Kurdyjska posłanka dostała dodatkowy rok więzienia

Była posłanka z prokurdyjskiej partii HDP, Sebahat Tuncel, została skazana na rok więzienia za obrazę prezydenta Erdogana. Na wiecu w 2016 powiedziała, że Erdogan jest wrogiem Kurdów i kobiet.

Tuncel nie przyznała się do winy twierdząc, że była to normalna polemika wyborcza z przeciwnikiem politycznym. Posłanka odsiaduje obecnie wyrok 15 lat więzienia za przynależność do uznawanej za organizację terrorystyczną PKK i propagandę terrorystyczną – zarzuty, którym Tuncel również zaprzeczała.

W Turcji obraza prezydenta jest przestępstwem zagrożonym karą do czterech lat więzienia. W ubiegłym roku prowadzono dochodzenia w sprawie 26 115 osób, z których około 5 tysięcy stanęło przed sądem a 2462 zostało skazanych na więzienie. (g)

Źródło: Reuters




Tureckie rojenia o muzułmańskim supermocarstwie

Jeśli myślicie, że świat muzułmański potrzebuje rozwoju gospodarczego, wolności politycznych, nowoczesnej edukacji, równych praw dla kobiet i mniejszości religijnych, to jesteście w błędzie. Świat muzułmański potrzebuje supermocarstwa. Nie kalifatu, a supermocarstwa. Tak pisze czołowy turecki prorządowy publicysta Yusuf Kaplan z gazety „Yeni Safak”.

Kaplan nie określa, który kraj miałby być tym supermocarstwem, ale z jego wywodów jasno wynika, że musi to być Turcja, która władała Imperium Ottomańskim. Musi to bowiem być supermocarstwo, którego „głębia historyczna, bogactwo intelektualne i głęboko zakorzenione zaufanie do siebie pozwolą mu zdecydowanym krokiem podążać w przyszłość. Supermocarstwo, które wie, że decyzje, jakie wciela w życie, zmieniają sytuację poza jego granicami, a w naturalny sposób przyjmując rolę światowego przywódcy muzułmanów będzie działało jako twórca i protektor, wiodący ich w duchowej, umysłowej i fizycznej podróży do jedności świata muzułmańskiego”. Supermocarstwo będzie etapem pośrednim do odtworzenia kalifatu.

Kalifat jako kraina szczęśliwości

Jeśli myślicie, że Yusuf Kaplan uważa kalifat za przestarzały, za historyczny twór, który nie pasuje do współczesności, to znowu się mylicie. Kalifat dla tureckiego publicysty to coś najwspanialszego pod słońcem, to ideał, kraina szczęśliwości wszystkich jego mieszkańców, do której należy dążyć – chociaż nie w każdych warunkach można kalifat wprowadzić.

„Nie może być kalifatu, gdy nie ma dar al-Islam („dom islamu”, tereny podległe muzułmańskiemu władcy – red.)). Dar al-islam to dom pokoju, kraina, miejsce nie tylko dla muzułmanów. To miejsce, gdzie islam jest suwerenny, miejsce gdzie pokój, prawo i sprawiedliwość obejmują nie tylko muzułmanów ale i ludzi, których wierzenia, ideologie i filozofie są nieislamskie.”

Ale niestety, pisze Kaplan, od dwustu lat „dar al islam jest atakowany; świat muzułmański jest dziś w umysłowej i fizycznej niewoli. Imperialiści nie atakują go tak bezpośrednio, jak w okresie kolonialnym. Mają nad nim zdalną kontrolę przez swoje marionetki, swoje satelity i przez wykorzystywanie wszystkich jego zasobów. Poddają masy umysłowemu zniewoleniu. Umysły mas w świecie islamu są atakowane tak samo jak w reszcie świata, ludzkość jako całość jest dobrowolnym niewolnikiem świeckiej kultury Zachodu”.

Innymi słowy, ponieważ nie można na razie odtworzyć sytuacji kalifatu, gdzie ludność wierzyła bez zastrzeżeń w islam, a innych wpływów kulturowych nie było, trzeba najpierw stworzyć mocarstwo, a dopiero potem przekształcić jego kulturę tak, aby pozbyć się wpływów „świeckiej kultury Zachodu”. Jest to zatem pomysł na tworzenie totalitarnego, muzułmańskiego mocarstwa.

Nie są to fantazje ciemnego, fanatycznego imama z meczetu na tureckiej prowincji, tylko głos osoby, która jest jednym z najważniejszych tureckich prorządowych publicystów, opublikowany w gazecie mającej bardzo bliskie związki z rządem.

O czym marzy Erdogan

Możemy przypuszczać, że głos ten wyraża jeśli nie zamiary, to przynajmniej marzenia prezydenta Erdogana, nieustannie przypominającego dni chwały Turcji jako Imperium Ottomańskiego. Prezydenta, który jednocześnie podejmuje działania, mające zwiększyć znaczenie islamu w życiu kraju (przywrócenie Hagia Sophii funkcji meczetu)  jak i praktyczne działania dla zwiększenia międzynarodowego znaczenia Turcji.

Inwazja na Syrię, wysłanie wojsk tureckich do Libii, umowa z Libią o podziale Morza Śródziemnego, poszukiwania gazu ziemnego w częściach tego morza należących do Cypru i Grecji, próby zastraszenia Unii Europejskiej inwazją imigrantów – to wszystko posunięcia Erdogana podjęte w okresie zaledwie dwóch ostatnich lat, gdy zdobył prezydenturę, dającą mu niemal dyktatorskie uprawnienia.

Na jeden element tekstu Kaplana warto zwrócić uwagę: autor posługuje się terminem „supermocarstwo”. Nie mocarstwo, tylko supermocarstwo. „Mocarstwo” oznaczałoby po prostu silny ekonomicznie i militarnie kraj. Ale supermocarstwo oznacza coś innego. Tak określane były w okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, dziś czasem mówi się tak jeszcze o Chinach.

Podstawową cechą supermocarstwa nie jest potęga gospodarcza, lecz militarna i posiadanie broni atomowej – tak jak to było w ZSRR. Kaplan zapewne nieprzypadkowo używa tego terminu, bo w jego zamyśle nie może być dziś wielkiego mocarstwa, dominującego nad całym światem muzułmańskim i przeciwstawiającego się Zachodowi, jeśli nie będzie to mocarstwo nuklearne. Dziś jednak Turcja takiej broni nie ma.

Analiza realności takiego scenariusza wymagałaby osobnego tekstu. Warto wspomnieć o jednej rzeczy: Erdogan jest niezwykle popularny w krajach arabskich, znacznie bardziej niż prezydenci Rosji i USA. W przeprowadzonych dwa lata temu przez BBC wielkich badaniach w 10 krajach Bliskiego Wschodu, pozytywnego zdania o Erdoganie było średnio 51% respondentów (o Putinie 28%, o Trumpie 12%). Potencjał do ofensywy ideologicznej – „stwórzmy muzułmańskie mocarstwo pod moim przywództwem” – Erdogan niewątpliwie ma.

Zachód, czyli imperialiści

Teksty Kaplana są ostro antyzachodnie. Zachód to nie tylko „świecka kultura”, to po prostu „imperialiści”, od których wpływów świat islamu ma się odciąć, żeby ponownie stać się „domem islamu”. Program budowy totalitarnego, nuklearnego mocarstwa islamskiego, które będzie przeciwstawiało się Zachodowi – i być może występowało w obronie muzułmanów tam mieszkających – jest sam w sobie wizją, która może przerazić.

Ale jest jeszcze drugi, równie przerażający aspekt publicystyki Yusufa Kaplana –  to, co jej charakter mówi nam o tureckich prorządowych intelektualistach.

Bo w kategoriach zachodnich Kaplan to intelektualista. Magisterium i doktorat z medioznawstwa zdobyte w latach dziewięćdziesiątych na uczelniach w Wielkiej Brytanii. Profesor na tureckim uniwersytecie, przez jakiś czas redaktor naczelny prorządowej gazety i portalu Yeni Safak, których dzisiaj jest publicystą. I nie chodzi o to, że jest on skrajnie prorządowy, skrajnie nacjonalistyczny i islamistyczny. Chodzi o to, co i jak pisze.

Z jednej strony jest ślepym apologetą Imperium Ottomańskiego. Przypuszczalnie wierzy w to co pisze, że kalifat to miejsce, gdzie zagwarantowane było prawo, pokój, sprawiedliwość, wolność myśli i wyznania – chociaż niemuzułmanie byli tam zawsze obywatelami drugiej kategorii, a o wolności myśli i wyznania (lub jego zmiany) nie ma co w ogóle mówić.

Być może jest szczerze przekonany, że „zdobycie Konstantynopola jest znakiem cywilizacyjnego przełomu, który pokazał, że może zostać ustanowiony pokojowy ład na świecie i podstawy, na jakich można to osiągnąć” – mając zapewne na myśli islam.

Imperium Ottomańskie jako raj na ziemi

Pewne wątpliwości co do swobód pod tureckim władaniem mieliby niewątpliwie Grecy, Bułgarzy i mieszkańcy Bałkanów, którzy w krwawych walkach zdecydowali się w XIX wieku zrezygnować z tych dobrodziejstw. Polska miała przez cały wiek XVII sporo do czynienia z Imperium Ottomańskim, które próbowało opanować wschodnie ziemie Rzeczpospolitej i systematycznie porywało co roku z jej terenów tysiące ludzi.

Jednakże taka jest oficjalna wykładnia historii w dzisiejszej Turcji, że jej imperium było dla wszystkich podbitych ludów rajem na ziemi, podboje dokonywane były przez radosne poddawanie się kolejnych chrześcijańskich krajów dobrotliwemu muzułmańskiemu władcy, a janczarzy to była straż honorowa witająca zagranicznych gości.

Z drugiej strony w tekstach Kaplana znajdujemy obserwacje dotyczące dzisiejszego świata, które są po prostu chorymi urojeniami. Ich przykładem jest stwierdzenie – nie poparte ani jednym faktem – że dzisiaj stworzyć kalifat, który będzie niewolnikiem Zachodu, próbują Brytyjczycy, a używają do tego „pewnych osób i formacji w krajach muzułmańskich”. To już świadczy o spiskowej wizji świata, ocierającej się o diagnozę psychiatryczną.

Z trzeciej strony znajdujemy w jego tekstach stwierdzenia, świadczące o całkowitej nieznajomości historii. W jaki sposób doktorat – z czegokolwiek – w Wielkiej Brytanii mógł dostać człowiek, który pisze, z całą powagą:  „Pomyślcie tylko: gospodarka brytyjska wzrosła dokładnie dziesięciokrotnie w latach 1610-1640. W jaki sposób? Gdy Krzysztof Kolumb napadł na Amerykę, przywiózł minerały i bogactwo do Anglii, a także wyssał krew Indii przez Kompanię Wschodnioindyjską, założoną w 1602 roku”.

Gospodarka brytyjska nie wzrosła dziesięciokrotnie w latach 1610-1640, wzrosła może o 7,5%, czyli jakieś 130 razy mniej. Krzysztof Kolumb niczego do Anglii nie przywiózł, bo był poddanym Hiszpanii, wrogiego wobec Anglii mocarstwa i w Anglii nigdy nie był. Kompania Wschodnioindyjska powstała nie w 1602 roku tylko dwa lata wcześniej, ale to i tak było za późno, żeby Kolumb mógł ja zakładać – zmarło mu się 94 lata wcześniej, w 1506 roku.

Erdogan chce „więcej szczęśliwych zdobyczy”

Kaplan swobodnie tworzy historię, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ale jego ignorancja świadczy nie tylko o nim, ale o całej tureckiej klasie islamistycznych intelektualistów. Jego bzdury zostały opublikowane w wielkim prorządowym medium i nikt na to nie zwrócił uwagi, żaden redaktor ani żaden życzliwy kolega.

Być może wszyscy oni są kompletnymi ignorantami, być może uważają, że wszyscy czytelnicy są idiotami – a przypuszczalnie jednak sądzą, że to nie ma żadnego znaczenia, jak wyglądała historia naprawdę.

Przypuszczalnie uważają, że historia jest nie narzędziem do analizowania przeszłości i teraźniejszości, ale zestawem informacji, które mają dostarczać powodów do nienawiści do Zachodu, że rolą intelektualistów jest tą nienawiść wzbudzać, aby pomagać władcy w budowaniu Islamskiego Supermocarstwa. Jeśli ich wzorem jest Józef Goebbels, to wzorem Erdogana musi być Adolf Hitler.

————————

P.S. Na obchodach rocznicy zdobycia Konstantynopola przez Turków 29 maja Erdogan powiedział: „Życzę, by Bóg dał temu narodowi wiele więcej szczęśliwych zdobyczy”.

Grzegorz Lindenberg

Na podstawie tekstów Yusufa Kaplana:

 „The Muslim world needs a superpower”

„Let the US burn so the world can breath”

„Before and after the Conquest of Istanbul: How Hagia Sophia came to symbolize world peace”

Polecamy także: Egipski dziennikarz porównał Erdogana do Hitlera

 




Hipokryzja tureckich i pakistańskich skarg na „islamofobię”

Turecki prezydent Erdogan nie tylko postrzega siebie jako lidera muzułmańskiego świata – współczesnego, panislamistycznego, otomańskiego sułtana – ale prowadzi także wojnę przeciwko „islamofobii”. W ostatnich latach  dołączył do niego w tej szczególnej walce premier Pakistanu, Imran Khan. Razem uruchomili w ubiegłym roku program „antyislamofobiczny”.

Chociaż obaj są skorzy do udzielania Zachodowi lekcji o trudnej sytuacji muzułmańskich mniejszości, to głosy niemuzułmańskich społeczności w Turcji i w Pakistanie są często zagłuszane. Gdy Erdogan finalizował decyzje w sprawie Hagia Sophii, Khan uległ islamistycznej presji w sprawie sądowego zatrzymania budowy pierwszej hinduistycznej świątyni w Islamabadzie.

Do liderów islamistycznego oburzenia przeciwko świątyni należeli także powiązani z rządem kaznodzieje i osoby z rządzącej koalicji Khana. Wpływowy członek Pakistan Muslim League – Quaid (PML-Q), popierającej politycznie Khana, powołał się na burzenie idoli przez proroka  Mahometa podczas podboju Mekki, sugerując, że zbudowanie hinduistycznej świątyni byłoby bluźnierstwem przeciwko „państwu Medyny”, gdzie przestrzegano prawa szariatu.

Khan, którego retoryka często ogniskuje się na stworzeniu w Pakistanie „medyńskiego państwa dobrobytu”, poprosił teraz krajową Council of Islamic Ideology o decyzję czy islam zezwala na budowanie nieislamskich miejsc kultu. Obecnie ponad 95%  hinduistycznych świątyń sprzed podziału Indii już w Pakistanie nie istnieje. Działania Khana przypominają antychrześcijańskie zawłaszczenia dokonywane przez Erdogana. Od lat tureckie władze przejmują kościoły oraz klasztory i zmieniają je w meczety.

Oba państwa mają ze sobą wiele wspólnego. Turcja Erdogana wciąż zaprzecza, że dokonała ludobójstwa ormiańskich chrześcijan, a Khan jest przywódcą Pakistanu, który nigdy nie przyznał się do ludobójstwa dokonanego na Bengalczykach. Tak jak historycznie Pakistan postrzega hinduistyczną populację, zwłaszcza dawny Wschodni Pakistan, jako sympatyków Indii, podobnie większa część tureckiej wrogości w stosunku do  chrześcijan ma swoje korzenie w antagonizmie wobec sąsiadujących z nią Grecji i Cypru.

Khan, który wielokrotnie przyrzekał utworzenie państwa islamskiego, posługuje się zwrotem „hinduski nacjonalizm” jako obelgą potępiającą indyjską partię rządzącą i kwestionuje indyjski sekularyzm, podczas gdy kieruje krajem, w którym to słowo na „s” jest tabu. Zaś Erdogan wielokrotnie oskarżał Izrael o niszczenie islamskiej spuścizny w Jerozolimie, usilnie pracując nad usunięciem chrześcijańskiej przeszłości z historii własnego kraju.

Obaj ci ludzie nie tylko podnoszą krzyk na temat „islamofobii”; jednoczy ich również uparte dążenie do „prostowania nieprawdy” na temat islamu. A w rezultacie tracą na tym jedynie tureckie i pakistańskie mniejszości religijne.

Kunwar Khuldune Shahid

Autor jest korespondentem portalu TheDiplomat.com w Pakistanie. The Diplomat to istniejący od 2002 roku magazyn poświęcony tematyce Azji I Pacyfiku; redakcja mieści się w Waszyngtonie. Shahid należy do 101Reporters, pan-azjatyckiej sieci reporterów. Publikował w The GuardianThe IndependentForeign PolicyBBCHaaretzArab NewsLe Monde, The Telegraph

Oprac. Grażyna Jackowska na podst. spectator.us




Amerykanin zastrzelony w pakistańskim sądzie

Amerykański obywatel pochodzenia pakistańskiego Tahir Ahmad Naseem, 29 lipca został zamordowany w pakistańskim sądzie, gdzie toczył się jego proces o bluźnierstwo.

57-letni Naeem wystąpił z sekty Ahmadija, uważanej w Pakistanie za heretycką i ogłosił się mesjaszem i prorokiem. Z  tego powodu został w 2018 oskarżony o bluźnierstwo, co w Pakistanie zagrożone jest karą śmierci. Jego zabójca, 19-latek, w niewiadomy sposób przemycił pistolet do strzeżonej sali sądowej, a po morderstwie dał się bez problemu pochwycić i stwierdził, że Naseem „był wrogiem islamu, wrogiem Pakistanu”.

Kara za bluźnierstwo nie była nigdy w Pakistanie wykonana, ale z jego powodu wiele osób, na które rzucono takie oskarżenie, zostało zamordowanych przez tłumy fanatyków. Były gubernator Pendżabu, Salmaan Taseer, który prowadził kampanię na rzecz zniesienia przepisów o bluźnierstwie, został w 2011 zabity przez własnego ochroniarza.

Spośród skazanych na karę śmierci największy rozgłos zdobyła chrześcijanka Asia Bibi, która po kilkuletnim pobycie w celi śmierci została uniewinniona przez pakistański sąd najwyższy i udało jej się wyjechać do Kanady. (g)

Źródło: New York Times




Państwo Islamskie jako quasi państwo

Jak wyglądała struktura ISIS, jakie zasady panowały w Państwie Islamskim i jakie dżihadyści mieli cele? Badacze terroryzmu przeprowadzili wywiad z wysokim rangą, uwięzionym w Iraku członkiem ISIS.

Hajji Abdul Nasser Qardash był ważnym funkcjonariuszem Państwa Islamskiego. Zatrzymany przez siły amerykańskie w 2005 roku jako członek Ansar al-Islam, dwa lata później wypuszczony, złożył przysięgę na wierność Al-Kaidzie w Iraku. W 2011 roku przedstawiono go Abu Bakrowi Al-Baghdadiemu. Miał duży wpływ na tworzenie się ISIS; jego ideą było połączenie frakcji terrorystycznych w Iraku i Syrii.

Szczegóły, które Qardash podał prowadzącemu wywiad Hushamowi Al-Hashimiemu, powinny być traktowane z ostrożnością, ale weryfikowane były w innych wywiadach z członkami ISIS.

Przede wszystkim, głównym według Qardashiego powodem powstania ISIS była mobilizacja sunnitów wokół Baghdadiego, wykorzystująca sektariańskie podziały i konflikt z szyitami w Iraku i alawitami w Syrii. Mówi też o bezczynności sąsiednich krajów arabskich, które traktowały to początkowo jako sprawę konfliktu wewnętrznego Iraku i Syrii.

Zasady organizacji państwowości, która miała zająć tereny Iraku i Syrii, podważając ówczesne granice, opierały się na ścisłym podporządkowaniu Baghdadiemu i Abu Ala al-Afriemu (zginął w 2016), który był dowódcą organizacji w Syrii. Jedyną religią dozwoloną na tym obszarze był sunnicki islam w interpretacji Baghdadiego i Afriego. Ktokolwiek odchodził od tych zasad, nawet będąc salafitą czy członkiem Al-Kaidy, uznawany był za apostatę i przeciwnika.

ISIS zapewniało ochronę tylko tym, którzy złożyli przysięgę na wierność liderom – każdy, kto związał się z kalifatem miał zapewnione bezpieczeństwo osobiste i swojej rodziny oraz majątku. Wszystkie władze sądownicze czy administracyjne były rozdzielane ze względu na lojalność wobec przywódcy. Sędziowie mieli orzekać zgodnie z naukami wiary interpretowanymi przez Afriego i Baghdadiego.

ISIS nie musiało, jak inne organizacje terrorystyczne, zajmować się produkcją narkotyków, żeby utrzymać wojenną gospodarkę. Terroryści zdobyli dużą ilość zabytków ruchomych, które sprzedawali do Europy i innych krajów świata. Najgorzej szło im z artefaktami syryjskimi, które były dobrze udokumentowane, więc w zemście za niemożliwość ich eksportu na Zachód zostały zniszczone.

Drugim źródłem wpływów był przemyt ropy naftowej, który został dozwolony przy pomocy fatwy, dopuszczającej handel z wrogiem w trakcie zawieszenia broni. Zarządzał tym członek ISIS, który miał duże doświadczenie przemytnicze i relacje z lokalnymi i regionalnymi wrogami. Poza tym, incydentalnie i jednorazowo Państwo Islamskie wybiło złote monety z dwóch ton 21-karatowego złota.

Budżet był scentralizowany i każdy willajat, okręg, otrzymywał raz w miesiącu środki finansowe. Roczny budżet jednego z willajatów, którym zarządzał Qardashi w 2015 roku wynosił 200 milionów dolarów. I to pieniądze, jego zdaniem, najbardziej motywowały  miejscowych do brania udziału w dżihadzie prowadzonym przez ISIS.

Pozostała struktura organizacyjna była jednak zdecentralizowana. Poza głównymi liderami nie było ścisłej organizacji i wszystko opierało się na ogłoszeniu lojalności wobec ISIS. Poza terenem Syrii i Iraku, w innych krajach gdzie powstawało ISIS, struktura była już zupełnie niezależna. Cała komunikacja, finansowanie, ściąganie zagranicznych bojówkarzy, były pod kontrolą jednego człowieka, bliskiego Baghdadiemu, znanego jako Abu Ibrahim al-Qurashi al-Hashimi, który prawdopodobnie obecnie jest liderem ISIS. Miał on kontakty z Algierczykami, Tunezyjczykami, Egipcjanami i Libijczykami.

Struktura kalifatu opisana przez Qardashiego była nieskomplikowana. Na czele stał kalif Baghdadi, który wraz z wiernym, bliskim kręgiem dżihadystów jeszcze z czasów Al-Zarqawiego, decydował o polityce państwa. Decydowali oni o funduszach, mediach, działaniach wojennych czy obsadzie stanowisk. Komitet Delegatów zajmował się sprawami administracyjnymi.

Biuro Żołnierzy istniało w każdym willajacie i było odpowiedzialne za prowadzanie akcji militarnych pod dowództwem wojskowego lidera willajatu. Prowadzili walkę partyzancką, bezpośrednią, podkładali ładunki wybuchowe, dokonywali samobójczych zamachów i starali się infiltrować wroga. Z kolei Biuro Ogólnego Bezpieczeństwa odpowiedzialne było za rekrutację w social mediach, transport samobójców zamachowców, przygotowanie obozów szkoleniowych, zakup broni, a także organizację tajnych miejsc spotkań, kryjówek, śledzenie korespondencji.

Jednym z pilniej strzeżonych sekretów było Biuro Pieniędzy, Złóż i Datków, które dbało, by wszystkie inwestycje ISIS i osób sympatyzujących z nim, szczególnie te dokonywane poza Irakiem i Syrią, były utajnione. Qardashi jednak ze swojego doświadczenia wiedział, że we wschodniej Syrii były cztery główne źródła finansowania organizacji: przemyt ropy naftowej, przemyt broni i towarów, pieniądze z okupów za porwania celebrytów, dziennikarzy, członków organizacji humanitarnych i lokalnych notabli, oraz dochody ze sprzedaży ciał martwych lub zabitych osób – była to „sprzedaż ciała niewiernego”.

Za najważniejszą gałąź działalności ISIS Baghdadi uważał media. To obecność Państwa Islamskiego w mediach zarówno głównego nurtu, jak i społecznościowych, miała przyczynić się do jego zwycięstwa. Baghdadi twierdził, że ciągłe ataki, zmęczenie wroga, zwłaszcza poprzez zamachy przeprowadzane w Europie, były ważniejsze niż zwycięstwa w bitwach. Dopiero to miało przynieść sukces organizacji.

Jednym z wniosków, który analitycy wyciągnęli z rozmów z funkcjonariuszami ISIS, jest wiedza o  funkcjonowaniu terrorystów dzięki destabilizacji harmonii społecznej, dzięki niszczeniu lokalnych struktur, zastępowaniu ich swoimi i uzależnianiu społeczeństwa od pomocy Państwa Islamskiego. Przy braku dobrych teologów i prawników, organizacje ISIS powstające w innych krajach niż Syria i Irak mogą być zwalczane poprzez wzmacnianie, szkolenie i zbrojenie sunnickich muzułmanów do obrony przed terrorystami.

Jan Wójcik

Źródło: Center for Global Policy




Bractwo Muzułmańskie: zakazać czy nie?

Problemu nie ma z liberalnymi muzułmanami, problemem nie jest też kwestia postępowania wobec terrorystów islamskich. Natomiast w odniesieniu do islamistów nie posługujących się przemocą, takich jak Bractwo Muzułmańskie, nie milknie debata, co z nimi zrobić – zakazać ich działania czy nie?

Rządy zachodnie do wprowadzenia zakazu usilnie namawiają państwa Bliskiego Wschodu, takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Egipt czy ostatnio Jordania, które same przyjęły wobec Bractwa Muzułmańskiego twardy kurs. Kurs związany akurat mniej z  religijnymi pomysłami Bractwa, a bardziej z zagrożeniem, jakie stanowiły  jego działania dla lokalnej władzy.

Chociaż przez dekady ruchy islamistyczne usiłowały zapracować na markę organizacji zajmujących się działalnością charytatywną, społeczną i prawami człowieka, to jednak ideologia tych ugrupowań wykorzystuje religię do zdobycia władzy. Jak wskazuje część ekspertów, ugrupowania terrorystyczne przejęły ideologię Ikhwanów (Braci Muzułmanów) przynajmniej w części. Kraje wymienione wyżej postanowiły, że nawet ideologiczna aktywność, bez przemocy, jest niedopuszczalna. Dołączyły do nich wkrótce Bahrajn, Syria, Tadżykistan, Kazachstan, Turkmenistan i Uzbekistan. Niepokojące jednak jest to, że wszystkie z nich łączy jedna cecha – autorytarne rządy.

Głosy przeciwko działalności islamistów dochodzą jednak nie tylko z tej strony. Mieszkająca w Waszyngtonie indyjska dziennikarka, specjalistka od relacji amerykańsko-indyjskich Sheema Shirohi, wyraża zdziwienie, że w Stanach Zjednoczonych wsparcie rządowe otrzymują siostrzane organizacje terrorystów atakujących Indie.

Shirohi pisze wprost o Radzie Stosunków Amerykańsko-Islamskich (CAIR) i Islamskim Kręgu Ameryki Północnej (ICNA). Oskarża je o budowanie w Stanach Zjednoczonych jednostronnej narracji na temat konfliktu między Pakistanem a Indiami w Kaszmirze. Obwinia za to zwłaszcza ICNA, powiązaną z Dżamaat-e-Islami – ruchem politycznym założonym przez ideologa islamizmu Abu Ala Maududiego, który w przeszłości w Azji Południowo-Wschodniej odpowiedzialny był za rozlew krwi, a obecnie jego publikacje są zakazane w Kaszmirze przez Indie.

Bliżej nas, w Niemczech, podnoszą się głosy o zbytniej bliskości niemieckich mediów i rządu z islamistami z tego samego nurtu. Na gazetę „Die Tageszeitung” spada krytyka za to, że stała się forum dla islamistów, przedstawiających się na ich łamach jako ofiary wykluczenia. Przewodniczący Niemieckiej Wspólnoty Muzułmańskiej (dawniej Islamskiej Wspólnoty Niemiec, IGD) Khallad Swaid, dostaje od gazety możliwość wybielania swojej organizacji, która tymczasem jest od lat pod obserwacją niemieckiego Urzędu ds. Ochrony Konstytucji (BfV). Związki IGD z ruchem islamistycznym w Europie, a właściwie kluczowe znaczenie tej organizacji i postaci z nią związanych dla rozwoju islamizmu w Europie, są dobrze udokumentowane, chociażby w książce „Mosque in Munich” Iana Johnsona.

Jednocześnie stowarzyszenie byłych muzułmanów zmuszone jest protestować przeciwko zaproszeniu Nurhan Soykan, generalnej sekretarz Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech, do udziału w religijnym centrum utworzonym przy federalnym ministerstwie spraw zagranicznych. Zdaniem Miny Ahadi, irańsko-austriackiej aktywistki na rzecz świeckości, Soykan promuje hidżab, bagatelizowała antysemickie marsze muzułmanów, jest przeciwko potępieniu ludobójstwa Ormian i milczy w sprawie prześladowania mniejszości w świecie muzułmańskim. Decyzję rządu Ahadi nazywa ignorancją.

Eksperci ds. radykalnych ruchów muzułmańskich na debacie „Bractwo Muzułmańskie i Zachód”, która odbyła się w poprzednim tygodniu, również rozważali kwestię zakazania działalności tego ruchu. Dyplomata John Jenkins, który doradzał rządowi brytyjskiemu w sprawie polityki wobec Bractwa Muzułmańskiego, uważa, że zakaz jego działalności jest błędnym rozwiązaniem, chociaż on sam uważa ruch za zagrożenie dla spójności społeczeństw zachodnich. Zdaniem Jenkinsa nie wiemy, czego tak właściwie mamy zakazać i kto należy do Bractwa Muzułmańskiego. Nie jest to więc problem związany z przestępczością, lecz problem ideologiczny.

Tę trudność podkreślił też Ahmed Akkari, były członek Bractwa, odpowiedzialny kiedyś za zamieszki w sprawie duńskich karykatur proroka Mahometa. Pokazał on wielowymiarową naturę Bractwa które potrafi przejawiać się jako umiarkowane i jako radykalne, jako mogące współegzystować ze świeckością i jako chcące odwrotu od sekularyzmu. Także inny ekspert, dr Lorenzo Vidino, uważa, że Bractwo funkcjonuje znakomicie w szarej strefie.

Co z tym fantem zrobić? Odpowiedź znajduje się pomiędzy skrajnościami: organizacja terrorystyczna czy islamski ruch demokratyczny? Na pewno nie pośrodku, a raczej bliżej radykalizmu, ale też nie na tyle blisko, by były powody uznania organizacji należących do ruchu Bractwa za organizacje przestępcze.

Może poprawną odpowiedzią jest ta, która płynie ze strony byłych muzułmanów i Miny Ahadi. Odebrać Bractwu możliwości współpracy z rządem, reprezentowania społeczności, ukrócić finanse, które płyną z zagranicy, od instytucji unijnych i uniwersytetów. Traktować jak zgniłe jajo, tak jak traktuje się wszystkie ruchy skrajne. W takich działaniach najbardziej zaawansowana jest Austria, nota bene współpracująca z dr Vidino.

Jan Wójcik, obserwuj autora na Twitter @jankwojcik

Źródła: Gulf News, achgut.com, tichyseinblick, ORF

 




„Cień Boga na Ziemi” kłania się przed „Synem Nieba”

Po „zdobyciu” Hagia Sophii coraz głośniej jest o marzeniach tureckich islamistów o odtworzeniu kalifatu, ale co to będzie za przywódca muzułmanów, który swoich wiernych, w tym przypadku Ujgurów, odsyła do chińskich, ateistycznych obozów reedukacji. 

Erdogan Zdobywca

W ubiegłym tygodniu jedną z głównych wiadomości poruszających świat były pierwsze muzułmańskie modlitwy w Kościele Mądrości Bożej, Hagia Sophia, przekształconym z muzeum na meczet. Świat był zaniepokojony i zasmucony, za to w swoim kraju prezydent Erdogan, inspirator tego zdarzenia, święcił triumfy jako lider wspólnoty muzułmańskiej. Mianowany przez niego szef urzędu ds. religii, Diyanetu, Ali Erbaş, na kazalnicę wszedł podpierając się osmańskim mieczem.

Miecza tego, jak wyjaśniła gazeta „Daily Sabah”, co tydzień używano w meczetach, które były symbolem podboju. Podobną symbolikę miały dwie zielone flagi wywieszone w nowym meczecie. Sam Erbaş przypomniał, że meczet Hagia Sophia został powierzony wiernym i ktokolwiek narusza zasady z tym związane, będzie przeklęty. Nieprzypadkowa była też data pierwszych modlitw – to rocznica podpisania w 1923 roku traktatu w Lozannie, którego skutkiem były wysiedlenia chrześcijan z Turcji i muzułmanów z Grecji.

Tak więc nikt w Turcji nie krył się z wojowniczą symboliką, jaką okraszono to „zdobycie”. Erdogan wyrecytował w Hagia Sophii otwierającą Koran surę Al-Fatiha. Postać Erdogana na okolicznościowych przypinkach występowała obok postaci Mehmeta Zdobywcy, który w XV wieku po ponad 900 latach istnienia jako kościół chrześcijański przekształcił świątynię po zdobyciu Konstantynopola w miejsce modlitwy islamu.

Z drugiej strony Erdogan występował w opozycji do działań Mustafy Kemala Atarka, który po następnych pięciu wiekach zamienił meczet w muzeum, gdy prowadził kraj w kierunku świeckości. Obecna zamiana ma więc charakter wyzwania, rzuconego zarówno chrześcijaństwu, jak i świeckości. To także wyzwanie rzucone judaizmowi, bo „rekonkwista” Hagia Sophii to w retoryce prezydenta Turcji pierwszy krok na drodze do „wyzwolenia” Al-Quds, Jerozolimy.

Miało to też swoją kontynuację, bo w poniedziałek prorządowe i islamistyczne gazety tureckie zaczęły wzywać do powołania kalifatu i uczynienia Erdogana kalifem. „Jeśli nie teraz to kiedy?”, pisał tygodnik „Gercek Kayat”.

Kalif, którego nie chcą muzułmanie

Jednak w świecie muzułmańskim, pomimo tej retoryki, niewielu chciałoby uznać Erdogana za przywódcę świata muzułmańskiego. Może islamiści z szerokiego nurtu Bractwa Muzułmańskiego, ale modlitw nie zaszczycił swoją obecnością żaden z zaproszonych liderów państw muzułmańskich. Co prawda Erdogan zaprosił jeszcze papieża Franciszka, ale sporo osób odebrało to zaproszenie jako afront. Uczeni najważniejszej w świecie muzułmańskim uczelni Al-Azhar potępili działania prezydenta Turcji jako sprzeczne z duchem islamu.

Niezależnie od tego, jak spojrzymy na to z teologicznego punktu widzenia, faktem pozostaje narastająca konfrontacja pomiędzy Turcją a Egiptem o wpływy w Libii i potencjalne wpływy z wydobycia gazu ziemnego we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. A Egipt to nie jedyny kraj muzułmański pozostający w konflikcie z Turcją, są to także Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, a i Tunezja w kwestii relacji z Turcją jest podzielona. Po zmianie władzy Sudan też jest mniej otwarty na tureckie wpływy.

W kraju Erdogan może nawiązywać do postaci wojowniczego sułtana i prowokować, powiedzmy szczerze, dość niezainteresowany symboliką i kwestią losów Hagia Sophii Zachód. To jednak nie czyni z niego faktycznego lidera muzułmanów. A na świeżo tworzonym pomniku „Erdogana Zdobywcy” pojawiają się tak brzydkie rysy, jak współpraca z chińskim rządem w prześladowaniu chińskich muzułmanów, Ujgurów. Już wcześniej jego krytyka zamykania mniejszości muzułmańskiej w chińskich obozach reedukacyjnych została uciszona i Erdogan, chcący stać się „cieniem Boga na Ziemi” (tytuł sułtanów – przyp. red.) nabrał wody w usta w sprawie 1,5 mln swych współwyznawców, dyskryminowanych, więzionych, a nawet zabijanych w Chińskiej Republice Ludowej. Teraz jednak nie tylko milczy, ale bierze udział w zbrodni.

Kalif deportuje wiernych

Jak podaje „The Telegraph” Ujgurzy, którzy uciekli z Chin i znaleźli bezpieczną przystań w Turcji, teraz stamtąd znikają. Chiny, wywierając presję na Turcję, której zależy na inwestycjach, doprowadzają do ekstradycji Ujgurów, przez Tadżykistan do ChRL, gdzie los ich pozostaje nieznany. Ostatnim takim przypadkiem była deportacja 59-letniej kobiety, matki dwójki dzieci.

Od 18 lat rządów Erdogana analitycy, politycy i dziennikarze przekonują, że retoryka, którą uprawia, służy jedynie na potrzeby pozyskania elektoratu, może bezpiecznie jednak uznać, że są to rzeczywiste ambicje tego polityka.

W Turcji przebywa obecnie około 50 tysięcy Ujgurów, którzy stworzyli tam społeczność, prowadzą sklepy, publikują książki i informują świat o swoim losie. Kraj ten przestał być dla nich bezpieczną przystanią. Co prawda Turcja nie godzi się na ich ekstradycję do Chin, ale jest na to sposób. Wydalani są do Tadżykistanu, skąd wyciągnięcie ich przez chińskie władze nie stanowi trudności. Oskarżenia wobec Ujgurów formułowane są na podstawie sfałszowanych bądź wymuszonych zeznań. W jednym przypadku, jak mówi prawnik zajmujący się deportacjami, Ibrahim Erginl, do wydalenia doszło na podstawie zeznań pięciu świadków, ale trzech z nich straciło już życie po wykonanej egzekucji.

Zastanawiająca jest też taka zbieżność, że spośród 200 naukowców ujgurskich przebywających w Turcji, Chiny domagają się ekstradycji akurat całej dwusetki.

Jak to się stało, że prezydent Turcji wpędził kraj w taką zależność od Chin, że „muzułmański kalif” musi kłaniać się ateistycznemu „Synowi Nieba” i odsyłać wiernych do kraju, gdzie za naukę Koranu na pamięć grozi 14 lat reedukacyjnego obozu?

Po pierwsze, są to duże chińskie inwestycje, które mają przekroczyć sześć miliardów dolarów. Druga przyczyna to rozluźnienie relacji z Europą. Erdogan uwierzył w zdolność balansowania między Zachodem a Wschodem do tego stopnia, że jego działania spowodowały nieufność po stronie zachodnich państw, ale także i inwestorów. Retoryka popierająca alternatywną ekonomię – „inflacja nie jest problemem”, „kredyt w obrotach bieżących nie jest problemem” – doprowadziła turecką gospodarkę do konwulsji. W rezultacie to, co miało być równowagą, staje się coraz większą zależnością od Chin.

Wreszcie, Erdogan rozprawia się z mniejszością kurdyjską w swoim kraju podobnie jak Chiny, które oskarżają Ujgurów o terroryzm. Nie chce więc krytyką działań dalekowschodniego mocarstwa dawać powodów do atakowania dyskryminacyjnej polityki w Turcji. Obydwa kraje prowadzą w końcu „światową walkę z terroryzmem”. To swoisty sojusz dyktatorów ponad podziałami.

Groteska czy tragifarsa?

Jak widać szanse Erdogana, przezywanego już powszechnie sułtanem, na zostanie kalifem muzułmańskiego świata są nikłe. Nie bardzo chcą go uznać rywalizujące muzułmańskie kraje w regionie. Jeżeli nawet zostanie lokalnie przywódcą wiernych muzułmanów, to przywódcą bardzo zależnym od ateistycznego państwa, czyli Chin. Byłaby to więc postać bardzo groteskowa, gdyby na drodze do realizacji swoich islamistycznych fantazji nie niszczyła ludzkich istnień, nie zaogniała konfliktów, nie posługiwała się terorrystami, nie ograniczała wolności.

Dlatego, pomimo całej fanfaronady jaka otacza prezydenta Turcji, Zachód powininen poważnie zacząć myśleć o ograniczeniu jego działań. Od 18 lat jego rządów analitycy, politycy i dziennikarze przekonują, że retoryka, którą uprawia, służy jedynie na potrzeby pozyskania elektoratu. Tymczasem może bezpiecznie będzie uznać, że są to rzeczywiste ambicje tego polityka.

Jan Wójcik, obserwuj autora na @jankwojcik

Źródło: The Telegraph, Euroislam.pl




Jordania rozwiązała Bractwo Muzułmańskie

Najwyższy organ sądowy w Jordanii rozwiązał krajowe oddziały Bractwa Muzułmańskiego, międzynarodowego ruch islamistycznego, stwierdzając, że grupa „nie skorygowała swojego statusu prawnego”.

Przez wiele lat polityczne ramię ruchu Bractwa Muzułmańskiego było tolerowane przez Amman, ale po roku 2014 partia utraciła legalność w ramach nowego prawa, które zakazywało aktywności politycznej ugrupowaniom religijnym. Rok później rząd autoryzował Stowarzyszenie Bractwa Muzułmańskiego, by w 2016 zamknąć jego główną siedzibę i regionalne biura. Bractwo Muzułmańskie skierowało sprawę do sądu i w środę w ubiegłym tygodniu zapadł ostateczny i nieodwoływalny wyrok sądu kasacyjnego rozwiązujący organizację.

Nie oznacza to jednak, że w Jordanii islamiści nie mają swojej reprezentacji politycznej. Zbliżona ideowo do Bractwa partia Islamski Front Działania (IAF) ma 15 miejsc (ponad 10%) w ramach parlamentarnej opozycji. Co więcej, IAF utrzymuje silne związki z Hamasem, który jest zakazany w Jordanii od ponad dwóch dekad.

Bractwo Muzułmańskie w Jordanii liczy 10 tysięcy członków i jest jedną z najstarszych organizacji Bractwa na Bliskim Wschodzie, założoną już w roku 1945. Radykalne frakcje tej organizacji obiecują, że przekształcą Jordanię w muzułmański kalifat.

Islamiści, którzy po Arabskiej Wiośnie stawali się coraz ważniejszą siłą, obecnie znajdują się w odwrocie. Różne organizacje ruchu islamistycznego, także działające w Europie i Stanach Zjednoczonych, są uznane za terrorystyczne w ZEA, Arabii Saudyjskiej czy Egipcie. Islamiści postrzegani są przez te kraje jako potencjalny czynnik destabilizujący.

Ostre reakcje władz wobec ruchów islamistycznych mają też związek ze zmniejszaniem się przychodów z ropy naftowej, które gwarantowały do tej pory stabilność krajom arabskim. Grzegorz Lindenberg przewiduje, że osłabienie gospodarcze będzie przekładać się na większą aktywność ruchów oddolnych, takich właśnie jak islamiści.

Ujawnia się konflikt między państwami, gdzie władzę sprawują dyktatury i monarchie, a grupą krajów promujących rządy opanowane przez islamistów i tworzoną przez nich coraz bardziej fasadową demokrację, jak ma to miejsce w Turcji. Zwłaszcza widać to w konfliktach międzynarodowych, gdzie Arabia Saudyjska, Emiraty i Egipt konfrontują się z Turcją i Katarem, na przykład w Libii czy Somalii. Turcja, rządzona przez islamistyczną Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), w tych miejscach wspiera ugrupowania o podobnej ideologicznej proweniencji.

Pochodząca również z tego islamistycznego nurtu, choć bardziej umiarkowana, tunezyjska partia Ennahda, będąca do niedawna w rządowej koalicji, wycofała właśnie swoje poparcie dla rządu. Poza korupcyjnym skandalem w kręgach rządu, powodem był spór o postawę Tunezji wobec jednej ze stron konfliktu libijskiego – zdominowanego przez islamistów Rządu Jedności Narodowej, GNA.

Ennahda, podobnie jak Turcja, jest po stronie uznawanego przez wspólnotę międzynarodową rządu. Te działania powodują, że część polityków tunezyjskich rozważa opcję wnioskowania o zakaz funkcjonowania Bractwa Muzułmańskiego, który bezpośrednio dotknąłby islamistyczną partię.

W Polsce do nurtu organizacji islamistycznych, które zostały zakazane przez kraje Zatoki Perskiej, należy Liga Muzułmańska w RP, poprzez swoje powiązania, na przykład z Federacją Islamskich Organizacji w Europie (FIOE). (jw)

Źródła: Ahram, IPT, National, uwidata, Counter Extremist Project




Przymusowe nawrócenia na islam: norma w Pakistanie

Rodzice Suntary Kohli, Bhagwanti Kohli, Aishy Megwad i Priyanki Kumari wciąż protestują przeciwko porwaniu ich córek i wymuszeniu zmiany ich wiary. Według  lokalnych gazet, te Hinduski to cztery z siedmiu przypadków wymuszonej zmiany wiary w Pakistanie tylko w ubiegłym tygodniu.

Suntara, Bhagwanti i Aisha to wciąż nastolatki; jednak ich historie nie są wyjątkowe.

Według raportu pakistańskiej Human Rights Commission, w tym kraju przynajmniej tysiąc niemuzułmańskich dziewcząt jest co roku zmuszonych do zmiany wiary. Wiele z nich pochodzi z hinduskiej społeczności w Sindh, gdzie mieszka większość spośród ośmiu milionów pakistańskich Hindusów.

Według lokalnych mieszkańców, takie porwania są tak częste, że mają wpływ na życie „co drugiej rodziny”, a zdecydowana większość z nich dotyczy osób nieletnich. Niektóre ofiary mają jedynie 12 lat.

Prawo jest, ale nie działa

A gdzie jest prawo działające przeciwko temu nieustającemu szaleństwu wymuszania zmiany wiary? Dwa takie projekty ustaw, wniesione w 2016 a potem w 2019 roku, zostały storpedowane. W projektach znalazł się wymóg, aby minimalny wiek dla zmiany wiary wynosił 18 lat, postulat karania więzieniem osób winnych takiego wymuszenia oraz zagwarantowany czas 21 dni w bezpiecznym domu, dla pewności, że osoba chcąca zmienić religię robi to z własnej woli.

Odrzucając pierwszy projekt tej ustawy, były gubernator Sindh, Saeeduzzaman Siddiqui, powiedział: „Jeśli  Hazrat Ali [czwarty kalif odłamu sunnickiego i pierwszy imam szyickiego] mógł nawrócić się na islam w młodym wieku (dziewięciu lat), czemu nie mogą hinduskie dziewczęta?”.

Prawa zakazujące wymuszania zmiany wiary zostały uznane przez niektórych jako „nieislamskie”, ze względu na próbę ustalenia limitu wieku dla przyjęcia islamu. Podobny islamistyczny opór ma miejsce przeciwko próbom wyplenienia w Pakistanie ślubów z dziećmi, a Council of Islamic Ideology powołuje się na ślub proroka Mahometa z sześcioletnią Aiszą, jak to opisują hadisy.

Chociaż Pakistan w ubiegłym roku w końcu uchwalił prawo zakazujące małżeństw z dziećmi, sądy wciąż zezwalają na wymuszone zmiany wiary i małżeństwa nieletnich dziewcząt, rażąco naruszając te przepisy. Szczególnie dotyczy to prowincji Sindh, gdzie prawo zakazujące małżeństw z dziećmi (Child Marriages Restraint Act) jest w mocy od 2013 roku.

Nie wolno odejść od islamu

Te rozpowszechnione przypadki porażek w egzekwowaniu prawa kontrastują z niezachwianym stanowiskiem państwa w sprawie osób chcących opuścić islam. Polityka rejestracyjna pakistańskiego National Database and Registration Authority, w sekcji „zmiana religii” stwierdza: „Gdy już zadeklarowany/przyjęty zostanie islam, zmiana religii z islamu nie jest dozwolona”.

Katedra św. Patryka w Karaczi, jeden z nielicznych kościołów w Pakistanie. Mniejszość chrześcijańska to ok. 1% ludności; doświadcza ona ciągłych prześladowań.

Ta klauzula jest zgodna z pakistańskimi islamistycznymi prawami „hudud”, ustanawiającymi barbarzyńskie kary, takie jak ukamienowanie, a także z kodeksem karnym przewidującym karę śmierci za wykroczenia przeciwko islamowi. Pakistan jest jednym z 13 krajów sankcjonujących śmierć za bluźnierstwo przeciwko islamowi.

Chociaż w kodeksie karnym Pakistanu za apostazję nie ma jawnie ustanowionej kary śmierci, jednak jest ona intepretowana jako zbrodnia karana śmiercią nie tylko przez tradycyjne prawo muzułmańskie (fiqh) ale także przez wielu teraźniejszych islamskich prawników, włączając w to pakistańską Council of Islamic Ideology, której zadaniem jest zapewnienie, żeby wszystkie przepisy były zgodne z Koranem i sunnami (historią życia Mahometa).

W rezultacie pakistańscy ateiści żyją w śmiertelnym zagrożeniu, a wielu z nich zostało zlinczowanych lub uwięzionych pod nieuzasadnionymi zarzutami bluźnierstwa. Zagrożenie to wzmogło się od 2017 roku, gdy państwo zainicjowało totalną walkę z ateizmem. Świeccy blogerzy byli porywani, rząd publikował reklamy nakłaniające ludzi do identyfikowania bluźnierców w swoich środowiskach, a najwyżsi sędziowie określili ich mianem „terrorystów”.

Hipokryzja władzy państwowej

Premier Imran Khan, poświęcający wiele swojej energii na ujawnianie „islamofobii” na całym świecie, jest liderem tych groźnych działań. Należałoby mu uświadomić, że sposób, w jaki Pakistan traktuje głosy muzułmańskich dysydentów i „złego rodzaju muzułmanów” jest prawdopodobnie bardziej „islamofobiczny” niż działania wielu innych krajów, które on oskarża o to samo.

W rzeczywistości jego poplecznicy, wszechmocna armia pakistańska, odegrali wiodącą rolę w islamizacji kraju. Polityczni oponenci Khana też wydają się być współwinni i nawet samozwańcza partia liberalna, Pakistan People’s Party, czyni niewiele, żeby zdystansować się od osób organizujących wymuszone zmiany wiary w Sindh.

Na korytarzach władzy w Pakistanie mamy do czynienia z kryminalnym brakiem świadomości w odniesieniu do rażącej nieszczerości, z jaką to państwo potępia łamanie praw człowieka, brak wolności religijnej czy ucisk mniejszości w innych krajach. Pod rządami Khana prześladowane pakistańskie społeczności tracą nadzieję na wybawienie.

Kunwar Khuldune Shahid

Autor jest korespondentem portalu TheDiplomat.com w Pakistanie. The Diplomat to istniejący od 2002 roku magazyn poświęcony tematyce Azji I Pacyfiku; redakcja mieści się w Waszyngtonie. Shahid należy do 101Reporters, pan-azjatyckiej sieci reporterów. Publikował w The GuardianThe IndependentForeign PolicyBBCHaaretzArab NewsLe Monde, The Telegraph.

Oprac. Grażyna Jackowska na podst.: spectator.us

Polecamy również, tegoż autora:

Za ateizm w Pakistanie grozi śmierć

Ahmadijja – muzułmanie prześladowani przez muzułmanów

Tytuł i śródtytuły – Euroislam.pl




Hagia Sophia ponownie meczetem?

Prezydent Turcji planuje ponowną konsekrację świątyni Hagia Sophia tak, żeby mogła służyć jako meczet. Gazeta „Hürriyet” oraz watykańskie media informują, że Erdogan szuka formuły prawnej, która pozwoliłaby zmienić status budowli, z muzeum na islamskie miejsce kultu.

Informacja ta budzi opór u członków diaspory chrześcijańskiej w Turcji. Świątynia została zbudowana w VI wielu przez Justyniana Wielkiego. Od tego momentu była uważana za najważniejsze miejsce kultu chrześcijańskiego w Cesarstwie Bizantyjskim. Została zamieniona w meczet w 1453 roku po podboju Konstantynopola przez imperium osmańskie. Funkcję meczetu pełniła do 1935 roku, kiedy to Kemal Atatürk przekształcił ją w muzeum. Decyzja ta wpisywała się w laicki projekt Republiki Tureckiej.

„Hürriyet” informuje, że pomysł zmiany przeznaczenia Hagia Sophii został ogłoszony przez samego Erdogana na posiedzeniu centralnego komitetu wykonawczego partii AKP. Plan jest taki, żeby wykorzystać świątynię bizantyjską jako meczet, ale jednocześnie utrzymać go otwartym dla turystów. Podobny model zastosowano w Stambule w przypadku Błękitnego Meczetu.

Jednocześnie Erdogan wezwał do tego, by zmianę przeznaczenia świątyni przeprowadzić ostrożnie i bez zbędnego pośpiechu. Głowa tureckiego państwa ma świadomość, że decyzja ta może wywołać protesty międzynarodowej opinii publicznej. Głośno przeciwko tym planom protestuje Rosja. Cytowany przez jeden z greckich dzienników szef biura spraw zagranicznych rosyjskiego prawosławnego patriarchatu moskiewskiego, metropolita Hilarion (Alfejew) powiedział, że plan Erdogana stanowi zagrożenie dla pokojowego współżycia religii i narodów.

Prawosławny Ekumeniczny Patriarchat Konstantynopola jak dotąd nie zajął oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Ekumeniczny patriarcha Bartłomiej I, w kazaniu z okazji prawosławnego święta Zesłania Ducha Świętego 7 czerwca, wezwał „do ochrony i pomocy w nadchodzących zagrożeniach”. Słowa te przez niektórych zostały odczytane jako aluzja do planów tureckich.

Już nie pierwszy raz sposób wykorzystywania sanktuarium przez władze Turcji budzi kontrowersje. 29 maja tego roku rząd w Ankarze podjął decyzję o odczytaniu fragmentów Koranu (tzw. wersetów miecza) w murach chrześcijańskiej bazyliki. Koraniczne sury wybrzmiały w tym miejscu po raz pierwszy od 81 lat. Wydarzenie to transmitowała turecka telewizja publiczna. Modlitwa była częścią obchodów 567. rocznicy osmańskiego podboju Konstantynopola.

Ta formuła obchodów wywołała ostrą reakcję ze strony greckiego rządu. Prezydent Turcji odpowiedział Grekom, że „nie rządzą w Turcji”, a ostrzeżenia przed eskalacją konfliktu grecko-tureckiego, płynące z Aten określił mianem „pustych gróźb”.

Erdogan od momentu przejęcia władzy wykorzystuje meczety do swoich politycznych celów. W czerwcu 2013 roku przez Turcję przetoczyła się fala antyrządowych protestów. Jednym z punktów zapalnych była budowa monumentalnego meczetu na placu Taksim w Stambule.

Nowa budowla stanęła na dawnych terenach parkowych (Park Gezi), stąd też protestowali przeciwko niej, oprócz przeciwników islamizacji życia publicznego w Turcji, także ekolodzy. Wówczas Erdogan nazwał ich „terrorystami” i sugerował, że protesty te są inspirowane przez wrogie Turcji ośrodki zagraniczne. „To, co robimy, to ochrona praw większości i zachowanie piękna Stambułu” – oświadczył ówczesny premier.

Do tłumienia demonstracji władze użyły armatek wodnych i gazu łzawiącego. Setki ludzi zostało rannych, a represje trwały jeszcze przez wiele miesięcy po stłumieniu protestów. Niewiele mediów zwróciło uwagę na to, że meczet ten nie tylko niszczył zielone płuca metropolii, ale także miał stanowić kontrapunkt dla chrześcijańskiego Kościoła Trójcy Świętej, usytuowanego po drugiej stronie placu. Tę urbanistyczną politykę można nazwać symbolicznym zawłaszczaniem przestrzeni, która ma podkreślać przede wszystkim islamski charakter miasta.

Podobne zabiegi nie są obce także innym reżimom autorytarnym. Odwołując się do naszej rodzimej historii – komunistyczne władze Warszawy zaprojektowały socrealistyczny kompleks MDM tak, żeby przyćmił plac Zbawiciela wraz z kościołem.

Źródła: tvn24.pleuroislam.pllivenet.chwiadomosci.onet.plvaticannews.va