„Islamskie getta” – idea i rzeczywistość

Kto jako jeden z pierwszych posłużył się pojęciem „islamskie getta” w odniesieniu do Europy? Czy słusznie kojarzymy je z prawicą?

Czytając informacje i analizy niektórych mediów można odnieść wrażenie, że pojęcie „islamskich gett” w odniesieniu do Szwecji jest produktem prawicowego populizmu i nieuprawnioną próbą dyskredytacji idei multikulturalizmu. Tymczasem to nikt inny, jak lider Bractwa Muzułmańskiego w Europie uważa, że drogą wiodącą do islamizacji Europy jest właśnie postawa izolacjonistyczna, przejawiająca się w tworzeniu czegoś na kształt „islamskich gett” przez muzułmańskich imigrantów.

Stworzyć równoległe społeczeństwo

Muzułmański teolog i wpływowy lider Bractwa Muzułmańskiego Yusuf Al-Karadawi w książce „Najpilniejsze cele Ruchu Islamskiego na obecnym etapie”  już w 1990 roku powiązał kwestię migracji muzułmańskiej z celem, jakim jest rozwój politycznego islamu w Europie. Uznał on, że wobec spodziewanego wzrostu liczby muzułmanów na Starym Kontynencie, powinni oni tworzyć własne skupiska i zakładać organizacje (szkoły, meczety, instytucje rekreacyjne) niezależne od społeczeństwa i państwa, do którego przyjeżdżają. Innymi słowy, muzułmanie powinni tworzyć coś na kształt quasi-państwa, które uchroni wyznawców Allaha przed wpływami Zachodu i zapewni respektowanie prawa koranicznego czy wywiązywanie się z innych obowiązków muzułmanina. Zresztą Karadawi zwrócił się wprost do współwyznawców, mówiąc: spróbuj stworzyć swoje własne „muzułmańskie getto”. Otwartość, o której Karadawi także wspomina, ma jedynie służyć szerzeniu islamistycznej ideologii, jest więc ona pozorna z punktu widzenia integracji. Podsumowując, Bractwo Muzułmańskie, stawiając sobie za cel islamizację Europy, nakłania wyznawców islamu do tego, żeby zamiast integrować się ze społeczeństwem, tworzyć enklawy od niego niezależne, co w konsekwencji ma doprowadzić do powstania społeczeństwa równoległego.

Czym jest „strefa wrażliwa”?

Jeśli przyjrzymy się terminologii, za pomocą której opisuje się zjawisko muzułmańskiego izolacjonizmu w aspekcie terytorialnym, wyraźnie ujawnią się różnice światopoglądowe i ideologiczne. Najlepiej widać to na przykładzie Szwecji. 3. czerwca tego roku policja szwedzka opublikowała raport, mówiący o strefach wrażliwych i tych zagrożonych przestępczością. To trzeci tego typu dokument. Poprzednie zostały opublikowane w 2015 i 2017 roku. Mówiąc o „imigranckich przedmieściach” władze szwedzkie raczej sięgają po eufemizm, wprowadzając pojęcie „stref wrażliwych” oraz „obszarów podatnych na zagrożenie”. Służby bezpieczeństwa koncentrują się bardziej na przestępczości niż na aktywności muzułmańskich radykałów, choć ten kontekst także dostrzegają.

Strefy wrażliwe to „obszar określony geograficznie, charakteryzujący się niskim poziomem społeczno-ekonomicznym, w którym przestępcy mają wpływ na społeczność lokalną”. Zdaniem policyjnych analityków sytuację tę wykorzystują ci, którzy chcą przejąć kontrolę nad takimi miejscami. Próbują zastraszać mieszkańców stosując przemoc bezpośrednią, groźby, wymuszenia czy pośrednią – publicznie popełniane akty przemocy. Do tego dochodzi prowadzony otwarcie handel narkotykami oraz świadome rozbudzanie resentymentów wobec państwa. Skutkiem tego, zdaniem policji, jest „ogólna niechęć do udziału w procesie sądowym”.

Używając pojęcia „sfery szariatu” w odniesieniu do tzw. „dzielnic wrażliwych” wypada wiedzieć, co w istocie się mówi.

Ta powszechna postawa dystansu wobec struktur państwowych przejawia się tym, że „misja policji jest trudna do wypełnienia albo zupełnie niemożliwa”. Co istotne, w dokumencie czytamy, że „obszar szczególnie wrażliwy” do pewnego stopnia „obejmuje równoległe struktury społeczne”, ale także fundamentalizm i ekstremizm religijny. Z tego jasno wynika, że publikowane przez policję raporty nie są tożsame z mapą fundamentalizmu religijnego, lecz do pewnego stopnia pozwalają uchwycić część problemu. A zatem dwa skrajne stanowiska okazują się nieprawdziwe: utożsamienie „stref wrażliwych” z terenami, nad którymi rząd dusz sprawują muzułmańscy fundamentaliści nie jest prawdziwe, lecz zaprzeczanie temu, że takie miejsca w Szwecji istnieją, jest również kłamstwem.

Co z tym szariatem?

Wiele emocji budzi użycie terminu „sfery szariatu” w odniesieniu do tzw. „dzielnic wrażliwych”. Używając tego pojęcia wypada wiedzieć, co w istocie się mówi. Po pierwsze twierdzenie, że w tych miejscach nie obowiązuje prawo szwedzkie z czysto formalnego punktu widzenia nie jest prawdą, bowiem rząd szwedzki nigdy nie zaakceptował de iure konkurencyjnego systemu prawnego. Jednak w praktyce państwo, o czym wspominają rządowe raporty, z trudnością egzekwuje przepisy prawa w odniesieniu do mieszkańców stref wrażliwych lub w wielu wypadkach egzekwować ich nie może. Po drugie należy pamiętać, że szariat nie jest przede wszystkim prawem w znaczeniu terytorialnym, lecz w znaczeniu podmiotowym, tzn. nie tyle obowiązuje na danym terenie, ile obowiązuje wyznawców Allaha niezależnie od tego, gdzie się znajdują, zaś jego zapisy, zgodnie z klasycznym islamem, powinny być stosowane w takim zakresie, w jakim pozwalają na to zewnętrze warunki. Mówiąc precyzyjnie, w Szwecji istnieją miejsca, w których ludność imigrancka ostentacyjnie lekceważy przepisy prawa, neguje instytucje państwa szwedzkiego oraz odnosi się wrogo lub obojętnie do funkcjonariuszy publicznych. Jednocześnie w większym lub mniejszym zakresie podporządkowuje swoje życie normom wynikającym z tradycji i religii islamskiej.

Marks czy religia?

W debacie nad źródłami tego zjawiska dominuje stanowisko, które można nazwać neomarksistowskim, zakłada ono bowiem, że ekstremizm religijny i fundamentalizm są efektem wykluczenia społecznego oraz wypadkową „kontekstu społeczno-ekonomicznego”. Teoria ta nie bierze w ogóle pod uwagę „projektu islamizacyjnego”, który realizuje w Europie przede wszystkim Bractwo Muzułmańskie. Postawy izolacjonistyczne w Szwecji widoczne były już w latach 90-tych, przejawiając się w traktowaniu kobiet zgodnie z tradycjami krajów pochodzenia i nakazami religijnymi, wyłączaniu ich z rynku pracy (bezrobocie motywowane kulturowo). Znawca zagadnienia Ryszard Michalak przypomina, że jeszcze w ostatnich latach XX wieku, „kiedy Szwedzi podjęli próbę zachęcenia nowo przybyłych do większego udziału w życiu Szwecji, „najbardziej oporne wobec planów integracyjno-asymilacyjnych były zamknięte kulturowo, ortodoksyjnie religijne grupy imigrantów islamskich”. Twierdzenie więc, że postawa ta wynika z ekonomicznych niedostatków czy braku otwartości po stronie szwedzkiej w żadnym razie nie wyczerpuje zagadnienia, ale stanowi raczej poprawnie polityczny sposób na to, żeby ominąć niewygodny problem islamskiego fundamentalizmu w Szwecji.

W moim przekonaniu model „neomarkstowski” myli przyczyny ze skutkami. To właśnie postawa izolacjonistyczna (zalecana mi.in. przez ideologów Bractwa Muzułmańskiego) jawnie przestrzegająca przed integracją, polegająca na utrzymywaniu także tych elementów religii i tradycji islamskich (w tym szariatu), które stoją w sprzeczności z wartościami i prawem społeczeństwa przyjmującego, zrodziła szereg problemów ekonomicznych czy społecznych. Doprowadziła w praktyce do „wyłączenia państwa”, na czym skorzystały zarówno gangi, jak i zwolennicy politycznego islamu.

Żeby uświadomić sobie skalę problemu, wystarczy zwrócić uwagę na to, co powiedział szwedzki pisarz Björn Ranelid w rozmowie z dziennikarzem gazety „Expressen”: „W ostatnią niedzielę czerwca 2019 roku wieczorem, dwóch młodych mężczyzn zostało zastrzelonych w Sollentuna. Mniej więcej w tym samym czasie inny młody człowiek został dźgnięty nożem w Vällingby. Później tego samego wieczora jeszcze jeden młody mężczyzna został postrzelony w Blackeberg. To się wydarza niemal codziennie gdzieś w Szwecji. To wojna na małą skalę, która dotyczy wszystkich mieszkańców tego kraju. Zapas usprawiedliwień dla sprawców już się wyczerpał”. Przypadki te wpisują się w szerszy, ponury kontekst masowego palenia samochodów, detonowania bomb i granatów w miejscach publicznych, czy fali antysemickich wystąpień.

Piotr Ślusarczyk




Winny ocet winny

Wyznawca islamu oskarżył producenta kanapek o naruszenie jego „praw jako muzułmanina”. Powodem awantury stał się… ocet. 

Khalid Qadeer z Londynu wszczął awanturę po tym, jak dowiedział się, że do jego ulubionej kanapki dodaje się ocet winny, a ten zawiera śladowe ilości alkoholu, którego spożycia islam zabrania.

Kiedy byłem nastoletnim, zbuntowanym wegetarianinem od jakichś trzech miesięcy i otrzymałem wegetariańską zupę warzywną tradycyjnie ugotowaną na kościach, byłem oburzony, że mama nie poszanowała moich praw wegetarianina.

Dzisiaj czytam, że dorosły człowiek, doradca podatkowy, muzułmanin awanturuje się, bo w jego ulubionej kanapce znalazły się śladowe ilości alkoholu związane z użyciem octu winnego. Przez lata myślał, że jest ona halal. Ważna uwaga, kanapka w brytyjskiej sieci Pret nie była reklamowana jako halal. Pan jednak kupował ją przez 12 lat, bo myślał, że składa się tylko z bułki, tuńczyka, majonezu i kawałków ogórka. Szczegółowa informacja o składnikach pojawiła się niedawno. Była to reakcja na śmierć dwóch klientów, alergików, po spożyciu szkodliwych dla nich składników.

Qadeer uważa, że firma naruszyła jego prawa jako muzułmanina. Jego zdaniem dla prawdziwego wyznawcy islamu spożycie alkoholu ma podobne skutki jak zjedzenie uczulającego pokarmu przez alergika. Przyznam, że widziałem w życiu kilku muzułmanów spożywających alkohol i nikt z nich nie puchł, nie dusił się i nie dostawał zapaści. Pojawiało się pewne zaróżowienie na policzkach, ale jest raczej typowe po spożyciu takiego produktu.

Klienta popularnej brytyjskiej sieci nie zadowoliło wyjaśnienie zarządu, że według wyliczeń techników żywieniowych, alkoholu w kanapce jest mniej niż śladowa ilość. Jest ona tak nieznaczna, że zgodnie z przepisami nie trzeba nawet o tym informować na etykiecie. Więcej alkoholu jest chociażby w soku pomarańczowym. Zdaniem urażonego mężczyzny tysiące muzułmanów nieświadomie kupuje kanapki z alkoholem, a przecież u pobożnych wyznawców Allaha tolerancja na alkohol „jest równa zeru”. Nie powiedział, czy teraz wyznawcy Allaha odrzucą soki pomarańczowe i nie będą jedli jabłek.

Powstaje pytanie czy chodzi tu o rzeczywiste poczucie lęku przed religijnymi konsekwencjami spożywania alkoholu? Przecież nieświadoma konsumpcja wyłącza odpowiedzialność. Raczej więc chodzi o wytwarzanie presji i szantaż emocjonalny urażonymi uczuciami religijnymi. Gra toczy się o to, żeby kolejna firma obchodziła się z muzułmanami jak z jajkiem. Ta zabawa w „bycie urażonym” trwa już od lat. W 2012 roku pisałem, jak „państwo obrażalscy” wywierają presję na osoby publiczne, artystów, gwiazdy. Wydaje się, że to co zrobiła sieć Pret, jest jedyną właściwą odpowiedzią: nie przejmować się taką roszczeniową postawą.

Jan Wójcik




Coraz groźniejszy impas między cywilizacjami

Liczba zabitych nie zawsze jest wystarczającą informacją o rozmiarach wpływu wywartego przez tragedię. Jedna z nowszych tragedii miała wysoką liczbę ofiar śmiertelnych, ale daleką od rekordów.

Dla porównania, warto przypomnieć, że w zamachach z listopada 2015 roku Państwo Islamskie zamordowało 90 ludzi w teatrze Bataclan oraz 40 osób w dalszych zamachach w innych miejscach miasta, w sumie 130 osób. Zamach islamisty ciężarówką na jednym odcinku ulicy w Nicei 14 lipca 2016 roku pochłonął aż 86 istnień ludzkich. W Wielkanocną Niedzielę, 21 kwietnia 2019 roku, zmasakrowano 253 niewinnych ludzi, włącznie z wieloma dziećmi, podczas ataków na kościoły i trzy hotele na Sri Lance, była to największa liczba zabitych w zamachu terrorystycznym od 11 września 2001 roku, kiedy zginęło niemal 3 tysiące osób.

Wszystkie te zamachy pochłonęły wiele ofiar, które nieprędko zostaną zapomniane. Niedawno miał miejsce inny zamach, który może zostawić trwałe ślady i już zmienia sposób myślenia oraz działania ludzi w sprawie reakcji na te zamachy. Wpływa również na ludzi, którzy dokonują zamachów, bo znacznie silniej odczuwamy zagrożenie z powodu narastającego impasu między cywilizacjami.

15 marca 2019 roku w Christchurch w Nowej Zelandii 50 ludzi zginęło, a kolejnych 50 odniosło rany podczas zbrojnego ataku na dwa meczety.

Mordercą był 28-letni Australijczyk, podobno skrajnie prawicowy aktywista o nazwisku Brenton Harrison Tarrant. Aresztowano go, kiedy odjeżdżał samochodem z miejsca drugiego ataku, być może kierując się do kolejnego islamskiego ośrodka. Komisarz policji Mike Bush powiedział, że władze są „absolutnie” przekonane, że zatrzymały podejrzanego „w drodze do dalszego ataku”. Jednym z celów mógł być meczet Ashburton, odległy o około godzinę jazdy samochodem. Według nowozelandzkiego „News Hub”:

Jest kilka innych celów w Christchurch, jakie Tarrant mógł rozważać, planując swoją zbrodnię. Są dwa sklepy z żywnością halal – rzeźnik i supermarket – w pobliżu miejsca zatrzymania. Najbardziej mrożącym krew w żyłach możliwym celem po drodze do Ashburton jest ośrodek dla dzieci An-Nur na Springs Road w Hornby na zachodnim przedmieściu. Ośrodek jest opisany jako „jedyny islamski ośrodek wczesnego nauczania w Christchurch”.

To samo źródło podało, że w swoim pisemnym manifeście Tarrant zidentyfikował meczet Ashburton jako obiekt swojej nienawiści. Nazwał to miejsce „zbezczeszczeniem”, ponieważ wcześniej był tam kościół.

Musimy wszyscy być wdzięczni, że Tarranta znaleziono i aresztowano zanim mógł dokonać dalszych morderstw. To jednak, co zrobił w Christchurch, przejdzie do historii jako drugi – ale największy – zamach na Zachodzie na muzułmanów spokojnie modlących się w swojej świątyni.

Kiedy Baruch Goldstein, skrajnie prawicowy Amerykanin-Izraelczyk, zabił 29 muzułmańskich wiernych i zranił 125 w masakrze w 1994 roku w meczecie Ibrahimi wewnątrz Grobu Patriarchów w Hebronie w Izraelu, natychmiast potępił go rząd izraelski, populacja izraelska i Żydzi w całej diasporze.

Według „New York Timesa” izraelski premier Icchak Rabin „zadeklarował, że morderczy osadnicy są wyrzutkami, obcymi dla Izraela i judaizmu”. Rabin nazwał także Goldsteina „nikczemnym Żydem” i „żydowskim członkiem Hamasu”.

„Wstydzę się hańby ściągniętej na nas przez tego zdegenerowanego mordercę – kontynuował Rabin. – Jesteś hańbą dla syjonizmu i wstydem dla judaizmu”.

W sprawie Brentona Tarranta na początku kwietnia pojawiły się doniesienia o jego bliskich związkach z kilkoma europejskimi, antymuzułmańskimi grupami. Według „Washington Post”:

Dochodzenie koncentruje się obecnie na każdym szlaku pieniędzy wiodącym do podejrzanego…

Wszystko to jednak odzwierciedla szersze badanie nowych, skrajnie prawicowych grup, których powstanie idzie równolegle do coraz szerszego używania antyimigranckiego straszaka dla wzmocnienia prawicowych partii politycznych na Zachodzie.

Wśród tych grup najsprawniejszą w łączeniu rozmaitych nurtów natywistycznego gniewu i podejrzeń jest zakorzeniony we Francji Ruch Identytaryzmu, który propaguje alarmistyczne przesłanie, że muzułmańscy migranci któregoś dnia opanują zachodnią kulturę…

Ruch Identytaryzmu żywi ten sam co Tarrant gniew wobec muzułmańskich imigrantów i jest obecnie w centrum międzynarodowego dochodzenia władz, które próbują zestawić elementy, jakie ukształtowały poglądy Tarranta.

Ruch Identytaryzmu może wydawać się pomniejszym i mało znanym trendem politycznym, który dostał się do wiadomości publicznej dopiero po ujawnieniu związków Tarranta z jego francuskimi i austriackimi oddziałami.

Jason Wilson opisuje go następująco, zaczynając od tego ruchu w Austrii:

Identitäre Bewegung Österreichs (IBÖ) jest częścią szerszego, skrajnie prawicowego ruchu Identytarian z oddziałami w większości zachodnioeuropejskich krajów, w Ameryce Północnej i w Nowej Zelandii

Organizacje, które stowarzyszają się z Identytarianizmem obejmują Génération Identitaire we Francji i Generazione Identitaria we Włoszech. Amerykański Identity Movement w Stanach Zjednoczonych (ostatnio zmienił nazwę z Identity Evropa i w czwartek został zakazany na Facebooku) uczestniczył w wiecu w Charlottesville, a niedawne ujawnienie jego archiwum czatu pokazało, że ma w swoich szeregach członków armii USA w czynnej służbie. Identity Australia wydaje się obecnie być zaledwie małą grupką, a Dominion Movement w Nowej Zelandii twierdzi na swojej stronie internetowej, że rozwiązał się w następstwie masowego morderstwa w Christchurch.

Wzmianka o Charlottesville przyciąga uwagę do innej niepokojącej cechy Identytarianizmu: jest nie tylko antymuzułmański, ale także antyżydowski. Zwolennicy białej supremacji w Charlottesville skandowali „Żydzi nas nie zastąpią”:

Demonstracja przesiąknięta była rasizmem wobec czarnych, ale także antysemityzmem. Maszerujący mieli swastyki na flagach i wykrzykiwali slogany takie jak „krew i ziemia”, zaczerpnięte z nazistowskiej ideologii….

Jest to jeszcze bardziej złożone: w Europie antysemityzm najczęściej pojawia się w socjalistycznych i muzułmańskich grupach, choć jednak Identytarianie i ich sojusznicy wyznają antysemityzm jako część swojej filozofii, ich uwaga głównie skupia się na muzułmanach, szczególnie na uchodźcach i imigrantach: „Tym, co łączy te grupy ideologicznie, jest wiara, że Europa stoi przed ‚wielkim zastąpieniem’ przez muzułmańskich i afrykańskich imigrantów. I chcą, żeby coś zrobiono w tej sprawie”.

Te ruchy składają się głównie z młodych, białych mężczyzn, takich jak Tarrant. W sprawie muzułmanów widzą oni siebie jako nowoczesnych dziedziców chrześcijan, którzy walczyli w wojnach przeciwko muzułmańskim najeźdźcom, takim jak Turcy osmańscy. W 2012 roku członkowie francuskiego Génération Identitaire na krótko okupowali meczet w Poitiers. Zrobili to w rocznicę słynnej Bitwy pod Poitiers z 732 roku (lepiej znanej jako Bitwa pod Tours), przełomowego wydarzenia, kiedy frankijski książę Karol Młot, dziadek Karola Wielkiego, pokonał siłę arabskich muzułmanów wysłanych na północ przez Kalifat Umajjadów, który panował na Półwyspie Iberyjskim. Tę bitwę uważa się za wydarzenie, które zablokowało muzułmańskim najeźdźcom dostęp do reszty Europy.

Tarrant pociągnął niepokój o muzułmanów do patologicznej skrajności i był nakaz zbadania go przez psychiatrów. Jednak według Associated Press:

Broń Tarranta miała wypisane na niej nazwiska legendarnych Serbów i Czarnogórców, którzy walczyli z 500-letnim panowaniem muzułmanów osmańskich na Bałkanach, wypisane były cyrylicą, jaką używają te dwa prawosławne narody.

Gdzie indziej czytamy, że:

Na fotografiach z usuniętego obecnie konta podejrzanego na Twitterze, z bronią, odpowiadającą tej, którą widać było na jego nadawanych na żywo wideo, jest napis „Vienna 1683”, rok, w którym Imperium Osmańskie poniosło porażkę przy oblężeniu miasta w Bitwie pod Kahlenberg. „Akko 1189”, także jest wypisane na broni.

Nazwisko Karola Młota, któremu zwolennicy białej supremacji przypisują zasługę uratowania Europy przed najeźdźczą armią muzułmanów w 734 roku, także znajdowało się na broni.

Nie chodzi tylko o nazwiska i odnośniki na broni; uderzające jest to, że Tarrant najwyraźniej odrobił lekcje. Wiedział, gdzie pojechać, kogo wychwalać oraz znał kontekst historyczny, w którym chciał umieścić własne ataki.

Nie wszyscy ludzie, którzy niepokoją się, że nastąpi zastąpienie cywilizacji, są z konieczności agresywni, a nawet nie muszą być w błędzie. Wydaje się, że są przestraszeni, doprowadzeni do ostateczności przez sprawy, nad którymi nie panują. W Europie i w Stanach Zjednoczonych widzieliśmy falę za falą zamachów dokonanych przez jednostki i grupy, które otwarcie opowiadają się za przemocą w imię religii. Ci przestraszeni ludzie wydają się obawiać, że ich rządy robią zbyt mało, by bronić ich i ich rodziny przed przyszłymi atakami.

Polityczna poprawność, często skrajna postać zaprzeczania rzeczywistości, powoduje, że nawet najbardziej rozsądnym i starannym myślicielom coraz trudniej jest powiedzieć cokolwiek krytycznego o islamie. Choć, oczywiście, należy potępiać jawny rasizm i brutalną nienawiść do muzułmanów – lub kogokolwiek innego – starania zablokowania uzasadnionej krytyki aspektów islamu mogą stać się niewłaściwym rodzajem cenzury.

Wielu członków społeczeństwa może zasadnie uważać tę cenzurę za odmowę uznania ich troski w takich sprawach jak islamski terroryzm, zagrożenie ze strony niezintegrowanych imigrantów, traktujących terytorium jak „swoje” oraz niepokój o to, co wydaje się być niekontrolowaną, masową migracją do ich rodzinnych krajów.

Kiedy rządy zbywają te niepokoje i nie wydają się oferować pozytywnych rozwiązań widocznych gołym okiem problemów, wielu ludzi może czuć bezradność. Wielu muzułmanów protestuje przeciwko przemocy w islamie. Kiedy prezydenci i kapłani mówią: „Islam jest religią pokoju”, wydarzenia, jakie ludzie widzą wokół (takie jak tutaj, tutaj, tutaj i tutaj), w połączeniu z bezspornymi faktami o fundamentalistycznej doktrynie i jej politycznych żądaniach, wydają się przekonywać coraz większą liczbę ludzi, że takie stwierdzenia po prostu nie są prawdą.

Wolność słowa, najłatwiej dostępna alternatywa wobec przemocy, jest w wielu miejscach uznana za nielegalną. Kiedy tak jest, może to prowadzić do destabilizacji w społeczeństwie.

Wielu imigrantów, którzy dokładają starań, by zintegrować się w nowym społeczeństwie, odgrywa żywotne role do tego stopnia, że stają się niezbędni. Jeśli jednak, jak mogą twierdzić niektórzy, nie powiodła się ciężka praca nad pełną integracją muzułmanów, co można zrobić, skoro – jak się wydaje – wielu wcale nie zamierza się integrować?

W 2015 roku w imieniu rządu brytyjskiego Louise Casey przedstawiła raport o integracji w Wielkiej Brytanii, w którym doszła do wniosku, że muzułmanie są najtrudniejszą do zintegrowania społecznością etniczną i religijną. W 2017 roku otwarcie oznajmiła, że ministrowie w rządzie nie zrobili absolutnie niczego, by zwiększyć społeczną spójność i integrację.

Zarówno ekstremistyczni muzułmanie, jak wszyscy agitatorzy wydają się cierpieć z powodu tego samego problemu w ich społecznościach i w życiu osobistym: odczuwają niechęć do zmiany postaw i do tych współwyznawców, którzy chcą zmieniać swoje postawy.

Wartości uważane za zachodnie – takie jak demokracja, (którą odrzucają, bo jest stworzona przez człowieka, a nie przez bóstwo); przestrzeganie praw człowieka, (jeśli nie są zgodne z szariatem); i równość wobec prawa – po prostu nie wydają się należeć do priorytetów wielu nowoprzybyłych. Ci, którzy mogliby się z tym nie zgadzać, często nie mogą o tym mówić.

Do czasu, kiedy ekstremiści po obu stronach nie zechcą dostosować się do życia, jakie rozwinęło się w minionym stuleciu, wydaje się, że zarówno nienawiść, jak przemoc będą trwały.

Nasze służby bezpieczeństwa, już obciążone przez islamski terroryzm, stoją obecnie przed zwiększonym zagrożeniem w czasie, kiedy wielu byłych wojowników z Państwa Islamskiego, rozgoryczonych z powodu klęski, wróciło lub stara się o powrót do krajów Europy. Czy niezbędne jest mówienie, jak bardzo to nagromadzenie diametralnie sprzecznych poglądów zagraża zachodniej cywilizacji?

Jak mówi Ayaan Hirsi Ali, która zna obydwa światy:

„Te starania są w dobrych intencjach, ale wynikają z błędnego przekonania, jakie żywi wielu zachodnich liberałów, że bardziej należy bać się odwetu na muzułmanach niż samej islamskiej przemocy… W tym procesie… marginalizujemy muzułmańskich dysydentów, którzy dążą do prawdziwej reformy”.

Denis MacEoin

Autor to mieszkający obecnie w USA pisarz irlandzki, autor 26 powieści, znawca literatury perskiej i arabskiej, były wykładowca na studiach islamistycznych, od dwóch lat związany z Gatestone Institute.

Tłumaczenie Małgorzata Koraszewska

Źródło: https://pl.gatestoneinstitute.org




Świat muzułmański walczy, a Zachód kapituluje

Byłem ostatnio w Egipcie. Przygotowując się do podróży poprosiłem mego egipskiego przyjaciela Hameda Abdela-Samada o zaznajomienie mnie ze świeckimi egipskimi autorami i działaczami. Hamed obiecał wysłać mi kilka nazwisk egipskich intelektualistów, ale przez długi czas się nie odzywał.

Zaledwie dwa dni przed podróżą wysłał mi krótką wiadomość: „Po przyjeździe do Kairu musisz odwiedzić wydawnictwo Merit, niedaleko placu Tahrir. Tam spotkasz jego założyciela, Mohameda Hashema”. Hamed ma szczególne związki z tym wydawnictwem. Jego książki, w tym kontrowersyjny „Islamski faszyzm” z całą jego krytyką Mahometa i islamu, zostały opublikowane przez Merit w języku arabskim – i to bez ocenzurowania zawartych w nich treści. Merit stał się w ostatnich latach marką. Wielu znanych autorów egipskich opublikowało tam swoje prace, na przykład Alaa al-Aswani, którego prace zostały przetłumaczone na 31 języków, czy poeta i autor tekstów Ahmed Fouad Negm, którego rewolucyjne i patriotyczne teksty były śpiewane w Egipcie i wielu innych krajach podczas Arabskiej Wiosny.

Kultowy głos wolności

Jest 22.00. Stoję przed wydawnictwem, zaledwie kilka kroków od placu Tahrir, miejsca, w którym rozpoczęła się egipska rewolucja w 2011 roku. Wchodzę. Główne drzwi wejściowe nie zamykają się nigdy i natychmiast dochodzą mnie różne głosy. Wydawnictwo działa prężnie. Wszyscy zainteresowani literaturą, intelektualnymi debatami, a nawet piłką nożną są tutaj mile widziani.

Rozpoznaję znajome twarze – poetów, autorów, aktywistów. Wielu młodych ludzi, którzy pragną opublikować swoją pierwszą powieść, również tłoczy się wokół regałów. Nie ma tutaj żadnej hierarchii. Wszyscy siedzą tam, gdzie chcą, paląc tanie papierosy lub pijąc egipskie piwo Stella. Dym miesza się z zapachem gotowanego mięsa dochodzącym z kuchni. Siadam koło Hashema, który serdecznie mnie wita i za każdym razem, gdy przedstawia mnie komuś, mówi: „To mój nowy przyjaciel Kacem, szwajcarsko-marokański autor, który walczy z politycznym islamem”. Następnie dodaje, że jestem przyjacielem Hamed Abdel-Samada.

Hamed nie jest w tym wydawnictwie postrzegany jak zwykły człowiek. Jego zdjęcie wisi na ścianie w jednym z biur. Wielu liberalnych myślicieli egipskich postrzega go jako wzór, jako kultowy głos wolności. Jest to całkowicie sprzeczne z tym, jak Hamed i inni krytycy islamu są postrzegani przez wielu lewicowych publicystów w Europie – jako nienawidzący muzułmanów lub przez bardziej wyrafinowanych: jako islamofobi.

Precz z hidżabem

Potem taka scena: młoda kobieta po dwudziestce wchodzi do wydawnictwa. Prawą ręką natychmiast zdejmuje zasłonę, a lewą chwyta piwo. Opada na kanapę i rzuca nakryciem głowy o podłogę. Nie wkłada chusty do torebki, ale wydaje się, że chce się jej natychmiast pozbyć. Odrzuca ją tak, jak mieszkańcy Kairu wyrzucają śmieci na ulicę. Scena, pomimo jej dziwnego charakteru, jest mi bardzo dobrze znana, ponieważ przypomina mi starą arabską tradycję znaną z poezji: w ciągu dnia ludzie żyją ograniczani przez religię i społeczeństwa, ale w ciemności nocy przychodzi czas na poezję i wino. Moment, kiedy odrywają się od wszelkich ograniczeń dnia i wspaniałe chwile uwieczniają w wielu pięknych wierszach.

Ta młoda Egipcjanka jest jedną z milionów, które na pierwszy rzut oka żyją w zgodzie ze społecznym porządkiem. Ale jak tylko przekroczy próg wydawnictwa Merit, staje się buntowniczką lub, jak nazywają ją przyjaciele, sojuszniczką. Ta szczególna historia przeczy poglądom wielu zachodnich lewicowców na temat społeczeństw muzułmańskich, zgodnie z którymi muzułmanki noszą zasłony i są całkiem szczęśliwe z tego powodu.

Często takie kobiety były przedstawiane przez zachodnich intelektualistów jako „pożyteczni idioci” prawicowców nienawidzących kultury muzułmańskiej. Jednak we własnym społeczeństwie są uważane za apostatki, depczące honor rodziny. To całkiem spora różnica – moralizujące podejście niektórych intelektualistów wyraźnie przesłania im zdrowy rozsądek .

Paryski salon oświeceniowy w Kairze

Merit jest bezpieczną przestrzenią wewnątrz konserwatywnego, nieliberalnego społeczeństwa, w którym panuje tyrania ograniczeń społecznych i religijnych. Ta przestrzeń nie ma jednak nic wspólnego z amerykańskim wynalazkiem bezpiecznej przestrzeni (safe spaces), w którym walczy się z wolnością myśli i wypowiedzi pod pretekstem, że ranią uczucia mniejszości i osób o innym kolorze skóry. Merit to właśnie prawdziwa przestrzeń, w której wszyscy – bez względu na kolor skóry, pochodzenie etniczne czy religię – są mile widziani, pod warunkiem, że są gotowi mówić otwarcie. Tu nie ma ochrony przed byciem obrażonym – tutaj jest tylko ochrona przed tyranią cenzury.

Wszyscy walczący o wolność w świecie muzułmańskim konfrontują nas z niepokojącym paradoksem: żyjemy w czasach, gdy głosy zachodnich tak zwanych postępowców coraz głośniej domagają się cenzurowania sztuki i literatury

Merit przypomina salony oświeceniowe w Paryżu z połowy XVIII wieku. One również były miejscami wymiany kulturalnej i krytyki religii, w których ludzie nie musieli obawiać się kary za swoje poglądy. Niestety wielu zachodnich intelektualistów odmawia nawet wyobrażenia sobie tego obrazu. Wielu z nich wydaje się gardzić własną kulturą z jej uniwersalnymi prawami człowieka; za to wywyższają społeczeństwa muzułmańskie pod pretekstem relatywizmu kulturowego: Egipcjanie lub Marokańczycy powinni sami decydować, co jest dla nich dobre. Łatwo tak mówić z bezpiecznej odległości i jest to kpiną ze wszystkich osób uciskanych w krajach arabskich.

Dzieci rewolucji i ich ojciec

Podobnie jak paryskie salony, które były częścią Rewolucji Francuskiej, Merit jest także miejscem, gdzie namiętnie dyskutowane są teorie polityczne. Nic więc dziwnego, że odegrało ono równie ważną rolę w Egipcie podczas Arabskiej Wiosny, jak salony pod koniec XVIII wieku.

Hamed Abdel-Samad był świadkiem tego i opowiada chętnie o roli wydawnictwa podczas mobilizacji do rewolucji: oto buntowniczy artyści i aktywiści pisali transparenty, obok nich inni, którzy przedstawili hasła i oczekiwania rewolucjonistów. „To było nie tylko wydawnictwo, lecz społeczność rewolucyjna” – mówi Hamed. Dobrze pamięta dni, które tam spędził, kiedy rebelianci i dziennikarze nocowali w wydawnictwie, a on każdego ranka z Mohamedem Hashemem kupował na ulicach Kairu kanapki z fasolą dla swoich wciąż śpiących przyjaciół.

Merit zostało założone dwadzieścia lat temu i było rewolucją kulturalną wśród wydawnictw i walki o wolność słowa w świecie arabskim. Oczywiście obecna sytuacja Hashema prawie nie różni się od ówczesnej. Z jednej strony cierpi z powodu marginalizacji i prześladowań ze strony dyktatury wojskowej, która zniszczyła marzenia rewolucjonistów. Z drugiej strony, stał się celem islamskich fundamentalistów próbujących zniszczyć jego projekt edukacji kulturalnej.

Pojawiły się nawet fatwy i groźby śmierci ze strony niepaństwowych grup religijnych, takich jak Front Naukowy Al-Azhar, który ogłosił wydawnictwo wylęgarnią renegatów. W 2016 r. egipska dyrekcja podatkowa przesłała Hashemowi rachunek w wysokości nieco poniżej dwóch milionów funtów egipskich, mimo że zarobił jedynie ułamek tej kwoty. Nawet dzisiaj władze egipskie odmawiają Hashemowi prawa do podróży na międzynarodowe targi książki. On sam uważa to za cenę za liberalny kierunek wydawnictwa i jest gotów ją zapłacić. Dodaje nawet, że jest dumny z przeciwstawienia się islamskiemu faszyzmowi i bycia „jednym ze źródeł podżegania do wolności”.

Merit, kobiety irańskie, liberalni działacze z Arabii Saudyjskiej i wszyscy walczący o wolność w świecie muzułmańskim konfrontują nas z niepokojącym paradoksem: żyjemy w czasach, gdy głosy zachodnich tak zwanych postępowców coraz głośniej domagają się cenzurowania sztuki i literatury. Robią to pod pretekstem szacunku dla postaw i uczuć ludzi, którzy mogliby się poczuć urażeni. Tymczasem w świecie islamu coraz więcej odważnych głosów protestuje przeciwko temu, sprzeciwiając się wszelkim formom cenzury, nękania i inwigilacji.

Jako były muzułmanin, żyjący na Zachodzie, mam szalone wrażenie, że świat muzułmański walczy, a Zachód się poddaje.

Kacem El-Ghazzali

Autor jest świeckim pisarzem i publicystą. Jako jeden z nielicznych Marokańczyków publicznie ujawnił swój ateizm. Kacem posługuje się znakomicie językiem angielskim, francuskim, arabskim i berberyjskim. Jego teksty i działania są bardzo ważne dla walki o wolność jednostki w świecie islamu. Kacem znalazł się na liście prelegentów walnego zjazdu Europejskiej Federacji Humanistycznej (maj 2017) we Wrocławiu, organizowanego przez Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów i Towarzystwo Humanistyczne. (notka ze strony http://racjonalista.tv)

Tłumaczenie Natalia Osten-Sacken, na podst. https://www.kacemelghazzali.com




Niezwykła koncepcja ekologiczna prof. Magdaleny Środy

O pomyśle prof. Środy na ratowanie klimatu poprzez przyjmowanie imigrantów muzułmańskich już pisaliśmy. Ale błyskotliwy felieton Alicji Szaniawskiej z Racjonalista.tv wart jest tego, żeby temat powrócił.

* * *
Niestety nie mogłam być na absolutnie przełomowej i rewolucyjnej debacie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie profesor Magdalena Środa odkryła sposób na ratowanie klimatu planety Ziemia, nieznany wszystkim ekologom i przyrodoznawcom na tejże planecie.

Nie mogłam być na tym wykładzie, ale główne przesłanie profesor Środy dotarło na szczęście do moich spragnionych oczu. Teraz chciałabym na chwilę ucichnąć, aby oddać cześć tej przełomowej myśli. Wy też uczcijcie to minutą milczenia.

Przytaczam rewolucyjną tezę, która zmieni oblicze Ziemi, tej Ziemi: Naukowczyni stwierdziła, iż przyjęcie do Polski jak największej ilości muzułmanów mogłoby poprawić klimat, gdyż: „(…)Oprócz alkoholu muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, co by z całą pewnością ograniczyło hodowlę, a ograniczenie hodowli by poprawiło klimat w Polsce, więc to mogłoby być też pozytywne”.

Otóż to. Wcześniej o tym nie pomyślałam. Polska ma wedle danych z zeszłego roku nędzne 38 413 000 mieszkańców, którzy nadużywają przestrzeni państwa wynoszącej 312 696 kilometrów kwadratowych; daje to średnią gęstość zaludnienia opiewającą na nędzne 123 osób/km². Tylko 123 osoby troszczą się o jeden km² przyrody w naszym kraju! To skandal! Do tego część z tych osób je wieprzowinę i pije alkohol.

Ciężko się nie zgodzić z profesor Środą, że przyroda w Polsce miałaby się lepiej, gdyby o kilometr kwadratowy kraju troszczyło się średnio nie 123 osób/km², ale 300 osób/km², albo może i tysiąc! Gdyby dojść do 15 000 osób/km², cały kraj byłby zasiedlony równie gęsto, jak przeciętne miasto, a przecież wiadomo, że u mieszkańców miast świadomość ekologiczna jest znacznie wyższa niż u wieśniaków, ośmielających się żyć na terenach z gęstością zaludnienia 50 osób/km² lub mniej.

Do tego tym tysiącom opiekunów przyrody gnieżdżącym się na jednym kilometrze kwadratowym szczęśliwej, ukwieconej łąki, towarzyszyłyby nie tylko wieprze, ale owce, wielbłądy i krowy.

Nie muszę chyba wspominać o innych plusach ekologicznego pomysłu Pani Profesor. Zanim przyjadą do Polski ekolodzy z państw muzułmańskich, mamy tu tylko nieświadomych katolików i pewną grupkę ateistów. Cóż oni wiedzą o harmonii z naturą? Najwyżej próbują ubić karpia na Wielkanoc. Tymczasem Zieloni od Mahometa i przyrody mają swoje święto Eid, kiedy każdy musi ubić kozę, wielbłąda lub konia i go zjeść. Nie ma tu miejsca na unikających harmonii z naturą wegetarian, pełen kontakt z przyrodą jest zatem zapewniony.

A co innego pozwala lepiej zrozumieć Matkę Naturę niż osobiste ubicie owcy czy wielbłąda i to poprzez powolne wykrwawianie zwierza, a nie znienacka, aby nic nie poczuło. Tylko podwójnie zielony, przyjezdny ekolog, jest w stanie zapewnić zwierzęciu pełną świadomość agonii, szanując przez to (choć nieco rytualnie), jego prawo do świadomej śmierci.

Mam szczerą nadzieję, że przełomowe rewolucyjne tezy prof. Środy przyczynią się do wręczenia tej naukowczyni nagrody Nobla. Nie tylko odkryła nieznaną wcześniej, olśniewającą zasadę, dotyczącą tego, że im więcej osób zasiedla kilometr kwadratowy Ziemi, tym bardziej o niego dba. Do tej subtelnej wiedzy doszło odkrycie, iż to właśnie muzułmanie są niejako ekologami z urodzenia, ze swoim świętem Eid, ubojem rytualnym i wieloma innymi ciepłymi gestami wobec natury i ludzi o innych poglądach.

Jestem tak olśniona odkryciem naszej Geniuszki, że aż uśmiech wybucha mi na ustach.

Alicja Szaniawska

Pierwsza publikacja: http://racjonalista.tv




Muzułmańskie szkoły, ekstremistyczne podręczniki

Różne organizacje muzułmańskie w Wielkiej Brytanii kształtują wyznawców Allaha, propagując idee dżihadu, prawa koranicznego, a także nienawiści wobec innowierców oraz osób homoseksualnych. W tym celu wykorzystuje się media, ale i szkoły trafiając do najmłodszych.

Uczniowie mogą poczytać, jak pomóc Talibom

Inspektorzy szkolni z Birmingham znaleźli w szkole przeznaczonej dla muzułmańskich chłopców książki, promujące radykalizm religijny. W bibliotece szkolnej można było przeczytać między innymi o tym, jak wesprzeć Talibów w organizacji państwa rządzonego według reguł szariatu oraz jak walczyć o stworzenie państwa, w którym wzorce kalifatu będą egzekwowane praktycznie. Jedna z książek zawierała motto: „Nie bierz sobie za przyjaciół żydów i chrześcijan”. Wizytatorzy stwierdzili, że materiały promowały mizoginizm, dyskryminację oraz nietolerancję.

Dyrekcja szkoły oświadczyła, że nie wiedziała o tym, że książki promujące wartości sprzeczne ze standardami demokratycznego państwa znajdują się w bibliotece, choć, jak wynika z raportu instytucji sprawującej nadzór pedagogiczny (Ofsted), publikacje zawierające fundamentalistyczne przesłanie wciągnięto do katalogu i ostemplowano. W szkole prowadzonej przez muzułmańską organizację Jamia Islamia Birmingham uczy się ponad 130 uczniów.

To nie jedyny przypadek i jak mówi powiedzenie „ryba psuje się od głowy”. W tym roku pisaliśmy o raporcie rządowym na temat brytyjskich szkół religijnych kształcących imamów w duchu nietolerancji i nienawiści. A sam Ofsted nie pierwszy raz alarmuje.

Peace TV: „Geje gorsi niż świnie”

Radykalizacja odbywa się nie tylko przez szkoły, ale dostępne za pomocą satelity programy kaznodziejów nienawiści. Telewizja Peace TV nadająca z Dubaju, dostępna na platformie telewizyjnej Sky, może zostać zakazana w Wielkiej Brytanii. Brytyjski odpowiednik rady radiofonii i telewizji stwierdził, że kanał ten łamie prawo, emitując programy podżegające do przestępstwa, a także zawierające „mowę nienawiści”. Uwagę regulatora rynku prasowego przykuła szczególnie audycja zatytułowana „Wzmocnienie twojej rodziny”, w której imam mówił, że geje umierają „z powodu choroby, na którą zapadli, ponieważ są homoseksualni”, a także, że homoseksualna miłość rodzi się z podszeptu szatana.

Muzułmański duchowny porównał gejów do świń: „nawet zwierzę uznawane przez islam za nieczyste, świnia – paskudna, zdeprawowana i skażona – nigdy nie widzi dwóch samców świni, które próbują uprawiać seks razem. To szaleństwo”. W innych programach widzowie mogli dowiedzieć się, że ci którzy porzucają islam, zasługują na śmierć, a także usłyszeć obronę małżeństw nieletnich dziewczynek. Związki te bowiem „nie stanowią problemu, nawet jeśli lokalne prawo tego zabrania”.

Problem radykalizacji dzieci w procesie edukacji stał się przedmiotem debaty na poziomie międzynarodowym.

Założona w 2006 r. Peace TV została zakazana w Indiach oraz Bangladeszu. Hasanul Haq Inu, bangladeski minister ds. informacji, powiedział o kanale: „Nie jest zgodny ze społeczeństwem muzułmańskim, Koranem, Sunną, Hadisami, konstytucją Bangladeszu, naszą kulturą, zwyczajami i rytuałami”. Władze Peace TV nie zgodziły się z rekomendacją urzędu, argumentując, że poglądy imama nie „wzywały do przemocy lub karania homoseksualistów”, a jego celem było „jedynie potępienie homoseksualnych praktyk”. Ponadto pogląd imama Qasima Khana na męski homoseksualizm „znajduje swoje odzwierciedlenie w nauce islamu”.

Imam Qasim Khan

Założyciel Peace TV, Zaskir Naik, został wydalony z Wielkiej Brytanii w 2010 r. za „niedopuszczalne zachowanie”. 44-latek miał wygłosić serię wykładów w Londynie i Sheffield.

Spór o saudyjskie podręczniki

Jeszcze w 2010 roku BBC ujawniło, że sponsorowane przez Arabię Saudyjską brytyjskie szkoły korzystają z podręczników porównujących Żydów do świń i małp. Kształcą  też młodzież w duchu poglądów o „syjonistycznym spisku” i nienawiści wobec niewiernych oraz osób homoseksualnych. Mijały lata, a problem nie znikał. W 2017 roku think tank Henry Jackson Society opublikował raport, w którym oskarżył Arabię Saudyjską, Iran i inne kraje Zatoki Perskiej o promowanie wahabizmu z wykorzystaniem sieci meczetów i szkół. Problem radykalizacji dzieci w procesie edukacji stał się przedmiotem debaty na poziomie międzynarodowym.

Amerykańska Komisja ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej (USCIRF) w marcu 2018 roku alarmowała, że w ciągu ostatnich piętnastu lat zawartość podręczników, oficjalnie dopuszczonych do użytku szkolnego przez saudyjski rząd, nadal budzi poważne zastrzeżenia. Można w nich znaleźć pochwałę dżihadu, egzekucji konwertytów i apostatów, oraz nienawiść do innych religii. Książki te trafiały nie tylko do dzieci w Arabii Saudyjskiej, ale także do szkół w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman zapowiada w czasie wizyt w państwach zachodnich umieszczenie w podręcznikach „bardziej otwartej formy islamu”. Problem jednak polega na tym, że oczekując od organizacji muzułmańskich i rządów promowania łagodnej wersji islamu – bez szariatu, idei dżihadu oraz w duchu tolerancji dla gejów i innowierców – w istocie domaga się islamskiej reformacji. Czy to jest możliwe, czy to jest rzeczywistą intencją saudyjskiego księcia?

Piotr Ślusarczyk




Dzieci też trzeba chronić przed radykalizacją

Jako matka i muzułmańska reformatorka widzę, że największym zagrożeniem dla pokojowego potencjału ludzkości jest wypaczenie dzieciństwa.

Gdy to piszę, mój własny syn korzysta z letnich wakacji. Spędza czas na marzeniach i budowaniu wyimaginowanego świata, w którym spędza wiele godzin. Jednak gdzie indziej dzieci nie mają tyle szczęścia. Na obozach letnich w Strefie Gazy nawet pięciolatki są uczone, jak zasztyletować Żydów. Przesuń palcem po mapie kilka cali, tam ideologiczni fanatycy wykorzystują bezwarunkową zdolność dziecka do kochania, by zbudować niebezpieczne uzależnienie, które pozwoli później rozlokować je jako dzieci-żołnierzy lub samobójców.  Wartość tych dzieci nie jest postrzegana przez pryzmat rozwoju, ale jako zdolność do podporządkowania i przekształcenia ich w broń na wojnie. Ta perwersja zdarza się nie tylko w odległych zakątkach świata. Dzieje się także tutaj, w Ameryce.

Według FBI, we wszystkich 50 stanach są przypadki powiązań różnych osób z ISIS. W 2018 roku, Clarion Project – organizacja edukująca społeczeństwo na temat radykalnego islamu, w której jestem krajowym korespondentem – ujawniła historię bazy szkoleniowej bojówkarzy w Nowym Meksyku, gdzie szkolono jedenaścioro dzieci, by stały się zamachowcami w strzelaninach szkolnych. W Minneapolis zrekrutowano 45 chłopców i młodych mężczyzn, wyszkolono ich i opuścili lokalną społeczność somalijską, żeby dołączyć do ISIS lub al-Shabaab.

Jak to się dzieje? Zaczyna się od profanacji tożsamości. Zamiast postrzegać dziecko jako błyskotliwego małego człowieka, odkrywającego świat z powodu ciekawości i chęci zabawy, postrzega się go jako przedłużenie własnej osoby lub społeczności. To gorzkie okrucieństwo gasi dziecięcy głos i poczucie własnego ja. Destabilizacja tożsamości poprzez tworzenie konfliktów i niepewności, jest dobrze udokumentowaną strategią radykalizacji, zacytowaną w czerwcu 2018 w dokumencie Departamentu Sprawiedliwości USA: “How Radicalization to Terrorism Occurs in the United States”.

Na długo przed zradykalizowaniem dziecka przez zewnętrzne wpływy, jest ono często przygotowywane w domu lub lokalnej społeczności.

Radykalizację możemy jednak umiejscowić jeszcze przed pierwszym kontaktem z rekruterami. Na długo przed zradykalizowaniem dziecka przez zewnętrzne wpływy, jest ono często przygotowywane w domu lub lokalnej społeczności. Opresyjne środowiska indoktrynują dziecko od niemowlęctwa, żeby tak modyfikowało myśli i wzory zachowania, aby odzwierciedlały wzory grupowe, a nie były wyrazem autonomii indywidualnego dziecka.

Czy będzie to dziecko na Bliskim Wschodzie warunkowane przez programowanie społeczne do nienawiści, czy amerykańskie dziecko przy stole, uwarunkowane do akceptowania dominującej narracji, nadużycie jest takie samo. Wstępnie użyźnia glebę dla radykalizujących czynników, które dziecko spotka później poprzez media społecznościowe, poprzez własną społeczność, presję rówieśniczą czy też politykę sprzyjającą konfliktom.

To wykorzystywanie nie zna granic etnicznych, narodowych, przynależności religijnej czy klasowej. Nie ogranicza się do religijnych fanatyków czy niezasymilowanych społeczności imigrantów. Wydarza się wszędzie. Wynik końcowy jest taki sam: wypaczanie dzieciństwa.

Radykalizacja wpływa na bogatych i biednych tak samo, a metody, które są w niej stosowane stają się wzorami dla innych ideologii, z białymi suprematystami włącznie – szczególnie w środowiskach szkolnych i na portalach internetowych. W ostatnim roku, w Kalifornii zanotowano przynajmniej trzy przypadki niekontrolowanej, bezwstydnej retoryki neonazistowskiej wśród studentów.

Popularne memy lamentują: “naziści powrócili”, wskazując na to, że złowrogie ideologie nigdy nie zniknęły; po prostu zeszły do podziemia. Pokolenie Z jest najbardziej podatne zarówno na ruch Antifa, jak i ISIS, częściowo z powodu tego, że jego członkowie są konsumentami nowych mediów. W innych obszarach, taktyka rekrutacyjna ISIS wcale nie jest odmienna od tej stosowanej przez miejskie gangi.

Podczas gdy społeczności pracują nad rozwikłaniem tego, jak radykalizacja obiera za cel dzieci, musimy też zaszczepić następne pokolenie przeciwko podatności na ekstremizm, zwłaszcza że nękanie rówieśnicze i korzystanie z technologii pojawia się w coraz wcześniejszym wieku. Musimy budować ich odporność na radykalizację jako środek do wspierania godności ludzkiej.

Jeżeli chcemy rozwiązać ten problem kluczowe jest, żeby wszyscy, z członkami Kongresu włącznie, zrozumieli jak radykalizacja żeruje na dzieciach. Jeśli będziemy w stanie sprawić, by rodzice, nauczyciele, lokalni i krajowi liderzy zrozumieli ten problem, będziemy mogli lepiej mu zapobiegać.

Wkrótce Kongres wysłucha zeznań z pierwszej ręki od ekspertów i matek, takich jak ja, których dotknęła radykalizacja ich dzieci, i dowie się o kilku z tych rozwiązań. Prawie wszyscy znani mi rodzice wierzą, że ich dzieci są największym darem w ich życiu. Wiem, że moje dziecko nim jest. Dzieci są jednak podatne na wykorzystanie. Są naszą przyszłością. Naszym zadaniem, jako rodziców, jest je chronić.

Autorka: Shireen Qudosi

Tłumaczenie Grażyna Jackowska, na podst.: https://www.foxnews.com




Dlaczego nie wolno rozmawiać o islamizmie na amerykańskim kampusie

Gdy zmierzałem na University of Rochester, by wziąć udział w dyskusji panelowej, nie spodziewałem się, że kilkoro studentów rozpętało kampanię w celu nie dopuszczenia do tego wydarzenia.

Powody ich postępowania były wymowne. Ten jeden incydent, dotyczący jednego wydarzenia, na jednym kampusie, jest dobrą ilustracją dzisiejszego klimatu intelektualnego w Ameryce.

Udałem się do Rochester, żeby mówić o ideach stojących za lSIS, Al Kaidą  i ogólnie ruchem islamistycznym na Bliskim Wschodzie. W panelu brali również udział: Graeme Wood z magazynu „The Atlantic”, Faisal Saeed Al Mutar (świecki aktywista i założyciel organizacji Ideas Beyond Borders), Adnan Ahmed (pisarz i imam w muzułmańskiej społeczności Ahmadijja). Wydarzenie było wspólnie sponsorowane przez fundację Ayaan Hirsi Ali, Ayn Rand Institute oraz College Republicans tego kampusu.

Jeszcze zanim którykolwiek z mówców przybył na kampus, wśród studentów krążyła petycja o skasowanie spotkania. Gdy panel miał się zacząć, kilka grup studentów, a wśród nich Students for a Democratic Society, przybyło, żeby wywrzeć nacisk na administrację i organizatorów w celu zamknięcia spotkania.

Na szczęście nie odnieśli sukcesu. Jednak ich obecność w sali była odczuwalna. Wielu z nich uczestniczyło w zebraniu, od czasu do czasu przeszkadzając okrzykami; niektórzy stali na końcu z transparentem i zdominowali czas na pytania i odpowiedzi swoimi krótkimi przemówieniami i gniewnymi protestami. Dlaczego byli przeciwko panelowi? Czemu tak bardzo nie chcieli, żeby to spotkanie i ten temat zaistniały na ich kampusie?

Częściowo wyjaśniają to ich czasem nachalne, a czasem pełne furii pytania (na nagraniu poniżej). Jednak wiele więcej dowiedziałem się z rozmów ze studentami po oficjalnej dyskusji, gdy wszyscy czterej uczestnicy panelu prowadzili długie rozmowy poza audytorium.

Najpierw wydawało się, że główne zastrzeżenie dotyczy czasu. Panel miał miejsce 21 marca, sześć dni po masakrze w dwóch meczetach w Nowej Zelandii. Kilkoro muzułmańskich studentów mówiło, że wciąż czują żałobę i postrzegali nasz panel na temat ruchu islamistycznego jako próbę zaprezentowania pewnej opinii, w ich mniemaniu bagatelizującej ten atak.

Spotkanie było jednak planowane wiele miesięcy wcześniej. Na początku października 2018 roku ja i organizator, Mohamed Ali, student w Rochester, po raz pierwszy rozmawialiśmy o moim udziale w tym panelu. Ponadto, sama debata zaczęła się od minuty milczenia dla uczczenia pamięci muzułmanów, którzy zginęli w Christchurch, a pierwszym dyskutowanym tematem była szkodliwość białej supremacji i antymuzułmańskiej bigoterii.

Były też inne zastrzeżenia, na przykład takie, że wśród sponsorów był klub College Republicans. Żaden z mówców nie był jednak związany z partią republikańską ani tym studenckim klubem. Jak się okazało, chodziło też o to, że poprzedni przewodniczący tego klubu został przyłapany na dystrybucji ulotek białych suprematystów w pobliskiej społeczności. Jednak obecne kierownictwo klubu publicznie się go wyparło, a wszyscy mówcy jasno i dobitnie wystąpili przeciwko zarówno białej supremacji, jak i przeciwko ruchowi islamistycznemu.

Słuchając dalej studentów i sondując ich poglądy, dotarłem do dwóch głównych obiekcji. Żadnej z nich nie da się obronić i obie ujawniają wpływ pewnych destrukcyjnych poglądów, przeważających dziś na kampusach koledżów.

Pierwsza obiekcja dotyczyła tego, że kampusowe kluby protestujących studentów – w tym związki studentów arabskich i muzułmańskich – nie zostały włączone do wydarzenia, ani nie konsultowano się z nimi. Gdyby tak się stało, to nie atakowaliby panelu. By zrozumieć poglądy tych studentów zapytałem jedną z liderek klubów, o jaki rodzaj włączenia i o jaką rolę im chodzi? Jak inaczej wyglądałby ten panel z ich udziałem? Jakie tematy chcieliby przedyskutować?

Odpowiedziała, że w dyskusji należałoby omówić “imperializm Stanów Zjednoczonych” na Bliskim Wschodzie i konsekwencje polityki zagranicznej Ameryki, co według niej i innych studentów jest główną, jeśli nie wyłączną, przyczyną zjawiska islamizmu. Gdy opisała mi, jak powinna wyglądać taka hipotetyczna dyskusja, jasne było, że nie znalazłoby się w niej miejsca na odkrywanie ideologii stojących za ISIS, Al Kaidą i islamizmem w ogóle.

Byłoby to całkiem odmienne wydarzenie, marginalizujące temat islamizmu i skoncentrowane na interpretacji roli Ameryki na Bliskim Wschodzie. Zaznaczę tu, że chociaż sam jestem krytyczny wobec polityki USA w tym regionie, choć z innych powodów, błędem jest postrzeganie zjawiska islamizmu jako rezultatu politycznych resentymentów wobec amerykańskiej polityki.

Istotą zastrzeżenia było to, że panel koncentrował się na ideach ruchu islamistycznego, a nie na doktrynerskim poglądzie studentów na amerykańską politykę, zatem ta dyskusja panelowa nie powinna się ich zdaniem odbywać na kampusie.

Drugie kluczowe zastrzeżenie dotyczyło sprawy “reprezentacji”, która wypłynęła na etapie pytań i odpowiedzi, a szczególnie podczas dyskusji po spotkaniu. Przez cały czas grupka studentów z tyłu sali trzymała baner z napisem „Wy nas nie reprezentujecie”. Pełne znaczenie tego stwierdzenia ujawniło się w późniejszych rozmowach. Mohamed Ali, który zorganizował panel i moderował go, napisał w doskonałym artykule dla „Quillette”, analizując sytuację:

„Po spotkaniu usłyszałem, jak protestująca studentka krytykuje mówców i narzeka między innymi, że organizatorem nie był Arab. Przerwałem jej, mówiąc, że to ja organizowałem debatę i że jestem Arabem. “Ty się nie liczysz – odparła natychmiast. – Znamy twoją politykę”. Później odkryłem, że jest przewodniczącą stowarzyszenia arabskich studentów. Już wcześniej byłem świadomy tego, że członków mniejszości, kwestionujących pewne ich ortodoksyjne praktyki, przyrównuje się do „wuja Toma”, ale po raz pierwszy sam tego doświadczyłem. To podejście było dość powszechne wśród protestujących. Faisal Saeed Al Mutar – urodzony w Iraku adwokat i jedyny Arab wśród mówców, wziął na siebie główne uderzenie tych ataków. Oskarżono go, że jest marionetką i zdrajcą, ponieważ dyskutował o roli religii w motywacji grup typu ISIS w jego rodzinnym kraju.

Szczególnie nie do przyjęcia była insynuacja, że rasa nie jest po prostu kategorią opisującą, ale niesie za sobą pewne obowiązki i nakłada pewne prerogatywy względem jednostki. Aby utrzymać swój status „autentycznego” Araba (lub członka każdej innej „marginalizowanej” grupy), człowiek powinien wierzyć w pewne rzeczy. Ponieważ to ja [Arab] zorganizowałem dyskusję, stałem się persona non grata wśród tych, którzy chcą, żebyśmy nie widzieli potworności popełnianych w imieniu islamu.

Wszelka analiza tego zagadnienia jest jakoby zdradą w stosunku do mojego plemienia, za co karą jest ekskomunika. Zacząłem nazywać to podejście “nakazowym rasizmem” – ideą, mówiącą o tym, że tożsamość rasowa powinna określać sposób działania ludzi i ich przekonania. Więc chcąc być akceptowanym jako Arab, muszę przyjąć to samo podejście, co wszyscy inni Arabowie.”

Konkluzją tej obiekcji dotyczącej “reprezentacji” jest to, że nasz panel co do zasady był „nieuprawniony”, ponieważ nie objął akceptowalnych rasowo i plemiennie “przedstawicieli”. „Nie-reprezentujący” organizator i „nie-reprezentujący” mówcy nie mają więc prawa zajmować się tymi sprawami, bo jest ono zarezerwowane dla odpowiednich członków plemienia. Dlatego idee i poglądy, które my, mówcy, przedstawiliśmy tego wieczora, powinny zostać uciszone.

Obydwie obiekcje protestujących prezentują aspekty światopoglądu plemiennego. Pierwsza traktuje poglądy przeciwne do własnych dogmatów jako nieuprawnione; druga podkreśla kolektywną tożsamość jako czynnik definiujący poglądy jednostki. Obie są z gruntu antyintelektualne. Taki światopogląd jest szczególnie szkodliwy na kampusie uczelni, dokąd studenci przybywają się uczyć i odkrywać nowe idee. Zamiast tego zachęca się ich do przyjęcia właśnie takiego, antyintelektualnego poglądu.

Tłumaczenie Grażyna Jackowska na podst.:
https://newideal.aynrand.org/why-students-protested-event-analyzing-islam/

Autor: Elan Journo – analityk amerykańskiej polityki zagranicznej, dyrektor programu badań politycznych w Ayn Rand Institute Ayn Rand Institute

 




Wymazać T—- R——-

Bezpieczeństwu Tommy’ego Robinsona w więzieniu Hammersmith, według oświadczeń osób go reprezentujących, na razie nic nie grozi. Przebywa w izolacji, co, chociaż jest uciążliwe, nie naraża go na ataki społeczności więziennej, której około 15% stanowią muzułmanie, w tym skazani dżihadyści.

Na zewnątrz więzienia trwa jednak kampania mająca wymazać go z życia publicznego.

Jego zawzięci wrogowie wyroili się w mediach społecznościowych, ciesząc się z jego skazania, życząc mu odsiadki 19 lat albo gwałtu pod prysznicem w więzieniu.

Wszystko to za naruszenie zakazu komentowania toczącej się sprawy sądowej (sprecyzujmy: wyrok już zapadł, czekano tylko na wymiar kary), przestępstwo, za które, jeżeli wierzyć mediom, od 70 lat nikt nie został skazany na więzienie. Kilka lat temu zdarzały się grzywny, ale nic ponadto.

Motłoch, żądający ukarania człowieka, bluźniącego przeciwko dogmatom poprawności politycznej, chce wyroków większych niż wyroki za terroryzm, nie mówiąc o wyrokach za pedofilię, o której informował Tommy Robinson.

Wymazać z mediów społecznościowych

Motłoch może spokojnie wyrażać swoje emocje, ponieważ Robinson został skutecznie wyrzucony z Twittera i Facebooka. Możemy dyskutować, czy charakter tych firm jest prywatny, czy zmierzają już w stronę firm użyteczności publicznej, ale faktem jest skuteczne jego wyciszenie. Nie tylko nie wolno jemu komunikować się na tych mediach, ale także nie wolno o nim wspominać na Facebooku. Przekonała się o tym pisarka, poetka, wykładowca Danusha V Goska, Amerykanka polskiego pochodzenia, która w latach 1988-89 studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za kilkukrotne opublikowanie informacji o Tommym Robinsonie i „naruszenie standardów Facebooka” usunięto jej konto.

W tym kontekście pisarka przypomina, jak nieskutecznie komuna wymazywała hasła z murów. Przypomina też, że w Polsce zawsze znajdowaliśmy sposób walki z totalitarną cenzurą i za nazistów, i za komunistów. Ostatecznie przeciwnicy wolności słowa przegrywają. A jednym z powodów ich działań i późniejszej przegranej jest strach.

Zdaniem cytowanej przez nią feministki, dr Phyllis Chesler, to brytyjski establishment chce wymazać Tommy’ego Robinsona, bo „uwidacznia on całkowitą porażkę nieczułej brytyjskiej policji, mediów i sądów, którzy nie zapewnili bezpieczeństwa zagrożonym obywatelom, dosłownie, wykorzystanym dziewczynkom, które były oszukiwane, porywane, wielokrotnie gwałcone, rozbite i sprzedane do życia w piekle muzułmańskich gangów gwałcicieli”.

Ośmieszyć

Nie tylko o wyciszenie chodzi, ale i o skompromitowanie. Wśród oklasków i ryków śmiechu możemy przeczytać nagłówki brytyjskich gazet, które piszą, że 70-latek pobił Robinsona pod prysznicem. Cóż jest śmieszniejszego niż uliczny zawadiaka, który dostał w łeb od starszego człowieka? Może i co innego mu jeszcze pod prysznicem zrobili – doda pewnie z nadzieją tłum.

Zmierzamy w stronę dystopii, w której każdego niewygodnego przeciwnika będzie można wymazać, wraz z wszystkimi, którzy zechcą o nim przypominać.

Gazety podają anonimowe źródła, władze nie komentują, ale nikt nie pyta, jak to się stało, skoro Robinson przebywa w izolacji? Zostały naruszone zasady, czy może jednak jest to zmyślone, żeby go poniżyć wśród zwolenników? Jego rzecznicy na zewnątrz więzienia zaprzeczają, bo mówią, że pierwsi by o tym wiedzieli. Nikomu bardziej od nich nie zależy na jego bezpieczeństwie. Można sobie wyobrazić nagłówki, gdyby to Robinson kogoś pobił? Można sobie wyobrazić zainteresowanie mediów, gdyby pobito któregoś ze skazanych pedofili?

Nikt nie musi odpowiadać. Wiemy, jak jest.

Rację może mieć jednak Danusha Goska, że ludzie znajdą sposób, żeby obejść cenzurę. W Wielkiej Brytanii pojawiają się na banknotach napisy #FreeTommyRobinson, pojawiają się napisy w różnych miejscach. Z drugiej strony – czy to w dobie elektronicznej komunikacji wystarczy?

Tym bardziej należy odpowiedzieć na pytanie o rolę mediów społecznościowych. Nie tylko o kwestię własności naszych danych, o czym bardzo obrazowo pisał (już trzy lata temu), Eryk Mistewicz, ale także o nasze prawo do wolności wypowiedzi w sytuacji, gdzie publiczną domeną dyskusji stali się giganci social media.

Inaczej, mam wrażenie, zmierzamy w stronę dystopii, w której każdego niewygodnego przeciwnika będzie można wymazać, wraz z wszystkimi, którzy zechcą o nim przypominać.

Jan Wójcik




NGO i ratowanie rozbitków – między moralnością a polityką

Prywatne inicjatywy ratunkowe argumentują, że ich postępowanie jest legalne i że muszą wpływać do portów z powodu zagrożenia ich bezpieczeństwa. Jednak to twierdzenie wymaga głębszej analizy, pisze Christoph von Marschall w „Der Tagesspiegel”.

Mimo wakacji w kilku niemieckich miastach odbyły się demonstracje solidarności z prywatnymi organizacjami ratującymi rozbitków na morzu. Organizacja pomocowa „Sea Watch” otrzymała ponad milion euro darowizn po tym, jak kapitan Carola Rackete, pomimo zakazu władz włoskich, w spektakularny i niebezpieczny sposób wprowadziła statek „Sea-Watch 3” z 40 migrantami na pokładzie do portu na wyspie Lampedusa. Według prokuratury podczas tego manewru prawie staranowała znacznie mniejszą łódkę włoskiej „Guardia di Finanza” i naraziła swoją załogę na niebezpieczeństwo.

Niemieckie NGO uważają, że nie do zaakceptowania jest fakt, iż wciąż na Morzu Śródziemnym toną imigranci. Nie tylko tak uważają, ale też robią coś, aby ich ratować. Znajdują znaczne poparcie w niemieckim społeczeństwie i są nawet traktowane jak bohaterowie. Według badań 72 % uważa ratunkowe NGO za pożyteczne, a 73 procent jest przeciwnych karaniu ich, jeśli złamią prawo. To jedna strona medalu.

Jednakże druga jego strona jest taka, że większość innych krajów UE raczej nie podziela tego poglądu. We Włoszech konflikt z „Sea Watch” zwiększa popularność prawicowego ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego. Gdzie indziej rośnie poparcie dla zaostrzonej polityki migracyjnej. Nie tylko w Polsce i na Węgrzech, ale także w Danii i Hiszpanii, którymi rządzą socjaldemokraci.

Unijna akcja nie sprawdziła się

Unia zakończyła akcję „Sophia” w marcu, ponieważ nie osiągnięto konsensusu w sprawie jej priorytetów, a także tego, co powinno się stać z osobami uratowanymi z Morza Śródziemnego. Głównym celem tej misji UE była ochrona granic Europy przed nielegalną migracją, walka z przemytnikami i pilnowanie, żeby łodzie z imigrantami nie wypływały z Afryki Północnej do Europy. Istniało jednak domniemanie, że Niemcy mają inne priorytety.

Włochy skarżyły się, że prawie połowa uratowanych rozbitków – 22 500 z 50 000 – została przywieziona do Włoch przez niemiecką marynarkę wojenną. W styczniu 2019 r. Niemcy postanowiły na razie przestać użyczać „Sophii” nowe statki. Włochy zawetowały również poprzednią zasadę, według której ponosiły odpowiedzialność za przyjęcie osób uratowanych w ramach „Sophii” i oczekiwały ich relokacji. Większość krajów UE sprzeciwia się takiemu pomysłowi.

Niemcy to szczególny przypadek w działalności związanej z ratownictwem morskim. Stąd pochodzi większość prywatnych statków ratowniczych, tutaj istnieje także wsparcie ze strony społeczeństwa, mediów, polityki. Nie jest tak nigdzie indziej w Europie. Niemcy stają się samotni – podobnie jak w 2015 r. w szczytowym okresie kryzysu migracyjnego. Ale czy są tego świadomi? Debata jest w tym kraju prowadzona tak, jakby podejście niemieckie było „miarą wszechrzeczy”. I jakby chodziło o edukację innych narodów europejskich i wykazanie własnej wyższości moralnej. W wiadomościach dwóch głównych kanałów publicznych, „Tagessschau” i „Heute” w jeden z weekendów wypowiadali się szeroko przedstawiciele organizacji pomocowych. Miejsca dla kontrargumentów zabrakło.

Prawo morskie traktowane jest wybiórczo

Organizacje pomocowe same dostarczają mnóstwa argumentów swoim krytykom. W przypadku „Sea Watch”, od swoiście interpretowanej sytuacji prawnej do wyjątkowej jakoby sytuacji na pokładzie, która podobno nie pozostawiała wyboru i zmusiła statek do brutalnego wtargnięcia do włoskiego portu pomimo zakazu. Odwołanie do norm prawnych wydaje się tu selektywne. Jeśli przydają się w obronie punktu widzenia NGO, wtedy przepisy prawne mają znaczenie, a jeśli nie, są przez nie ignorowane lub dopuszcza się ich ignorowanie z powodów „moralnych”.

Jest to jeden z powodów, dla których prywatne statki ratunkowe wielokrotnie stawały się prawną kością niezgody; dlatego państwa, pod których banderą działały, pozbawiły ich opieki; dlatego statki zostały zajęte i kapitanowie musieli odpowiadać przed sądem. Tłumaczenie organizacji pomocowych, że ich praca jest złośliwie „kryminalizowana”, jest wyjaśnieniem zbyt prostym. Każdy, kto przestrzega prawa i porządku w krajach UE, zazwyczaj nie ma kłopotów.

Jednym z powtarzających się zarzutów jest to, że statki nie stosują się do instrukcji odpowiednich centrów, zajmujących się wypadkami na morzach, oraz straży przybrzeżnej. A ich użytkownicy ukrywają prawdziwy cel użycia statków podczas flagowania i rejestracji. Statkowi, o którym podaje się [oficjalnie], że będzie służył do badań i miał na pokładzie małą załogę, stawiane są inne wymagania niż takiemu, który będzie przebywał na morzu z kilkudziesięcioma migrantami przez kilka dni lub nawet tygodni.

Jeżeli jednak organizacje te, tak jak planowały, zabrały już dziesiątki rozbitków przy wybrzeżu Libii, argumentują wtedy odwrotnie: statek nie jest przystosowany do przebywania na morzu z wieloma uratowanymi. „Nagły wypadek” wymusza natychmiastowe wejście do portu, na przykład włoskiego „portu ratunkowego”.

Umowy o ratownictwie morskim są niejednolite

Międzynarodowe przepisy dotyczące służb ratowniczych służą ratowaniu ludzi, którym przydarza się katastrofa morska i którym grozi utonięcie. Statki [znajdujące się w pobliżu] muszą przerwać kurs, zabrać osoby znajdujące się na pokładzie i przetransportować je do pobliskiego portu. Zasady te nie dotyczą jednak przypadków, w których migranci wsiadają celowo do nieprzystosowanych łodzi i sami narażają się na niebezpieczeństwo, aby dotrzeć do Europy.

Nie są one również przeznaczone dla przypadków, w których statki nie znajdują się na trasie z A do B, ale czekają na rozbitków w pobliżu dobrze znanej trasy migracji – i nie po to, żeby zabrać ich z powrotem na afrykańskie wybrzeże, lecz do Europy.

Można również zadać sobie pytanie, czy faktycznie niedopuszczalne jest transportowanie uratowanych osób z powrotem do Afryki. Na przykład w Tunezji są z pewnością (w sensie prawnym) „bezpieczne przystanie”, jak podają międzynarodowi prawnicy i agencja do spraw uchodźców, UNHCR. Jednak obecna sytuacja zabrania ich zdaniem wysyłania rozbitków z powrotem do Libii. Dotyczy to również przypadków, w której większość uratowanych wyjechała wcześniej do Libii z własnej inicjatywy, aby przedostać się stamtąd przez Morze Śródziemne do Europy.

Krytycy twierdzą również, że prywatni ratownicy morscy powodują nasilenie się migracji swoimi działaniami. Wielu migrantów nie wyruszyłoby w niebezpieczną przeprawę, gdyby przemytnicy ich nie zapewniali, że ratownicy na morzu już na nich czekają. NGO zaprzeczają takiemu związkowi i twierdzą, że czynnikiem zmuszającym ludzi do ucieczki jest sytuacja w ich krajach pochodzenia.

Liczba migrantów i utonięć gwałtownie spadła

Statystyki sugerują jednak inną interpretację: od 2015 r., kiedy świat obiegła wieść, że Niemcy czekają na migrantów i przyjmą wszystkich, zmniejszyły się wyraźnie zarówno liczba migrantów, jak i uratowanych, oraz utonięć. Według informacji UE dzięki misji „Sophia” liczba migrantów przybywających do Europy spadła o ponad 80 procent w latach 2015–2019. Według szacunków, 5143 osób utonęło w basenie Morza Śródziemnego w 2016, 3139 w 2017, 2299 w 2018 i 597 w pierwszej połowie 2019 r.

Przebieg konfliktu między prywatnymi niemieckimi służbami ratowniczymi a Włochami nasila europejski kryzys. Besztanie Włoch przez prezydenta RFN Franka Waltera Steinmeiera, ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa i ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera może faktycznie być w zgodzie z poglądem wielu Niemców. Nie pomaga to jednak Niemcom w zastanowieniu się, dlaczego znajdują tak małe poparcie dla swoich poglądów na problemy migracyjne w Europie.

Niemcy powinni nastawić się na znalezienie lepszego rozwiązania, niż ciągnące się tygodniami spory z Salvinim o zawinięcie „Sea Watch” do włoskiego portu – z którego uratowani też przyjeżdżają do Niemiec. Takie podejście wzmacnia poparcie dla Salviniego we Włoszech i powiększa koalicję tych ich partnerów z UE, którzy nie chcą być przez Niemcy uczeni moralności.

Autor: Christoph von Marschall

Oprac. Natalia Osten-Sacken na podst.: https://www.tagesspiegel.de