Skrajna lewica wobec islamizmu – system iluzji i zaprzeczeń

Gdyby filozofowie Wieku Świateł, patroni współczesnej myśli sekularnej lewicy, wstali z grobów, zapewne zdziwiliby się, jak współczesna lewica wyzbywa się własnych ideałów, sprzymierzając się z religijnymi fanatykami.

Czterdziestopięcioletni Mickaël Harpon przez dwadzieścia lat pełnił służbę w policji. Był odpowiedzialny za tropienie przestępstw (w tym dżihadystów). Chociaż istniały przesłanki wskazujące na radykalizację mężczyzny (kontakty z ruchem salafickim), dalej pracował w policyjnej sekcji wywiadowczej. W ostatnim czasie w jego sposobie bycia zaszły wyraźne zmiany: nie życzył sobie kontaktów z kobietami, usprawiedliwiał ataki na redakcję „Charlie Hebdo”, jego ubiór także wskazywał na przeobrażenia, jakie w nim zachodziły. Ostatecznie 3 października 2019 roku zabił w budynku francuskiej prefektury policyjnej cztery osoby. Ten akt terroru wstrząsnął Francją. Zareagował także prezydent Macron, zapowiadając „wykorzenienie islamizmu” ze społeczeństwa. Słowa te spotkały się z potępieniem ze strony skrajnej lewicy. Na stronie Światowych Socjalistów czytamy, że obecny prezydent Francji, potępiając islamizm, stał się „neofaszystą”.

Prezydent Macron zwrócił się do policjantów, mówiąc: „Wasi koledzy padli ofiarą łotra i śmiercionośnego islamu, za wykorzenienie którego jesteśmy wszyscy odpowiedzialni. Sama administracja i służby nie są w stanie pokonać islamskiej hybrydy. Należy budować społeczeństwo czujności (…) Wiedzieć, jak w szkole, pracy, miejscach kultu, blisko domu pojawiają się wypaczenia, małe gesty, które świadczą o dystansowaniu się do praw i wolności Republiki”. Słowa te w kontekście zignorowania licznych znaków ostrzegawczych przez przełożonych i kolegów wydają się trafną, choć spóźnioną refleksją.

Jednak nie dla wszystkich. W mniemaniu socjalistów Macron w ten sposób próbuje zbudować państwo policyjne nastawione wrogo wobec muzułmanów. Zdaniem socjalistów islamizm (w tym ten wzywający do zabijania niewiernych) nie jest produktem „islamu, czy muzułmanów, lecz imperializmu”. Imperializmu, który ujawniał się w działaniach Francji w Syrii. Muzułmanie dokonują zamachów, lecz winne są prawicowe media, antyislamska propaganda, NATO oraz polityka Waszyngtonu. To rzekomo Macron „depcze prawa demokratyczne, budując państwo policyjne skierowane przeciwko całej klasie robotniczej”.

Argumentacja ta jeszcze niedawno wydawała się dominująca. Terroryści nie byli rzekomo motywowani przez religię, lecz odreagowali kolonialną przeszłość pełną upokorzeń. Reagowali przemocą na niesprawiedliwość społeczną. Było ofiarami wykluczenia. Każdy, kto wskazywał na kontekst religijno-ideologiczny tego terroryzmu, spychany był do narożnika „faszysty” i „islamofoba”.

Podstawowym błędem współczesnej, radykalnej lewicy jest fałszywa socjologia i antropologia. Człowiek wprawdzie funkcjonuje w określonych warunkach i kształtują go czynniki ekonomiczne oraz społeczne, lecz jest jednocześnie istotą zdolną do podejmowania decyzji oraz dokonywania wyborów, kierując się celami wynikającymi z określonego rozumienia religii.

Zapłatą dla dżihadystów nie jest wcale wyglądająca zza horyzontu zmiana stosunków społecznych, lecz raj; zabijanie niewiernych jest składaniem ofiary uświęconej. To właśnie redukcjonistyczna koncepcja człowieka nie pozwala zrozumieć, czym w istocie jest dla wyznawcy salafizmu religia. Bez tego zrozumienia nie będziemy w stanie ani walczyć z islamizmem, ani zapobiec kolejnym niewinnym ofiarom ich zbrodni. Zadziwiające, że to właśnie lewica bezkrytycznie powtarza tezy, które przemoc tę usprawiedliwiają i racjonalizują. To właśnie stałą figurą dżihadystycznej propagandy pozostaje mit świętych bojowników wiedzionych ideą słusznej zemsty. A przecież jedyną „zbrodnią” zabitych w tym akcie terroru było jedynie to, że są… niewierni i pochodzą ze „zgniłego i zdemoralizowanego” Zachodu.

Dotychczas za sprawą powieści „Uległość” Michela Houellebecqa mówiło się o zbyt miękkiej postawie francuskiego społeczeństwa, które woli nie dostrzegać zagrożenia płynącego z islamistycznego totalitaryzmu. Jednak, kiedy czyta się doniesienia o tym, że członek ruchu „The Revolution Is on the Move” Hadama Traoré został aresztowany w Paryżu, po tym, jak próbował oddać hołd Mickaëlowi Harponowi, gdyż, jak uzasadniał, zabójca czwórki policjantów „nie był wcale terrorystą” wówczas można odnieść wrażenie, że radykalna lewica nie tylko tworzy system iluzji, lecz także otwarcie zaprzecza faktom.

Piotr Ślusarczyk na podst. wsws.org leparisien.fr




Jak długo przetrwa tunezyjska demokracja?

Niedzielne wybory prezydenckie, w których wygrał niezależny, konserwatywny specjalista od prawa konstytucyjnego Kais Saied, odbyły się w tydzień po wyborach parlamentarnych. Jednak duża liczba kandydatów w jednych i drugich wyborach nie przełoży się na sprawne działanie rządu.

Prezydent Tunezji ma władzę ograniczoną do spraw zewnętrznych: polityki zagranicznej i spraw bezpieczeństwa kraju. Tym niemniej kandydaci, łącznie ze zwycięzcą wyborów, prezentowali swoje stanowiska głównie w sprawach krajowych. Kais Saied, który prowadził minimalistyczną kampanię wyborczą bez reklam, rozmawiając z mieszkańcami i odbywając wiece, zdobył w drugiej turze poparcie trzech czwartych wyborców, którzy uznali go za uczciwego i niezależnego, a przy tym wystarczająco konserwatywnego. Saied jest zaprzeczeniem charyzmatycznego polityka, mówi monotonnie, w dodatku klasycznym arabskim, a nie dialektem tunezyjskim, nie okazuje emocji. Wywołuje natomiast emocje tłumów swoją retoryką.

Nowy prezydent jest przeciwny zbliżeniu z Izraelem i wrogo nastawiony do Europy, która według niego wykorzystuje Tunezję i miesza się w jej wewnętrzne sprawy, ale jego główne zainteresowanie to radykalne zmiany w systemie politycznym, które chciałby wprowadzić; wymagałoby to zmian w konstytucji, której jest współtwórcą. Saied uważa, że wyborcy mają kontrolować wybieranych, więc powinni najpierw wybierać rady lokalne, które wybierałyby swoich regionalnych przedstawicieli, a dopiero ci wybieraliby parlament ogólnokrajowy. Wprawdzie nie ma szans na wprowadzenie tego rozwiązania, ale postulat „oddania władzy ludziom” na pewno się podobał. Podobały się też konserwatywne poglądy nowego prezydenta: utrzymanie kary śmierci, karanie par homoseksualnych za publicznie okazywane relacje, utrzymanie nierówności dziedziczenia kobiet i mężczyzn. Saied jest raczej tradycjonalistą niż islamistą, jego żona jest sędzią i chodzi bez chusty, on sam wprawdzie miał poparcie partii islamistycznej, ale o nie nie zabiegał i nie wspominał o nim w swojej kampanii. Teraz będzie musiał współpracować z rządem, w którym prawie na pewno znajdą się zwolennicy świeckiego państwa i równości kobiet i mężczyzn.

Tunezja jest w tej chwili jednym z dwóch (oprócz Iraku) demokratycznych państw arabskich i jedynym, który po Arabskiej Wiośnie 2011 roku nie wrócił do dyktatury. Nawet jeśli panująca tam demokracja jest niedoskonała, to i tak przyglądają jej się z ogromnym zaciekawieniem inne kraje Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. W wyborach 6 października o 217 miejsc w parlamencie ubiegało się ponad 22 tysiące (!) kandydatów z kilkudziesięciu partii. W wyborach prezydenckich, których druga tura odbyła się w tym samym dniu, co nasze wybory do Sejmu, startowało 26 kandydatów. Zarówno kandydaci na prezydenta, jak i na parlamentarzystów prezentowali bardzo szerokie spektrum poglądów: od fundamentalistycznego islamu do zdecydowanego, lewicowego sekularyzmu.

Przed wyborami prezydenckimi kandydaci odbyli historyczną, pierwszą w krajach arabskich debatę telewizyjną (transmitowaną w krajach całego regionu), a raczej trzy debaty w kolejnych dniach. Debaty były wprawdzie dosyć nudne – głównie składały się z 30-sekundowych odpowiedzi na pytania prowadzących dziennikarzy, ale i tak były szokiem, bo kandydaci zabiegali o głosy wyborców, co dotychczas uważali za uwłaczające ich godności. Inaczej mówiąc, kandydaci zaprezentowali się jako osoby, które wyborcy wynajmują do prowadzenia spraw państwowych, a nie jako przywódcy zesłani przez niebiosa, żeby kierowali maluczkimi.

Niestety, wybory parlamentarne nie dadzą Tunezji sprawnego rządu. Żadna partia nie uzyskała większości 108 mandatów, pozwalających na samodzielne rządzenie. Najwięcej głosów, ale niecałe 20 procent, zdobyla umiarkowana islamistyczna partia Ennahda, która była częścią dotychczasowej koalicji rządowej. Uzyskała tylko 52 miejsca w parlamencie, o 17 mniej niż miała dotychczas, przypuszczalnie dlatego, że była częścią dotychczasowej koalicji rządowej. Drugie miejsce i 38 mandatów zdobyła nowa partia magnata medialnego i kandydata na prezydenta Nabila Karouiego, ale obie partie zapowiedziały, że nie będą ze sobą współpracować.

Jeśli chodzi o poglądy reprezentowane w parlamencie, to ich różnorodność wystawia dobre świadectwo tunezyjskiej demokracji. Oprócz islamistów znajdziemy tam kilka partii świeckich, partie lewicowe, liberalne i odwołujące się do okresu dyktatury. Tyle, że rozdrobnienie partii, ambicje ich przywódców i animozje między nimi skutecznie mogą uniemożliwić powstanie jakiegokolwiek stabilnego i silnego rządu. Dla zdobycia parlamentarnej większości potrzebna będzie koalicja co najmniej pięciu lub sześciu partii, co jest oczywiście możliwe, ale wróży raczej słabość i możliwość upadku rządu.

Parlament tunezyjski, z powodu proporcjonalnej ordynacji wyborczej i braku progu procentowego, jest koktajlem 20 partii, z których tylko 7 wprowadziło do niego więcej niż 10 posłów. Ogromna większość partii i posłów jest w parlamencie po raz pierwszy – z tych siedmiu największych partii po poprzednich wyborach trzech nie było w nim w ogóle, a oprócz Ennahdy trzy pozostałe miały nie po kilkunastu, lecz po dwóch lub trzech posłów. Wymiana prawie całego składu parlamentu pokazuje, jak bardzo Tunezyjczycy byli rozczarowani i zniechęceni, nie tylko rządzącymi partiami, ale w ogóle całą klasą polityczną. Dużo niższa niż w poprzednich wyborach frekwencja wyborcza, wynosząca około 40 procent zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i prezydenckich, też świadczy o zniechęceniu wyborców i braku wiary, że wybory poprawią ich sytuację.

Głównym problemem Tunezji jest bowiem sytuacja gospodarcza. Kraj wprawdzie rozwija się w tempie 1-3 procenta rocznie, ale znacznie wolniej niż w okresie dyktatury, kiedy i tak panowało około 18-procentowe bezrobocie. Dziś wprawdzie wynosi ono 16 procent, ale w niektórych rejonach kraju i wśród młodych sięga nawet 40 procent. A ponieważ liczba ludności szybko rośnie – liczącemu obecnie 11 mln ludzi krajowi przybywa rocznie ponad 100 tysięcy nowych obywateli – od rewolucji nie ma żadnej odczuwalnej poprawy poziomu życia.

Emigrować do Europy próbują nieliczni Tunezyjczycy, rocznie zaledwie 2-3 tysiące osób składa wnioski azylowe. Wiadomo, że szanse na azyl w Unii są znikome, bo im lepiej funkcjonuje ich demokracja, tym mniejsze prawdopodobieństwo uzyskania azylu. Część młodych radykalizuje się: po stronie Państwa Islamskiego walczyło około 4 tysięcy obywateli Tunezji, jedna z dwóch największych grup narodowych w ISIS, a w stosunku do liczby ludności zdecydowanie największa. Z Tunezji pochodził też sympatyk Państwa Islamskiego, który w 2016 roku wjechał ciężarówką w tłum na bożonarodzeniowym jarmarku w Berlinie.

Rewolucję 2011 roku w Tunezji wywołał nie tylko brak wolności w trwającej od 23 lat dyktaturze Abdina ben Alego. Główną przyczyną była kiepska sytuacja materialna, bezrobocie wynoszące średnio 18 procent, a w niektórych regionach i wśród młodych sięgające nawet 50 procent, oraz brak perspektyw. Pokojowe obalenie dyktatury w styczniu 2011 roku wywołało euforię radości, wybory parlamentarne w 2011 i 2014 dawały ludziom nadzieję na zmianę sytuacji gospodarczej. Jeśli teraz, po raz trzeci po wyborach, sytuacja gospodarcza się nie poprawi, może dojść do radykalizacji nastrojów („islam jest rozwiązaniem”) i konfliktów między różnymi orientacjami politycznymi i w konsekwencji do upadku demokracji albo władzy państwowej. To byłby cios nie tylko dla Tunezji, ale dla tych ludzi i ugrupowań w innych krajach arabskich, dla których jest ona przykładem na to, że można jakoś pogodzić społeczeństwo muzułmańskie i państwo demokratyczne.

Unia Europejska wspomaga rozmaite programy inwestycyjne i organizacje pozarządowe sporymi sumami, przeznaczając na ten cel kilkaset milionów euro rocznie. Są to jednak pieniądze, w stosunku do potrzeb tego kraju, niewielkie. Aby rynek pracy mógł wchłonąć wchodzących w dorosłe życie młodych ludzi, Tunezja powinna rozwijać się dwa albo i trzy razy szybciej niż obecnie, do czego oprócz ograniczenia korupcji i ułatwień dla biznesu potrzebne są pieniądze. Powinny one pochodzić z Unii, byłoby to w jej własnym, dobrze pojętym interesie.

Tunezja jest położona na kontynencie afrykańskim znacznie bliżej Europy niż Libia. W linii prostej dzieli ją od Sycylii około 160 km, parę godzin rejsu szybką motorówką. Gdyby Tunezja stała się krajem opanowanym przez wrogi Europie reżim islamistyczny, albo gdyby załamała się w niej władza państwowa tak jak w Libii, byłaby idealnym punktem startowym dla imigrantów płynących z Afryki do Europy. To, że dzisiaj tak nie jest, zawdzięczamy sprawności działania państwa tunezyjskiego, ale nie możemy liczyć, że tak będzie zawsze. Prognozy dla Tunezji nie wyglądają dobrze.

Grzegorz Lindenberg




Szariat w służbie przemocy wobec kobiet

Piotr Ślusarczyk

Dziennikarze BBC nakręcili przejmujący reportaż o tym, jak duchowni muzułmańscy, wykorzystując instytucję tymczasowego małżeństwa mutaa, prowadzą zorganizowaną działalność stręczycielską, której ofiarami padają nawet nieletnie dziewczynki.

W stolicy Iraku znajdują się liczne biura matrymonialne, których zadaniem jest udzielanie ślubów zgodnie z prawem szariatu. Oficjalnie nie udzielają one zabronionych prawem krajowym ślubów tymczasowych dla przyjemności. Jednak z reporterskiego śledztwa wynika, że proceder ten jest rozpowszechniony. Na dziesięciu duchownych zapytanych przez dziennikarza BBC o udzielenie ślubu tymczasowego zgodziło się ośmiu.

Duchowni stręczycielami

Proceder stręczycielski wygląda prosto. Szariackie biuro matrymonialne religijnie legalizuje ślub tymczasowy z kobietą przyprowadzoną przez mężczyznę lub duchowny przyprowadza mu „tymczasową żonę”, za ślub z którą oczywiście należy zapłacić. Nierzadko udzielający ślubów tymczasowych sami stają się stręczycielami. „Możesz poślubić dziewczynę na pół godziny, a jak tylko ten czas się skończy, możesz poślubić następną” – wyjaśnia nagrany przez BBC duchowny. Prowadzący „biura ślubów” instruowali swoich klientów, jak oszukać „tymczasową żonę”. „Posłuchaj mojej rady, nie mów jej, gdzie w Kadamiya jest moje biuro, wtedy nie będzie mogła przyjść domagać się swoich praw. Zaufaj mi, tak jest lepiej” – słyszymy w reportażu.

W świecie rządzonym przez islamski konserwatyzm nadal nie udało się odrzucić sprzecznych z humanitaryzmem praktyk, stosowanych wobec kobiet i dzieci.

Dokumentaliści BBC pokazują, jak kult „honoru” kobiety prowadzi do oceanu cierpienia i napędza przemoc oraz prostytucję. Najbardziej narażone na stręczycielstwo są nastolatki. Zgodnie z iracką obyczajowością dziewczynka tracąca dziewictwo przynosi hańbą rodzinie, stąd też zastraszone, oszukane lub po prostu zgwałcone młode kobiety są porzucane przez własne rodziny, a w niektórych przypadkach zabijane.

W dziennikarskiej relacji znajduje się między innymi taki fragment:

„W Kadamiya, Sayyed Raad zaoferował przeprowadzenie ślubu dla przyjemności między naszym reporterem a „młodą dziewicą”. Doradził mu niepozbawianie jej dziewictwa w czasie „małżeństwa”, dodając że „seks analny jest dozwolony”. „Jeśli, nie daj Boże, pozbawię ją dziewictwa, to co mam zrobić?” – zapytał nasz reporter. „Czy jej rodzina wie, gdzie mieszkasz?” – zapytał Sayyed Raad. „Nie, nie wiedzą”- potwierdził  reporter. „To po prostu odchodzisz” – zadeklarował duchowny”.

Rodzina mogłaby próbować dokonać zemsty na człowieku, który pohańbił ich siostrę czy córkę, stąd pytanie duchownego o możliwość jej zrealizowania.

Czternastolatka myśli o samobójstwie

Czternastoletnia dziewczynka Mona padła ofiarą starszego mężczyzny, który nachodził dziewczynę w szkole, uwodził, a na końcu naciskał na tymczasowy ślub. Jej historia przedstawia się następująco: „Poinformowałam (duchownego), że jestem dziewicą – wspomina ofiara ‚tymczasowego małżeństwa'”. Jednak on nie poprosił o zgodę jej rodziców, jak to jest w zwyczaju w Iraku, mówiąc, że nie jest to potrzebne, bo oboje, ona i ten mężczyzna, są dorośli. Teraz, w wieku 17 lat Mona znajduje się pod presją rodziny, żeby wyjść za mąż, ale bardzo się boi, że jej przyszły mąż odkryje, iż już nie jest dziewicą. Jej wuj, jak powiedziała, zabił jej kuzynkę tylko za to, że miała chłopaka. Teraz myśli o samobójstwie: „Nie mam innego wyjścia. Jak będę pod większą presją, to to zrobię”.

Dziennikarz BBC ujawnia również hipokryzję muzułmańskich duchownych, działających w Karbali. Jeden z przywódców islamu szyickiego, Szejk Emad Alassady, stanowczo potępił praktykę małżeństw tymczasowych, ale w okolicy jego siedziby znaleźli się duchowni, którzy udzielali wskazówek, jak wykorzystywać seksualnie dzieci, żeby uniknąć aresztowania. Z zeznań ofiar wynika, że przepis zakazujący małżeństw tymczasowych jest powszechnie łamany przez prominentnych duchownych, cieszących się autorytetem zarówno religijnym, jak i politycznym.

Jedna z kobiet opowiada, jak była wykorzystywana i gwałcona przez „słynnego w regionie duchownego”: „Zaproponował mi małżeństwo dla przyjemności. Musiałam to zrobić, żeby przeżyć. (…)  Zmusił mnie do pójścia do pokoju z tym przyjacielem” – wspomina. Duchowny pobierał od swoich kolegów po trzysta, czterysta dolarów za seks ze swoją tymczasową żoną. „Byli jak zwierzęta. Uprawiają seks z kobietą, a potem ją wyrzucają” – mówi ofiara.

Prawo stanowione tylko na papierze

Proceder małżeństw tymczasowych nie byłby możliwy bez zaangażowania szyickiego establishmentu religijnego, szyickiej milicji oraz konkretnych duchownych posiadających wpływy i polityczne koneksje. Ponadto kategoria mutaa jest umocowana zarówno w tradycji irackiej, jak i prawie koranicznym. Wraz z rosnącym w Iranie muzułmańskim konserwatyzmem spada autorytet prawa stanowionego. Regulacje chroniące prawa kobiet nie spełniają swojej funkcji, zaś prawo, które zakazuje małżeństw tymczasowych, obowiązuje na papierze i służy celom wizerunkowym. Jeśli zapytamy oficjalnie o stosunek do małżeństw mutaa, wtedy usłyszymy wyrazy potępienia. Jeśli w tym samym czasie na osobności poprosimy o „tymczasową żonę”, to istnieje duża szansa, że duchowny ułatwi nam schadzkę.

Podobnie rzecz się ma z przyzwoleniem na praktyki pedofilskie. 89-letni Ayatollah Sistani w książce opublikowanej 25 lat temu pod tytułem „Ścieżka prawych”, dokonując wykładni prawa koranicznego napisał: „Jeśli obiecano dziecko poniżej dziewiątego roku życia do poślubienia lub przeprowadzenia czasowego ślubu, dotykanie seksualne jest religijnie dozwolone”. Reporterów BBC zapewniono, że fragment ten zniknął z kolejnych wydań książki, gdyż „czasy się zmieniły”. Jednocześnie media brytyjskie pokazują nagranie dużo młodszego irackiego duchownego, który mówi, że czasowe małżeństwo z dziewczynką starszą niż 9 lat „nie jest w ogóle problemem”. Granica ta wynika z biografii Mahometa, który poślubił jedną ze swoich żon właśnie gdy miała 9 lat.

Pomimo że od czasów Proroka minęły stulecia, to w świecie rządzonym przez islamski konserwatyzm nadal nie udało się odrzucić lub przewartościować sprzecznych z wiedzą współczesną i humanitaryzmem praktyk, stosowanych wobec kobiet i dzieci.

Źródła: https://www.dailymail.co.uk; https://www.theguardian.com; https://www.bbc.com




Za ateizm w Pakistanie grozi śmierć

W kraju, gdzie ateizm jest ścigany z urzędu, niewierzący wciąż szukają sposobów, aby tworzyć swoje społeczności.

Dla ateistów w Pakistanie, oficjalnie nieistniejących w statystykach, ostatnich 10 lat to historia wzlotów i upadków. Głos, który odnaleźli w mediach społecznościowych, pod osłoną anonimowości, został w większości stłumiony.

Na początku tej dekady, wraz z boomem internetu i mediów społecznościowych, pakistańscy ateiści i agnostycy znaleźli bezpieczną przystań w wirtualnej rzeczywistości. Owocem tego była grupa na Facebooku, nazwana Pakistani atheists and agnostics (PAA) oraz strona internetowa www.e-paa.org uruchomiona w 2011 roku. W tym samym roku, w którym gubernator prowincji Pendżab, Salmaan Taseer, został zamordowany przez swojego ochroniarza za nie zgadzanie się z obowiązującym prawem karzącym za bluźnierstwo.

Ten ateistyczny wzlot w tym czasie był pewnym paradoksem. Islamski terroryzm osiągał swoje apogeum, a talibowie i ich zwolennicy cieszyli się silnym poparciem, jednakże główne media starały się znaleźć wspólny język z ateistami i pojawiały się publikacje w zawoalowany sposób krytykujące islam.

W latach 2005 – 2012 odsetek niewierzących w Pakistanie podwoił się i osiągnął 2%, jednak próbka badana przez Gallupa, w sumie kilka tysięcy ankietowanych, mogła nie być reprezentatywna. Pakistańskie statystyki nie uwzględniają ateizmu, a on sam jest karany śmiercią. Pakistan jest jednym z 13 krajów posiadających tak restrykcyjne prawo.

Ateizm to przestępstwo

Co prawda klauzule szariatu zawarte w konstytucji nie wspominają o ateizmie, tym niemniej jest on traktowany jako bluźnierstwo i karany z urzędu. Taki stan rzeczy zmusił wielu pakistańskich niewierzących do tworzenia anonimowych tożsamości w sieci, gdzie mogli wyrażać swoje poglądy na religję i tworzyć grupy podobnie myślących osób. Założyciel PAA powiedział: „Dla większości pakistańskich ateistów PAA i social media były miejscem, gdzie mogli się spotkać po raz pierwszy. Zaczęli organizować spotkania w sieci, a wielu aktywnych członków PAA przeniosło tą znajomość do prawdziwego świata tworząc grupy przyjaciół”

Na tej fali wiele osób potworzyło własne strony internetowe i grupy na Facebooku, które miały całkiem sporo odwiedzających. Przykładem jest „Rants of a Pakistani Citizen”, która krytykowała religię i Pakistan używając ironii i humoru. „Zaskakujące było dowiedzieć się, jak wiele osób ma takie samo podejście. Ludzie wysyłali mi informacje, że zgadzają się z wieloma postami, które publikuję, ale nie mogą ich zalajkować albo skomentować” – powiedział założyciel strony znany pod pseudonimem Rants.

Kara śmierci za bluźnierstwo w sieci

Odebranie ludziom tej cybernetycznej wolności zajęło władzom Pakistanu pięć miesięcy. W sierpniu 2016 roku wprowadzono ustawę o cyberprzestępczości. Drakońskie przepisy przewidywały karę śmierci za „bluźnierstwo w sieci”. W styczniu 2017 blogerzy zostali zatrzymani pod pretekstem prowadzenia „bluźnierczych” stron. Porwania były częścią szerszej akcji walki z anonimowością.

„Niedorzeczne jest, że ściga się osoby, które zamieszczają w sieci swoje opinie albo memy. Takie podejście z pewnością uciszyło wiele osób. Gdybym był w Pakistanie z pewnością zachowałbym większą ostrożność” – dodaje Rants. Jego strona została zbanowana w Pakistanie i wielokrotnie była blokowana przez Facebooka.

Podobnie stało się z grupą PAA – jej strona została zablokowana, a sama grupa rozbita od środka. „Były osoby, które tylko udawały ateistów i dołączały do nas. Potem publikowali w różnych miejscach screeny z konwersacji, a także tożsamości członków. W rezultacie grupa i jej aktywność w sieci przestały istnieć. Ateiści czują się zagrożeni i pojawił się brak zaufania” – opisał akcję jeden z członków PAA.

Pakistan Telecommunication Authority (PTA) oraz Federal Investigation Agency (FIA) miały bezpośredni dostęp do PAA. FIA nawet pozwała o bluźnierstwo administratorów innych grup ateistów. Kiedy sąd w Islamabadzie (IHC) oznajmił, że „bluźniercy są terrorystami”, prezes PTA, Syed Ismail Shah, nawoływał w sądzie do „zwiększenia wysiłków mających na celu walkę z bluźnierstwami”. W efekcie zablokowano liczne strony uznane za bluźniercze. (…)

Ostatnie badania w krajach muzułmańskich pokazują gwałtowny wzrost liczby odejść od Islamu. W Pakistanie nie robiono takich badań od 2012 roku. O ateizmie w tym kraju się nie mówi ani nie pisze, nawet w międzynarodowych i zagranicznych mediach. Ostatnio miało to miejsce, kiedy Rada Praw Człowieka ONZ przyjęła pisemne oświadczenie International Humanist and Ethical Union zatytułowane „Dangerous situation for Freethinkers and Humanists in Pakistan” (Niebezpieczna sytuacja wolnomyślicieli i humanistów w Pakistanie).

Niewierzący muszą udawać muzułmanów

W prywatnych rozmowach wiele osób, identyfikujących się jako ateiści, mówi, że chociaż z mediów społecznościowych zniknęło wiele kont ateistów, to są wciąż dla nich bezpieczne miejsca w całym kraju, w tym na obszarach wiejskich, skąd pochodzi wielu członków PAA. Wiele z tych miejsc istnieje w szkołach, zarówno jako grupy zamknięte jak i stowarzyszenia prowadzące debaty. Tradycyjnie były to miejsca pozwalające na dyskusje o filozoficznych aspektach niereligijności, o ile unikano wyśmiewania islamu. Jednak nawet placówki edukacyjne nie są wolne od zagrożenia oskarżeniem o bluźnierstwo, dlatego trudno wyznaczyć w tej kwestii wyraźną granicę.

Przypadek ateisty Mashala Khana, studenta dziennikarstwa na Abdul Wali Khan University, zlinczowanego przez swoich kolegów w kwietniu 2017, jest wciąż świeżym wspomnieniem. Junaid Hafeez, były profesor Bahauddin Zakariya University od marca 2013 przebywa w więzieniu oskarżony o bluźnierstwo, a prawnik, który podjął się jego obrony, został zastrzelony w maju 2014 roku.

A jednak pakistańscy ateiści twierdzą, że tendencja do porzucania ortodoksyjnej religii przez młodzież nigdy nie była tak silna. „Obecna generacja jest znacznie bardziej wystawiona na kontakt z innymi kulturami i światopoglądami, i zdaje sobie sprawę, że religia to po prostu przypadek przy narodzinach” – mówi Ali A. Rizvi, pakistańsko-kanadyjski autor książki „The Atheist Muslim: A Journey from Religion to Reason”. „Wielu młodych ludzi pisze do mnie, że są ateistycznymi muzułmanami. Wielu pakistańskich ateistów nie ma innego wyboru – są niewierzący, ale przedstawiają się jako muzułmanie – dodaje Rizvi. – Obecne ataki w sieci nie ograniczą ekspansji ateizmu w Pakistanie. Można tymczasowo uciszyć ludzi poprzez strach i terror, ale nie da się ich zmusić do myślenia w określony sposób. To się jeszcze poważnie obróci przeciwko państwu i władzom”.

Kunwar Khulunde Shahid

Autor jest korespondentem The Diplomat w Pakistanie. Publikował m.in. w The Independent, Foreign Policy, Haaretz, New Statesman.
The Diplomat to istniejący od 2002 roku magazyn poświęcony tematyce Azji I Pacyfiku; redakcja mieści się w Waszyngtonie.

Tłumaczenie Severus-Snape na podstawie https://thediplomat.com




Porażka szwedzkiego modelu wielokulturowości

Piotr Ślusarczyk

Miał być wielokulturowy raj. Zamiast tego w Szwecji powstały enklawy, w których króluje radykalny islam i zwykła przestępczość. Czy istnieje szansa na zmianę?

Złośliwi określają przyjęty model polityczny w Szwecji mianem „szwecjalizmu”, czyli połączenia otwarcie lewicowej ideologii ze specyficznym postprotestanckim modelem życia.

Przez lata kolejne władze Królestwa Szwecji deklarowały sukces w integracji imigrantów, szczególnie tych muzułmańskich – model społeczeństwa, w którym kultura szwedzka zostaje zastąpiona przez pozbawioną uprzedzeń i programowo równościową tożsamością wielokulturową.

Tymczasem dziennikarze, w przeciwieństwie do urzędowo optymistycznych władz, mówią o nowym apartheidzie w Szwecji. Zamiast wielokulturowego raju powstały monokulturowe enklawy, w których rządzi mieszkanka przestępczości oraz religijnego fundamentalizmu.

Powyższe tezy można przeczytać w komentarzu znanego szwedzkiego dziennikarza Janne Josefssona, opublikowanego na łamach „Dagens Nyheter”, a omówionego przez Dziennik.pl.

Problem, o którym mówi publicysta, nie pojawił się z dnia na dzień. O tym, że istnieją w szwedzkich miastach szkoły, w których prawie wszyscy uczniowie pochodzą z rodzin imigranckich i nie posługują się językiem szwedzkim w domu, informował Josefsson kilka lat temu. Dowiedział się wtedy od dyrektora szkoły położonej w imigranckiej dzielnicy Goeteborga, że na 500 uczniów, szwedzkim jako językiem ojczystym posługuje się najwyżej czterech. Większość mówi do siebie po somalijsku lub arabsku.

Mimo alarmistycznych informacji, które z powodów poprawności politycznej nie zostały w większości rzetelnie przeanalizowane, szwedzcy politycy regularnie podtrzymywali wizję wielokulturowej Szwecji, która osiąga sukces. I tak były premier Persson oświadczył, że w imigranckiej dzielnicy Rosengård w Malmö, o bardzo złej reputacji, mieszkają „mili ludzie”.

Ta polityka zamykania oczu na problemy z integracją imigrantów z krajów kulturowo odległych zrodziła w istocie dwa społeczeństwa. Jeden, w którym żyją bogaci, dobrze wykształceni Szwedzi oraz drugi – zasiedlony przez młodych imigrantów, którzy nie mają ani wykształcenia, ani zaplecza kulturowego, ani kapitału społecznego, które pozwoliłyby im odnieść sukces życiowy i wyrwać się ze szponów fundamentalizmu i przestępczości.

„Szwecja nie jest już jednym krajem, istnieją dwa światy. To nie może być celem, wręcz przeciwnie – taki stan jest kompletną polityczną porażką. Niezależnie od tego, jaki rząd mieliśmy, każda władza obiecywała, że poradzi sobie z obszarami wykluczenia. (…) Czyje dzieci powinny dorastać, być sąsiadami chłopców w kamizelkach kuloodpornych z dostępem do granatów i broni? Moje, twoje, dzieci innych ludzi?” – pyta retorycznie Josfsson.

Szkoły, które znajdują się w 23 tzw. strefach wrażliwych, zamiast kształcić młodych ludzi stają się środowiskiem, które dostarcza nowych członków dla organizacji przestępczych. Jak wynika z badań, przeprowadzonych w latach 2011-2015, w szkole, do której uczęszczają głównie imigranci, różnych przestępstw dokonało ponad 25 procent uczniów. Mowa tutaj o Sjumilasskolan w Biskopsgarden (Goeteborg).

Komentarz

Artykuł Janne Josefssona jest istotny z paru powodów. Po pierwsze, dziennikarz zajmuje się problemem migracji od 30 lat. Jako jeden z pierwszych kilkadziesiąt lat temu alarmował, że w Szwecji powstaje równoległe społeczeństwo. Jak okazało się po latach, to on, a nie poprawnie polityczni politycy, ma rację. Po drugie, tekst ten narusza tabu i podważa kształtowany przez lata obraz Szwecji jako „wielokulturowego raju”. Wizerunek ten opiera się w dużej mierze na mieszance ideologii, myślenia życzeniowego i lęku elit przed przyznaniem się do porażki. Przez długi czas każdy, kto mówił o problemie Szwedów z imigrantami, stawiany był pod pręgierzem opinii publicznej. Zestaw inwektyw w takich przypadkach zwykle koncentrował się wokół „siania kłamstw, motywowanych islamofobią, ksenofobią, a nawet rasizmem”. Tymczasem to unikanie otwartej i uczciwej debaty przez lata cementowało i nadal cementuje swoisty apartheid, w którym bogaci Szwedzi zamykają się w wygodnych enklawach, zaś wykluczeni imigranci nadal tworzą brudne sieci przestępczych i fundamentalistycznych aktywności. Może więc, zanim Szwecja przyjmie kolejnych migrantów, spróbuje poradzić sobie z integracją tych, których już ma. W przeciwnym razie rozwój społeczeństwa równoległego w dalszej lub bliższej perspektywie stanowić będzie dla tego kraju realne niebezpieczeństwo.




Ensaf Haidar: „Dorastaliśmy nienawidząc i przeklinając Żydów”

Andrzej Koraszewski

Poniższy tekst nie ukazał się na łamach biuletynu Amnesty International, ani gazety „New York Times”, ani brytyjskiego „Guardiana”, nie ukazał się w Kanadzie, gdzie mieszka jego Autorka, został opublikowany przez izraelską „Jerusalem Post”.

Można odpowiedzieć, że przecież Autorka tam go właśnie wysłała, że jest to jej przesłanie do mieszkańców Izraela. Być może to właśnie jest najprostsze wprowadzenie do tej krótkiej opowieści o dorastaniu w nienawiści do Żydów. Autorka przedstawia się sama:

„Nazywam się Ensaf Haidar. Jestem żoną Raifa Badawiego, więźnia sumienia, który od siedmiu lat siedzi w mrocznej, zimnej celi za murami więzienia w Arabii Saudyjskiej.

Uczono nas w arabskim świecie, że Holocaust jest wielkim kłamstwem. Dopiero, kiedy jako dorośli otworzyliśmy oczy na idee humanizmu, odkryliśmy, że w rzeczywistości Żydzi są ludzkimi istotami i dobrymi ludźmi.

Zaledwie w dwa dni po straszliwej masakrze w redakcji ‘Charlie Hebdo’ mój mąż został wywleczony ze swojej celi więzienia w Dżudda, zaprowadzony na plac przed meczetem Al-Dżafali, gdzie publicznie wymierzono mu 50 batów jako pierwszą porcję wyroku chłosty.

Jego zbrodnia? Jego wyrok głosi, iż był winny „znieważenia islamu” oraz ‘publikowania treści, które mogą zakłócać porządek publiczny, wartości religijne i moralność’.

Jego prawdziwą zbrodnię można sprowadzić do jednego zdania: wierzył w fundamentalne prawo głoszenia swoich opinii.

Wolność słowa jest samym sednem sprawy Raifa.

Raif ma odmienną niż władze wizję przyszłości naszego kraju i naszego regionu. Jego wizja odwołuje się do humanizmu, do wzajemnej akceptacji, do szacunku i wzajemnego zrozumienia, do idei prowadzących do pokoju w regionie. Ta wizja jest główną kwestią w jego sprawie.

Fundamentalna dla jego wizji jest sprawa zakończenia dyskursu nienawiści, której uczono nas w naszym dzieciństwie, która stanowi główny nurt ekstremistycznych religijnych dogmatów i cynicznego wykorzystywania przez rządy konfliktu izraelsko – paletyńskiego.

Fundamentalna dla tej wizji jest akceptacja tego, że wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, niezależnie od religii, poglądów, płci, koloru skóry czy społecznego statusu. Mamy tę samą ludzką godność.

Fundamentalne dla tej wizji jest uznanie, że Żydzi nie są naszymi wrogami.

Naszym wrogiem jest naładowany nienawiścią dyskurs, który odbiera nam zdolność dostrzeżenia ludzkich cech w tych, którzy są od nas inni.

Naszym wrogiem jest tyrania religijnego ekstremizmu, która narzuca nam nienawiść do Żydów i głosi, że są naszymi wiecznymi wrogami. Naszymi wrogami są systemy polityczne dyskryminujące swoich obywateli i gwałcące prawa człowieka. To są nasi wrogowie.

Ta wizja wymaga upierania się przy naszym wspólnym humanizmie.

Ta wizja nie wymaga zderzenia cywilizacji ani konfliktu między Wschodem i Zachodem. Potrzebuje raczej żądania ochrony uniwersalnych praw człowieka, czegoś, z czym zgadzają się wszyscy obrońcy praw człowieka na świecie.

Wierzę, że możliwe jest uczynienie świata lepszym. To jest wspólne marzenie tak wielu ludzi na świecie rozdzieranym przez wojny i przemoc. Dążenie do tego celu staje się obowiązkiem, naszym ludzkim, moralnym obowiązkiem popierania wolności i praw jednostki.
Ten moralny obowiązek powinien być głoszony nie tylko w odniesieniu do krajów naszego pochodzenia, ale również w ojczyznach z wyboru, w liberalnych demokracjach, które doświadczają przerażającego wzrostu antysemityzmu.

Jest naszą wspólną odpowiedzialnością przeciwstawienie się antysemityzmowi i tym, którzy zaprzeczają Holocaustowi.

Od dzieciństwa dorastaliśmy w nienawiści do Żydów i uczono nas przeklinać ich. Musimy stanowczo odrzucić ten przekaz i pracować z wysiłkiem aby go wyeliminować.”

Tyle żona więźnia sumienia. Ktoś kiedyś napisał, że dziś Izrael jest Dreyfusem narodów. Setki, a może tysiące intelektualistów powtarzało za Émilem Zolą J’accuse! Czasem dotyczyło to antysemityzmu, czasem czegoś innego, ale słowo „oskarżam” jest mocne, więc piszący mają nadzieję, że ktoś usłyszy.

Raif Badawi jest więźniem sumienia, dokładnie w tym sensie, w jakim definiował to pojęcie inicjator Amnesty International, Peter Benenson. Badawi nigdy nie nawoływał do przemocy, jest bestialsko prześladowany wyłącznie za słowa.

Walka o więźniów sumienia nie jest już ani jedyną, ani nawet główną działalnością Amnesty International. Chwilami można mieć wrażenie, że pozostała jako listek figowy dla aktywizmu, w którym widzimy polityczne harce, wybiórcze piętnowanie łamania praw człowieka, systematyczne powielanie kłamstw o Izraelu, a nawet współpracę z terrorystami.

Wszystko się kiedyś psuje, nie ma powodów do rozdzierania szat. Autorka pisze, że wizja jej męża wymaga żądania ochrony uniwersalnych praw człowieka, „czegoś z czym zgadzają się wszyscy obrońcy praw człowieka na świecie”. Niestety, prawa człowieka bywają przywoływane instrumentalnie, czasem w sposób, który zmienia je w parodię. Gdyby nie tragiczne konsekwencje, moglibyśmy powiedzieć, że walka o prawa człowieka na forum ONZ została zamieniona w kabaret. Tam nie walczy się ani o więźniów sumienia, ani z innymi formami rzeczywistego łamania praw człowieka przez rządy, ani z antysemityzmem zamienionym na antysyjonizm. Ustawiczne, niemal nieodmiennie fałszywe, oskarżenia Izraela służą do odwracania uwagi od faktycznego łamania praw człowieka.

Słowa Ensaf Haidar brzmią jak apel do nas wszystkich, ale opublikowane zostały na łamach izraelskiej gazety, której czytelnicy wiedzą aż nadto dobrze jak ludobójczy był antysemityzm w przeszłości i jak ludobójczy jest antysemityzm (również ten zamieniony na antysyjonizm) dziś. Być może miała nadzieję, że ten apel podchwycą inni, że zostanie zauważony w Kanadzie, w USA, w Wielkiej Brytanii. Zapewne wiedziała, że jej słowa zostaną zauważone w Arabii Saudyjskiej i że nie pomogą jej mężowi. Domyślam się, tylko się domyślam, że Raif Badawi nie będzie jej potępiał za tę publikację, że jest dumny ze swojej żony.

Na stronie Facebooka Ensaf Haidar znalazłem rysunek:

Zaintrygował mnie jeden z komentarzy pod tym właśnie rysunkiem. Czytelniczka, Lamees Lana, pisze: „Jestem zawiedziona że jesteś przeciwko ANTIFIE. Dlaczego byli muzułmanie stają się zwolennikami prawicowych faszystów, zważywszy, że byli muzułmanie wycierpieli tak wiele ze strony prawicowych konserwatystów? Niezależnie czy prawicy zachodniej, czy radykalnych muzułmanów… jest tak bolesne patrzenie na byłych muzułmanów trzymających się tych samych poglądów pod zmienioną nazwą”.

Jak trudno byłoby wyjaśnić tej młodej kobiecie, że nie ma podziału na lewicę i prawicę, że jest inny podział, znacznie ważniejszy, ten właśnie, o którym pisze Ensaf Haidar. To właśnie ukrywanie się w wojowniczych plemionach lewicy lub prawicy jest powodem, dla którego jej słowa skierowane do nas tak niewielu mogą zainteresować i ukazują się w Izraelu, a nie gdzie indziej.

Od redakcji euroislam.pl: Ensaf Haidar w dniach 2-4 października przyjedzie do Polski na zaproszenie MSZ i weźmie udział w konferencji „Warsaw Dialogue for Democracy 2019”, której panele między innymi poświęcone są wolności religijnej. Z ubolewaniem zauważamy, że poprzednie rządy nie interesowały się sprawą Raifa Badawiego mimo naszych usilnych starań!

Źródło: http://www.listyznaszegosadu.pl

O sprawie Raifa Badawiego pisaliśmy wielokrotnie. Między innymi Grzegorz Lindenberg tutaj.

O Ensaf Haidar tutaj.

Jan Wójcik o prawach człowieka w Arabii Saudyjskiej.




Palestyńczycy: ofiary arabskiej dyskryminacji i rasizmu

Libańczycy są rozgniewani. Dlaczego? Ponieważ Palestyńczycy protestują przeciwko rozprawie z nielegalnymi zagranicznymi pracownikami w Libanie, ujawniając tym libański rasizm i nienawiść do ich palestyńskich braci.  

Przez trzy tygodnie sierpnia tysiące Palestyńczyków w Libanie demonstrowały przeciwko rozprawie władz libańskich z nielegalnymi pracownikami, co jest skierowane głównie przeciwko żyjącym tam Palestyńczykom i Syryjczykom.

„Palestyńczycy nie są cudzoziemcami w Libanie – powiedział palestyński politolog Abdel Sattar Kassem. – Palestyńczycy w Libanie są uchodźcami i powinni być traktowani zgodnie z międzynarodowymi prawami dotyczącymi uchodźców. Są silnym filarem ekonomicznym Libanu. Początkowo dawali wkład w rozwój prymitywnej gospodarki; orali ziemię, sadzili i zbierali plony i rozwijali projekty, które utrzymywały ich oraz Libańczyków. Palestyńczycy dali także wkład w bezpieczeństwo Libanu i nadal są gotowi walczyć, by bronić kraju i utrzymać jego bezpieczeństwo. To prawda, że pewne frakcje palestyńskie popełniły błędy związane z wojną domową w Libanie, ale później zrozumiały ten błąd i naprawiły go”.

Palestyńscy aktywiści w Libanie przysięgli, że będą kontynuować protesty przeciwko tej rozprawie po tym, jak rząd libański odrzucił żądania cofnięcia postanowień przeciwko nielegalnie zatrudnionym. Aktywiści oznajmili, że mimo obietnic władz o zaprzestaniu ataków na palestyńskich pracowników i przedsiębiorstwa, rozprawa trwa nadal. Wskazali także na fakt, że libański rząd jak dotąd nie wydał oficjalnego oświadczenia w celu rozwiązania kryzysu.

Jako część kampanii przeciwko posunięciom libańskim przedstawiciele kilku palestyńskich frakcji w Libanie spotkali się z Hassanem Huballahem, funkcjonariuszem wspieranej przez Iran grupy terrorystycznej Hezbollah w Bejrucie i nakłaniali go, by pomógł zatrzymać rozprawę z palestyńskimi pracownikami i przedsiębiorstwami. Hezbollah, według doniesień w libańskich mediach, sprzeciwia się posunięciom rządu libańskiego przeciwko nielegalnym pracownikom.

Palestyńskie frakcje w Libanie uważają Iran i jego marionetkę, Hezbollah, za ważnych sojuszników w walce przeciwko Izraelowi i USA. Podczas spotkania z Huballahem przedstawiciele palestyńskiej frakcji wielokrotnie chwalili „rolę [Hezbollahu] w przeciwstawianiu się amerykańsko-syjonistycznemu projektowi w regionie”.

Sojusz między Palestyńczykami i Hezbollahem, jak również trwające demonstracje przeciwko rozprawie z nielegalnymi pracownikami, rozgniewały część Libańczyków, którzy w ostatnich tygodniach zaczęli podżegać przeciwko Palestyńczykom, nasilając napięcia między obiema nacjami.

Chrześcijański minister spraw zagranicznych Libanu, Gebran Bassil, pierwszy wywołał gniewne reakcje ze strony Palestyńczyków (i części Libańczyków) obroną swojego kraju przed cudzoziemskimi pracownikami. W czerwcu Bassil napisał na Twitterze: „Jest rzeczą normalną obrona libańskiej siły roboczej przed każdą zagraniczną siłą roboczą, czy są to Syryjczycy, Palestyńczycy, Francuzi, Saudyjczycy, Irańczycy, czy Amerykanie. Libańczycy są pierwsi!”

Wielu Palestyńczyków i Libańczyków w mediach społecznościowych potępiło ministra za tę „rasistowską” wypowiedź. „Bassil chce mieć tylko chrześcijan wokół siebie, nie zaś budować dobry Liban. Jest jak palestyński Hitler” – komentował jeden z użytkowników mediów społecznościowych.

Wielu Libańczyków wyraziło niepokój wobec narastających protestów palestyńskich w ich kraju – szczególnie wobec tego, że demonstracje odbywają się obecnie poza palestyńskimi obozami dla uchodźców. Dla tych Libańczyków nie ma żadnego problemu, dopóki Palestyńczycy protestują wewnątrz obozów. Kiedy jednak wychodzą z protestami poza obozy, to Libańczycy mają powód do niepokoju na widok scen anarchii i bezprawia.

Wtórując powszechnym niepokojom, znana libańska aktorka, Soha Kikano, wezwała do palenia Palestyńczyków w nazistowskich piecach. Jej wpis na Twitterze był odpowiedzią na palestyńską demonstrację w mieście Sidon w południowym Libanie, w proteście przeciwko rozprawie z nielegalnie zatrudnionymi. Kikano określiła też Palestyńczyków jako „potwory”, które chcą zostać w Libanie i pracować bez właściwych zezwoleń od władz.

Bezprecedensowy atak aktorki wywołał ostre potępienie wielu Palestyńczyków, którzy skarżyli się, że w Libanie narasta nienawiść do nich. Z drugiej strony, niektórzy obywatele libańscy bronili aktorki mówiąc, że starała się tylko bronić libańskich pracowników.

Kontrowersja wokół rozprawy z nielegalnymi pracownikami i przedsiębiorstwami oraz narastający w Libanie strach, że palestyńskie protesty mogą wepchnąć kraj w przemoc i anarchię, prawdopodobnie narosną jeszcze bardziej: libańskie władze wydają się zdecydowane na egzekwowanie przepisów o zatrudnieniu w całym kraju.

Palestyńczycy w Libanie prawdopodobnie mieli nadzieję, że wielu Libańczyków poprze ich protesty. Zamiast tego wygląda na to, że odstręczyli wielu Libańczyków, którzy uważają ich za obywateli drugiej kategorii i chętnie widzieliby ich wyjazd z Libanu.

Dyskryminujące i przypominające apartheid prawa Libanu wobec Palestyńczyków nie są niczym nowym. Według UNRWA Palestyńczycy w Libanie są wykluczeni z głównych sfer społecznego, politycznego i ekonomicznego życia kraju. Istnieją prawne restrykcje, które ograniczają prawa palestyńskich uchodźców, włącznie z zakazem pracy w 39 zawodach i zakazem posiadania nieruchomości. Ponadto mają ograniczony dostęp do usług dostarczanych przez państwo, takich jak opieka zdrowotna i edukacja.

Wśród zawodów zakazanych dla Palestyńczyków są prace w dziedzinach opieki zdrowotnej, inżynierii, transportu, rybołówstwa, sektora publicznego i prawa.

Nie potrzeba wiele wyobraźni, żeby przewidzieć globalne oburzenie, gdyby na przykład, Izrael, zakazał Arabom pracy jako inżynierowie, kierowcy autobusów, pielęgniarki i lekarze. Społeczność międzynarodowa i propalestyńskie grupy wydają się jednak całkowicie obojętni na los Palestyńczyków w kraju arabskim.

Jak ogromne byłoby międzynarodowe oburzenie, gdyby znana izraelska postać wezwała do „palenia Palestyńczyków w piecach”. Niemniej, kiedy mówi to dobrze znana Arabka, samozwańczy propalestyńscy aktywiści nagle głuchną.

Choć obawa libańskiej ludności przed palestyńską przemocą w ich kraju jest uzasadniona, nie ma powodu, dla którego jakikolwiek kraj arabski miałby poddawać Palestyńczyków dyskryminującym i segregacyjnym prawom. Historia złego traktowania Palestyńczyków w Libanie jest mikrokosmosem większego problemu: arabskiej „zdrady” i „porzucenia” ich.

W wielu krajach arabskich Palestyńczyków uważa się za ciężar, niewdzięcznych ludzi, którzy od dawna doją pieniądze od arabskich braci. Punktem zwrotnym był rok 1990, kiedy Palestyńczycy poparli inwazję Saddama Husajna na Kuwejt – kraj, który dostarczał im milionów dolarów w środkach pomocowych. Palestyńczycy wybiegli na ulice, by świętować okupację Kuwejtu. Kiedy rok później dowodzone przez USA siły koalicyjne wyzwoliły ten kraj, ten mały emirat i inne kraje Zatoki deportowały setki tysięcy Palestyńczyków i ucięły pomoc finansową dla OWP i wielu palestyńskich instytucji.

Obecnie wszystkie oznaki wskazują na to, że Palestyńczycy w Libanie stoją przed tym samym losem, przed jakim stanęli ich bracia w Kuwejcie i państwach Zatoki na początku lat 90. Może tak być, jeżeli międzynarodowa społeczność nie zainterweniuje, by naciskać na Liban i inne kraje arabskie, żeby przestały używać Palestyńczyków jako pionków w ich kampaniach podżegania nienawiści do Izraela. Pora, by kraje arabskie czynami zastąpiły puste słowa wobec Palestyńczyków. Pora, by społeczność międzynarodowa i tak zwane propalestyńskie grupy zaczęły zauważać prawdziwe cierpienia Palestyńczyków, szczególnie w Libanie.

Khaled Abu Toameh

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Źródło tekstu polskiego: http://www.listyznaszegosadu.pl

Autor jest palestyńskim dziennikarzem, urodzonym w 1963 r. w Tulkarem na Zachodnim Brzegu, któremu wielokrotnie grożono śmiercią. Publikował między innymi w „The Jerusalem Post”, „Wall Street Journal”, „Sunday Times”, „U.S. News”, „World Report”, „World Tribune”, „Daily Express” i palestyńskim dzienniku „Al-Fajr”. Od 1989 roku jest współpracownikiem i konsultantem NBC News.

 




Pokolenie 9/11

Osiemnaście lat, które mija od ataku na World Trade Center, to nie jest okrągła rocznica. Jednak w dorosłe życie wchodzi pokolenie, które urodziło się po tej dacie.

Pokolenie, które nie oglądało z zapartym tchem w telewizji, jak samoloty wbijały się w dwie wieże, a potem one same runęły w dół. Pokolenie, dla którego uderzenie w centrum Zachodu przez wyznawców skrajnie fundamentalistycznej wersji islamu nie jest symbolem. Pokolenie, które nie czytało tekstów wściekłej włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci. Wściekłej na ten barbarzyński akt i wściekłej na to, co współwyznawcy sprawców robią z jej Włochami. Pokolenie, które nie dyskutowało, czy Huntington miał rację pisząc o „Zderzeniu cywilizacji” (nawiasem mówiąc ominęła je trochę bezsensowna dyskusja z ludźmi, którzy przeczytali tylko tytuł, bez całej treści książki).

Pokolenie, które nie usłyszało, że prowadzimy „wojnę z terroryzmem” i nie zastanawiało się, kim jest przeciwnik i dlaczego niektórzy nie chcą nazywać tego wprost? Pokolenie, dla którego Osama bin Laden nie jest uosobieniem fanatycznego wroga Zachodu, ale i pokolenie, któremu niewiele mówi nazwa Guantanamo. Prawdopodobnie też nie pamięta pierwszych zamachów w Europie – w Madrycie i w Londynie – ani Dubrowki, czy Biesłanu. Nie pamięta wojny w Afganistanie i nie wie też, co to znaczy próbować cofnąć do średniowiecza wroga, który w nim tkwi. Nie pamięta też dylematów rozpoczęcia inwazji na Irak.

Być może to właśnie my, starsi, jesteśmy „pokoleniem 9/11” – biorąc pod uwagę, jak mocna jest to dla nas symbolika i jak bardzo wryło się ono w naszą świadomość.

Czy zatem pokolenie to żyje wolne, niezależne od następstw tych wszystkich wydarzeń? Przecież nie tak dawno świadomie doświadczało albo musiało słyszeć o zamachach w Paryżu, o Syrii, ISIS, obcinaniu głów, powracających terrorystach i może nawet bardziej brutalnych atakach, aniżeli 11 września. Zapewne. Tylko można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nastąpiła już normalizacja islamskiego terroryzmu. Nawet po atakach nikomu nie chce się wrzucić flagi w profilu albo jakiegoś „Je suis…”.

Nie, żeby cokolwiek zmieniały te manifestacje solidarności w mediach społecznościowych. Pokazuje to jednak, że terroryzm stał się nową normalnością. Z jednej strony stracił efekt szokowania, oddziaływania na całą społeczność, z drugiej – został zaakceptowany jako kolejne ryzyko w życiu, tak jak jazda samochodem. Paradoksalnie może to działać na naszą korzyść, bo terrorystom zależało na dramacie, przedstawieniu, skupieniu uwagi mediów, szoku. Tego już nie dostają… chyba, że zaplanują coś większego.

Możliwe, że inny będzie w tym pokoleniu stosunek do muzułmanów. Poznali ich na pewno więcej, bo wychowali się w przestrzeniach, gdzie pojawiło się coraz więcej wyznawców tej wiary. Czy zatem łatwiej będą ich akceptować? Możliwe, bo młodzi angażują się teraz w politykę tożsamości, intersekcjonalności i z pewnością znajdą tam grunt porozumienia. Jednocześnie jednak w Europie rozkwitło dużo więcej organizacji i ruchów radykalnego islamu, niż miało to miejsce przed 2001 rokiem.

Z kolei głośniejsi też są islamscy reformatorzy. Wzrosły również ruchy radykalnej prawicy, które dążą do konfrontacji z islamem. Istnieje także duże ryzyko, że w najbliższych latach terroryzm ponownie wstrząśnie Europą. Więzienia będą opuszczali kolejni skazani za terroryzm, jeszcze bardziej zradykalizowani, niż zresocjalizowani. Wyjdą także ci, którzy zradykalizowali się w więzieniu, a siedzieli za drobne przestępstwa. To nie są liczby, które można lekceważyć.

Jak zatem owo pokolenie podejdzie do tych problemów? Nie wiem, bo to nie jest o nich. Socjologowie i psychologowie próbują najpierw nazywać jakoś pokolenia i określać, jak będą się one zachowywać.

Tymczasem historia rzeźbi po swojemu i były pokolenia II Wojny Światowej czy Zimnej Wojny, a być może to właśnie my, starsi, jesteśmy „pokoleniem 9/11” – biorąc pod uwagę, jak mocna jest to dla nas symbolika i jak bardzo wryło się ono w naszą świadomość.

Jan Wójcik




Dziwne milczenie na temat gangów gwałcicieli

Kto może być częścią ruchu #MeToo? Zadaję to pytanie, ponieważ ostatnio pięciu mężczyzn zostało uznanych za winnych popełnienia straszliwych przestępstw na tle seksualnym wobec ośmiu dziewczyn, jednak ta sprawa wcale nie jest szeroko dyskutowana na Twitterze.

Nie ma żadnych hasztagów. Mówi się niewiele o cierpieniu tych dziewczyn. Pojawiło się bardzo mało wyrazów solidarności ze strony feministek i prawie całkowicie przemilcza się ten temat.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Dla feministek, która pochodzą głównie z klasy średniej, są ustosunkowane – a które tworzą ruch #MeToo – problemem jest to, że sprawa dotyczy niewygodnego rodzaju zarówno ofiary, jak i oprawcy. Ofiarami były dziewczyny z klasy pracującej, które miały mniej niż 16 lat; niektóre z nich przeżywały spore trudności, daleko im było do aktorek, kobiet biznesu i wpływowych dziennikarek, których doświadczenie molestowania zdominowało narrację ruchu #MeToo.

Ponadto oprawcami byli muzułmanie. Byli to wyznający islam mężczyźni, których sędzia opisał jako „podstępnych i zdeterminowanych” drapieżników seksualnych. Z pewnością nikt nie chce ryzykować, że wzbudzi islamofobiczne nastroje poprzez zwrócenie uwagi na muzułmańskie gangi, zajmujące się tym niewyobrażalnie krzywdzącym procederem, czyż nie?

Zatem zamiećmy to pod dywan. Miejmy nadzieję, że to minie. Nie możemy pozwolić, aby niewygodne ofiary z białej klasy pracującej, które zostały skrzywdzone przez muzułmańskie gangi stręczycieli, zakłóciły naszą narrację w ramach #MeToo albo multikulturalnego scenariusza.

Jest to historia ostatnich wyroków, które zapadły dzięki Operacji Stovewood, wielkiego śledztwa dotyczącego wykorzystywania i znęcania się nad młodymi dziewczynami z Rotherham w okresie pomiędzy rokiem 1997 i 2013.

Teraz pięciu mężczyzn zostało uznanych za winnych zarzucanych im straszliwych czynów: gwałtu, napaści na tle seksualnym i porwania dzieci. Częstowali dziewczyny drinkami i narkotykami, odurzali je, a potem wykorzystywali je jako „obiekty seksualne”, według słów sędziego Michaela Slatera, który nadzorował przebieg sprawy w Sądzie Koronnym w Sheffield. Te dziewczyny zostały odarte z godności w potworny sposób. „Odebrali mi moje dzieciństwo”, wyznała jedna z ofiar.

Co jest uderzające, sędzia nie tylko skazał mężczyzn, ale również skrytykował władze Rotherham. Stwierdził, że w najlepszym razie były zupełnie niewydolne, a w najgorszym zupełnie obojętne wobec wykorzystywania dziewczyn przez muzułmańskie gangi. Powiedział, że jest całkiem pewny, iż odpowiednie organy władzy w Rotherhamie wiedziały, że ofiary stały się celem seksualnego wyzysku. Zaś fakt, że nic z tym nie zrobiono, to „sytuacja godna pożałowania”.

Powinno się to stać tematem szerokiej dyskusji. Podobne skandale miały miejsce w innych częściach kraju – w Telford, Rochdale, Oxfordshire i gdzie indziej. W każdej z tych spraw gangi składające się w większości z muzułmanów wykorzystywały młode kobiety głównie pochodzące z klasy pracującej. Często są dowody na to, że władze wiedziały o tym, co się dzieje, ale nie podjęły odpowiednich działań. Urzędnicy obawiali się, że będą postrzegani jako osoby demonizujące muzułmanów i być może przyczyniające się do szerzenia, tego, co oni uważają za kulturę „islamofobii”.

W skrócie, sprowadza się to do tego, że uznali za ważniejszą ochronę muzułmanów przed krytyką, niż ochronę dziewczynek przed wykorzystywaniem. Niektórzy urzędnicy są tak zajęci kultywowaniem ideologii multikulturalizmu, że odrzucają każdą trudną rozmowę na temat rosnącego poczucia izolacji i niechęci ze strony pewnych społeczności i nie podejmują zdecydowanych działań przeciwko szeroko rozpowszechnionemu wykorzystywaniu młodych kobiet.

Nawet teraz dyskusja o muzułmańskich gangach zajmujących się groomingiem* jest uciszana. Kto podniesie ten temat, będzie uznany za „islamofoba”, rasistę, a może nawet faszystę. Wystarczy spojrzeć na to, co stało się z Sarah Champion, posłanką Partii Pracy z Rotherham, gdy napisała o problemie gangów, w większości składających się z Pakistańczyków, wykorzystujących białe dziewczyny. Została zdemonizowana przez popleczników Jeremy’ego Corbyna i wyrzucona z jego gabinetu cieni. Przekaz był jasny: jeśli zabierzesz głos w tej sprawie, zostaniesz ukarany.

To podejście do bardzo ważnego problemu nosi znamiona cenzury i jest zwyczajnie głupie. Po pierwsze, lekceważy się dziewczyny, które doznały krzywdy, robiąc z nich drugorzędne ofiary, których wykorzystywanie staje się powodem wstydu, czymś, o czym najlepiej byłoby zapomnieć.

Po drugie, wykorzystują to partie skrajnie prawicowe, które upolityczniają problem muzułmańskich gangów zajmujących się groomingiem. To wzmacnia pozycję tych wzbudzających niepokój grup politycznych, które z pewnością stwierdzą: ”Tylko my jesteśmy na tyle odważni, żeby poruszyć ten problem”. Oczywiście, mówią o tym z bardzo cynicznych pobudek, w celu rozpowszechniania wizerunku wszystkich muzułmanów jako drapieżców i całej społeczności muzułmańskiej jako problematycznej.

W jakich dziwnych czasach przyszło nam żyć. Polityk, który położy rękę na kolanie dziennikarki z klasy średniej, może być na czołówkach gazet przez parę tygodni, podczas gdy gang mężczyzn, którzy żerują na młodych dziewczynach z klasy pracującej, porywają je i gwałcą, otrzymuje maleńką wzmiankę na dziesiątej stronie twojej gazety. To bardzo niepokojący komunikat dla ofiar z Rotherham i innych miejsc: „Nic nie znaczycie. O wiele ważniejsze jest uniknięcie dyskusji na temat napięć kulturowych we współczesnej Wielkiej Brytanii, niż wasze doświadczenie wykorzystywania”.

Brendan O’Neill

Autor jest redaktorem naczelnym Spiked i felietonistą „The Australian”.

Tłumaczenie HT, na podst. https://blogs.spectator.co.uk/2019/09/the-silence-surrounding-grooming-gangs/

———————————–

* Child grooming (w tłum. z ang.: uwodzenie dziecka) – działania podejmowane w celu zaprzyjaźnienia się i nawiązania więzi emocjonalnej z dzieckiem, aby zmniejszyć jego opory i później je seksualnie wykorzystać. Jest to także mechanizm używany, by nakłonić dziecko do prostytucji, czy udziału w pornografii dziecięcej. Potocznie poprzez child grooming rozumie się uwodzenie dzieci przez Internet. (Wikipedia)

 




Ameryka 18 lat po 11/9: islamiści wygrywają

Każda rocznica zamachów z 11 września 2001 jest okazją do przyjrzenia się sytuacji po najbardziej brutalnym ataku na USA.

W 18 rocznicę tego wydarzenia Shireen Qudosi z Clarion Project zastanawia się, na jakim etapie jest dziś Ameryka w zmaganiach z islamskim ekstremizmem.

Islamiści wygrywają

– Większym problemem niż szariat jest zagrożenie ze strony islamistów, którzy podpięli się pod  lewicowe ruchy tożsamościowe głównego nurtu, opierające swoją narrację na wiktymizacji.

– Przeciętny amerykański polityk i influencer polityczny nie wie, czym jest islamizm.

– Do Kongresu wybrano dwie islamistki: Ilhan Omar i Rashidę Tlaib.

– Islamistki w Kongresie (i ich sojusznicy) mają się świetnie i bezczelnie deklarują swoje antyamerykańskie i antysemickie poglądy. Kibicują im lewicowe media (kongresmenka Ilhan Omar posunęła się nawet do porównania amerykańskiego wojska z organizacjami terrorystycznymi).

– 18 lat po 11/9 Zachód ma większą tolerancję na radykalizację niż kiedyś, a wybrani na urząd politycy mieszają ugrupowania terrorystyczne z „ruchem oporu”.

– Przegraliśmy wojnę z terroryzmem, kiedy zgodziliśmy się na włączenie talibów do negocjacji w Afganistanie.

Obrona amerykańskich wartości

Jednak w ostatnich dniach być może najbardziej charakterystycznym znakiem naszych czasów był komentarz komentatora Young Turks (TYT, lewicowy program na YouTube), Hasana Pikera. Mówiąc o wywiadzie z kongresmanem Danem Crenshawem – byłym oficerem US Navy SEAL, który stracił oko w wybuchu improwizowanej miny lądowej (IED) w Afganistanie – Piker żartował na temat służby wojskowej kongresmana. Piker oświadczył również, że „Ameryka zasłużyła na 11 września”.

Amerykańska konstytucja chroni wolność słowa Pikera – a to właśnie tej wolności bronili tacy weterani, jak kongresman Crenshaw i to dla tej wolności się poświęcali. Niemniej jednak uwagi Pikera są dla nas sygnałem alarmowym: należy uczynić więcej, aby jasno nakreślić nasze wartości jako Amerykanów i uchronić się przed retoryką sabotażową, która podważa to, kim jesteśmy i jakie są nasze wartości.

Pięć rzeczy, które należy zrobić:

Obecność dwóch islamistek w Kongresie ożywiła współpracę między antyislamistami. Obecnie między różnymi grupami jest więcej współpracy, niż w ciągu ostatnich 18 lat. Nadal musimy:

– Współpracować z antyislamistycznymi, muzułmańskimi sojusznikami, aby prowadzić szersze działania antyradykalizacyjne.

– Założyć komisję ds. radykalnego islamu, aby zidentyfikować i odizolować element islamistyczny i  ekstremistyczny.

– Uznać Bractwo Muzułmańskie za organizację terrorystyczną.

– Wzmocnić głosy muzułmanów – antyislamistów, szczególnie tych zainteresowanych ubieganiem się o urząd lokalny lub federalny.

– Wspierać lokalne antyislamistyczne społeczności muzułmańskie we wzmacnianiu poczucia własnej wartości i inicjatywach pozytywnego przekazu opartych na wspólnych wartościach.

Oprac. GB na podstawie https://clarionproject.org