Hakimijja : muzułmanie jako zakładnicy władzy Allaha

Hakimijja to słowo arabskie oznaczające najwyższą władzę prawną i rządową, co w interpretacji islamistów oznacza najwyższą władzę Allaha, a odejście od niej zagrożone jest uznaniem za niewiernego (takfir) i wszelkimi związanymi z tym konsekwencjami.

W ten sposób hakimijja staje się narzędziem utrzymującym muzułmanów w roli zakładników, twierdzi Wasiq Wasiq, ekspert w sprawach terroryzmu i ekstremizmu z organizacji Muslims Against Anti-Semitism (Muzułmanie Przeciwko Antysemityzmowi). 

Jest to nie tylko koncepcja grożąca potępieniem muzułmanom nie postępującym zgodnie z islamistyczną zasadą – to także narzędzie polityczne obmyślone przez jednego z założycieli Bractwa Muzułmańskiego Sajida Kutba. “Ktokolwiek nie sądzi zgodnie z tym, co objawił Allah — takimi są niewierzący” [5:44] – argumentował za pomocą Koranu Kutb. Prawdziwym muzułmaninem nie jest ten, kto identyfikuje się z religią, ale ten, kto jest posłuszny nakazom Allaha.

Dzięki tak wprowadzonemu ideologicznemu rozróżnieniu pomiędzy muzułmanami a niemuzułmanami stało się możliwe uznawanie odstępców od wiary – tych, którzy w pełni nie wprowadzają tej zasady pod swoimi rządami – za uprawnione cele do eliminacji. Dało to usprawiedliwienie dla zamachu na prezydenta Egiptu Anwara Al-Sadata. Stworzyło też ideologiczne podstawy dla działalności Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego. To ostatnie zwłaszcza przez muzułmanów oskarżane jest o takfiryzm, czyli częste uznawanie innych muzułmanów za niewiernych – a tym samym będących uprawnionym celem ataku.

Sprawa nie ogranicza się tylko do tych, którzy podejmują działania zbrojne w imię islamu. Hakimijja jest też podstawą radykalizacji. W ten sposób przez lata działał brytyjski kaznodzieja nienawiści Anjem Choudary, unikając aresztowań i zasłaniając się głoszeniem słowa bożego. Mówił o islamie, co dla postronnych osób może być nieszkodliwe, ale w wersji islamistycznej islam jest nieoddzielny od wprowadzenia nakazów Allaha, czyli prawa szariatu.

Jednocześnie muzułmanie, którzy nie uznają zwierzchności tego prawa, stawiani są wobec prostej logiki: nie uznajesz tych nakazów, które głosimy, to stajesz się niewiernym. W domyśle, w państwie zarządzanym zgodnie z szariatem taka apostazja kończy się karą śmierci.

Wasiq Wasiq zauważa, że nawet ci, którzy odrzucają terroryzm, posługują się taką logiką dzielenia ludzi na wiernych i niewiernych, przez co wzmacniają oni radykalizację i stają po stronie islamistów, nawet jeżeli robią to nieświadomie.

Oprac. JW.
Źródło: eeradicalization.com
Pełny tekst w polskim przekładzie: europeanissues.org




Odszedł poeta i krytyk islamu, Yahya Hassan

Yahya Hassan, pochodzący z Palestyny poeta, umarł w wieku 24 lat. Do światowej literatury wdarł się przebojem. Przyczyny jego śmierci wyjaśnia policja.

Poeta urodził się w 1995 roku w imigranckiej dzielnicy duńskiego Aarhus. Rodzice pochodzili z Palestyny, a do Danii przybyli z Libii w latach 80. Hassan wychowywał się w tzw. muzułmańskim getcie. Jego rodzice byli gorliwymi wyznawcami islamu, a wuj imamem. W domu nie wolno mu było mówić po duńsku. Szybko trafił do szkoły dla młodzieży z trudnościami. Tam jego talent literacki wspierali nauczyciele.

„Nienawidzę waszych chust i waszych Koranów” – pisał w swoim debiutanckim tomie palestyńsko-duński poeta. 29 kwietnia znaleziono go martwego w mieszkaniu. Nic nie wskazuje na to, żeby śmierć ta była wynikiem przestępstwa.

Groźby śmierci

W przeszłości twórcy grożono jednak śmiercią za to, że obraża islam. W listopadzie 2013 r. 24-letni Palestyńczyk, skazany wcześniej za terroryzm, pobił Hassana na dworcu kolejowym w Kopenhadze. Po tym incydencie policja przydzieliła mu ochronę. Z obawy przed atakiem biblioteka w duńskim Odense odwołała spotkanie autorskie. W odpowiedzi na tę decyzję duński parlament wszczął debatę na temat zagrożenia, jakie dla wolności słowa stanowią muzułmanie, grożący krytykom islamu śmiercią.

Jednocześnie młody pisarz nie zerwał kontaktów z półświatkiem, które nawiązał wkrótce po przybyciu do Danii. W 2016 roku sąd skazał go za postrzelenie 17-nastolatka. W tym samym roku zakończyła się jego kariera w szeregach Partii Narodowej. Bezpośrednim tego powodem było aresztowanie Hassana za prowadzenie pojazdu pod wpływem narkotyków. W 2018 roku ponownie staje przed sądem. Przyznaje się do stawianych mu przez prokuratora 42 zarzutów. Rok później wydaje kolejny tom poetycki.

Udany debiut

Jego debiutancki tomik poezji, „Dobre miejsce na śmierć”, wywołał żywe reakcje czytelników. Pierwszy nakład wykupiono w ciągu paru dni. Po dwóch miesiącach młody poeta miał na swoim koncie ponad sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Wkrótce posypały się nagrody; niektóre z nich niosły za sobą i prestiż, i spore pieniądze. Poetycki zbiór Hassana przetłumaczono na dziewięć języków, w tym na polski. Został zgłoszony do nagrody Europejskiego Poety Wolności, przyznawanej przez Gdańsk.

Hassan swój sukces zawdzięcza przede wszystkim odwadze buntownika i szczerości nastolatka. Poeta odważnie naruszał tabu poprawności politycznej. Mówił o przemocy wpisanej we wzorzec islamskiej rodziny, o hipokryzji, fałszywej pobożności, a także o wykluczeniu społecznym i wyłudzaniu zasiłków od państwa.

Stworzył odważny portret urodzonych w Europie potomków muzułmańskich imigrantów. Ludzie ci, zawieszeni między ultrapatriarchalną rodziną a liberalnym społeczeństwem, dorastają w islamskich gettach, których nie znoszą. Jednocześnie nie mogą się z nich wyrwać, ponieważ na zewnątrz jest świat, którego nauczyli się nienawidzić. Jedynym azylem okazuje się świat przestępczy, choć tam przecież próżno szukać uznania i spokoju.

Zapis cierpienia i nienawiści

O emocjonalnym piekle mówią chociażby poniższe wiersze Yahji Hassana:

 

Pójdziesz do piekła mój bracie

Nie kocham was rodzice nienawidzę waszego nieszczęścia

Nienawidzę waszych chust waszych Koranów

I nienawidzę proroków analfabetów

Waszych zindoktrynowanych rodziców

Waszych wad i waszych modlitw i zasiłków

Nienawidzę kraju który stał się naszym

Który nigdy nie będzie waszym

Który nigdy nie będzie naszym

 

Dzieciństwo

Pięcioro dzieci w szeregu ojciec trzyma w ręku kij

Wielopłacz i kałuża moczu

Na zmianę wyciągamy rękę

Żeby uprzedzić nieprzewidywalne

Ten dźwięk padających ciosów

Siostra nerwowo

Z nogi na nogę

Wodospad moczu spływa jej po udach

Najpierw jedna ręka potem druga

Gdy się zdarzy przerwa bije gdzie się da*

 

Opublikowanie tych i podobnych tekstów wywołało gorącą dyskusję na temat miejsca islamu w duńskim społeczeństwie.

Siła literatury

Jak widać, literatura może powiedzieć więcej o rzeczywistości politycznej czy społecznej, niż opasłe tomy naukowych analiz. Historia zna takie przypadki – mamy przecież Miłosza z jego „Zniewolonym umysłem”, czy George’a Orwella z „Rokiem 1984”. Twórcy ci z przenikliwością filozofa i pisarza dostarczyli języka, za pomocą którego można trafnie opisywać komunistyczny totalitaryzm.

Hassan zaś odsłonił w prowokacyjny sposób to, czego wielu wołałoby nie widzieć. Przemoc w muzułmańskich rodzinach, subkultura przestępczości, wyłudzanie zasiłków czy świadome izolowanie się islamskiej mniejszości od społeczeństwa zachodniego – to żywe doświadczenie, a nie „islamofobiczny stereotyp”. Yahya Hassan w 2015 roku krytykował też politykę otwartych drzwi forsowaną przez kanclerz Niemiec. Przez całe dorosłe życie z nieufnością odnosił się zarówno do islamu, jak i do multikulturalizmu.

Piotr Ślusarczyk

www.thelocal.dkfilozofuj.eueuropejskipoetawolnosci.plhttps://taz.de

* (Yahya Hassan, Wiersze, przeł. B. Sochańska. Gdańsk; Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria, 2015).




Ramadan w czas zarazy – wielki eksperyment

Grzegorz Lindenberg

Tegoroczny Ramadan będzie dla ogromnej większości muzułmanów całkowicie nowym doświadczeniem – miesiącem postu przeżywanym w domu, a nie we wspólnocie. To efekt zamkniętych z powodu epidemii meczetów i ograniczeń wychodzenia z domu, obowiązujących w niemal wszystkich krajach muzułmańskich.

Jesteśmy świadkami wielkiego naturalnego eksperymentu nad islamem. Jest to religia zbiorowego uczestnictwa w znacznie większym stopniu niż chrześcijaństwo. Cotygodniowe piątkowe modlitwy w meczecie są obowiązkowe dla muzułmanów – mężczyzn; w chrześcijaństwie nie ma takiego wymogu. Obowiązkowe dla mężczyzn jest odbycie przynajmniej raz w życiu pielgrzymki do Mekki, w czasie której uczestniczy się w uroczystościach wraz z milionami wiernych.

Modlitwa ramadanowa – meczet w Chartumie, Sudan (wikimedia.org)

Z meczetów pięć razy dziennie rozlegają się wezwania muezzinów do modlitw, które mogą być odbywane indywidualnie, ale przypominają muzułmanom co kilka godzin, że są częścią wspólnoty. Bicie dzwonów w kościołach już dawno straciło jakąkolwiek funkcję religijną, stając się zwyczajem, niezauważalnym dla ogromnej większości obywateli krajów nominalnie chrześcijańskich.

Dlatego od ponad miesiąca jesteśmy świadkami bezprecedensowego eksperymentu, w którym islam staje się religią indywidualną, a nie zbiorową. Wspólne doświadczanie religii przez muzułmanów zostało zawieszone – zamknięte są meczety, a modlić się można tylko w domach,  o czym przypominają zmienione zawołania muezzinów, wzywających obecnie wiernych, żeby modlili się w domach właśnie, a nie przybywali na modlitwę do meczetu.

Ten eksperyment potrwa jeszcze przynajmniej półtora miesiąca, zatem przerwa w zbiorowych modlitwach i doświadczeniach wspólnoty będzie co najmniej trzymiesięczna. Co z tego wyniknie?

Nowy Ramadan

Wspólnotowy aspekt islamu widoczny jest jasno w Ramadanie. Miesiąc postu dla muzułmanów zaczął się w tym roku 23 lub 24 kwietnia, zależnie od kraju. Jest to czas intensywnych kontaktów rodzinnych i towarzyskich, a także życia religijnego, uczestnictwa w nabożeństwach, a niekiedy przebywania w meczecie przez kilka dni bez przerwy. Rodziny i znajomi wspólnie spożywają wieczorny posiłek, kończący dzień postu, a wierni uczęszczają na nabożeństwa do meczetu.

W tym roku muszą siedzieć w domach, bo już od połowy marca różne kraje zaczęły wprowadzać ograniczenia wychodzenia z domu i zabroniły spotkań zbiorowych; zasady te nie zmienią się na okres Ramadanu. Obowiązują często nakazy pozostawania w domach od wieczora do rana, które tylko w niektórych przypadkach zostały na miesiąc postu nieco złagodzone, na przykład w Egipcie godzina policyjna obowiązuje teraz od godz. 21.00, a nie od 20.00.

Meczety też zamykane były od marca, od Indonezji, przez Bangladesz, Egipt po Arabię Saudyjską. W meczetach mogą się modlić duchowni, czasami nieliczni wierni (np. w Bangladeszu do 12 osób w meczecie).

Wyjątkiem jest Pakistan, gdzie rząd próbował zamknąć meczety, ale napotkał zdecydowany opór duchownych, co zmusiło go do zmiany stanowiska. Wypracowano „kompromis”, który mówi, że w meczetach wierni powinni być w maseczkach i oddaleni od siebie przynajmniej o metr. Rząd oczywiście nie ma możliwości ani sprawdzenia ani wyegzekwowania tego, więc można spodziewać się za dwa tygodnie w Pakistanie wzrostu zachorowań. Wierni pakistańscy popierają swoich imamów; jak powiedział 72-letni Pakistańczyk, pytany przez dziennikarza w meczecie: „Wszystko jest w rękach Allaha, jego powinniśmy się bać, a nie pandemii”.

Zamknięte są nawet główne wielkie meczety: Al Aksa w Jerozolimie, Wielki Meczet w Mekce i Meczet Proroka w Medinie. W czasie Ramadanu będą w nich odprawiane nabożeństwa, ale bez udziału wiernych. Na czwartkowym nabożeństwie w Wielkim Meczecie obecni mogli być tylko imamowie, strażnicy i sprzątacze. Tłumów nie było, natomiast nabożeństwo było transmitowane przez telewizję.

Transmisje z meczetów będą w czasie Ramadanu powszechnie dostępne, przez telewizję lub Internet. W Indiach transmitowane będą online cowieczorne czytania Koranu. To jednak nie zastąpi doświadczenia bezpośredniego uczestnictwa w modlitwach wspólnie z dziesiątkami tysięcy innych wiernych. Oczywiście nie będzie również tradycyjnego w Ramadanie przebywania przez wiernych w meczetach przez wiele dni.

Przygotowanie posiłku iftar dla ubogich (flickr.com – UNAMID)

Podobnie jak aspekt religijny Ramadanu zmieni się też jego aspekt rodzinno – towarzyski, ponieważ wspólne posiłki będą na ogół niemożliwe. Skarżą się na to kupcy, którzy sprzedają znacznie mniej żywności i specjalnych ozdób. Kolacja na zakończenie dziennego postu, iftar, jest tradycyjnie posiłkiem w domu lub na dworze, spożywanym wspólnie przez nawet dziesiątki krewnych i znajomych – teraz rodziny będą go jadły samotnie, spotykając się co najwyżej na smartfonach.

Znikną też tradycyjne jadłodajnie prowadzone w namiotach przez organizacje charytatywne, czy też w meczetach, gdzie za darmo na iftar mogli przychodzić biedni, których nie stać było na własny posiłek. Nie będzie publicznego zbierania funduszy na posiłki dla ubogich ani zbierania dla nich żywności, a dobroczynność jest jednym z istotnych elementów Ramadanu.

Ograniczenia rozciągną się również na Id al-Fitr, radosne trzydniowe święto kończące Ramadan, będące zwykle okazją do kolejnych wspólnych posiłków, do wzajemnych odwiedzin z wręczaniem prezentów i rodzinnych wypraw do parku czy kina. W tym roku wspólnego świętowania nie będzie.

Nie tylko Ramadan

Ograniczenia spowodowane epidemią dotyczą również pielgrzymek. Arabia Saudyjska już w lutym przestała wpuszczać pielgrzymów, którzy cały rok przybywają na umrę, nieobowiązkową pielgrzymkę muzułmanów do Mekki. Prawdopodobnie jednak w tym roku zostanie odwołana także wielka obowiązkowa pielgrzymka, hadż. Takiego zdarzenia nie pamiętają najstarsi wierni (nie odwoływano hadżu w ostatnich stu latach) chociaż podobno od czasów Mahometa aż co 40 lat wielka pielgrzymka była odwoływana z powodów zdrowotnych.

Kaaba podczas hadżdż (flickr.com)

Zamykanie meczetów i odwołanie pielgrzymki ma oczywiście uzasadnienie religijne, nie jest czysto świeckim wymysłem epidemiologicznym. Najwyższa Rada Ulemów w Arabii Saudyjskiej wydała oświadczenie, w którym wzywa muzułmanów, by dawali innym przykład ostrożnego zachowywania się, które zgodne jest z szariacką zasadą „unikania szkody tak bardzo jak można”. Zostało wydanych wiele różnych fatw, potwierdzających zgodność z szariatem ograniczeń w poruszaniu się i zamykania meczetów. Wierni nie mają więc poczucia, że postępują wbrew nakazom religii, chociaż jest to dla nich bardzo bolesne.

Co po Ramadanie?

Dzisiejsza sytuacja jest dla muzułmanów nie tylko nieoczekiwana, ale i niesłychanie trudna. Zamiast kontaktów osobistych z duchownymi i innymi wiernymi mają kontakty wirtualne; nie jest też jasne, czy modlitwy indywidualne w sytuacji nadzwyczajnej dają tyle samo „zasług” wiernym, co uczestniczenie w nabożeństwach w meczecie. Jak wpłynie to na muzułmanów, którzy po raz pierwszy w życiu przez kilka miesięcy nie będą zanurzeni w tłumie innych wyznawców, żeby wspólnie się zwracać do Boga? Dla których religia staje się indywidualną relacją z Bogiem, podobną do tej, jaka jest w chrześcijaństwie?

Przeżywanie religii w zbiorowości ma niesłychanie istotne znaczenie dla wiary i dla zachowania wiernych. Tłumy umacniają wiarę, umacniają przekonanie, że nasz sposób postępowania, nasze zasady są słuszne – skoro tysiące w to samo wierzą i tak samo działają, to nie możemy się mylić. Jeśli tego aspektu zbiorowego braknie, to znika znaczna część nacisku zbiorowości na przestrzeganie zasad szariatu, a przy braku cotygodniowych kazań mniej myśli poświęca się właściwym zasadom postępowania i Bogu. Dlatego islam tak ważną rolę przypisuje wspólnym modlitwom, umacniającym wiarę i dostosowanie się do zasad wspólnoty.

Sądzę, że to doświadczenie indywidualizacji religii nie doprowadzi do wielkich zmian wśród większości wiernych, którzy po kilkumiesięcznej przerwie powrócą z ulgą do znanego sobie rytmu, w którym ponownie stają się częścią wspólnoty. Jednak znaczenie będzie miało dla mniejszości, która się od religii nieco oddali i uzna, że można ją praktykować indywidualnie, albo że bez stałego nacisku zbiorowości czuje się bardziej wolna. Innymi słowy, może zwiększyć się zbiorowość tych, którzy będą uważać, że islam jest sprawą indywidualną, sposobem na relację z Bogiem, a nie przepisem na życie zbiorowe, podporządkowane szariatowi.

Jeśli mam rację, epidemia może przynieść osłabienie wpływu islamu na myślenie i działanie muzułmanów.




W Indonezji rośnie w siłę saudyjski salafizm

W niewielu krajach skuteczność saudyjskich wysików prozelickich jest widoczna tak wyraźnie, jak w Indonezji.

To najliczniejsze muzułmańskie państwo na świecie w ciągu zaledwie kilku dekad zmieniło swój wizerunek wielokulturowej krainy w kraj w coraz większym stopniu przeniknięty przez nietolerancyjny islam. Nawet w Polsce, do niedawna, w wypowiedziach elit dyplomatycznych podkreślano ten wizerunek tolerancji, który był już wtedy nieprawdziwy.

Demonstracja saudyjskiej siły

Demonstracja skuteczności saudyjskich działań prowadzących do rozpowszechnienia fundamentalistycznej wersji islamu miała miejsce w listopadzie 2016 roku w Dżakarcie, przypomina w eseju w „The Guardian” Krithika Varagur, amerykańska dziennikarka i autorka książki „The Call: Inside the Global Saudi Religious Project”. Wtedy do stolicy kraju samolotami, samochodami i na piechotę ściągnęły tłumy islamistów z Frontu Islamskich Obrońców (FPI), żeby, jak to powiedział ich przywódca Rizieq Shihab „zaprowadzić prawo”.

Była to największa islamska demonstracja w historii Indonezji, która doprowadziła ostatecznie do upadku chrześcijańskiego gubernatora Ahoka. Przegrał nie tylko wybory, ale został skazany na dwa lata więzienia za bluźnierstwo, bo polemizował z cytowanymi przez islamistów zapisami Koranu, według których chrześcijanin nie może rządzić muzułmanami.

Chociaż islam do Indonezji przybył już w XIII wieku wraz z arabskimi kupcami, przez wiele lat pozostawała ona krajem wielu kultur, gdzie lokalne animistyczne wierzenia mieszały się z buddyzmem, hinduizmem czy chrześcijaństwem. Po odzyskaniu niepodległości założycielską ideologią kraju stała się Pancasila, „pięć zasad”, z których jedną była równość wszystkich religii.

Dzisiaj Indonezja budzi się z kolorowego snu, w kraju narastającej nietolerancji, a wszystko za sprawą Dawa, wezwania do islamu, prowadzonego od lat przez saudyjski rząd, kaznodziejów, organizacje religijne i edukacyjne.

Dawa, czyli ekspansja

Dawa, prozelityzm w islamie, nawracanie niewiernych, pozornie brzmi jak koncepcja podobna do działalności innych religii. Profesor Bassam Tibi, muzułmanin i twórca koncepcji „euroislamu”, uważa jednak ją za zagrożenie dla koegzystencji islamu z innymi wiarami i systemami społecznymi. W jego wizji islam będzie mógł współistnieć w Europie, jeżeli wyzbędzie się dżihadu, prawa szariatu oraz właśnie dawa.

Z dawa związane są dwa problematyczne elementy. Po pierwsze jest to droga jednokierunkowa – łatwiej wejść do islamu niż z niego wyjść. Apostazja w tradycyjnych pismach, uzasadnianych przez muzułmańskich teologów nawet w Polsce, zagrożona jest karą śmierci.

Po drugie, część muzułmańskich uczonych uważa, że przeszkody na drodze dawa można usunąć zbrojnie. Takie stanowisko prezentował jeden z demiurgów ruchu Bractwa Muzułmańskiego, Sajjid Kutb.

„Nie taką Indonezję pamiętam”

I chociaż zapewne znajdziemy w świecie współczesnym muzułmańskich kaznodziejów, którzy będą bronić interpretacji dawa jako formy przedstawiania swojej religii, to niestety w przypadku Indonezji saudyjska dawa poskutkowała wezwaniami do przemocy. Tłum zgromadzony w Dżakarcie domagał się śmierci Ahoka.

Nie on jeden stał się obiektem przemocy ze strony nietolerancyjnych fundamentalistów. W Indonezji zwrócili się także przeciwko protestantom, a nawet  muzułmanom, takim jak szyici czy wyznawcy Ahmadijja. Jak przypomina Varagur, w 2011 roku podczas wizyty w Indonezji prezydent Barack Obama powiedział, że nie taką Indonezję pamiętał z dzieciństwa. Z powodu działań Arabii Saudyjskiej zakorzeniła się w niej „bardziej fundamentalistyczna i nietolerancyjna interpretacja” islamu.

Dwa lata później badania Pew Research Center pokazały, że 72% indonezyjskich muzułmanów jest za wprowadzeniem szariatu jako prawa państwowego.

W Indonezji mówi się o tym jak o zjawisku arabizacji, ale istotą nie jest przenoszenie arabskiej kultury, lecz fundamentalistycznej, skrajnie rygorystycznej wersji islamu. Można więc tutaj mówić o wahhabizacji, bądź salafityzacji. Działania te nie odnoszą się tylko do wspomnianej wcześniej nietolerancji czy wręcz stosowania przemocy, lecz także do coraz bardziej konserwatywnych postaw.

Przykładem są chociażby stowarzyszenia zwolenniczek nikabu i jazdy konnej w tym ubiorze, który to strój, jak mówią kobiety go propagujące, staje się coraz popularniejszy.  Z takim modelem zmiany społecznej mieliśmy do czynienia w Egipcie, skąd wielu mężczyzn wyjeżdżało do pracy w Arabii Saudyjskiej i wracało stamtąd przywożąc nowe zwyczaje i „odświeżoną” wiarę religijną.

Myliłby się ten, kto oskarżałby o to wszystko tylko rodzinę królewską Saudów, chociaż to prawda, że aktywność saudyjska rozpoczęła się w 1967 roku, od wizyty króla Faisala i ustanowienia Indonezyjskiej Rady Szerzenia Islamu, która stała się głównym narzędziem finansowania wahhabizacji islamu na archipelagu.

Działania na rzecz salafityzacji Indonezji są jednak wielowarstwowe i włączone są w nie uniwersytety, ministerstwo spraw islamskich, globalne organizacje charytatywne powiązane z państwem, na przykład Światowa Liga Muzułmańska (Muslim World League), działania humanitarne, a także pojedynczy biznesmeni.

Przykładem takiej sztandarowej inwestycji jest uniwersytet Lucia w Dżakarcie, wybudowany i do dzisiaj subsydiowany przez Arabię Saudyjską. Ukończył go także lider Frontu Islamskich Obrońców, Shihab, którego następnym krokiem były studia w Rijadzie.

Większość niechętna ekstremizmowi

Indonezja próbuje walczyć z tym fenomenem. W 2018 roku rząd zdelegalizował Hizb ut-Tahrir w kraju, pod zarzutem sprzeczności z Pancasila. Ta panislamistyczna organizacja islamska dąży do ustanowienia kalifatu na całym świecie. Jednak fundamentaliści to nie tylko liczący 7 milionów członków FPI i Hizb ut-Tahrir.

To także Indonezyjska Rada Szerzenia Islamu, reprezentująca Światową Ligę Muzułmańską, uprawiająca dawa w wersji salafickiej, zachęcająca ludzi do nietolerancji. To również islamistyczno – nacjonalistyczna Partia Prosperującej Sprawiedliwości z 8% miejsc w parlamencie. Od 2006 roku także Muhammadiya, druga największa islamska organizacja, skupiająca 29 milionów muzułmanów, skręciła w stronę konserwatywnego islamu.

Organizacje te nie zdobyły większości serc i umysłów muzułmańskiej ludności Indonezji. Ciągle największą jest Nahdlatul Ulama, sunnicka organizacja skupiająca 40 milionów członków (największa na świecie organizacja muzułmańska). Założona została jeszcze w 1932 roku, jako odpowiedź na saudyjski wahhabizm, a jej obecny przywódca Yahya Cholil Staquf wzywa do konfrontacji z rozpowszechnionym przekonaniem, że ekstremizm i terroryzm nie są powiązane z islamem.

Jan Wójcik

Źródła: www.pewforum.orgwww.theguardian.com




Ibn Sina, wynalazca kwarantanny

Ibn Sina (980-1037), Pers znany na Zachodzie jako Avicenna, był uważany za jednego z najznaczniejszych lekarzy, astronomów, myślicieli i pisarzy islamskiego Złotego Wieku, a także ojca nowoczesnej medycyny.

Ibn Sina jako pierwszy wpadł na pomysł kwarantanny w celu zapobiegania rozprzestrzenianiu się chorób. Podejrzewał, że niektóre choroby roznoszą się poprzez mikroorganizmy; aby zapobiec zakażeniom między ludźmi, wymyślił metodę izolowania ich na 40 dni. Nazwał ten sposób al-Arba’iniya (“czterdzieści”).

W artykule „Ibn Sina: doskonały uczony” Ihsan Ali i Ahmet Guclu zacytowali książkę Richarda Colgana „Rada dla młodego lekarza” opublikowaną w Nowym Jorku, w której autor napisał: “Ibn Sina (znany na Zachodzie po łacinie jako Avicenna) w swoim arcydziele pod tytułem „Kanon medycyny” stwierdza: “Wydzieliny ciała organizmu gospodarza (np. człowieka) są zakażone skażonymi obcymi organizmami, które są niewidoczne gołym okiem”. Parafrazując to liczące tysiąc lat stwierdzenie: “Infekcje są spowodowane zakażeniem wydzielin ciała gospodarzy przez obce skażone mikroorganizmy”.

Imponujące jest to, że ta definicja jest prawie taka sama jak ta, którą posługujemy się dzisiaj dla infekcji, a co ważniejsze, że Ibn Sina wysunął hipotezę o istnieniu mikroorganizmów. Posunął się do postawienia hipotezy, że choroby bakteryjne (np. gruźlica) mogłyby być zakaźne, a osoby zarażone powinny być poddane kwarantannie. Przyjrzyjmy się pokrótce odkryciu mikroorganizmów i doceńmy intuicję oraz wizję „ojca początków nowoczesnej medycyny”.

Autorzy dalej zacytowali książkę Roberta Kocha „Życie w medycynie i bakteriologii”, w której czytamy: “W siedemnastym wieku, prawie siedem stuleci po Ibn Sinie, holenderski naukowiec Anton van Leeuwenhoek (nazywany także „ojcem mikrobiologii”) zaobserwował pod mikroskopem mikroorganizmy. Dzięki temu fundamentalnemu odkryciu pokazał, że istnieją żyjące organizmy niewidoczne gołym okiem.

Jednak van Leeuwenhoek nie zdawał sobie sprawy z tego, że te mikroorganizmy (np. patogen; mikrob powodujący chorobę) mogłyby być przyczyną infekcji. Jest to sprzeczne z wcześniejszymi o siedem stuleci odkryciami Ibn Siny, że mikroorganizmy mogłyby być przyczynami zakażeń, co odkrył pomimo wyjątkowo ograniczonych dowodów na istnienie mikroorganizmów w tamtym czasie.

Prawie dwa stulecia po pierwszej obserwacji mikroorganizmów przez Leeuwenhoeka, w 1876 roku Robert Koch, niemiecki lekarz, wysunął postulat, że mikroorganizmy mogłyby być przyczynami infekcji a zatem choroby, na podstawie swej fundamentalnej obserwacji, że zawierająca bakterie patogenne krew zainfekowanego zwierzęcia przeniesiona do zdrowego zwierzęcia powoduje zachorowanie u odbiorcy.

Wielka encyklopedia medyczna autorstwa Ibn Siny: „al-Qanun fi al-Tibb” (Kanon Medycyny), zawierająca ponad milion słów, była używana jako standardowy podręcznik medycyny aż do siedemnastego wieku i wciąż jest powszechnie uważana za wartościowe źródło w studiach medycznych.

Oprac. Grażyna Jackowska na podst.: https://www.siasat.com




To muzułmanie powinni zwalczać dżihadystyczny islam

Ci, którzy oczekują, że muzułmanie oskarżą Chiny o prześladowanie Ujgurów, zakładają, że wszyscy muzułmanie wierzą w to samo.

Muzułmanie doświadczają prześladowań i ludobójstwa kulturowego w Chinach i są niszczeni w Jemenie, jednak świat muzułmański w dużej mierze milczy. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że mimo opinii przeciwnych, nie ma jednego „islamu”.

Przed 11 września termin „islam” był rzadko używany na Zachodzie. Zamiast tego mówiliśmy o różnorodności wśród muzułmanów lub dzieliliśmy ich ze względu na kulturę pochodzenia: marokańską, pakistańską, mauretańską czy bengalską. Na początku lat pięćdziesiątych, kiedy dorastałem na przedmieściach Paryża, gdzie połowa ludności pochodziła z Afryki Północnej, nazywaliśmy tych migrantów „Arabowie”, ponieważ tak właśnie się określili – swoim językiem, pochodzeniem etnicznym i kulturą, a nie religią.

Fakt, że wszyscy muzułmanie są teraz postrzegani jako jedno, jest w istocie największym zwycięstwem Osamy bin Ladena. To on – a nie muzułmanie – przekonał ludzi Zachodu, że prowadzi wojnę z chrześcijańskim i syjonistycznym Zachodem w imię islamu i że wszyscy jego bojownicy i współpracownicy powinni być postrzegani jako islamiści.

Współzałożyciele i następcy Al-Kaidy wierzyli w jedność islamu i starali się stworzyć, jak za czasów Mahometa i jego wyznawców, kalifat, który dowodziłby doczesnej i duchowej lojalności wszystkich wyznawców. Jak dotąd te starania zawiodły. Jak wyjaśnia algierski socjolog Mohammed Arkoun, jednolity islam nie istnieje – istnieją tylko muzułmanie. Każdy muzułmanin wchodzi w bezpośrednią relację z bogiem za pośrednictwem Koranu. Islam, mówi Arkoun, jest tym, co muzułmanie sami z niego czynią.

Oczywiście każdy muzułmanin praktykuje swoją religię w kontekście kulturowym, w którym żyje. To wyjaśnia uderzającą różnorodność islamu obserwowaną podczas podróży do różnych muzułmańskich krajów – powiedzmy, od Maroka po Indonezję. Niektórzy czczą miejscowych świętych, podczas gdy inni tego nie robią; niektóre społeczności są  zorganizowane wokół przywódcy religijnego, podczas gdy inne są bardziej indywidualistyczne.

Różnorodność świata muzułmańskiego wykracza daleko poza rozróżnienie między dwiema głównymi gałęziami, sunnitami i szyitami. Ta rzeczywistość w dużej mierze wyjaśnia brak solidarności między muzułmanami z jednego regionu wobec drugiego, chociaż Koran nakazuje, że wszyscy powinni należeć do jednej wspólnoty – ummy, która jest jak ciało lub rodzina.

Prawdziwy opór wobec dżihadystycznego islamu nie powinien pochodzić z Zachodu, który ma chrześcijańskie korzenie, ale być dziełem samych muzułmanów.

Brak solidarności czasem tłumaczy się ekonomicznie. Turcja, gdzie praktykuje się podobną formę islamu jak u Ujgurów, a oba języki są ze sobą spokrewnione, potrzebuje chińskiego finansowania. Podobnie Arabia Saudyjska zależy od kapitału chińskiego, potrzebnego do finansowania prywatyzacji przemysłu naftowego. Jeśli zaakceptujemy ten determinizm finansowy, należy zauważyć, że trudna sytuacja Ujgurów nie obciąża zbyt mocno sumienia politycznych ani nawet religijnych przywódców islamu.

Należy zrozumieć, że saudyjski muzułmanin wyznaje inny islam niż islam Ujgurów. A Saudyjczycy uważają ponadto, że ich islam jest prawdziwy i że inni znajdują się na granicy herezji.

Zostałem prawie wydalony z Arabii Saudyjskiej za używanie terminu „islam wahabicki” w Rijadzie (tak nazywamy islam saudyjski na Zachodzie), ponieważ według Saudyjczyków istnieje tylko jeden islam – ich własny. Nazywanie go wahabickim sugeruje więc, że istnieje wiele wersji tej religii. Ten pogląd upoważnia Saudyjczyków do masakry szyitów jemeńskich: są heretykami, a ponadto wspieranymi przez Iran w imię alternatywnego islamu.  Na drugim końcu świata muzułmańskiego, w Indonezji, przywódcy religijni z kolei chętnie  deklarują, że Arabowie praktykują islam archaiczny – bardziej arabski niż muzułmański.

Jeśli można odważyć się na porównanie ze światem chrześcijańskim, to islam jest bliższy protestantyzmowi z powodu braku organizacji i swojej różnorodności, niż katolicyzmowi zjednoczonemu przez Kościół i papieża. „Muzułmanie są protestantami” – stwierdził Mohammed Arkoun. I rzeczywiście – taki sam dystans istnieje między szwedzką wspólnotą luterańską a brazylijską świątynią ewangelicką, jak między jawajskim meczetem a społecznością Senegalu.

W obliczu tej różnorodności wezwanie do powszechnego islamu, oddzielonego od wszystkich kultur, źródeł i innowacji, przemówiło do rzeszy niezadowolonych, zwłaszcza wśród wykorzenionych i imigrantów. Ta forma islamu jest rozpowszechniana nie tyle poprzez tradycyjną kulturę Koranu – w której mistrz instruuje ucznia co do szczegółów islamskiego orzecznictwa – co raczej przez Internet.

Czasami zwany „islamem przedmieść (imigranckich)”, nowy globalny islam nalega na fundamentalistyczne podejście do religii, odrzucając wieki uważnej, skrupulatnej interpretacji hadisów, źródła faktycznej praktyki islamskiej. Ten literalistyczny islam może być brutalny i służy jako baza rekrutacyjna bojowników dżihadu.

I to właśnie ten nowy, wykorzeniony islam, stanowi zagrożenie dla Zachodu, o czym świadczą ataki terrorystyczne w Europie i Stanach Zjednoczonych – jednakże sami muzułmanie są nim jeszcze bardziej zagrożeni. Są głównymi i najliczniejszymi ofiarami  wojen lokalnych przeprowadzonych w imię islamu. Niezliczeni muzułmańscy wyznawcy giną w Iraku, Syrii, Jemenie, Nigerii i Afganistanie, podczas gdy domniemani heretycy podlegają represjom politycznym.

Prawdziwy opór wobec dżihadystycznego islamu nie powinien więc pochodzić z Zachodu, który ma chrześcijańskie korzenie, ale być dziełem samych muzułmanów.

Guy Sorman

Autor jest redaktorem City Journal i wydawcą dwujęzycznego magazynu „France-Ámerique”, istniejącego od 1943 roku. Jest jednym z czołowych intelektualistów francuskich, autorem 20 książek (z czego 10 ukazało się po polsku) i wielu artykułów w ponad 100 gazetach i czasopismach. Współpracował z polskim tygodnikiem „Europa”.

Żródło: https://www.city-journal.org

Opinie autorów publikowanych artykułów niekoniecznie są zbieżne z poglądami redakcji Euroislamu.

 




Kaznodzieja ukarany, bo przeprosił za podboje islamu

Egipskie Ministerstwo Subwencji Religijnych ukarało duchownego, który skrytykował podboje islamu dokonywane za pomocą miecza. Zabroniono mu nauczania i głoszenia kazań w meczetach.

Szejk Nasza’at Abd el Sami’i Zari’i zwrócił się do studentów uniwersytetu Al-Azhar, który w świecie islamu sunnickiego cieszy się powszechnym autorytetem. Władze uczelni zdystansowały się od słów kaznodziei zaznaczając, że głoszone przez niego opinie nie „odzwierciedlają poglądów” Al-Azhar.

Papieże Jan Paweł II jak i Franciszek kilkakrotnie przepraszali za niezgodne z duchem ewangelicznym instytucjonalne działania chrześcijan. W czerwcu  2019 roku Franciszek w murach papieskiego wydziału teologicznego wyraził się w tonie ekspiacyjnym na temat rozmaitych zbrodni dokonywanych w imię religii chrześcijańskiej. W tekście tego przemówienia pojawiły się nawiązania do wypraw krzyżowych.

Pisaliśmy o tej sprawie, wykazując skrajnie ideologiczną i niezgodną z historycznymi faktami interpretację biskupa Rzymu. Mimo tego, że we wspominanej mowie nie padło słowo „przepraszam” to ton ekspiacyjny pozwolił dziennikarzom odczytać te słowa właśnie jako przeprosiny skierowane do muzułmanów. Wytyczonym przez papieża tropem podążył teraz sunnicki duchowny.

Na spotkaniu ze studentami uniwersytetu Al-Azhar szejk Nasza’at Abd el Sami’i Zari’i powiedział: „Podobnie nadszedł czas na uznanie i stwierdzenie faktu, że wyprawy zdobywcze islamu są postrzegane jako operacje polityczno-wojskowe, niemające nic wspólnego z prawdziwymi ‚filarami’ islamu”. Słowa te spotkały się z natychmiastową reakcją władz uczelni. Duchownemu zamknięto usta, zaś uniwersytet oświadczył, że nie ma zamiaru pod tymi słowami się podpisywać.

Kościół już od czasów pontyfikatu Jana Pawła II wykonuje szereg gestów przyjaznych muzułmanom. Po drugiej stronie jednak próżno szukać podobnych postaw. Dotychczas żaden cieszący się powszechnym autorytetem oraz instytucjonalnym wsparciem muzułmański duchowny nie przeprosił za islamskie podboje i akty przemocy dokonywane przez tych, którzy nazywali siebie samych muzułmanami.

Jak pisze Krzysztof Kościelniak w książce poświęconej dżihadowi:  „Uzasadnienie przemocy w krzewieniu islamu pojawia się u samego Mahometa, założyciela islamu, i było kontynuowane przez wszystkie wieki historii tej religii. Islam w dużej mierze kształtował się kosztem chrześcijaństwa, podbijając systematycznie kraje chrześcijańskie” (Krzysztof Kościelniak, Dżihad. Święta wojna w islamie, Kraków 2001, s. 157).

Stąd też płynie opór konserwatystów świata islamskiego wobec przepraszania za przemoc. Przepraszając musieliby bowiem przewartościować zarówno tradycję Mahometa, jak i zanegować znaczną część swojej historii.

Piotr Ślusarczyk




Indie: teoretycznie kobiety mogą się modlić w meczecie, ale…

Tak, kobiety mogą się modlić w meczetach tak samo jak mężczyźni, napisała w odpowiedzi na zapytanie Sądu Najwyższego AIMPLB, indyjska organizacja, wypowiadająca się w sprawach szariatu w życiu indyjskich muzułmanów. Sąd pytał, ponieważ wniesiona została przez muzułmańskie małżeństwo sprawa kobiety, która chciała wspólnie z mężem uczestniczyć w modlitwach.

AIMPLB stwierdziło, że nic w islamie, ani Koran ani hadisy, nie zabrania kobiecie uczestniczenia w modlitwach w meczecie, chociaż tylko dla mężczyzn jest to obowiązkowe. Kobiety mogą wybrać, czy chcą się modlić w domu czy w meczecie. Teraz często albo kobiety nie są do meczetu wpuszczane, albo muszą wchodzić oddzielnym wejściem i siedzieć osobno od mężczyzn.

AIMPLB uznało jednak, że sprawa nie powinna zajmować Sądu Najwyższego, bo to jest kwestia religijna, i że to nie sąd powinien decydować o dopuszczeniu kobiet do modlitw, ale zarządzający poszczególnymi meczetami. (g)

Źródło: thehindu.com




Światowa Liga Muzułmańska w Auschwitz

Przełomowa wizyta w Auschwitz lidera Światowej Ligi Muzułmańskiej, Saudyjczyka dr Mohammeda Al-Issy, miała miejsce na kilka dni przed 75 rocznicą wyzwolenia obozu koncentracyjnego.

Sekretarz Generalny Światowej Ligi Muzułmańskiej (World Muslim League WML) odwiedził niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz wraz z towarzyszącą mu delegacją Żydów i muzułmanów. Była to pierwsza wizyta tak wysokiego rangą przedstawiciela społeczności muzułmańskiej. „Chciałbym powiedzieć wszystkim, że ja oraz inni przywódcy islamscy jesteśmy głęboko poruszeni tymi zbrodniami i wszystkim, co tu widzieliśmy” – oświadczył na miejscu kaźni Polaków i Żydów Mohammad Al-Issa.

Waga tej wizyty podkreśla zwrot w dotychczasowej działalności Światowej Ligi Muzułmańskiej, międzynarodowej organizacji założonej w 1962 roku w Mekce. Światowa Liga Muzułmańska była organizacją odpowiedzialną między innymi za propagowanie wahabickiej wersji islamu. W poprzednich latach Lidze można było także zarzucać antysemityzm. Jeszcze w 2008 roku była platformą dla antysemickiego, islamistycznego szejka Jusufa Al-Karadawiego, który na konferencji zorganizowanej przez WML przestrzegał: „Nigdy nie bądź z Żydami na wspólnej platformie, nigdy nie prowadź dialogu z Żydami, którzy popełnili niesprawiedliwość przeciwko nam i wspierają Izrael”.

Wagę tej wizyty podkreśla Deutsche Welle, przypominając wypowiedź posła niemieckiej socjaldemokracji, że „antysemityzm wśród młodych muzułmanów nie jest rzeczą niezwykłą”. Rok wcześniej w liście do Amerykańskiego Muzeum Pamięci o Holokauście Al-Issa napisał: „Uważamy jakiekolwiek zaprzeczania Holokaustowi i umniejszanie jego skutków za przestępstwo wypaczania historii i obrazę dla godności tych niewinnych dusz, które [tam] zginęły”.

W ostatnich latach Arabia Saudyjska i część państw arabskich zbliżyły się do Izraela i zmianie ulega także retoryka kontrolowanych przez Saudów organizacji. Jednym z elementów zbliżenia jest narastająca konfrontacja z Iranem oraz walka w państwach arabskich z wrogiem wewnętrznym, jakim są islamistyczne organizacje Bractwa Muzułmańskiego, których jednym z celów jest zniszczenie Izraela. Już wkrótce obywatele Izraela będą mogli odwiedzić Arabię Saudyjską. (j)




Roger Scruton jest przyjacielem, nie wrogiem islamu

Przedstawiamy artykuł poświęcony zmarłemu niedawno Rogerowi Scrutonowi, opublikowany w kwietniu 2019 r. na blogu portalu Spectator.co.uk przez pisarza Eda Huseina.
***
Nie jestem prawicowcem. Wstyd mi, że twórczość sir Rogera Scrutona odkryłem dopiero cztery lata temu, kiedy jedna z rozmów w think tanku w Waszyngtonie skłoniła mnie do poszukiwania współczesnych filozofów mających szerokie spojrzenie na cywilizację, historię, idee i zastosowanie filozofii.

Miało to miejsce w czasie, gdy pracowałem jako doradca Tony’ego Blaira i reprezentowałem go na tym spotkaniu. W jego trakcie lewicowi muzułmańscy aktywiści, którzy przedkładają interesy swojej wspólnoty nad interesy własnego kraju, oskarżyli mnie o bycie „neokonserwatystą”, ponieważ stwierdziłem, że bezpieczeństwo narodowe naszych państw i obywateli jest ważniejsze niż tożsamość jakiejkolwiek społeczności islamskiej. Bardziej bezpieczny kraj, myśląc logicznie, oznacza większe bezpieczeństwa również dla społeczności islamskiej.

Atakowano mnie więc, oskarżając o neokonserwatyzm. Chcąc lepiej zrozumieć, co to oznacza, zacząłem czytać Leo Straussa, nazywanego założycielem neokonserwatyzmu. Ten niemiecko-żydowski filozof w cudowny sposób sprawił, że doceniłem i zrozumiałem, w jak dużym stopniu Zachód został zbudowany na ideałach Aten i Jerozolimy. Wiele nauczyły mnie jego własne – Żyda – zmagania z Zachodem.

Za sprawą Straussa odkryłem wielkich muzułmańskich filozofów , zwłaszcza al-Farabiego (IX-X w.n.e) i Awicennę (X-XI w.n.e). Byłem zafascynowany. Oto znalazłem uznanych islamskich luminarzy, którzy oddawali cześć Sokratesowi, Platonowi i Arystotelesowi i połączyli wczesny islam z klasycznym Zachodem. Ich wiedza nie ograniczała się do Koranu i Biblii, lecz pochodziła również od wielkich greckich pogan.

To spotkanie i następujące po nim odkrycia sprawiły, że zacząłem starać się o to, żeby sir Roger został promotorem moich badań doktoranckich z sześciu powodów. Po pierwsze, Scruton z szacunkiem traktuje wkład islamskich filozofów w cywilizację zachodnią. Wbrew modzie panującej wśród wielu nietzscheańskich badaczy akademickich nie lekceważy Boga ani boskości.

W swoim kluczowym dziele pt. „A Short History of Modern Philosophy” (Krótka historia współczesnej filozofii) Scruton pisze, że al-Farabi, Awicenna i Awerroes – „każdy z nich będąc muzułmaninem” – „usystematyzowali i zaadaptowali” myśl arystotelesowską. Podczas gdy inni starali się zlekceważyć albo pominąć wkład muzułmanów w budowę współczesnego świata zachodniego, Scruton był wierny historycznym zapisom.

W książce poświęconej Spinozie brytyjski autor podkreśla, że zanim filozof ten przeczytał Kartezjusza i Hobbesa, czytywał islamskich filozofów andaluzyjskich. Odwołując się do hiszpańsko-żydowskich korzeni myśliciela, Scruton pisze: „Przez kilka stuleci tego typu ludzie prowadzili w miarę bezpieczne życie na hiszpańskim półwyspie, chronieni przez muzułmańskich książąt, obracając się otwarcie w towarzystwie swoich islamskich sąsiadów. Ich teologowie, filozofowie i badacze brali udział w wielkim odrodzeniu arystotelesowskiej filozofii”.

W książce pt. „The Soul of the World” (Dusza świata), Scruton z podziwem cytuje islamskich mistyków i nie szczędzi pochwał Ghazaliemu i Rumiemu, przytaczając wersy tego ostatniego i dając posmak islamskiego mistycznego umysłu.

Było dla mnie jasne, że Scruton nie ma zastrzeżeń do islamu opartego na pięknie, współistnieniu, duchowości, poezji, cywilizacji, architekturze i sztuce. Podobnie jak miliony muzułmanów walczy on natomiast z osobami skłonnymi do dosłownych interpretacji, z supremacjonistami, islamistami i salafitami. Islam filozofów i mistyków zdecydowanie jednak należy do Zachodu i jest częścią zachodniego dziedzictwa.

Po drugie, byłem zaskoczony jego wszechstronnym umysłem. Poza mistrzostwem w tak wielu dyscyplinach, we wszystkich seminariach nawiązywał do Koranu w kontekście przemyśleń Awicenny i arabskich myślicieli, pism Ghazaliego, czy też poezji Rumiego i wielu innych. Nawet w dyskusjach na temat austriackiego geniusza, Ludwiga Wittgensteina, Brytyjczyk potrafił zauważyć i zidentyfikować podobieństwa z islamskim sufizmem, z zanurzeniem się w Bogu. To właśnie Scruton przywoływał często wersety Koranu poświęcone duszy, słońcu i galaktyce, a mnie pozostaje tylko próbować sobie to przypomnieć w języku arabskim.

Po trzecie, Scruton jest szanowany i rozumiany przez czołowych muzułmańskich teologów na Zachodzie. Szejk Hamza Jusuf, opisany przez „Guardiana” jako „prawdopodobnie najbardziej wpływowy islamski uczony”, prowadził z brytyjskim filozofem głęboką i szczegółową dyskusję na temat „świętych prawd” czy „prawdziwego znaczenia konserwatyzmu”. Podziw Hamzy dla Scrutona skłonił wielu wpływowych muzułmanów na całym świecie do wysiłków na rzecz lepszego zrozumienia konserwatyzmu w kontekście wyjaśnień brytyjskiego myśliciela – jako próby znalezienia tego, co w cywilizacji kochamy najbardziej, a następnie obrony tych cnót i wartości przed bieżącymi zagrożeniami po to, żeby nasze dzieci również mogły zastać piękny świat.

Po czwarte, arabscy muzułmańscy książęta i uczeni pytają, jak mogą wprowadzić reformy oraz co poszło nie tak, że Arabska Wiosna doprowadziła do przejęcia przez islamistycznych rewolucjonistów Egiptu i podejmowania przez nich prób do dzisiaj w Damaszku, Gazie, Jordanii, Tunezji, Libii, Kuwejcie, Bahrajnie, a nawet w Arabii Saudyjskiej. Jak można powstrzymać napędzanych marksizmem islamistycznych rewolucjonistów, a jednocześnie wciąż wprowadzać reformy polityczne?

Podobnie jak Scruton, chcą oni przyjąć długofalową perspektywę i dlatego, pragnąc lepiej zrozumieć zagrożenie dla cywilizacji, czytają jego książkę pt. „Fools, Frauds and Firebrands” (Głupcy, oszuści i podżegacze). I jeśli dzieciaki czytają Chomsky’ego i Żiżka, to dojrzałe jednostki trzymają stronę Scrutona.

Po piąte, brytyjski filozof głęboko szanuje wartości będące natchnieniem dla architektury i estetyki w świecie muzułmańskim. To dzięki niemu usłyszałem o Marwie al-Sabouni, noszącej hidżab architekt, która stara się odbudować swoje rodzinne Homs w Syrii. Scruton nie tylko wspominał publice o jej książce, ale także zapraszał ją na wydarzenia organizowane przez think tanki w Londynie, w tym te prowadzone przez Policy Exchange. Był tym filozofem, który współpracował z muzułmankami, budując i wspierając miejsca i walkę o tożsamość w najtrudniejszych zakątkach świata.

I wreszcie, Scruton nie ucieka przed trudnymi pytaniami, co jest prawdziwym znakiem rozpoznawczym filozofa z własną filozofią. Podobała mi się jego odwaga i to, że tłum nie był w stanie go uciszyć. Owszem, według mnie nienawiść w stosunku do muzułmanów istnieje i należy ją wykorzenić, ale słowo „islamofobia” jest oksymoronem: islam szuka pokoju, więc jak ludzie mogliby bać się pokoju?

Bractwo Muzułmańskie, ich naiwni poplecznicy i lewicowi sojusznicy używają oskarżeń o „islamofobię” próbując uciszyć krytykę islamu i muzułmańskich praktyk. Scruton często podkreślał, że islam i muzułmanie powinni pamiętać o postawie żyjącego w XIII wieku błyskotliwego i mądrego mędrca z Anatolii, Hodży Nasreddina, który potrafił śmiać się z siebie. Filozof ma rację mówiąc, że my, muzułmanie, traktujemy siebie zbyt poważnie, że jesteśmy zbyt pogrążeni w narracji ofiary, i że powinniśmy ponownie przejąć greckiego ducha komedii i szyderstwa.

Scruton nie jest zero-jedynkowym myślicielem: podziwia islam, ale jednocześnie jest w stosunku do niego krytyczny. Zadaje trudne pytania: czy muzułmanie mogą nauczyć się przedkładać kraj nad wiarę i społeczność? Czy mogą zrezygnować z pojęcia bluźnierstwa i zaakceptować wolność? Te pytania wymagają odpowiedzi. Od nich zależy nasza przyszłość.

Jeśli islamskie kraje i społeczności wykonają krok w stronę wolności, pluralizmu i pokoju, stanie się tak dzięki temu, że ich konserwatywne instynkty poparł, zrozumiał i uszanował Anglik uwielbiający wino, polowania, muzykę i estetykę. Oby żył jak najdłużej.

Ed Husain jest badaczem w brytyjskim think tanku Civitas. W młodości ekstremista islamski, autor książki „The Islamist”.

Tłumaczenie Bohun, na podst. https://blogs.spectator.co.uk