegrować dużych grup wyznawców islamu.

Europa zislamizowana obróciłaby w niwecz humanistyczne i wolnościowe dziedzictwo, które przez setki lat wypracowywała.

Trzeba powiedzieć wprost – Europa nie może przyjmować imigrantów bez końca. Barierą są pieniądze, wydolność struktur państwa oraz możliwości integracji. Nawet krótki kurs filozofii uczy, że z tego, jak powinno być, nie wynika, jak jest. Obawiam się, że szczytne idee Richarda Gere zajmą z czasem miejsce innych społeczno – politycznych utopii, znanych z historii wielu XX.

I tak, idea wielokulturowego społeczeństwa, które w praktyce stworzyło monokulturowe getta, doprowadzi w konsekwencji do ostrego konfliktu wewnętrznego i zagrozi nie tylko spójności społecznej państw europejskich, ale także ich integralności. Deklarowane braterstwo w obliczu rosnącego poczucia zagrożenia ustąpi miejsca postawom skrajnym i doprowadzi do odrodzenia się w Europie rzeczywistej skrajnej prawicy. I w końcu, otwarte granice z czasem się zamkną, zaś Stary Kontynent będzie odczuwał skutki starcia cywilizacji już nie tylko na „zewnętrznych granicach”, ale w największych miastach. Idea Europy bez granic, jak każda utopia, w praktyce staje się karykaturą samej siebie.

Problem ten dostrzegł Dalajlama, który na początku był orędownikiem przyjmowania imigrantów, lecz potem przyznał, że „Europa powinna pomóc migrantom, ale z czasem powinni oni wrócić do siebie”. Nie od dziś wiadomo, że sens ma wręczenie wędki, a nie ryby. ”Ograniczona liczba [imigrantów] jest w porządku. Ale cała Europa w końcu stanie się krajem muzułmańskim – to niemożliwość. Albo afrykańskim – to również niemożliwość” – mówił Dalajlama. Wizja Europy, która z powodów demograficznych traci swoją tożsamość, nie przekonuje laureata Pokojowej Nagrody Nobla.

Europa z prawami człowieka, demokracją i umiłowaniem wolności ma prawo zachować swoją tożsamość. Europa zislamizowana obróciłaby wniwecz humanistyczne i wolnościowe dziedzictwo, które przez setki lat wypracowywała.

Warto na koniec nadmienić, że Richard Gere praktykuje buddyzm szkoły Gelugpa, a jej duchowym przewodnikiem jest właśnie Dalajlama, z którym aktor wielokrotnie się spotykał.




Zatrważająca reakcja na debatę o „islamofobii”

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego tak niewiele umiarkowanych muzułmańskich głosów pojawia się w debacie publicznej? Ja zastanawiałam się nad tym dawniej, dopóki nie zaczęłam bronić mojej wiary przeciwko zniesławiającym ją ekstremistami.

I wtedy okazało się, że każdy muzułmanin, który wkracza na tę arenę i staje przeciwko „twardogłowym”, jest skazany na zacięte i natychmiastowe zwalczanie. Proces ten jest opisany w publikacji think tanku Civitas, zatytułowanej „The No true Muslim Fallacy”. Zawiera ona przykłady prób uciszenia takich osób, jak Sara Khan i Fiyaz Mughal przez tych, którzy uważają się za rzeczników islamu. Ale mogę pokazać kolejny przykład: reakcję na niedawne wydarzenie podczas ostatniej konferencji partii Torysów.

Dyskusja, której gospodarzem było Policy Exchange, miała na celu debatę na temat tak zwanej „islamofobii” – która jest wyrażeniem służącym do wyciszenia, zastraszania, a nawet kryminalizacji każdego, kto analizuje to, co mają do powiedzenia ekstremiści. Udoskonalana przez ajatollahów w Iranie jako schemat myślenia dla policji, została przejęta przez różnych (niemuzułmańskich) polityków w Wielkiej Brytanii, którzy niewątpliwie chcą chronić muzułmanów przed atakami, ale nieświadomie stają się narzędziem w rękach proislamskich ekstremistów.

Jako muzułmanka, która podróżowała po wielu muzułmańskich krajach, mieszkająca w Arabii Saudyjskiej i odwiedzająca od ponad czterech dekad Pakistan, widziałam, jak wyrażenie to jest wykorzystywane do wprowadzenia i egzekwowania współczesnych zabójczych praw o bluźnierstwie. Wyobrażenie sobie, że „islamofobia” może w pewnym momencie zostać wprowadzona do prawa brytyjskiego, jest przerażające, zwłaszcza dla tych brytyjskich muzułmanów, którzy nie zgadzają się z tym, co myślą ich samozwańczy rzecznicy.

Dlatego zgodziłam się przylecieć z Nowego Jorku na debatę w Manchesterze. Debata była solidna i sensowna, rejestrowana na wideo. Można ją  obejrzeć i przeczytać zapis. Ale to, na co nie byłam przygotowana, to intelektualnie nieuczciwa burza na Twitterze, która wybuchła niemal natychmiast po tym wydarzeniu. (…)

Baronessa Warsi oznajmiła w „Guardianie”, że martwi ją samo istnienie takiej debaty. „Kiedy po raz pierwszy przeczytałam doniesienia na ten temat, zrobiło mi się niedobrze. Później, gdy słuchałam nagrania, poczułam głęboki strach” – powiedziała. Dlaczego? Mogła co prawda usłyszeć poglądy, z którymi się nie zgadza, ale nudności nie są zwykle w takim przypadku efektem ubocznym. Jak mówiła: „Paneliści żartowali z tego, kto z nich zasluguje na miano ‚islamofoba roku’, jakby to było coś, z czego należy być dumnym”. Czyż nie jest to śmieszne, biorąc pod uwagę, że Sadiq Khan, muzułmański burmistrz Londynu, został nominowany do tej niepoważnej nagrody w zeszłym roku?

Warsi oczerniła moich kolegów panelistów, wraz z Trevorem Phillipsem (były przewodniczący Komisji Równości i Praw Człowieka) i adwokatem zajmującym się prawami człowieka Peterem Tatchellem, i oskarżyła nas o „ukryte podteksty”, „besztanie muzułmanów”, a także, jakże by inaczej – promowanie „islamofobii”. Nieświadomie potwierdziła nasz punkt widzenia: każdy, kto kwestionuje ekstremistów pada ofiarą takich oskarżeń.

„Islamofobia” jest wyrażeniem służącym do wyciszenia, zastraszania, a nawet kryminalizacji każdego, kto analizuje to, co mają do powiedzenia ekstremiści.

Nie wspomniała o tym, że każdy z panelistów wygłosił oświadczenie potępiające śmiercionośną antymuzułmańską ksenofobię – co jest bardziej odpowiednim terminem na określenie dyskryminacji muzułmanów tylko z powodu ich przynależności do ummy. Zamiast tego Sayeeda Warsi oskarżyła nas o „zmuszanie do milczenia” muzułmanów uczestniczących w wydarzeniu. „Guardian” nie próbował zrównoważyć tych słów moimi wypowiedziami, ani obszernymi argumentami ministra transportu Nusrata Ghanisa na temat obrony pluralistycznych muzułmanów, a także innych mniejszości, które są szczególnym celem islamizmu. Baronowa Hussein-Ece z Liberalnych Demokratów również dołączyła do debaty. Co dziwne, zdyskredytowała nawet uwagi lidera największej na świecie organizacji muzułmańskiej z Indonezji.

Ryzykując życie podróżowałam do północno-zachodniego Pakistanu, żeby tam wesprzeć de-radykalizację dzieci żołnierzy. Ostatnio pracowałam z kolegami z Uniwersytetu Duhok w irackim Kurdystanie, żeby wesprzeć Jazydów, muzułmanów i chrześcijan ocalałych z rąk ISIS, ale także pomóc dzieciom zniewolonym i zindoktrynowanym przez Państwo Islamskie. Nigdzie nie zarzucano mi „islamofobii”. W odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, w tych społeczeństwach muzułmanie nie mają problemu z opisywaniem dżihadu jako dżihadu i nazywaniem po imieniu ideologii ekstremistycznych.

Żadnego z moich działań nie można uznać za islamofobiczne – wręcz przeciwnie. Ale mówienie o muzułmańskich ofiarach islamizmu i ekstremizmu jest w dzisiejszej Wielkiej Brytanii wystarczającym powodem, by być przez dużą grupę muzułmanów oczernianym i demonizowanym jako „islamofob”. Z daleka wygląda to niepokojąco. Z bliska jest przerażające.

Przeleciałam 6700 mil w obie strony w ciągu 24 godzin, aby wytłumaczyć partii konserwatywnej jeden kluczowy fakt: pod żadnym pozorem nie traćcie czujności. Powinniście postrzegać kampanię o „islamofobii” jako to, czym ona jest – tym, co Christopher Hitchens określa jako „fatwę kulturową”, gdzie wszelka dyskusja na temat islamu, nie mówiąc o islamizmie, staje się nieakceptowalna, a następnie podlega formalnej kryminalizacji. Reakcja na debatę z naszego panelu potwierdza nasze zdanie.

Nawet zastanawiając się tylko nad tym, czy należy wyjąć spod prawa tak zwaną „islamofobię”, już wyposaża się muzułmanów, którzy zgadzają się z Warsi i jej podobnymi, w oręż do uciszania pluralistycznych muzułmanów, takich jak ja.

Qanta Ahmed

Profesor medycyny, zatrudniona w State University of New York. Autorka słynnej książki „In the Land of Invisible Women”, przez kilka lat pracowała w Arabii Saudyjskiej. W publicystyce zajmuje się głównie politycznym islamem, Bliskim Wschodem i terroryzmem. Jest pierwszą lekarką i pierwszą muzułmanką, która została zaproszona do programu Fundacji Templetona dla dziennikarzy. Pochodzi z Pakistanu.

Oprac. Natalia Osten-Sacken/JP, na podst. https://blogs.spectator.co.uk